Subiektywnie o książkach. I nie tylko.
Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Muzyka | Promocje | Teatr
RSS
poniedziałek, 17 marca 2014

Życie większości istot, przedmiotów, rzeczy, idei, czy czego tam jeszcze jest z reguły ograniczone i skończone. Nie inaczej jest w przypadku mojego bloga, który wystartował gdzieś pod koniec kwietnia a swoją działalność zawiesza dzisiaj. Jednak pożegnanie z "Czytelną stroną miasta" nie jest równoznaczne z moim zniknięciem z blogosfery. Jest po prostym następstwem spełnienia pewnego marzenia. Otóż od początku mojej przygody z blogowaniem pragnąłem prowadzić ten specyficzny typ działalności z kimś, kto dzieliłby moje pasje, kto oferowałby coś, czego ja nie jestem w stanie, kto stworzyłby ze mną zgrany zespół. Kilka dni temu nadarzyła się sposobność, by to odległe marzenie zrealizować. Razem z Andrew ze strony Andrew Vysotsky postanowiliśmy nawiązać współpracę i stworzyć bloga, który byłby owocem naszej wspólnej pracy. Mniej więcej tak przedstawia się historia nowego projektu, do odwiedzenia którego pragnąłbym was serdecznie zaprosić. Oczywiście cały czas znajdujemy się w fazie rozwoju, budowy, przemeblowania, dlatego wiele rzeczy nie wygląda jeszcze tak, jak tego chcemy, wiele kwestii czeka jeszcze na rozwiązanie. Bardzo nam zależało, żeby wystartować jak najszybciej, dlatego braki i błędy będziemy korygować na bieżąco, rozwiązując kolejne palące problemy. Mam nadzieję, że nie będą one zbytnio przeszkadzać wam w lekturze naszych tekstów.

 

Zatem, nie przedłużając zbytnio, do zobaczenia na: http://klub-aa.blogspot.com/ !

17:01, zielony_sznurek , Literatura
Link Komentarze (12) »
sobota, 08 marca 2014

Okładka książki Pawana

  Tytuł: Pawana

  Autor: Stanisław Czycz

  Wydawnictwo: Literackie

  Liczba stron: 182

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka





 

 

 

 

 

Wg Stefanii Skwarczyńskiej, uznanej polskiej teoretyk i historyk literatury, literatura to sensowne twory słowne. Dla mnie osobiście, oczywiście za sprawą znakomitych twórców, literatura to bardzo często magia, która przenika do mojej egzystencji. Czytając dzieła takich wybitnych autorów jak choćby Julio Cortázar, Vladimir Nabokov, czy Philip K. Dick, niezmiennie fascynuje mnie sposób, w jaki dokonują oni destylacji codzienności, transponując z niej zarówno fakty, wydarzenia, jak i postacie, charaktery do swojej literackiej rzeczywistości. Proces powstawania literatury jest dla mnie bardziej interesujący i kompletny, kiedy znam biografię danego autora, która umożliwia mi dostrzeżenie całej palety bodźców, jakie oddziaływały na literackiego kreatora. Przyznaję jednak, że do tej pory dowiadywałem się o danym środowisku poprzez pisarza, który w nim dorastał, żył, obracał się. Ostatnio jednak, nieco z przypadku, czy bardziej za sprawą literackiego czaru dokonałem pewnej inwersji w tej materii – otóż m.in. dzięki Matiemu z blogu Rozkminki Pana Dziejaszka postanowiłem poznać rodzinne miasto mojej dziewczyny, Krzeszowice, przez pryzmat twórczości jej krajana, Stanisława Czycza. Na wstępie zdradzę, że proza Czycza okazała się daleka od zapierających dech w piersiach opisów dzikiej natury, czy relacji z romantycznych nocnych wędrówek w cieniach miejskich uliczek, ale wydaje mi się, że udało mi się dowiedzieć co nie co o klimacie tego niewielkiego miasteczka.

Gwoli ścisłości musze wyjaśnić, że Czycz nie jest rodowitym krzeszowiczaninem, chociaż Krzeszowice, tyle, że pod nazwą Sorrento bądź skrótem K. często i gęsto przewijają się w jego twórczości. Artysta urodził się w 1929 roku w Gwoźdźcu, nie istniejącej już wsi, która została podzielona pomiędzy Krzeszowice oraz Nawojową Górę. Dom rodzinny Czycza znajduje się na samej granicy obu miejscowości. Obecnie zmarły w 1996 roku Stanisław Czycz, poeta oraz prozaik, to pisarz niemal zapomniany, o którym rzadko się słyszy, niewiele się mówi. Przyznać trzeba, że ta aura tajemnicy wokół osoby artysty to poniekąd zasługa samego Czycza. Depresja oraz poważna choroba skóry, która odbiła się na jego wyglądzie sprawiły, że twórca, szczególnie pod koniec ziemskiej bytności, trwał niemal w zupełnej izolacji, dobrowolnie wycofując się z życia literackiego. Cechą charakterystyczną Czycza była niezależność – nie mieszał się on ani w oficjalne układy, ani w działalność opozycyjną. Zawsze pozostawał na uboczu, na marginesie. Posiadał całkiem liczne grono znajomych pisarzy, ale na co dzień wolał obracać się w środowisku zwykłych ludzi, wśród których mniej było zapatrzonych w siebie snobów. Czycz debiutował w Prapremierze pięciu poetów, słynnej publikacji na łamach krakowskiego Życia Literackiego, w ramach której pięciu komentatorów rekomendowało pięciu poetów. Czycz znalazł się w doborowym towarzystwie Bohdana Drozdowskiego (polecał go Julian Przyboś), Jerzego Harasymowicza (pisał o nim Mieczysław Jastrun), Mirona Białoszewskiego (sugestia Artura Sandauera) oraz Zbigniewa Herberta (rekomendowany przez Jana Błońskiego). Wiersze Stanisława Czycza firmował swoim nazwiskiem Ludwik Flaszen. Czycz opublikował dwa zbiory swojej poezji – Tła w 1957 roku oraz Berenais w roku 1960. Co interesujące, pozostałe znaczące dzieła, które ukazały się drukiem to już tylko opowiadania oraz powieści. To właśnie za sprawą tej ostatniej formy literackiej poznałem pióro pana Stanisława Czycza.

Wydana w 1977 roku Pawana to tekst z pewnością nietypowy. Znamienna jest już sama konstrukcja utworu, na którą składają się głównie dialogi, prowadzone przez trzech bohaterów, Mikada, Gandhiego oraz Selaviego. Ponadto w początkowej fazie dzieła w momencie rozpoczęcia kolejnych scen pojawia się pierwszoosobowy narrator, najczęściej za sprawą słowa szliśmy zestawianego z innymi wyrazami w różnych konfiguracjach (Szliśmy i szliśmy (…); Szliśmy, idziemy (…); Szliśmy, a słońce (…), etc.) Czasownik ten stanowi zatem formę swoistej introdukcji, magicznej formuły, która podkreśla powtarzalność całego procesu, albo jego nieskończoność (zmniejszające się nieustannie odcinki, które maleją zgodnie z paradoksami Zenona z Eeli). Najciekawsze jest to, że na bazie dalszej wymiany zdań, niemal niemożliwe jest ustalenie, kim jest właściwie osoba opowiadająca całą historię.

Dzieło mocno przypomina senną wędrówkę – swoiste błąkanie się, błądzenie pośród majaków oraz widziadeł. Droga stanowi cel sam w sobie. Nieważne dokąd, nieważne po co, nieważne skąd właściwie zaczyna się cała eskapada – znaczący jest wyłącznie sam ruch, któremu towarzyszy rozmowa. Bohaterowie niby idą, ale zdają się stać w miejscu, pogrążeni w onirycznej konwencji. Być może to wędrówka wyłącznie metaforyczna – za tym faktem przemawia dziwna sceneria, w której pustynnemu piaskowi towarzyszą rybacy (kłusownicy?). Iluzja, fantasmagoria, urojenie, a może prywatna wizja rzeczywistości, która rządzi się własnymi prawami, pozwalającymi współegzystować ze sobą rzeczom w pewien sposób wykluczającym się, które zestawione razem tworzą oksymorony. Chociaż ten wątek chyba lepiej porzucić – w końcu kto chciałby zostać wyłącznie cudzym mirażem, a więc poniekąd więźniem cudzego umysłu?

Bohaterowie pogrążeni w konwersacji chwytają na wędkę swoich pogawędek kolejne tematy, których orbita przebiega niepokojąco (tylko dla niektórych!) blisko seksu. Pojawiają się zatem dziwy nad dziwami, konie, drezyny, w towarzystwie dziwów bardziej zmysłowych, czyli kobiet, pod których adresem padają jednak dosyć często obraźliwe określenia, począwszy od szmat, na dziwach (ha, a jakby inaczej?!), pardon!, dziwkach skończywszy. Dostrzegalne są pewne elementy charakterystyczne dla twórczości Herny’ego Millera – przynajmniej pod względem przygód Mikada, Gandhiego oraz Selaviego, którzy podobnie jak amerykański autor nie boją się epatowania (kogo jak kogo!) seksem, relacjonowania swoich, najczęściej nieudanych, płciowych podbojów czy pijackich eskapad. W tle rysuje się zatem nieśmiało życie, przywodzące na myśl artystyczną bohemę, w którym nie stroni się od używek, miłości w jej najbardziej fizycznym aspekcie, alkoholu oraz charakterystycznego dla okresu dojrzewania aktu buntu. Czycz może niezbyt subtelnie, ale z pewnością interesująco przedstawia problemy oraz dramaty, rozgrywające się na linii dwóch pokoleń – młodzieńców oraz ich matek, które nie mogą pogodzić się z faktem, że ich pociechy to moczymordy, pijackie świnie, zdegenerowani alkoholicy, posczane ochlaptusy czy okurwieńcy. Jednocześnie Czycz prezentuje niedojrzałość emocjonalną swoich bohaterów, którzy nie potrafią budować trwalszych relacji, przekładając ponad nie krótkotrwałą, acz intensywną fizyczną przyjemność. Zabawny jest również fakt, że dwójka z nich nadal mieszka ze swoimi rodzicielkami, do których nie odczuwają przecież szczególnej sympatii (z wzajemnością!)

Utwór Czycza jest z pewnością oryginalny. Autor często bawi się słowami, zmieniając ich znacznie w zależności od kontekstów, które kolejno po sobie następują. Roi się także od myślowych skrótów, których rozwikłanie przypomina niekiedy zabawę z rebusami. Środkiem, który Czycz stosuje wręcz nagminnie jest zdanie eliptyczne – mało która wypowiedź jest zakończona pojedynczą kropką. Sprawia to, że całość kojarzy się z mocno chaotycznym bełkotem, plątaniną. Komunikacja zdaje się być tylko pustym frazesem, przez co wzajemne zrozumienie staje się absolutnie niemożliwe. Chociaż nie zawsze. Utwór balansuje na granicy pewnych stanów – z morza nieartykułowanych dźwięków, niepowiązanych ze sobą zdań, zagłuszających się dźwięków gwałtownie wyłania się dialog, w którym trzy głosy brzmią w niemal idealnej harmonii, wzajemnie się uzupełniając, dopełniając, dopowiadając. I kiedy czytelnik zyskuje już przeświadczenie, że oto znalazł jakiś punkt zaczepienia, który stanie się zarodkiem tak długo poszukiwanego sensu całej powieści, jej pointy, czy czego tam jeszcze zawsze oczekujemy od pisarza, Czycz serwuje nam niemiłą niespodziankę – cała konstrukcja ponownie zostaje rozbita, tonąc w bagnie zawiłych, niezrozumiałych, niepowiązanych ze sobą zdań.

Nastrój powieści, czy raczej powieściopodobnego tworu nie jest zbyt sielankowy. Uparte, długotrwałe, acz bezowocne krążenie wokół Miasteczka (Sorrento?) przypomina poruszanie się po okręgu o określonej, skończonej średnicy, która tym samym wyznacza granicę świata (chociaż wzór ∙r2 jest niepokojąco podobny do formuły 4/3∙∏∙r3, która przynajmniej na razie stanowi granicę, jakiej zwykły śmiertelnik, którego nie stać na loty w kosmos nie jest w stanie przekroczyć – ośmielę się zresztą rzec, że r tak naprawdę dobieramy sami, wedle własnego uznania). Wydaje mi się, że można w tym miejscu doszukiwać się aluzji do egzystencji samego Czycza, który praktycznie przez całe swoje życie poruszał się w obrębie linii Kraków-Krzeszowice. Odnoszę wrażenie, że takie uparte kołowanie to także symbol naszych codziennych działań – kluczymy, błądzimy, krążymy, ale mimo usilnych prób do sensu naszego ziemskiego bytu nie jesteśmy w stanie dotrzeć ciągle skazując się na utarte schematy, których ciasnota jest jednak nieznośna. Z kolei piasek Pustyni Błędowskiej, na której rozgrywa się akcja utworu przywodzi mi na myśl zwały nijakiej codzienności, w których wielu z nas brnie, będąc w nich unurzanym po kolana, posuwając się mozolnym krokiem (na pięć jest się naprzód o trzy, nie więcej) nie wiadomo właściwie dokąd.

Powieść można rozpatrywać również na płaszczyźnie destrukcyjnej. Znaczący jest przy tym fakt, że postulowana anihilacja zdaje się przebiegać niespiesznie, spokojnie, wręcz dostojnie, niczym dworski taniec pawana, popularny szczególnie we Włoszech oraz Hiszpanii, charakteryzujący się powolnymi, uroczystymi ruchami. Przyglądając się światu, w którym egzystują bohaterowie, nietrudno o myśli, że budowla ta ulega zagładzie. Dematerializują się słowa, coraz bardziej kulawe, koślawe, porwane, poszatkowane. Nietrwałość literackiej rzeczywistości podkreśla zatem składnia oraz sam język, które są niczym piach na wszędobylskiej pustyni, zdającej się podążać za bohaterami. Piach z pewnością nie stanowi dobrego budulca – jego ziarenka zlepiają się tylko krótkotrwale, zatem piaskowe zamki to twory efemeryczne, delikatne, kruche. Od piachu z kolei niedaleko jest już do pyłu (marnego), z którym występuje i kurz, którego wirujące cząsteczki dobrze widać w świetle. Ale co jeśli owe światło jest blade, słabe, mało wyraziste, ledwie rozpraszające ciemności?

Przyznaję, że Czycz zaskoczył mnie formą swojego utworu. Po pierwszy kilku stronach zastanawiałem się nawet nad odłożeniem lektury, ale zwyciężyła tendencja do kończenia rozpoczętych książek. Mimo pewnych trudności (ale któż w życiu ich nie ma?) udało mi się szczęśliwie przebrnąć do końcowych stron powieści, która jawi mi się jako swoisty manifest niewyrażalności, niemożności ekspresji naszych myśli w taki sposób, by były one zupełnie zrozumiałe, w pełni transparentne dla dowolnego człowieka. Obcość zdaje się lęgnąć w każdym z nas, a metafizyczny kontakt, jedność dusz sprawia wrażenie mitu, który nie ma prawa się ziścić w tym pełnym zindywidualizowanych jednostek świecie. Marzy mi się przy tym popołudniowo-wieczorna wędrówka po piaskach Błędowskiej Pustyni z którymś z utworów Czycza w rękach. Mam nadzieję, że nachodzące lato pozwoli mi ziścić moje rojenia.

sobota, 01 marca 2014

Okładka książki Jestem kotem

  Tytuł: Jestem kotem

  Autor: Sōseki Natsume 

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 544

  Cena: 49,00 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Wiek XX to stulecie pełne kontrowersji, które w takim samym stopniu udowodniło tryumf myśli ludzkiej, co małość serca i potworną nieczułość tego dziwnego gatunku. Obok epokowych odkryć zachodziły wywołane przez człowieka katastrofy na skalę wcześniej niespotykaną. Chłodnemu intelektowi zdaje się zatem towarzyszyć zimna kalkulacja oraz ciągła bezduszność. Wiek XX to także ciekawy i bogaty w znamienne wydarzenia okres w historii Japonii. Na przełom XIX i XX wieku przypada przecież epoka Meiji (lata 1868 – 1912), czyli epoka światłych rządów, w czasie której nastąpiło obalenie shogunatu oraz gwałtowna modernizacja kraju. Japonia skończywszy z doktryną izolacjonizmu oraz na skutek dynamicznych przemian zaczęła przekształcać się w gospodarczą potęgę, za wzór obierając sobie mocarstwa europejskie oraz Stany Zjednoczone. Ale wiek XX to także ogromna tragedia, do jakiej doszło pod koniec II Wojny Światowej, kiedy to na Hiroszimę oraz Nagasaki zostały zrzucone amerykańskie bomby atomowe. Pokaz brutalnej siły, która dosłownie w mgnieniu oka potrafiła zmieść z powierzchni ziemi kilkadziesiąt tysięcy istnień ludzkich, przyczynił się do bezwarunkowej kapitulacji Japonii, ale równocześnie bezsprzecznie udowodnił, że jednym z najbardziej bestialskich zwierząt, jakie zrodziła ziemia jest bez wątpienia człowiek. Chciałoby się rzec ten sam człowiek, który obżera się, sra, bredzi, pieprzy co popadnie, który jeśli tylko spojrzeć na jego postępowanie z odpowiedniej perspektywy, jest osobnikiem na wskroś banalnym, a do tego śmiesznym, a z całym swoim aparatem, mającym udowadniać jego wielkość – żałosnym. Oczywiście nie jest łatwo patrzeć krytycznym okiem na własny rodzaj, dostrzegać absurdalność postępowania innych, ale rozumianych jako przedstawicieli tego samego gatunku, do którego należymy, słowem mało kto przepada za żartowaniem z własnej natury. Można jednak zauważyć pewną tendencję, że im dana jednostka bardziej wybitna, tym bardziej skora do bezlitosnego spoglądania na samego siebie – w ten trend doskonale wpisuje się Sōseki Natsume.

Sōseki Natsume (właściwie Kinnosuke Natsume) to żyjący w latach 1867 – 1916 (jego życie zbiega się niemal idealnie z trwaniem epoki Meiji) autor japoński, uważany za twórcę nowoczesnej powieści japońskiej. W swoim dorobku artystycznym posiada utwory obyczajowe oraz psychologiczne. Zajmował się także krytyką literacką, pisał eseje oraz poezję. Sōseki Natsume, obok Jun'ichirō Tanizakiego i Yasunari Kawabaty uważany jest za jednego z trzech największych japońskich literatów. Za jego najpopularniejsze dzieło uchodzi książkowy debiut zatytułowany Jestem kotem.

Same okoliczności powstania utworu są bardzo ciekawe. Pierwotnie, krótkie opowiadanie pt. Jestem kotem zostało napisane na prośbę Kyoshiego Takahamy, poety oraz redaktora czasopisma Hototogisu, z którym Natsume utrzymywał akademickie kontakty. Podesłany twór nie okazał się jednak satysfakcjonujący – Natsume musiał go gruntownie skorygować. Dopiero po wprowadzeniu całkiem licznych poprawek Takahama zdecydował się go opublikować – tekst okazał się przy tym strzałem w dziesiątkę. Przypadł on do gustu zarówno redaktorowi jak i czytelnikom – fala entuzjazmu zmusiła Natsume do zmiany planów. Młody autor zamierzał poprzestać na jednym opowiadaniu, tymczasem finalnie napisał ich aż 11, co razem złożyło się na powieściowy debiut.

Jestem kotem. Imienia jeszcze nie mam. Tymi słowami rozpoczyna się książka z miejsca sygnalizując, że lektura będzie dosyć niezwykła. Czytelnik od samego początku dowiaduje się, że pierwszoosobowym narratorem jest kot. Natsume stosuje rzadko spotykany w powieściach zabieg personifikacji, który najczęściej wykorzystywany jest bajkach. Za ojca tej krótkiej formy literackiej uznaje się Ezopa – jego utwory posiadały wyraźnie zaznaczony morał, cechowały się alegorycznością, często utrzymane były w żartobliwej konwencji. Popularnym zabiegiem było wyrażanie uniwersalnych postaw, stanowisk, czy poglądów m.in. za sprawą zwierząt. Utwór Jestem kotem dość dobrze wpisuje się w tę konwencję. Najłatwiejszym do wychwycenia punktem wspólnym jest oczywiście humor, którego w książce z pewnością nie brakuje. Sam kot może uchodzić za wyraziciela poglądów głoszonych przez Sōsekiego Natsume. Ten niewielki drapieżnik to świetny obserwator, który dzięki temu, że nie jest człowiekiem, może przyglądać się ludzkim działaniom z nieco szerszej perspektywy. Poprzez fakt, że narrator nie przynależy do człowieczego gatunku, jego ocena zachowań, norm, czy zwyczajów ludzkich wydaje się odrobinę bardziej obiektywna. Nietypowe spojrzenie pozwala na wychwycenie wielu spraw na tyle powszechnych, że na co dzień nam umykają. Dopiero prezentowany, bardzo oryginalny punkt widzenia sprawia, że czytelnik zaczyna uświadamiać sobie jak zagadkową, niekiedy zabawną, a z pewnością niejednoznaczną istotą jest człowiek.

Jednym z bohaterów utworu jest gospodarz Kushami, u którego mieszka bezimienny kot. Pan naszego czworonoga jest nauczycielem angielskiego, który wykłada ten język w jednej z pobliskich szkół. Wraz z żoną, trzema córkami oraz służącą mieszka w tradycyjnym, nieco zaniedbanym domostwie. Czas wolny spędza najchętniej samotnie w bibliotece, pozostając w głębokiej izolacji od otaczającego go świata, który stale zdaje się mu narzucać, przeszkadzać oraz irytować. Od czasu do czasu profesora odwiedzają przyjaciele, którzy okazują się równie oryginalnymi osobnikami. Były uczeń Kangetsu pragnie uzyskać doktorat z fizyki, który oprócz wyraźnej nobilitacji w świecie nauki może okazać się cenną kartą przetargową w matrymonialnych staraniach. Jeśli dołożyć do tego szlifowanie szklanych kul oraz ogromny, poetycki wręcz, nochal przyszłej teściowej, czytelnik może być niemal pewnym, że wszelkie epizody związane z Kangetsu oraz państwem Kaneda (głową rodziny, a więc mężem gargantuicznego nosa jest ufny w siłę pieniądza biznesmen) będą obfitować w cały szereg zabawnych wydarzeń. Nie gorzej prezentuje się Meitei, persona pewna siebie do granic możliwości, wyzbyta zmartwień, skrępowania, trosk, czy skrupułów, której główną działalność stanowi kpiarstwo oraz sprawianie psikusów znajomym. Absurdalne dialogi, niecodzienna wymiana poglądów, abstrakcyjne koncepcje, czy przewrotne porady, do których za usilną namową stosują się naiwni przyjaciele to cechy charakterystyczne kolegi Meiteia.

Oczywiście relacje ze wszystkich niezwykłych spotkań, do których dochodzi u gospodarza serwuje czytelnikowi tytułowy kot. Zwierzę okazuje się zaskakująco inteligentnym oraz bystrym obserwatorem, którego uwadze nic nie może umknąć. Ofiarą kociej spostrzegawczości pada głównie ludzka natura, o której okrucieństwie narrator nie raz, nie dwa boleśnie przekonał się na własnej skórze. Mimo, że relacja prowadzona jest w dość ironicznym oraz lekkim tonie, to jednak spod płaszczyka humoru przebija się niepokojąco intensywna prawda o człowieczym charakterze. Ludzki egoizm, ślepota, egocentryzm, niedostrzeganie cudzych potrzeb prezentowane są w całej rozciągłości. Okazuje się, że człowiek nie jest stworzeniem tak mądrym, za jakie się uważa – brak wyrozumiałości oraz wrażliwości nie pozwalają na pozyskanie szacunku zwykłego kota. Czworonóg zwraca także uwagę na naturalne wręcz skłonności do dwulicowości oraz fałszywych zachowań – ludzie przyjmują diametralnie różne postawy w zależności od okoliczności oraz towarzystwa, w jakim w danym momencie się znajdują, kierując się przy tym wyłącznie własnym interesem. W konwersacjach z ważniejszymi osobnikami pojawiają się tanie pochlebstwa, uniżoność, niechęć do prowadzenia sporów. Ale już w kontaktach z przedstawicielami niższych warstw społecznych wykorzystywana są pogarda, czy niechęć, a jakiejkolwiek wyrozumiałości nie może być mowy. Kot kładzie również nacisk na sprzeczności, które naznaczają większość ludzkich działań. Człowiek uważa się za istotę najwyższego rzędu, jaka kiedykolwiek kroczyła po kuli ziemskiej, obnosząc się z dumą swoim nieprzeciętnym intelektem, a na dobrą sprawę nie udało mu się nawet zgłębić istoty własnego bytu, poznać samego siebie. W dalszym ciągu stawiane są pytania o cel egzystencji, na które jednak trudno uzyskać satysfakcjonujące odpowiedzi. Ponadto ludzkie poglądy zmieniają się w zależności od miejsca i czasu – chciałoby się powiedzieć, że tylko człowiek potrafi tak manipulować tymi samymi wartościami, że ten sam przedmiot nagle ulega metamorfozie, przekształcając się z czarnego w biały i odwrotnie.

Najczęstszym obiektem obserwacji kota jest jego gospodarz, profesor Kushami. To zrozumiałe ze względu na fakt, że razem spędzają najwięcej czasu. Czworonóg jako jedyny ma prawo przebywać w gabinecie swojego pana, gdy ten jak każdego popołudnia, po nużącym dniu pracy, odcina się od całego świata. Tym samym kot staje się powiernikiem najskrytszych sekretów, świadkiem wielu tajemnic profesora. Ale przyznać trzeba, że kocia ocena, wystawiona gospodarzowi Kushamiemu nie jest zbyt wysoka. Profesor jawi się jako osoba mało rozgarnięta, wręcz przygłupawa. Uderzające są jego cechy, wśród których prym wiodą obojętność, upór, złośliwość, drażliwość, nerwowość oraz porażająca bierność. Co ciekawe, mimo tych wszystkich krytycznych przytyków kierowanych pod adresem profesora, kot lubi i szanuje swojego pana. Na miarę swoich możliwości stara się o niego troszczyć, dbać o jego dobre imię. Oczywiście gospodarz nie jest wyłącznie chodzącą kupą nieszczęścia, u której nie można dopatrzyć się żadnych pozytywów. U swojego pana kot najbardziej ceni sobie właśnie brak inicjatywy, którą czworonóg, na bazie własnych doświadczeń kojarzy głównie z oszukiwaniem i zwodzeniem bliźnich, zabieganiem komuś drogi i utrudnianiem mu życia, szantażowaniem fałszywą wiedzą oraz zwodzeniem. Ponieważ gospodarzowi brak także poczucia własnej dumy, nie jest on ani zuchwały, ani niegodziwy.

Przyglądając się sylwetce Kushamiego oraz kota nietrudno dostrzec, że obie postacie są w pewnym stopniu wzorowane na samym Sōseki Natsume. Profesor, to podobnie jak autor utworu nauczyciel języka angielskiego, który może poszczycić się dumnymi wąsiskami, a włosy na boku głowy rozdziela efektownym przedziałkiem. Codzienną egzystencję utrudniają problemy z niestrawnością, z którymi Natsume borykał się do końca swojego życia, które nigdy nie opływało w luksusy. Analogie pomiędzy Sōsekim Natsume a kotem są już bardziej subtelne, wkraczając na tereny metaforyczne. Japoński pisarz był najmłodszym synem naczelnika jednej z dzielnic miasta Edo. Wraz z nadejściem epoki Meiji nastąpiło obalenie feudalnego systemu shogunatu rodu Tokugawa. Wiadomo powszechnie, że wszelkie wielkie przemiany najdotkliwiej odczuwają ludzie mali i nie inaczej było w wypadku rodziny Natsume. Stanowisko naczelnika dzielnicy zostało zlikwidowane, co wiązało się z popadnięciem w spore kłopoty finansowe. Aby odciążyć nieco domowy budżet, najmłodsza latorośl, Kinnosuke (dzisiaj lepiej znany jako Sōseki) został oddany na wychowanie rodzinie Shiobara. Jednak kłótnie małżeńskie oraz niestałość związku przybranych rodziców sprawiły, że Kinnosuke wrócił do rodzinnego domu w wieku 8 lat, ale jeszcze przez kilka dalszych lat formalnie pozostawał członkiem rodziny Shiobara. Zatem niemal od początku swojego żywota Kinnosuke Natsume uważany był za niepotrzebny ciężar. Poczucie samotności, wyobcowania pobrzmiewa wyraźnie w narracji kota, który przecież do końca książki pozostaje kotem bezimiennym. Czworonóg mieszka w domu swojego gospodarza, ale odkąd tylko się w nim pojawił traktowany jest bardziej jako intruz, z którego obecnością, ze względu na upór, należy się pogodzić. Nikt nie przejawia zbytniej troski ani zainteresowania kocim domownikiem, który zdaje się egzystować nieco na uboczu, na marginesie.

Mimo tej chłodnej obojętności, z jaką traktowany jest kot, to właśnie on pozostaje najsympatyczniejszą postacią w całej książce. Fantastyczny jest przede wszystkim język, którym czworonóg snuje swoją narrację – nacechowany jest on ironią, pozorną naiwnością, która nie pozwala przestać zadziwiać się meandrami ludzkiej psychiki. Zaskakuje znakomita znajomość kultury zarówno japońskiej jak i europejskiej, do której kot bardzo często się odwołuje, szczególnie gdy posługuje się zabawnymi porównaniami, charakteryzując całą galerię postaci, która przewija się przez domostwo profesora. Uśmiech na twarzy wywołują zarówno osobliwe określenia typu profesor Latryna, Wielkie Bóstwo Ogona, czy profesor Ostryga jak i niecodzienne wydarzenia, do których z pewnością zalicza się koci taniec, czy tłumaczenie zawiłych rodzinnych koligacji (córka kuzyna ze strony matki męża młodszej siostry osobistego sekretarza wody po trzynastym shōgunie) oraz niemal wszystkie dialogi pomiędzy gospodarzem a jego kolejnymi gośćmi.

Utwór jako całość prezentuje się po prostu wybornie. Natsume wyłożył w nim ogrom interesujących poglądów dotyczących spraw kultury, tradycji oraz ogólnie ludzkości. Człowiecza natura została poddana miażdżącej krytyce, chociaż sama jej forma ma wydźwięk mocno ironiczny. Dobrze widoczne jest również stanowisko Natsume w kwestiach tożsamości własnego kraju – nie należał on do zwolenników kultu narodu japońskiego, który był szczególnie intensywny w trakcie wojny z Rosją, trwającej w latach 1904 – 1905. Ale szowinistyczne, czy nacjonalistyczne zachowania były dla Natsume równie obce co zachłyśnięcie się Zachodem. Japoński literat niechętnym okiem patrzył na ślepą i bezmyślną manię naśladowania wszystkiego co europejskie, czy amerykańskie. Godna pożałowania wydaje się choćby wychwalana przez Europejczyków aktywność, która w gruncie rzeczy jest często działaniem samym w sobie, nie przynoszącym realnych efektów. Nieustanna chęć zmian, niecierpliwość, wola dominacji, chęć postawienia na swoim, chorobliwa żądza posiadania racji po swojej stronie to w mniemaniu narratora procesy nieskończone, samonapędzające się, gnające ludzkość prosto w objęcia autodestrukcji.

Prezentowana lektura to znakomite antidotum, mogące zadziałać niczym kubeł zimnej wody wylanej na głowę rozpaloną do czerwoności wizjami własnej wielkości. Sōseki Natsume razem ze swoim rewelacyjnym narratorem brutalnie rozwiewają w pył miraż człowieka-kreatora, którego woli powinno poddawać się każde stworzenie. Po ostatnich stronach tej rewelacyjnej książki ludzkość zaczyna jawić się bardziej jako nagi król, obnażony z wszelkich szat, w które dotychczas próbował skryć swą małość, podłość i nijakość.

P.S. Wydanie, które posiadam (Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 2012) jest przepiękne. W oczy rzuca się już twarda oprawka z interesującą okładką, która stanowi dopiero przedsmak tego, co skrywa w sobie książka. Każdy kolejny rozdział ozdobiony jest kolorową ryciną, dodatkowo w tekście można odnaleźć kilka przedruków japońskich obrazów. Wszystkie rysunki wybornie harmonizują z tekstem.

piątek, 21 lutego 2014

Okładka książki Szelest złotolitego brokatu

  Tytuł: Szelest złotolitego brokatu

  Autor: Hisako Matsubara

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 206

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka





 

 

 

 

 

 

Emigracja, czyli opuszczenie granic własnej ojczyzny to z pewnością krok, który nie łatwo wykonać. W końcu człowiek nie na darmo porównywany jest do drzewa, które w miarę jak zapuszcza coraz dłuższe korzenie jest tym trudniejsze do przesadzenia. Przeprowadzka to jedna z bardziej stresujących sytuacji w życiu ludzkim, a cóż dopiero mówić o przypadku, gdy człowiek diametralnie zmienia swoje otoczenie, przenosząc się do zupełnie obcego kraju z jego nieznaną kulturą oraz równie tajemniczymi mieszkańcami. Nie jest łatwo rozpocząć zupełnie nowe życie budując je niemal od podstaw, bez fundamentów, jakie z pewnością stanowią więzy rodzinne, znajomość panujących realiów czy język, którym płynnie władamy. Trudy i problemy towarzyszące emigracyjnej egzystencji z pewnością zna z autopsji autorka Hisako Matsubara.

Hisako Matsubara to pochodząca z Japonii pisarka, która na co dzień mieszka w Niemczech. Urodzona w 1935 roku w Kioto w rodzinie kapłana shintoistycznego studiowała literaturą oraz religioznawstwo porównawcze w Japonii, teatrologię w USA, czy filozofię w krajach europejskich. Na początku lat sześćdziesiątych Matsubara osiadła w Niemczech, pracując jako dziennikarka oraz tłumaczka. W roku 1978 zadebiutowała jako pisarka napisaną po niemiecku powieścią Szelest złotolitego brokatu.

Utwór skupia się na dwóch interesujących kwestiach. Patrząc na nią z szerszej perspektywy, powieść to wnikliwy zapis zmian, jakie zaczęły gwałtownie zachodzić w Japonii w okresie epoki Meiji (1868 – 1912 r.), kiedy to Kraj Kwitnącej Wiśni skończył na dobre z polityką izolacjonizmu. Nastąpił burzliwy okres przemysłowego rozwoju, któremu towarzyszyła także kulturowa rewolucja. Tradycyjne układy społeczne oraz uświęcone od lat kulturowe normy starły się z zupełnie nowymi oraz jakże odmiennymi obyczajami, które przywędrowały z Zachodu, tj. z Europy oraz Stanów Zjednoczonych. Z kolei na bliższym planie czytelnik poznaje zawiłe losy japońskiej rodziny. Jednym z bohaterów jest przedstawiciel samurajskiego rodu Hayato. Owocem związku z żoną jest wyłącznie córka, Tomiko. Nie mogąc doczekać się potomka, ojciec Hayato postanawia zaadoptować młodego chłopca Nagayukiego, pochodzącego z dworskiej rodziny arystokratycznej, której chwała już dawno przeminęła. Nagayuki zostaje przybranym synem ojca Hayato, a niedługo po uzyskaniu pełnoletności, również mężem Tomiko. Młody człowiek, odkąd tylko trafił pod opiekuńcze skrzydła seniora znakomitego rodu wychowywany jest w tradycyjnym duchu samurajskim, który nie do końca zgodny jest z jego naturą. Jednak głębokie poczucie odpowiedzialności związane z rolą przybranego syna nakazuje Nagayukiemu ślepe posłuszeństwo wobec ojca Hayato – wszystko czego pragnie młody człowiek, to stać się godnym miana dziedzica. Ogromna determinacja, upór oraz samozaparcie umożliwiają ukończenie studiów prawniczych z wyróżnieniem, co z kolei wiąże się z możliwością podjęcia pracy w najlepszych japońskich koncernach, które często wysyłają swoich pracowników do USA. Stany Zjednoczone to symbol potęgi oraz sukcesu, a przy tym wzór, który Japonia pragnie naśladować. Wyjazd za daleki ocean z ramienia potężnej firmy to szczyt marzeń Nagayukiego, ale aby jego plan doczekał się realizacji, musi najpierw zyskać aprobatę ojca Hayato. Senior rodu akceptuje podróż syna do Stanów, chociaż obwarowuje ją surowymi warunkami – Nagayuki wzorem prawdziwego samuraja może liczyć wyłącznie na siebie samego. Musi zatem odrzucić wszystkie oferty pracy i udać się zza ocean na własną rękę, a nie jako szanowany pracownik jednej z japońskich kampanii. Ponadto na obczyźnie nie może mu towarzyszyć ukochana żona – w końcu u boku wojownika nie ma miejsca dla kobiecej słabości. Wyjazd Nagayukiego podyktowany jest również względami praktycznymi – majątek rodu Hayato topnieje z dnia na dzień. Ojciec Hayato, który w codziennym życiu kieruje się surowym samurajskim kodeksem stanowi idealną ofiarę dla sprytnych, przebiegłych, chytrych oraz bezlitosnych finansistów, maklerów czy spekulantów. Zatem celem Nagayukiego jest szybkie zdobycie fortuny oraz tryumfalny powrót do kraju, będąc odzianym w szeleszczące szaty ze złotolitego brokatu.

Utwór bardzo celnie prezentuje całkiem uniwersalne wyobrażenia na temat życia na obczyźnie oraz zagranicznych wyjazdów w celach zarobkowych. Autorka znakomicie przedstawia naiwne przekonanie, że emigracja jest niemal równoznaczna z kuferkami pieniędzmi, jak gdyby w USA, czy gdziekolwiek indziej banknoty rosły na drzewach, a cały wysiłek sprowadzał się do tego, by je zebrać. Stąd baczne przyglądanie się każdemu, kto tylko wrócił z obcych ziem – wyszukiwane są wszystkie, nawet najbardziej absurdalne oznaki bogactwa, dowody dorobienia się i zbicia pokaźnego majątku. Mocne zęby u siedemdziesięciolatka – zapewne sztuczne, a więc bardzo kosztowne. Podróż z pięcioma marnie prezentującymi się, nadgryzionymi zębem czasu kuframi – niepozorne opakowania z pewnością skrywają bogatą zawartość, pieniądze bądź wartościowe przedmioty. Zaskakująca jest zatem ogromna nieczułość, obojętność, albo raczej bezrefleksyjność – niemal w ogóle nie podejmowana jest kwestia poczucia wyobcowania, głębokiej izolacji, jakie muszą towarzyszyć osobie opuszczającej własną ojczyznę, przynajmniej w przeciągu kilku pierwszych miesięcy w zupełnie nowym środowisku. Tak jakby sfera przeżyć duchowych została zepchnięta na drugi plan, ustępując miejsca kwestiom materialnym.

Hisako Matsubara na podstawie losów innych emigrantów dobrze ukazała również swoistą pułapkę, jaką stanowią wysokie oczekiwania naszych bliskich. Schemat prezentuje się bardzo podobnie – ludzie wyjeżdżają za chlebem z myślą o szybkim zbiciu majątku i równie błyskawicznym powrocie do kraju. Tymczasem po dotarciu na miejsce okazuje się, że realizacja pozornie prostego planu wcale nie jest przedsięwzięciem najłatwiejszym. Mijają kolejne lata, a kwota jaką udało się uzbierać wciąż nie jest zadowalająca, ba, jest wielokrotnie niższa od predykcji zainteresowanych oraz – przede wszystkim – od oczekiwań krewnych. Poczucie wstydu oraz zawiedzionych nadziei nie pozwala zatem wrócić do rodzinnych stron, co byłoby równoznaczne z przyznaniem się do klęski.

W utworze zwraca uwagę oryginalny sposób prowadzenia narracji. Czytelnik, podobnie zresztą jak i rodzina Hayato posiada bardzo skąpe informacje na temat tego, co dzieje się z Nagayukim w Ameryce. Listy słane przez niego są dość enigmatyczne oraz zdawkowe, ubogie w szczegóły dotyczące jego codziennego życia, czy pracy. Ta pustka powoduje, że najbliżsi zaczynają zapełniać ją na własną rękę, tworami swojej wyobraźni. Ojciec Hayato ogląda syna opromienionego blaskiem chwały, natomiast biologiczna matka umiera wręcz z niepokoju. Powieść, mimo, że koncentruje się na losach Nagayukiego, w rzeczywistości jest kroniką, w której dokładnie została opisana historia rodziny, którą opuszcza emigrant – syn, ojciec, mąż. Poznajemy zatem dramat, który staje się głównie udziałem kobiet – żon, matek czy córek.

Wydaje się, że na przykładzie ojca Hayato i posłusznego mu Nagayukiego, którzy zostali zestawieni m.in. z maklerem giełdowym, panem Sono oraz synem robotnika portowego, który wrócił z USA odziany w złotolity brokat, Hisako Matsubara pragnie ukazać klęskę samurajskiej wizji rzeczywistości w konfrontacji ze światem kapitalistycznym. Na podstawie lektury nie trudno o smutną konstatację, że ludzie uczciwi, honorowi, o wysokim poczuciu moralnym, którzy przy podejmowaniu wyborów kierują się głosem sumienia oraz sprawiedliwością, najczęściej okazują się stroną przegraną, pokrzywdzoną, oszukaną. Tryumfy, spektakularne i szybkie, odnoszą natomiast wszelakiej maści szalbierze, czy oszuści, którzy potrafią bezwzględnie wykorzystać okazywane im zaufanie. Podłość, nieczułość, brutalność, przemoc stanowią najkrótszą drogę do sukcesu, którego wyznacznikiem w oczach mieszkańców oczekujących na powrót swoich rodaków jest wyłącznie gotówka, nieważne w jakich okolicznościach zarobiona.

Reasumując, Szelest złotolitego brokatu to lektura ogromnie intrygująca. Przejmująca historia rodziny Hayato jest dobrym pretekstem do ukazania zmian, jakie zaszły w Japonii na przełomie XIX oraz XX wieku. Autorka ciekawie zaprezentowała konsekwencje tych przemian. Powieść można także rozpatrywać na płaszczyźnie psychologicznej – bardzo trafnie opisane zostały relacje młodych małżonków z zaborczym ojcem Hayato, który dzięki swojej niezłomnej postawie, niezachwianej pewności siebie, masce dobrotliwości i troski, potrafi niemal bez oporu narzucić swoją wolę. Matsubara zwraca uwagę, do czego może prowadzić taka uległość i kompletny brak asertywności. Powieść skrzy się także wesoło od bogatej symboliki – wymowna jest pasja ojca Hayato do hodowania drzewek bonsai, okaleczonych karzełków, których kształt nadawany jest przez ludzką rękę. Złotolity brokat to oczywiście uosobienie spełnienia marzeń każdego emigranta o odnalezieniu szczęścia na obcej ziemi. Z kolei maska używana w przedstawieniach teatru nō, dalekiego od przyziemnej powszedniości, przeistaczającego cierpienia ludzkie w poezję to ucieleśnienie hartu ducha starego samuraja, który nawet w obliczu ciągłych klęsk spadających na jego dom, potrafił zachować zarówno niewzruszoną i dumną postawę jak i zaskakująco bezwiedny konformizm moralny. Książka dosyć krótka, ale bardzo treściwa oraz ciekawa. Godna polecenia.

niedziela, 16 lutego 2014

  Tytuł: Okładka książki 622 upadki Bunga622 upadki Bunga

  Autor: Stanisław Ignacy Witkiewicz

  Wydawnictwo: Zielona Sowa

  Liczba stron: 320

  Cena: 14,90 zł

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

Słowo pisane to w moim prywatnym odczuciu jedno z największych osiągnięć ludzkości. Pismo klinowe, którego autorami byli prawdopodobnie Sumerowie, liczy sobie już ponad 5500 lat. Można zatem powiedzieć, że jako ludzkość mieliśmy całkiem sporo czasu by solidnie nauczyć się władać tym niezwykłym wynalazkiem. Na obecnym stopniu rozwoju doszliśmy już do takiej wprawy, że stosujemy różne nośniki dla tego typu informacji, począwszy od fizycznych, a na elektronicznych skończywszy. Ale co fascynujące, mimo upływu tylu stuleciu, jeśli chodzi o treść, jaką skrywa w sobie dany układ liter, czy też znaków, to człowiek nadal jest decydującym elementem tej układanki. W przypadku literatury, to właśnie autor jest swoistym demiurgiem, który powołuje do istnienia świat przedstawiony w danym utworze. Ale czy pisarz, podobnie jak Bóg powołuje do trwania rzeczy, wydobywając je z kompletnego niebytu, czy też jest bardziej budowniczym, który z dostępnych materiałów kreuje literacką rzeczywistość?

Osobiście uważam, że artysta, a w tym konkretnym przypadku pisarz, nie jest zupełnie wolny od bodźców zewnętrznych. Bohaterowie, akcja, fabuła rodzą się co prawda w umyśle autora, ale podstawę dla tych elementów w mniejszej bądź większej mierze stanowią przeżycia, wydarzenia, przygody, rozmowy czy spotkania, będące udziałem twórcy. Rzeczywistość oplatająca artystę okazuje się bardzo plastycznym, a przy tym wdzięcznym tworzywem, które może zostać użyte do napisania znakomitej powieści. Dobrym przykładem są dzieła Stanisława Ignacego Witkiewicza – chociaż on sam, mocno poróżniony z ówczesną polską krytyką literacką głośno postulował o oddzielenie literackiego dzieła od losów jego twórcy. Syn wybitnego malarza, architekta oraz teoretyka sztuki Stanisława Witkiewicza, był równie uzdolniony co ojciec, przejawiając ponadto talent w dziedzinie literatury, fotografii czy filozofii. W wieku 26 lat napisał swoją pierwszą powieść, 622 upadki Bunga, zawierającą sporo wątków autobiograficznych. Oczywiście książkę można, tak jakby życzył sobie tego Witkacy, odseparować od jego własnej osoby i czytać ją bez znajomości kluczowych faktów z jego życia. Utwór w dalszym ciągu pozostaje lekturą z wszech miar wartą uwagi, inspirującą oraz ciekawą – świadczy to o umiejętnym transponowaniu własnych przeżyć i obserwacji autora do świata literackiej fikcji oraz uniwersalności samego utworu, poruszającego tematy newralgiczne i ważne dla każdego człowieka. Ale o ileż bardziej interesujące i pełniejsze będą upadki tytułowego Bunga, jeśli czytelnik chociaż liźnie życiorys niezwykłego artysty, jakim niewątpliwie był Witkacy.

622 upadki Bunga czyli demoniczna kobieta, bo tak brzmi pełny tytuł debiutu literackiego Witkiewicza koncentruje się na dwóch aspektach – niełatwych relacjach młodego bohatera z płcią piękną oraz równie trudnych i zawiłych stosunkach ze sztuką. Bungo, to podobnie jak Witkacy w momencie pisania powieści, młody człowiek, artysta, a przy tym student Akademii Sztuk Pięknych. Życie dopiero odkrywa przed Bungiem swoje sekrety, poczynając jednak od prezentacji swojej zdecydowanie mroczniejszej strony. Dojrzewający młodzieniec odznacza się niepospolitym życiem duchowym oraz intensywnymi przeżyciami wewnętrznymi. Kwestią, która mocno nurtuje Bunga jest autodefinicja, wyznaczenie ścisłych ram własnej osobowości jak również ścisłe określenie swojego sposobu pojmowania sztuki. W takim właśnie stanie, tj. w trakcie duchowych rozterek, metafizycznych oraz artystycznych poszukiwań, gdy Bungo zatopiony jest w samym sobie, dopada go pani Akne Montecalfi, czyli tytułowa demoniczna kobieta. Pani Akne jest uznaną śpiewaczką operową, ale niesłabnącą salonową sławę zapewniają jej liczne romanse oraz potężny, wręcz legendarny wpływ, który wywiera na swoich kochanków, przyciągając ich niczym magnes, nie pozwalając im wyjść z orbity swoich destrukcyjnych oddziaływań.

Zestawienie ze sobą (to określenie jest chyba najbardziej adekwatne szczególnie w przypadku Bunga, który zdaje się być marionetką w rękach trzecioosobowego narratora, zsyłającego z sadystycznym umiłowaniem na swoją kukiełkę kolejne ciężkie doświadczenia) Bunga oraz Akne wywołuje silny efekt komiczny, charakteryzujący się równocześnie mocnym odcieniem tragizmu. Bungo to zblazowany młody człowiek, szukający kolejnych podniet, ekscytujących doświadczeń i przeżyć, będący w istocie zadufanym w sobie chłystkiem, któremu imponuje własna inteligencja i głębia. Z naiwnością godną najszczerszej litości prezentuje on pani Akne swoje zawiłe poglądy wierząc w krystalicznie czyste uczucie, które miałoby połączyć tę dwójkę. Bungo wraz z kolejnymi miłosnymi deklamacjami oraz „poważnymi rozmowami”, do których przejawia denerwującą wręcz swą intensywnością tendencję, jawi się coraz bardziej jako bezbronny a przy tym zupełnie nieświadomy chłopczyk, postawiony w obliczu ociekającego seksapilem hormonalnego (i niewyżytego) monstrum. Bungo, który szczególnie na początku utworu sprawia wrażenie tchórza bojącego się realnych zmian oraz zwykłej świni, ze swoimi skłonnościami do cynizmu, złośliwości, bezwzględności, oschłości i instrumentalnego traktowania innych dotkliwie przekonuje się, że kłamstwo, czy intryga to broń obosieczna.

Akne Montecalfi starsza od Bunga zarówno wiekiem jak i doświadczeniem okazuje się kamieniem, na którym stępiła się już niejedna kosa. Co interesujące bardzo wielu cech tej demonicznej postaci użyczyła popularna aktorka dwudziestolecia międzywojennego, Irena Solska, z którą młodszy o 8 lat Witkacy miał burzliwy romans. Reperkusje tego związku widoczne są zarówno w literaturze, czego najlepszym przykładem jest omawiany utwór oraz w sztuce – istnieje całkiem sporo portretów pani Solskiej pędzla Witkiewicza (nie brakuje na nich złośliwych dopisków). Postać Akne, wykreowana w 622 upadkach Bunga jest doprawdy demoniczna. Artystka została przedstawiona jako istny sukkub, wodzący na pokuszenie wszystkich mężczyzn, którzy chociaż w najmniejszym stopniu zainteresują panią Akne. Jest ona niczym kolekcjonerka oryginalnych okazów – przedstawicieli męskiego rodu, a przy tym odważna i bezwzględna poskramiaczka samczych natur. Cieszy ją zarówno sam akt uwodzenia, oddania się w ramiona mężczyzny, wystarczająco silnego by ją posiąść (wyłącznie fizycznie, bowiem zawładnięcie psychiczne jest tylko dobrze udawaną iluzją) jak i wzbudzanie zazdrości u swojego faworyta. Pani Akne gra na najniższych instynktach swoich ofiar, którymi zdaje się szczerze pogardzać. Za sprawą pióra Witkacego jawi się jako groźny, niebezpieczny i śmiertelnie jadowity płaz, który połknął już niejednego nierozważnego śmiałka czy groźne, trujące zielsko, ciasno oplatające swoich wybranków, nie dając żadnych szans na ucieczkę.

Miłość, jaką Witkacy serwuje czytelnikowi na kartach swojej powieści to straszliwe uczucie, które przybiera postać aktu zawładnięcia ukochaną osobą, sprowadza się do tego, by posiąść ją niemal na własność. To silnie toksyczny stan emocjonalny, który podsycany zazdrością oraz chęcią ubezwłasnowolnienia umiłowanego człowieka działa niezwykle destrukcyjnie, błyskawicznie rujnując osobowość obu ludzi, tworzących związek. Kluczowym czynnikiem scalającym ze sobą dwie niemal otwarcie walczące ze sobą strony jest fizyczne pożądanie, które jest niczym potężny, burzący wszystko na swojej drodze żywioł. Chuć sprawia wrażenie miękkiej, lepkiej i obrzydliwej substancji, czy też błony dokładnie pokrywającej bezradne ofiary, które nie są w stanie wyrwać się ze stanu nieustannego seksualnego głodu.

Drugim istotnym, a przy tym niezwykle ciekawym tematem, poruszanym przez Witkacego jest szeroko rozumiana sztuka. Kim właściwie jest artysta? Czy artystą należy się urodzić, czy można tak po prostu się nim stać? Jak daleko sztuka powinna sięgać do codzienności? W jakim stopniu ją odzwierciedlać? Czy w ogóle może się do niej odnosić? A może sztuka to tylko dzieło samo w sobie, dekoracja, nie mająca punktów stycznych z rzeczywistością, która rodzi się z nicości, będąc zatem tworem w pełni autonomicznym (na wzór nowej powieści, o której niezależność postulowali twórcy na czele z Robbe-Grilletem)? A może jednak artysta to w pewnym sensie osoba odpowiedzialna, nie mająca prawa tworzyć w zupełnym oderwaniu od wydarzeń, procesów dziejowych, których jest świadkiem, bądź uczestnikiem? Zatem czy artysta to duchowy przywódca, osoba zaangażowana w kulturę, która winna stać się udziałem również innych, czy bardziej wilk samotnik, nieczuły na losy poszczególnych jednostek?

Warstwą, która przykuwa szczególną uwagę jest z pewnością nietuzinkowy język oraz niepowtarzalny styl Witkacego. Wśród bogatej składni prym wiodą efektowne przydawki, które silnie akcentują stany, w jakich znajdują się bohaterowie, podkreślają ich cechy, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Witkacy lubuje się w przymiotnikach obrazowych oraz wyrazistych – wyrazy dziki, straszliwy, absolutny, bezdenny, wściekle, potworny, odmienione przez niemal wszystkie przypadki gęsto okraszają kolejne zdania, tworząc zapadające w pamięć kompozycje (bestialski, a święty uśmieszek jej ust). Jednocześnie mnogość określników, ich mieniąca się wielość zdaje się podkreślać niemożność pełnego wyrazu uczuć, które targają artystą. Forma, w jaką twórca pragnie wtłoczyć słowa okazuje się stanowczo za ciasna. Być może stąd to ciągłe maltretowanie, miażdżenie, niszczenie, szarpanie, tj. babranie się w sobie, wywalanie metafizycznych bebechów oraz nieustanne plątanie się w jelitach niespokojnego umysłu, które momentami przywodzi na myśl pełne stękania uzewnętrznianie się, bełkotliwe rzyganie treścią.

Książka to z pewnością prawdziwa gratka dla miłośników dwudziestolecia międzywojennego. Na kartach powieści pojawia się wielu bohaterów wzorowanych na znajomych oraz przyjaciołach Witkacego vel Bunga. Oczywiście pierwszoplanową rolę gra Irena Solska jako Akne Montecalfi, ale to nie jedyna osoba, która użyczyła swoich rys charakterologicznych. Tadeusz Miciński wcielił się w rolę dziwacznego proroka, Maga Childeryka, głoszącego służebną rolę sztuki oraz niosącego pomoc zdruzgotanemu związkiem z Akne Bungowi. Matematyk oraz teoretyk sztuki Leon Chwistek posłużył za pierwowzór dla barona de Buffadero-Bluff, dla którego praca artystyczna stanowi przeciwwagę dla matematycznej działalności na polu logiki. Podróżnik oraz antropolog Bronisław Malinowski posiada natomiast rysy księcia Nevermore, zblazowanego arystokraty, pogrążonego w studiach nad istotą życia, która to istota przecieka mu jednak przez palce.

Reasumując 622 upadki Bunga to książka niezmiernie interesująca, przy czym jej lektura wcale nie była taka prosta. Powieść tak jak złośliwy polip przyczepia się do umysłu czytelnika, zachowując się niczym demoniczna kobieta. Tak jak złośliwa i chytra hetera, która zapewnia swoją ofiarę o niesłabnącym uczuciu, by za chwilę patrzeć z nieskrywaną satysfakcją jak delikwent spala się od rozpalonej do białości żądzy, której jednak nie ma zamiaru ugasić, tak i powieść zwodzi, a niekiedy i męczy swojego czytelnika. Oscyluje ona od stanów apatii, stagnacji, kiedy zwyczajnie wieje nudą. Ale kiedy już, już bliscy jesteśmy powzięcia zamiaru definitywnego rozstania się z lekturą, jak na zawołanie pojawia się wątek, który pobudza wyobraźnię, stawiając na baczność wszystkie zmysły, nie pozwalając oderwać się od tekstu. Zatem podobnie jak i Bungo niekiedy jesteśmy niczym bezradna muszka, schwytana w sieci okrutnego i bezlitosnego pająka, stanowiąc jego zabawkę.

Momenty, kiedy fabuła zdaje się kręcić w kółko w pełni wynagradzają świetne opisy, którymi raczy czytelnika autor. Na jaw wychodzą zdolności Witkacego w dziedzinie malarstwa, które bardzo sprawnie są adaptowanego do tworzenia literackich pejzaży. Akcja utworu rozgrywa się głównie w mieście (Warszawie?) oraz w górach (Tatrach?). Przyroda bardzo często służy Witkacemu do podkreślania stanów emocjonalnych, w jakich aktualnie znajdują się jego postacie. Harmonizuje ona z nastrojami bohaterów, sprawiając, że są one jeszcze bardziej plastyczne, wręcz namacalne.

Witkiewiczowski debiut jest w mojej opinii pozycją godną uwagi. Zabawne, że sam autor zajmował się powieściopisarstwem niejako przy okazji, nie będąc do niego w pełni przekonanym. Twierdził, że ta forma literacka jest w stanie wyłącznie fragmentarycznie wyrazić metafizyczne doznania, które artysta pragnie przedstawić. Będąc po lekturze Pożegnania jesieni, Nienasycenia oraz 622 upadków Bunga śmiało stwierdzam, że te przygodne kontakty Witkiewicza z powieścią okazały się niezwykle płodne – są o niebo lepsze od dzieł niejednego współczesnego artysty, który uważa się za pisarza przez wielkie P. Polecam przede wszystkim poszukiwaczom transcendentalnej jedności Bytu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita