Subiektywnie o książkach. I nie tylko.
Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Muzyka | Promocje | Teatr
RSS
czwartek, 06 lutego 2014

Okładka książki Królewski taniec

  Tytuł: Królewski taniec

  Autor: Mohammed Dib

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 168

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Kolonializm to kolejny wstydliwy rozdział w historii białego człowieka, któremu, pogrążonemu w miłości własnej osoby, wydawało się, że bardziej zaawansowany poziom technologiczny (przynajmniej pozorny) automatycznie wiąże się z prawem do wykorzystywania, niszczenia, mordowania, eksterminacji, czy zniewalania innych nacji. Mocarstwa Starego Kontynentu prowadziły barbarzyńską ekspansję terenów słabo rozwiniętych, czerpiąc ze swojej działalności wymierne korzyści ekonomiczne. Obecnie większość byłych zamorskich posiadłości uzyskała niepodległość, wyrywając się spod politycznej zależności, ale echa kolonializmu słyszalne są do dnia dzisiejszego. Wystarczy przyjrzeć się sytuacji panującej w zamożnych krajach Europy Zachodniej – praktycznie wszystkie z nich muszą radzić sobie z problemem emigrantów, którzy przybywają właśnie z dawnych kolonii. Kuszące są perspektywy lepszego życia, bogata opieka socjalna oraz brak przeszkód w postaci barier językowych. Ekspiacyjne podejście w połączeniu z polityczną poprawnością sprawiają natomiast, że nowoprzybyli często nie mają żadnych bodźców do podjęcia pracy zarobkowej, zadowalając się życiem na koszt państwa. Ułomność i niemoc polityki emigracyjnej jest szczególnie widoczna w stosunku do wyznawców Islamu, wśród których nie brakuje podżegaczy do nienawiści, do walki z niewiernymi – ekstremiści (którzy pośród wyznawców Allacha nie stanowią większości, są za to najlepiej rozpoznawaną grupą) swobodnie głoszą swoje pełne agresji hasła, niemal bezkarnie terroryzując mieszkańców dzielnic, które zamieszkują [1], [2]. Z tego względu trudno dziwić się obywatelom państw europejskich, którzy w przeprowadzanych badaniach opinii publicznej coraz częściej przyznają, że boją się Islamu [3]. W końcu to co obce, nieznane, odróżniające się zawsze postrzegane jest jako niebezpieczne, jako coś z czym należy obchodzić się ostrożnie i podejrzliwie.

Oczywiście nie ma lepszego sposobu na zapoznanie się z daną kulturą niż zetknięcie się z jej literaturą. O tym jak prezentuje się polityka kolonizacyjna oraz próby wyrwania się spod jej jarzma z perspektywy narodu zniewolonego, w którym religią dominującą jest w dodatku Islam, możemy przekonać się za sprawą twórczości Mohammeda Diba.

Mohammed Dib to bardzo płodny francuskojęzyczny pisarz, nowelista oraz poeta pochodzenia algierskiego. Urodził się w 1920 roku w Tlemencu w zachodniej Algierii. Ojca, z zawodu cieślę, Dib stracił w młodym wieku. Autor dorastał wychowywany w tradycji islamskiej, chociaż nigdy nie uczęszczał do szkoły koranicznej (medresy). W szkole świeckiej Dib uczył się tkactwa oraz księgowości. W latach 1939 – 1959, pisarz imał się różnych zajęć – dorabiał jako nauczyciel w szkole podstawowej w Aoudj Bghal, księgowy w Oujda, był pracownikiem algierskich kolei, projektantem dywanów w fabryce tkackiej, tłumaczem ustnym pomagającym Amerykanom i Aliantom oraz dziennikarzem. W trakcie II Wojny Światowej Dib studiował literaturę na Uniwersytecie Algierskim. W latach 1950 – 1951 pracował dla komunistycznej gazety Alger républicain. W roku 1951 poślubił Francuzkę Colette Bellissant, córkę swojego nauczyciela od francuskiego.

Dib razem z Feraounem, Mammerim oraz Katebem był członkiem grupy znanej jako Generacja ’52 – nazwa nawiązywała do roku, w którym Dib oraz Mouloud Mammeri pojawili się na literackiej scenie. Grupa określana jest czasami mianem Generacja ’54, co z kolei nawiązuje do wybuchu powstania zbrojnego, które oznaczało rozpoczęcie wojny o niepodległość Algierii pod kierownictwem Frontu Wyzwolenia Narodowego. Jako nowelista, Dib zadebiutował właśnie w roku 1952 utworem La grande mason (Wielki dom), stanowiącym pierwszą część trylogii algierskiej, utrzymanej w nurcie naturalistycznym, przypominającym stylem pisarstwo Zoli. Dib prezentuje czytelnikowi historię algierskiej rodziny w przededniu wybuchu II Wojny Światowej, która alegorycznie przedstawiona zostaje jako Wielki Głód.

Okres walk o niepodległość Algierii, przypadający na lata 1954 – 1962 odcisnął niezatarte piętno na twórczości Diba. Dwujęzyczny twórca, aby dotrzeć do szerszej publiczności pisał swoje dzieła w języku francuskim, a więc w języku prześladowcy – ta kwestia ogromnie dręczyła artystę, który często dzielił się swoimi wątpliwościami z Katebem. Wielokrotnie powtarzał przy tym słowa, że moją ambicją, mimo wszystko, jest zainteresować wszystkich czytelników, podkreślając, że jako pisarz nie może ograniczać się wyłącznie do jednego kręgu kulturowego. Bo przecież najważniejsza jest ludzka natura, która jest udziałem nas wszystkich; rzeczy, które odróżniają nas od siebie to już kwestie drugorzędne.

Od momentu opuszczenia ojczyzny w roku 1959, Dib mieszkał we Francji. Kiedy na skutek francuskiej polityki kolonialnej, autor został zmuszony do powrotu do Algierii z powodu zaangażowania w ruchy niepodległościowe, kilku prominentnych pisarzy, wśród nich Andre Malraux, Louis Guilloux oraz Albert Camus, nawoływało władze do anulowania powziętej decyzji. Zaledwie 44 lata później, tj. 2 maja 2003 roku, kiedy Dib zmarł na przedmieściach Paryża, francuski minister kultury Jean-Jacques Aillagon określił Mohammeda Diba mianem duchowego pomostu pomiędzy Algierią a Francją, pomiędzy Północą a Południem.

Polski czytelnik ma możliwość zapoznania się z twórczością algierskiego pisarza za sprawą niezastąpionego Państwowego Instytutu Wydawniczego, który w roku 1976 opublikował Królewski taniec (1968 r.), a więc dzieło z okresu, kiedy Dib osiadł już we Francji, porzucając jednocześnie styl naturalistyczny, przyjmując dyskurs bardziej oniryczny. Akcja powieści rozgrywa się prawdopodobnie w okresie, w którym ustały już walki narodowowyzwoleńcze w Algierii. Bohaterami utworu są kobieta Arfia oraz mężczyzna Rodwan. Arfia to była dowódczymi skromnego oddziału partyzanckiego, który wykrwawiał się w cieniu górskich stoków, z kolei Rodwan to eks z... oraz t…, o czym mówią jednak dopiero ostatnie karty powieści. Dib w swojej prozie, mocno eksperymentalnej zajmuje się bardzo nietypową relacją, która łączy wspomnianą dwójkę oraz ciągle prowadzoną przez nich walką – po ustaniu działań wojennych zarówno Arfia jak i Rodwan muszą zmierzyć się z problemem określenia własnej tożsamości, odkrycia kierunku, w którym przynajmniej metaforycznie podążają.

Fabuła powieści jako układ zdarzeń w świecie przedstawionym utworu praktycznie nie istnieje, przynajmniej w klasycznym rozumieniu tego słowa. Owszem, Królewski taniec posiada akcję, ale pojawia się ona momentami, raptownie i nagle, by równie niespodziewanie zakopać się w niebyt. Wydarzenia, o których jest mowa nie układają się w żadnym ciągu chronologicznym, niekiedy trudno wręcz doszukać się między nimi wspólnego mianownika, który pozwoliłby zestawić je obok siebie. Czas chadza tu własnymi drogami, jakby nie chciał, by przypadkiem posądzono go o linearność. Ot taki z niego lekkoduch, który o nic się nie troszczy, bowiem i tak na wszystko przyjdzie właściwa pora.

Dib tworzy niezwykle malownicze i przejmujące pejzaże przyrody – sceneria dzikiej natury zdaje się podkreślać zbędność i jałowość słów. Czytelnik jest niczym wędrowiec przedzierający się przez pustynię – stopy grzęzną w głębokim piasku, pragnienie pali zmęczone gardło, z którego wydobywa się już tylko ciche rzężenie. I kiedy wydaje się, że nie damy już rady postawić następnego kroku, że będziemy musieli sobie odpuścić, wycofać się z tego gąszczu niezrozumiałych fraz trafiamy na temat, który niemal siłą przykuwa uwagę – oczywiście na pierwszy rzut oka nie sposób osądzić, czy mamy do czynienia z oazą, czy też fatamorganą, ale nawet samymi tylko mirażami Dib byłby w stanie zdobyć czytelnicze uznanie. Autor, głównie za sprawą wspomnień Rodwana, porusza inspirujące tematy. Refleksyjny jest choćby przewrotny Auto-da-fé* umierającego ojca, który na łożu śmierci niemal całkowicie neguje sens ludzkiej egzystencji. Jako człowiek żegnający się z życiem nie ma praktycznie nic do stracenia, dlatego może pozwolić sobie na przypływ szczerości, który w tym przypadku brutalnie unicestwia pojmowanie żywota, jako daru, jako drogi, która wiedzie nas ku wzniosłemu celowi. Ostatnie chwile dogorywającego człowieka to smutne wyznanie dekadenta, który swoje proroctwo (życie jako ciężar narzucony na liche barki człowieka wodzonego za nos przez demony wiary oraz ślepego posłuszeństwa) pragnie ogłosić rodzinie i przyjaciołom – być może przeczuwa on w jak trudnym okresie przyjdzie żyć tym, którzy pozostają na ziemskim padole. Oddarcie bytu z jakichkolwiek wartości transcendentalnych, redukcja do niemal pierwotnego trwania może stanowić swoiste antidotum na rozczarowania i niepowodzenia, przed którymi pragnie ocalić najbliższych.

W podobnym tonie utrzymane jest gorzkie wołanie Arfii, która domaga się, która żąda, uznania ofiary złożonej na ołtarzu walki o wolność. Walki, która nie ustanie, dopóki istota ludzka nie będzie istotą ludzką (a nie wołem roboczym albo zwierzęciem rzeźnym), bowiem tylko wtedy może zaistnieć szczęście. Intrygująca jest także przypowieść głosu, którego Rodwan nie kojarzy z żadną twarzą, opowiadającego historię człowieka wygnanego z ukochanego miasta za sprawą wymyślnej intrygi, uknutej przez własną małżonkę. Ofiara, którą stanowi … młodszej siostry to być może symbol najwyższej ceny, jaką należy zapłacić by na zawsze wygnać niechcianego intruza. Ale jak interpretować to poświęcenie, jeśli wiąże się ono z przyjemnością?

Losy Rodwana i Arfii postrzegałbym także jako smutne rozliczenie. Oboje poprzez wędrówkę we własną przeszłość mimowolnie dokonują bilansu, który ukazuje ile udało im się uzyskać i jaką cenę przyszło im za to zapłacić. Wydaje się, że zebrana po stronie korzyści suma nie jest zbyt oszałamiająca, a mimo jestem przekonany, że zarówno Arfia jak i Rodwan nie zawahaliby się ani na moment, żeby raz jeszcze oddać swoje wszystkie siły w imię spraw, o które zaciekle walczyli. Dib zdaje się portretować prawdziwych bojowników stanowiących nieodzowny fundament niepodległego państwa, które musi się dopiero narodzić, obmywszy się uprzednio w krwawej kąpieli. Autor koncentruje się jednak na ciemniejszej stronie tej działalności, eksponując głównie rozczarowania, trudy, niewygody, a niekiedy wręcz daremność wszelkich wysiłków. Oczywiście, między wierszami migocze także fundamentalne pytanie, czy dla tego typu bojowników możliwy jest powrót do życia prowadzonego przed rozpoczęciem walk, czy znajdzie się dla nich miejsce w nowopowstałym społeczeństwie? Czy tacy ludzie są skazani tylko na wykluczenie i egzystencję poza nawiasem jako jednostki zbyt radykalne a przez to i niebezpieczne, które potencjalnie zagrają przecież każdemu systemowi?

Królewski taniec Mohammeda Diba to niezwykła książka. Trudno o jednoznaczną ocenę, ponieważ w moim odczuciu powieść, wielowarstwowa i nieuchwytna niczym człowiek w labiryncie luster, skrywa w sobie zbyt wiele treści, by wydawać o niej pochopną opinię zaledwie po jednokrotnym przeczytaniu. Można odnieść wrażenie, że autor wziął na warsztat prastare mity, za postacie posłużyły mu wszelakiej maści archetypy, a całość została utrzymana w surrealistycznej konwencji. Intryguje, ale momentami także odrobinę zniechęca zagadkowość, niejednoznaczność, gra słów, eliptyczna składnia, bogata symbolika, wielopoziomowość, czyli wszystko co sprawia, że utwór zdaje się być tak nieprzejrzysty. Nie mniej jednak książka na pewno jest godna uwagi, chociaż wydaje mi się, że jej walory byłyby jeszcze lepiej widoczne w zestawieniu z wcześniejszymi dziełami Diba.

——————

* z portugalskiego: 1) Akt wiary, czyli publiczna deklaracja przyjęcia bądź odrzucenia katolicyzmu przez osobę oskarżoną o herezję, która kończyła proces inkwizycyjny; 2) Wykonane wyroku śmierci na heretyku.

sobota, 01 lutego 2014

Okładka książki Tysiąc żurawi. Śpiące piękności

  Tytuł: Tysiąc żurawi.

            Śpiące piękności

  Autor: Yasunari Kawabata

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 265

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Turpizm to w bezwstydnym uproszczeniu umiłowanie brzydoty. Posługując się natomiast bardziej wyczerpującą definicją należy rzec, że to termin ukuty przez Juliana Przybosia w celu określenia nurtu poetyckiego, rozwijającego się w Polsce po 1956 roku. Turpizm zwany również antyestetyzmem charakteryzował się wprowadzeniem do utworu elementów brzydoty, których zadaniem było wzbudzenie u odbiorcy estetycznego szoku. Ernest Bryll, Stanisław Grochowiak, Tadeusz Różewicz czy Miron Białoszewski w swoich dziełach nie stronili zatem od choroby, kalectwa, zepsucia, rozkładu, degradacji, dysharmonii, słowem wszystkiego co kojarzone jest jako swoista antyteza piękna, godzi w wartości estetyczne. Funkcją owego zabiegu była afirmacja rzeczywistości, dość przewrotna na pierwszy rzut oka, jej pełna akceptacja, ze wszystkimi odcieniami, z całą paletą barw, z całą różnorodnością, w skład której nie wchodzi przecież wyłącznie harmonia, ład, symetria form, a więc szeroko rozumiana doskonałość. Analizując cały problem z nieco innej perspektywy można stwierdzić, że ponieważ zarówno piękno jak i brzydota to wartości w pełni subiektywne, ich separacja oraz samodzielna egzystencja jest niemożliwa. Obie kategorie estetyczne istnieją, połączone ze sobą głęboką więzią niczym awers i rewers. Gdyby świat składał się z istot wyłącznie doskonałych, nikt nie byłby w stanie dostrzec ich uroku, ponieważ brakowałoby niezbędna wzorca, czy raczej punktu odniesienia. Podobnie sytuacja przedstawiałaby się w przypadku świata, zamieszkałego wyłącznie przez stworzenia szpetne. Oczywiście w miarę coraz dłuższego obcowania z tymi abstrakcyjnymi pojęciami, jakimi są piękno oraz brzydota, coraz lepiej uświadamiamy sobie ich arbitralność, umowność, przekonując się, że bardzo trudno jest nimi operować. W końcu wraz z epokami zmieniają się kanony piękna (co automatycznie pociąga za sobą konieczność korekty kanonów brzydoty), inaczej prezentują się one również u różnych narodów, społeczności, czy wreszcie pojedynczych osobników. Wielopoziomowość zagadnienia estetyzmu jest zatem zarówno wymagająca jak i prowokująca, kusi by się z tym tematem zmierzyć. Subtelnemu wdziękowi tej kwestii nie oparł się japoński mistrz pióra, laureat Nagrody Nobla z 1968 roku Yasunari Kawabata*.

Urodzony w 1899 roku Yasunari Kawabata zaliczany jest do najwybitniejszych przedstawicieli prozy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Co ciekawe, świat mógł poznać Kawabatę z zupełnie innej strony, bowiem artysta w młodości poważnie interesował się malarstwem. Na szczęście, przynajmniej z czytelniczego punktu widzenia, japoński twórca stosunkowo szybko przerzucił swoją pasję na literaturę. Kawabata pierwsze dzieła tworzył już w szkole średniej. W okresie studiów przyszła pora na współpracę z kilkoma liczącymi się czasopismami literackimi, a w roku 1925, tuż po opuszczeniu murów Cesarskiego Uniwersytetu w Tokio, Kawabata odniósł pierwszy sukces literacki dzięki opowiadaniu opartym na motywach autobiograficznych, zatytułowanym Tancerka z Izu. Za sprawą niezrównanego Państwowego Instytutu Czytelniczego, polski czytelnik może zapoznać się ze znacznie późniejszymi dziełami Kawabaty – powieść Tysiąc żurawi (1949 r.) oraz rozbudowane opowiadanie Śpiące piękności (1961 r.) wchodzą w skład wydanego w 1987 roku zbioru japońskiego twórcy.

Powieść Tysiąc żurawi to niezwykła historia mężczyzny, którego żywot kształtowany jest przez 4 kobiety, wszystkie w pewien sposób powiązane z jego zmarłym ojcem. Osią centralną, wokół której obraca się fabuła utworu jest ceremonia picia herbaty. Sztuka podawania oraz spożywania tego napoju kultywowana jest w Japonii od czasów epoki Muromachi (XIV – XVI w.). Tradycyjnie rytuał odbywa się w osobnym pomieszczeniu – pawilonie herbacianym, położonym za domem, pośród ogrodowej zieleni. Swoista izolacja altanki symbolizuje odcięcie się na czas ceremonii od codziennych spraw otaczającego świata. Pawilon na krótki moment staje się centrum rzeczywistości, w której znaczenie odgrywają przeszłość, tradycja oraz kultura przodków. Egzystencja głównego bohatera, Kikujiego, na co dzień osobnika raczej nieśmiałego, w dodatku niezdecydowanego, który przez życie brnie samotnie oraz bez wyraźnego pomysłu, ulega diametralnej zmianie, kiedy poddaje się prośbom Kurimoto Chikako, by wziąć udział w ceremonii herbacianej na cześć jego zmarłego ojca. Rzeczywistość wywraca się do góry nogami, kiedy Kikujiego zaczynają wołać głosy odległej przeszłości. Kawabata serwuje czytelnikowi szalenie skomplikowaną relację, która zdaje się rozlewać i plątać w swoje sidła kolejne ofiary – czasy, które odeszły dają o sobie znać i w ten sposób Kikuji staje się wizerunkiem własnego ojca, krystalizacją miłosnych wspomnień dla długoletniej kochanki, wdowy Ōty. W sidła oszalałej miłości trafi jeszcze córka pani Ōty, młoda Fumiko oraz piękna dziewczyna z chustą z wizerunkiem tysiąca żurawi, Yukiko Inamura.

Powieść Kawabaty to misternie plecione arcydzieło, które znakomicie uwypukla dualistyczną naturę kobiety. Za sprawą japońskiego mistrza czytelnik postrzega ją jako istotę delikatną i bezbronną, a przy tym zaborczą i stanowczą, uparcie dążącą do określonego celu, uległą i kuszącą, zdolną do manipulacji, odurzającą swoim ciepłem i zapachem, której czar i piękno chłonie się wszystkimi zmysłami. Każda z bohaterek to swego rodzaju boginie, którym Yasunari Kabata wystawia cudowny pomnik. Najniezwyklejszą osobą z tego damskiego kwartetu jest z pewnością Kurimoto Chikako, która za sprawą znamienia, pokrywającego jej pierś przywdziewa szaty, które w europejskiej tradycji nakazywałyby kojarzyć ją z czarownicą. Piętnu fizycznemu, a więc brzydocie towarzyszy odstręczający charakter, w którym dominuje wścibstwo, ciekawość oraz złośliwość. Chikako z podziwu godnym uporem stara się prząść nici losu Kukijego, troszcząc się o jego szczęście, pojmowane na swój własny sposób, czego jednak nie potrafi docenić sam zainteresowany.

Ciekawa rola przypada również Yukiko, która jako dziewczyna z chustą z tysiącem żurawi staje się symbolem niedostępnego piękna. Jej doskonałość, przejawiająca się zarówno w harmonii szlachetnych rysów jak i czystości duchowej nie pozwalają zbliżyć się do niej Kikujiemu. Młody mężczyzna wedle własnego mniemania jest zbyt splugawiony grzechem, by zasłużyć na obcowanie na każdej płaszczyźnie z istotą tak wspaniałą, tak wytworną, a przez to efemeryczną, wrażliwą na każdy mrok, skalanie, nieczystość. Własna moralna skaza nakazuje wyczerpującą, masochistyczną wręcz ekspiację, która okazuje się rujnująca dla normalnych relacji międzyludzkich.

Kawabata po raz kolejny w stosunkowo krótkim utworze porusza całą mnogość zagadnień. Grzech jako stręczyciel sumienia, który najmocniej przeżywany jest w samotności serca, gdy sam wykraczający poza przykazania wyznacza sobie karę. Piętno postrzegane przez pryzmat brzydoty, jako fizyczna niedoskonałość, dysproporcja, defekt, a tuż obok tego kolejny stygmat, który może stanowić także piękno. Uroda, idealne proporcje ciała, czystość, nieskazitelność mogą być traktowane jako kontrast, opozycja wobec drugiej osoby, która na tle absolutu zostaje bezwzględnie obnażona, wystawiając na widok publiczny własną ułomność oraz kruchość. Dojmujące piękno autor zdaje się także łączyć z samotnością, która wynika ze strachu skalania go. Ponadto godny uwagi jest ambiwalentny stosunek do śmierci, która jako agonia zdaje się być przerażająca, zatrważająca, bowiem nieunikniona, przed którą nie ma ucieczki. Ale równocześnie świadomość jej nieuchronności jest w pewnym sensie uspokajająca – ona jedna nie zawiedzie, przyjdzie i zabierze nas z tego świata, ofiarując wieczne ukojenie, należny spoczynek po znojach ludzkiej egzystencji. Pisarz serwuje również oryginalne spojrzenie na bezpłciowość. Obojnactwo, świadomie wybrany rodzaj nijaki charakteryzowany jest jako nośnik zdrowego rozsądku. Poprzez okiełznanie męskości bądź kobiecości, czyli poskromienie fizycznych żądz, możliwe jest lepsze poznanie psychiki zarówno kobiety jak i mężczyzny.

Równie intrygujące co Tysiąc żurawi prezentuje się drugie dzieło zawarte w zbiorze, opowiadanie Śpiące piękności. Główny bohater, 67-letni Eguchi za namową przyjaciela postanawia odwiedzić tajemniczy hotel, w którym gość spędza noc w towarzystwie pięknej i młodej dziewczyny. Wbrew pierwszym skojarzeniom wcale nie chodzi o dom uciech, a przynajmniej nie o burdel w klasycznym tego słowa znaczeniu. Klientelę nietypowego pensjonatu stanowią wyłącznie starsi panowie, których możliwości seksualne są już tylko echem odległej przeszłości. Miejsce do którego przybywają oferuje im nocleg u boku uroczej, ale głęboko uśpionej kobiety. Sztucznie wywołany sen, w który wprowadza się lokatorki jeszcze przed przybyciem delikwenta sprawia, że kobiety nigdy nie obcują na jawie ze swoim „kochankiem”.

Eguchi, mimo sędziwego wieku różni się zdecydowanie od pozostałych zaufanych, którym dane było zakosztować tajemnicy tego niezwykłego miejsca. Bohater ciągle zdolny jest do zaspokojenia odczuwanego popędu płciowego. Z tego względu Eguchi sytuuje się gdzieś po środku dwóch światów, które ścierają się na jego oczach. Z jednej strony potrafi on zrozumieć jak upokarzające jest doświadczenie, któremu oddają się jego rówieśnicy. Bliskość młodego, nagiego, pięknego ciała wywołuje silne napięcie seksualne, które jednak z powodu dysfunkcji, zaburzeń nie może zostać rozładowane w praktycznie żaden sposób – naczelną zasadą hotelu jest nie wyrządzanie krzywdy uśpionej piękności. Z drugiej strony, sprawny pod każdym względem Eguchi podbudowuje się, dowartościowuje, łechce swoją męskość oraz skłonność do dominacji. Fakt, że może on zgwałcić niczego nie świadomą dziewczynę działa na staruszka niezwykle stymulująco, dając mu przewagę psychologiczną zarówno nad pozostałymi klientami jak i uśpionymi kobietami. Ten brak przynależności do jakiejkolwiek ze stron staje się również bodźcem do snucia bogatych refleksji, poświęconych głównie starości oraz przemijaniu.

Śpiące piękności podobnie jak utwór Tysiąc żurawi to znakomita melodia, w której wybijają się dwa przeciwstawne motywy. Piękno, reprezentowane przez pogrążone w farmakologicznym śnie kobiety zestawione zostaje z brzydotą, której uosobieniem jest starość. Obie wartości zdają się ze sobą rywalizować, konfrontować, ale nie brakuje momentów, w którym harmonijnie ze sobą współgrają. Milcząca towarzyszka okazuje się cierpliwym słuchaczem starczego gderania, powiernikiem, któremu można ofiarować swoją przeszłość wraz z jej ambicjami, marzeniami, ale także klęskami i niepowodzeniami. Młode ciała stanowią również rodzaj ofiary, która przynajmniej dla części starczego grona jest pocieszeniem, ukojeniem. Zatem dobrowolne oddanie się w stanie kompletnej nieprzytomności, która równoznaczna jest z absolutną bezbronnością na łaskę drugiego człowieka można postrzegać jako działanie godne samego bodhisattwy, czyli istoty świadomie rezygnującej z osiągnięcia stanu nirwany na rzecz pomocy innym (podobny motyw pojawia się w Dwóch opowieściach o miłości okrutnej autorstwa Tanizakiego – jeden z narratorów opowiada, że prostytutki są niekiedy traktowane jako bodhisattwy). W końcu postępowanie dziewcząt może jawić się jako zupełne poświęcenie samego siebie dla krótkotrwałego szczęścia innych, czyli heroiczny akt dobroci.

Krótkie opowiadanie stanowiące rodzaj erotycznej baśni to także wspaniały poemat, sławiący kobiecie piękno, które zostało jednak zredukowane wyłącznie do fizycznych atrybutów. Ukazanie dziewcząt tylko przez pryzmat ich cielesności, seksualności wiąże się z dehumanizacją oraz uprzedmiotowieniem rodzaju żeńskiego. Kobiety, jako, że nie reagują ani na słowa głównego bohatera, ani na jego gesty sprawiają wrażenie lalek, pozbawionych uczuć. Ale czy rzeczywiście śpiąca dziewczyna to wyłącznie bezduszna zabawka, z którą nie można porozumieć się żadną miarą?

W Śpiących pięknościach ogromnie spodobało mi się ujęcie sposobu, w jaki funkcjonuje ludzka pamięć. Kawabata umiejętnie odmalował jej skomplikowane działanie, nieodgadnione ścieżki, którymi prowadzi nas do przeszłości, natrafiając po drodze na oazy wspomnień. Ciekawe są także rozważania na temat zła – Kawabata nie pyta o jego istotę, czy źródło, bardziej interesuje go sama definicja, czy sposób jego pojmowania. Zgodnie z retoryką znaną choćby z Głosu góry, egzystencja postrzegana jest jako rzecz, która w końcu człowieka zmęczy, wycieńczy, zgnębi, przyprawi o utrapienie. Czy w świetle tak postawionego problemu wydanie na świat potomstwa, a następnie wychowanie go (a więc w sporej mierze podporządkowanie sobie, niekiedy uzależnianie od siebie, trzymanie na uwięzi) według restrykcyjnych zasad, które mogą okazać się rażąco nieskuteczne w drodze do szczęścia (pojmowanego przez każdego na indywidualną modłę) jest czymś gorszym, bardziej odrażającym niż na przykład niemoralne stosunki z nieletnimi?

Yasunari Kawabata po raz drugi dał się poznać jako autor nietuzinkowy, wręcz groźny, szczególnie z perspektywy myślenia uporządkowanego, zgodnie z którym wszystko ma ściśle określone miejsce oraz funkcje, a świat można sprowadzić do kilku prostych równań. Japończyk udowadnia, że rzeczywistość to niezwykła mieszanina, na którą składa się m.in. przeszłość, bagaż doświadczeń nie tylko nasz, ale również naszych bliskich, a wiele rzeczy dzieje się na skutek naszej bierności, zaniechania wysiłku związanego z podejmowaniem decyzji, wyborów, czy ogólniej rzecz ujmując – myśleniem. Kawabata pokazuje również, że nasze tu i teraz to często suma wielu pozornie błahych wydarzeń, które działając wspólnie, poprzez silną synergię kreują teraźniejszość, z którą wielu boi się skonfrontować.

——————

* W moim prywatnym odczuciu Kawabata, podobnie jak Jun'ichirō Tanizaki oraz Kenzaburo Ōe z niezwykłym kunsztem meandrowali pośród starości, cielesnej niedoskonałości, niepełnosprawności – mniemam, że ich biegłość na tyle przeraziłby Przybosia, że ten również zaliczyłby ich do grona turpistów.

czwartek, 23 stycznia 2014

Okładka książki Głos góry

  Tytuł: Głos góry

  Autor: Yasunari Kawabata

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 235

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Starość to okres naszego życia, przed którym wielu ludzi odczuwa paniczny strach. Trudno powiedzieć, co bardziej przeraża – stan do jakiego może doprowadzić człowieka, czy jej nieuchronność. Zmysły ulegają przytępieniu, mózg zaczyna pracować na nieco wolniejszych obrotach, organizm nie jest już taki odporny, stając się podatniejszy na uszkodzenia oraz kontuzje, skóra traci swoją jędrność i sprężystość, a każdy wysiłek należy okupić znacznie dłuższym czasem regeneracji. Starość może prowadzić również do krępujących sytuacji, które wiążą się z coraz mniejszą samodzielnością oraz zależnością od innych ludzi, których pomoc okazuje się nieodzowna do prawidłowego funkcjonowania. Nie ma się zatem czemu dziwić, że jesień naszego życia rzadko kiedy jest tematem rozmów. Szczególnie za sprawą współczesnej kultury, hołubiącej młodość oraz ciało, będące symbolem seksualności, starość spychana jest margines społecznego zainteresowania, podczas gdy jest ona rzeczą tak intrygującą. Dla przykładu, czy starość to etap naszej egzystencji, do którego dochodzi się w sposób o charakterze ciągłym, czy raczej dyskretnym? Czy jest to bardziej stan umysłu, czy nie będąca do przeskoczenia kwestia fizjologii? Czy w życiu człowieka pojawia się wyraźna granica, po przekroczeniu której możemy sklasyfikować go jako staruszka? Czy dezintegracji cielesnej zawsze musi towarzyszyć postępująca dekompozycja psychiczna? Popkultura rzadko porusza się w tych zagadnieniach, ale na szczęście dobra literatura nie ulega filisterskiej modzie. Starość często gości na kartach powieści, czego najlepszym przykładem może być Głos góry, autorstwa Yasunariego Kawabaty.

Urodzony w 1899 roku w Osace, zmarły w 1972 roku w Zushi, Yasunari Kawabata to japoński artysta, który uważany jest, obok Jun'ichirō Tanizakiego oraz Sōseki Natsume za jednego z trzech najwybitniejszych współczesnych pisarzy pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ten zdolny literat zanim zakosztował sławy, otrzymał od życia wiele ciosów. Jako kilkuletni chłopiec utracił rodziców, kilka lat później zmarła opiekująca się nim babcia, a wkrótce po niej Kawabata pożegnał także swoją siostrę. Trudne, przepełnione stratami bliskich dzieciństwo odcisnęło wyraźne piętno na twórczości pisarza. Od wczesnej młodości Kawabata wiele czasu poświęcał na lekturę książek, zapoznając się m.in. z europejskimi przedstawicielami modernizmu. Jak widać to kolejny wybitny japoński autor, obok Tanizakiego, Tomojiego Abe, czy Kenzaburo Ōe, który zetknął się z literaturą europejską, nie ulegając jednak jej wyraźnemu wpływowi. Kawabata w swojej prozie nie stronił od rodzimej tradycji oraz kultury, akcję książek osadzając w Japonii, a mimo to jego dzieła okazały się wspaniałymi nośnikami wartości uniwersalnych, które zostały docenione także na świecie. W 1968 roku w uznaniu za mistrzowską narrację, która z ogromną wrażliwością przedstawia esencję japońskiego ducha, Kawabata otrzymał prestiżową Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Mimo to, zmierzch życia artysty to niezbyt szczęśliwy dla niego okres – w 1970 roku dają o sobie znać demony przeszłości, kiedy to życie odbiera sobie oddany przyjaciel, Yukio Mishima. Dwa lata później, w roku 1972, schorowany i zmęczony Kawabata także popełnia samobójstwo.

Za jedno z najwybitniejszych dzieł Yasunariego Kawabaty uważana jest powieść Głos góry, pisana w latach 1949 – 1954. Głównym bohaterem jest Shingo Ogata, sześćdziesięciokilkuletni mieszkaniec Kamakury, leżącej 50 km od Tokio, dawnej stolicy Japonii za czasów siogunatu Kamakura. W pewną księżycową noc, z rodzaju tych, kiedy obojętne i odległe gwiazdy migoczą na nieboskłonie, cisza otula szczelnym całunem całą przyrodę, tak, że nie wydobywa ona nawet najmniejszego tchnienia wiatru, nie słychać choćby szelestu trawy, a zimne, żółte światło ziemskiego satelity obmywa niewyraźne kontury drzew, w taką właśnie noc, pośród harmonicznego milczenia Shingo usłyszał rozlegające się, przejmujące wołanie – głos góry. Dla bohatera interpretacja tego niezwykłego zjawiska jest klarowna – już wkrótce przyjdzie mu odejść z tego świata. Od tego momentu Shingo zaczyna zauważać cały szereg znaków, które mają stanowić o jego niedalekim zgonie. Pamięć, a więc najcenniejsza skarbnica każdego człowieka, pogarsza się z dnia na dzień, stając się coraz bardziej zawodną, dziurawą niczym sito, czyli naczyniem, na którym nie można już w pełni polegać. Degradacji umysłu towarzyszy irytacja, będąca wynikiem bezradności. Shingo ze zgrozą uzmysławia sobie również, że jego rówieśnicy, przyjaciele, znajomi z czasów szkolnych, koledzy z pracy zaczynają odchodzić. Kolejne pogrzeby, w których uczestniczy utwierdzają go w przekonaniu, że i na niego wkrótce przyjdzie pora. Ponadto Shingo zaczynają męczyć dziwne sny. W niektórych spotyka się on z ludźmi, którzy już umarli. W tym przypadku wyjaśnienie samo nasuwa się na myśl – Ci którzy odeszli wołają Shingo, oczekując jego rychłego przybycia. Co interesujące, bohater w miarę jak wedle własnego mniemania coraz szybciej zbliża się do śmierci, staje się wrażliwszy na otaczającą go przyrodę. Być może to świadomość, że wkrótce się z nią zespoli sprawia, że człowiek zaczyna zwracać na nią większą uwagę, lepiej odczytywać sygnały, które ta do niego śle? Wspomnienia kasztana spadającego z drzewa w dniu ślubu, kwitnąca zimą wiśnia, czy Księżyc skąpany w płomieniach chmur odsłaniają nie tylko swoje piękno, ale i znaczenie – zmysł obserwacji starzejącego się bohatera, jest bardziej wyostrzony, pozwalając lepiej docenić bogatą symbolikę natury, obok której wielu ludzi przechodzi obojętnie.

Shingo, jak każdy człowiek przeczuwający własny zgon, pragnie przed śmiercią zamknąć wszelkie ziemskie sprawy. Na pierwszy plan wysuwa się rodzina, w której ostatnio nie dzieje się najlepiej. Córka Shingo, Fusako, matka dwóch dziewczynek Satoko i Kuniko, odeszła niedawno od zaniedbującego ją męża, Aihary, który pozyskane z trudem pieniądze wolał przeznaczać na używki. Mało atrakcyjna Fusako wraca na łono domu państwa Ogatów, ale i tutaj nie potrafi odnaleźć spokoju. Mierzi ją fakt, że własny ojciec zdecydowanie bardziej niż nią interesuje się piękną synową, Kikuko, okazując jej znacznie więcej zrozumienia i zainteresowania. Jednak małżeństwo Kikuko i syna Shuichiego to także swoisty cierń, który rani duszę Shingo. Powróciwszy szczęśliwe z wojny, Shuichi jest diametralnie innym człowiekiem – nie szanuje własnej żony, za to coraz więcej czasu poświęca kochance. Ponadto zostaje skażony piętnem obcości – nawet rodzicie nie potrafią rozpoznać w nim człowieka, który opuszczał dom rodzinny, wyruszając na walkę w obronie ojczyzny.

Shingo stawia sobie za cel rozwiązanie problemów, trapiących jego bliskich. Śledząc jego poczynania przekonujemy się jak niezdarną oraz interesowną istotą jest człowiek, szczególnie jeśli chodzi o pomoc innym. Shingo często wspomina zmarłą starszą siostrę swojej żony Yasuko, w której był zadurzony w młodości. Zaskakują go przy tym różnice w wyglądzie pomiędzy rodzeństwem. Uroda Yasuko jest tak poślednia, że aż trudno o jakiekolwiek porównanie z pięknem starszej siostry. Z tego powodu Shingo za brzydotę córki, w skrytości ducha obwinia swoją małżonkę. Wygląd Fusako zestawia przy tym z efemerycznym urokiem Kikuko. Nawet kilkuletnie wnuczki stają się dla Shingo obiektem obserwacji – pragnie on gorąco dostrzec chociaż w jednej z nich nieskazitelne rysy starszej siostry swojej żony. Jak widać kolejny raz w literaturze japońskiej pojawia się motyw znany dobrze polskiemu czytelnikowi z Lalki Prusa, a więc niespełniona miłość oraz jej projekcja na wyidealizowany, fantasmagoryczny, nie mający odpowiednika w rzeczywistości obiekt.

Shingo plącze się więc we własnych działaniach, a trzecioosobowy narrator przy okazji relacji jego losów, raczy czytelnika zarówno znakomitymi opisami obyczajowości oraz kultury japońskiej jak i problemami, które dotyczą ludzi pod każdą szerokością geograficzną. Oprócz dominującego tematu śmierci, pojawia się m.in. kwestia spustoszenia, których w umyśle człowieka dokonują wojenne doświadczenia. Shuichi, który brał udział w walkach wiedzie na pozór normalną egzystencję. Pozostaje w związku małżeńskim, codziennie wraz z ojcem zarabia pieniądze, zajmując się pracą biurową. Kiedy jednak czytelnik z bliska poznaje jego relacje z najbliższymi, okazuje się, że Shuichi to gruboskórny, okrutny egoista, niezdolny do empatii. Nawet jego własnych rodziców zaskakuje bezduszność oraz niedelikatność syna. Drastyczne przeżycia, o których tylko niekiedy wspomina Shuichi odcisnęły wyraźne piętno na jego psychice, rujnując niemal doszczętnie jego duchowość. Na podstawie sylwetki psychologicznej Shuichiego, Kawabata znakomicie uzmysławia jak bardzo obcy jest w wielu przypadkach drugi człowiek, nawet dobrze nam znany. Niemal zawsze stanowi on zagadkę, tajemnicę dla otoczenia, której rozwikłanie nie jest do końca możliwe. Stąd wniosek, że nieprawdopodobne jest również osiągnięcie pełnego zrozumienia pomiędzy dwoma osobami, zrozumienia, które jest na pozór niezbędnym ogniwem miłości. Chociaż, może to właśnie miłość, objawiająca się pełnym zaufaniem oraz szacunek wobec bliźniego, jest jedynym spoiwem, który potrafi scementować związek dwójki ludzi, nawet pomimo faktu, że nigdy nie zdołają się oni w pełni wzajemnie poznać?

Inną, piekielnie interesującą kwestią, którą porusza Kawabata jest aborcja. W jednej z gazet Shingo czyta, że Według doniesień Wydziału Zdrowia Publicznego prefektury Aomori wśród kobiet przerywających ciążę (zgodnie z ustawą o eugenice) na obszarze prefektury znajdowało się 5 dziewcząt piętnastoletnich, 3 czternastoletnie i 1 trzynastoletnia; natomiast w wieku licealnym – 400 dziewcząt od szesnastu do osiemnastu lat. W grupie wszystkich przerywających ciążę licealistki stanowiły 20 procent. Samemu Shingo bardzo zależy na tym, by pewne dziecko nie znalazło się na świecie. Ba, przypisuje sobie prawo, by żądać dokonania aborcji od kobiety, którą zna bardzo słabo, wręcz powierzchownie. Wychodzi on z założenia, że są pewne okoliczności, w których kobieta absolutnie powinna zrezygnować z poczęcia dziecka. W naszym kraju panuje wręcz odwrotne przekonanie – w mniemaniu wielu nie istnieją żadne sytuacje, które usprawiedliwiałyby przerwanie ciąży, nawet zagrożenie życia matki. Podejścia przeciwstawne, ale posiadające wspólny mianownik – gorącymi orędownikami obu rozwiązań są mężczyźni. Zatem także Kawabata zwraca uwagę, że to właśnie mężczyźni, którzy nie noszą dziecka w swoim łonie, którzy nie rodzą, którzy nie karmią go własną piersią mają często najwięcej do powiedzenia w sprawie aborcji, chociaż nigdy nie będzie im dane odczuć całej palety emocji, jakie towarzyszą kobiecie przy nadziei. Nie przeszkadza to im w wydawaniu opinii, które wg własnego mniemania powinny być wiążące, nie pozostawiające kobiecie prawa wyboru. Osobiście wydaje mi się, że problem aborcji to sprawa, która ciągnie się za człowiekiem niemal od początku jego istnienia, bowiem wynika bezpośrednio z relacji płeć brzydka-płeć piękna. Kobiety od zawsze, w mniejszym lub większym stopniu redukowane są do funkcji zaspokajania seksualnych potrzeb oraz wydawania na świat potomstwa. Walka o niezależność, o emancypację może odbywać się poprzez negację tych pojęć. Zgodnie z tym tokiem rozumowania, kobieta, która samodzielnie definiuje swoją seksualność, która sama decyduje o swoich partnerach, która wreszcie sama rozstrzyga, czy urodzić dziecko, czy też nie, to istota wolna. Poprzez takie postawienie sprawy, ofiarami reakcyjno-feministycznego konfliktu zawsze będą dzieci nienarodzone, które obie strony uprzedmiotawiają, traktując je wyłącznie jako manifestację własnych przekonań.

Oczywiście proza Kawabaty pozbawiona jest tego typu dygresji, jak powyższa. Styl japońskiego mistrza zmusza do samodzielnych refleksji poprzez delikatne zarysowanie danego tematu. Pod tym względem umiejętności pisarskie Kawabaty przypominają talent wspomnianego w powieści Watanabe Kazana, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku uczonego i rysownika, który za pomocą kilku delikatnych kresek potrafił stworzyć przejmujący, zapadający w pamięć obraz. Podobnie jest z literackim stylem Kawabaty, który za pomocą cieniutkiej siateczki słów splata misterną historię, pozornie prostą, ale mieniącą się całą paletą ukrytych znaczeń oraz symboliki. Szczególnie tej ostatniej nie brakuje w powieści. Znaczące są zarówno nazwy poszczególnych rozdziałów, sam tytuł powieści jak również sny głównego bohatera. Senne projekcie Shingo, które pojawiają się bardzo często stanowią ważny element utworu, pozwalając lepiej zrozumieć motywy postępowania bohatera. Część z nich odsłania przed samym Shingo ciemne zakamarki własnej duszy – zdeformowane i brzydkie – zepchnięte na samo dno podświadomości. Stanowią one rodzaj rzutnika, który wyświetla człowiekowi własne pragnienia, do których sam przed sobą nie potrafi, bądź wstydzi się przyznać.

Podstawowym tematem, o który zahacza Kawabata jest śmierć. Pisarz ukazuje ludzkie postawy wobec jej nieuchronności. Znakomicie przedstawia naturalny lęk, który towarzyszy nam w jej obliczu. Człowiek staje się coraz bardziej zniedołężniały, a przez to coraz bardziej zdany na łaskę losu oraz bliskich. Fenomenalnie została ukazana scena, w której główny bohater zapomina jak zawiązać krawat. Błaha czynność, wykonywana niemal bezwiednie przez 40 lat okazuje się istotną kotwicą, która utrzymuje w ryzach codzienną egzystencję. Nagłe, zupełnie niespodziewane zniknięcie tej umiejętności (która nie jest nieodzowna, bez której można się obejść bez żadnych poważnych konsekwencji) w oczach Shingo urasta ono do monstrualnych rozmiarów, napawając go atawistycznym przerażeniem. Kawabata świetnie uwypukla strach przed rozpadem własnej osobowości, przed stopniowym, sukcesywnym zanikaniem. Swoistym panaceum na tę zgrozę jest możliwość decydowania o momencie własnej śmierci, z której to sposobności skorzystał sam autor.

Reasumując, Głos góry autorstwa Yasunariego Kawabaty to dzieło wybitne. Prezentowany przez autora wycinek historii ludzkiego życia, który przez chwilę czytelnik ma okazję podejrzeć to znakomite studium egzystencji każdego z nas. Utwór, podobnie jak dzieła choćby Tanizakiego, charakteryzuje się otwartym zakończeniem. Odbyliśmy wspólną wędrówkę razem z bohaterami, fascynującą oraz skłaniającą do refleksji, ale przyszła pora, żeby się rozstać – każdy z nas podąży we własną stronę, a życie spokojnie będzie toczyć się dalej. Brak wyraźne pointy jest wynikiem kompozycji utworu, który w sposób ciągły pobudza nasz umysł do pracy, a nie tylko na końcowych stronach. Z tego względu powieść Kawabaty warto czytać nieśpiesznie, w skupieniu, w pełni oddając się lekturze, z której osobiście czerpałem ogromną przyjemność. Książka japońskiego prozaika jest o tyle szczególna, że bardzo ważne tematy ukazuje z oryginalnej perspektywy – choćby życie, bardziej niż jako dar postrzegane jest jako męcząca udręka, od której przynajmniej na chwilę chciałoby się odpocząć – jak ziarno lotosu zakopać się w ziemi na kilka tysięcy lat, by po rozwiązaniu wszelkich trapiących nas problemów ponownie rozkwitnąć. Perspektywa zarówno niepokojąca jak i kusząca.

sobota, 18 stycznia 2014

Okładka książki Smak młodych dziewcząt

  Tytuł: Smak młodych dziewcząt

  Autor: Dany Laferrière

  Wydawnictwo: Świat Książki

  Liczba stron: 304

  Cena: 29,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Dorosłość to trudny do zdefiniowania stan, po osiągnięciu którego człowiek zaczyna uchodzić za istotę samodzielną, w pełni świadomą własnych czynów i ich konsekwencji, potrafiącą korzystać ze swojego bagażu życiowego. Niemożliwe jest jednak precyzyjne wyznaczenie granicy przekroczenia progu dorosłości i bezpowrotnego porzucenia swojego dzieciństwa, chociaż w praktyce podobne idee próbuje się realizować, np. poprzez ustanowienie sztywnej wartości wiekowej, oznaczającej pełnoletność. Zaskakujące są również bardzo usilne starania wielu nastolatków, by bramy dorosłego świata sforsować możliwie jak najwcześniej. Ale w takich przypadkach nierzadko dochodzi do swoistej groteski, czy wręcz makabry – młodzi ludzie naśladując dorosłych, bardziej lub mniej świadomie powielają głównie negatywne wzorce. Ważne są: seksualna inicjacja, przy czym seks to najczęściej mroczne terra incognita, na której dominuje przesąd, ciemnota i niewiedza, spożywanie używek bez realnej wiedzy na temat ich wpływu na zdrowie, język, ubogi w polszczyznę, a skrzący się od wulgaryzmów, czy pogardliwe traktowanie innych, szczególnie tych niżej sytuowanych na drabinie społecznej. Dojrzałości biologicznej towarzyszy zatem zupełna niedojrzałość emocjonalna, która często okazuje się labiryntem z wieloma odnogami, z którego ciężko jest wybrnąć. O takim właśnie błąkaniu się po własnej, kształtującej się psychice w pewnym sensie opowiada książka Smak młodych dziewcząt, autorstwa Dany’ego Laferrière.

Dany Laferrière, urodzony w 1953 roku w Port-au-Prince, to pochodzący z Haiti pisarz, reżyser oraz dziennikarz. Okres jego dojrzewania przypadł na lata siedemdziesiąte, kiedy to krajem rządzili dyktatorzy, najpierw François Duvalier, znany jako Papa Doc, a następnie jego syn, Jean-Claude Duvalier, określany mianem Baby Doc. Laferrière podjął się pracy żurnalisty, jednak ze względu na prześladowania polityczne zdecydował się na emigrację do Kanady. Ojczyzna Laferrière’a, Haiti, niewielkie państwo w Ameryce Środkowej leżące na wyspie Haiti, którą dzieli wspólnie z Dominikaną to była kolonia francuska, która niepodległością cieszy się od 1804 roku. Jednak za wywalczoną wolność należało zapłacić straszliwą cenę – Francuzi, którzy stracili swoje plantacje cukru oraz kawy zażądali od Haiti astronomicznej rekompensaty, której pełna spłata nastąpiła dopiero w 1947 roku, czyniąc przy okazji to niewielkie państwo jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. Ponadto Haiti w latach 1915 – 1934 było okupowane przez Stany Zjednoczone, które stały również za wyniesieniem na piedestał władzy Françoisa Duvaliera – sprawował on rządy od 1959 roku do swojej śmierci w 1971 roku. Ten ekscentryczny przywódca, który m.in. upodabniał się do jednego z bóstw voodoo oraz uważał się za fizyczne ucieleśnienie narodu, zawdzięczał poparcie USA temu, że otwarcie deklarował niechęć wobec komunizmu – dla dyplomacji Stanów Zjednoczonych posiadanie sojusznika w rejonie Ameryki Środkowej, stanowiącego przeciwwagę dla komunistycznej Kuby było niezmiernie ważne. Dzięki tej swoistej czerwonej histerii François Duvalier, którego polityka zagraniczna przypominała balansowanie na cyrkowej linie, zdołał wywinąć się od sankcji nałożonych na jego kraj przez USA. Władzę w państwie sprawował dzięki terrorze, za który odpowiedzialne były oddziały jego prywatnej milicji, zwanej Tonton Macoute. Prowadząc politykę wewnętrzną nie przebierał w środkach – groźby, morderstwa, zastraszenia, etc. Szacuje się, że za czasów jego panowania zginęło ponad 30 000 ludzi. Co ciekawe, Duvalier który wyraźnie ożywił kult voodoo w kraju, zdołał przekonać Watykan do podpisania konkordatu w 1966 roku, na mocy którego dane mu było przyzwanie nominacji katolickich hierarchów na Haiti.

Właśnie w tym krwawym, ale i mocno zwariowanym rozdziale historii Haiti toczy się akcja utworu Dany’ego Laferrière, zatytułowanego Smak młodych dziewcząt. Główny bohater o imieniu Dany jest, podobnie jak autor, emigrantem, który opuścił ojczyznę i swój żywot wiedzie na obczyźnie. Świeżo wydana książka oraz informacje o dawno nie widzianych przyjaciółkach stają się pretekstem do projekcji przeszłości, wysnucia wizji, przypominającej scenariusz filmowy, w której zatapiamy się z głównym bohaterem, towarzysząc mu w wędrówkach po jego wspomnieniach. Wydarzenia, które na trwałe zapisały się w psychice Dany’ego, a których obraz natychmiast wyłania się, gdy tylko myśli wędrują w stronę Haiti, rozegrały się w pewien kwietniowy weekend 1971 roku.

15-letni Dany jest jedynym mężczyzną w domu, w którym mieszka razem z matką oraz licznym gronem ciotek. Na co dzień to przykładny uczeń, rzetelnie wywiązujący się ze swoich szkolnych obowiązków, który wolne chwile spędza z przyjacielem Gégé. Chłopak stanowi idealne przeciwieństwo Dany’ego, co jednak nie przeszkadza im zawiązać szczerych relacji koleżeńskich. Zabawy z Gégé są dosyć niebezpieczne, ale za to piekielnie interesujące oraz jeszcze bardziej ekscytujące. Jeden z kolejnych wygłupów kończy się jednak dość tragicznie – chłopcy zadarli z morświnem, jak popularnie określani są członkowie Tonton Macoute. Dany jest przekonany, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo – tortury, więzienia, etc. – jedynym bezpiecznym schronieniem wydaje się być dom położony naprzeciw jego własnego. Mieszka w nim młoda, dwudziestoletnia dziewczyna Miki, utrzymanka wpływowego i bogatego człowieka, który tylko sporadycznie korzysta z towarzystwa swojej atrakcyjnej partnerki.

Dany regularnie obserwował z okna swojego pokoju dom Miki. Dzięki temu doskonale wiedział, czego może spodziewać się zarówno po lokatorce, u której przyszło mu się schronić oraz jej przyjaciółkach. Ale rzeczywistość i tak przerosła oczekiwania. W ciągu kilku dni, Dany przekonuje się, że cała paczka dojrzewających dziewcząt to kipiący wulkan seksu. Bezpruderyjność, swoboda obyczajów, brak jakiejkolwiek wstydliwości, seksualne rozpasanie – oto obraz jaki wyłania się po zaledwie kilku godzinach. Życie nastolatek to na pozór hedonizm rozciągnięty do granic możliwości – ciągłe, kończące się dopiero nad ranem imprezy, współżycie z zamożnymi, często znacznie starszymi mężczyznami, wypady na plażę, by zażyć słonecznych kąpieli – oto jak prezentuje się codzienna egzystencja dziewcząt, ogarniętych szaleńczą pasją życia, z którego zdają się wyciskać ostatnie soki.

Sprawa wygląda nieco inaczej, jeśli spojrzymy na nią z perspektywy Marie-Michèle, jednej z nastolatek należącej do tej niezwykłej grupy. Autor książki zdecydował się na oryginalne rozwiązanie poprzez wprowadzenie dodatkowej narracji za sprawą dziennika, prowadzonego właśnie przez Marie-Michèle, dziewczynę wywodzącą się z haitańskich wyższych sfer. To typowa panna z porządnego domu, której pozornie nigdy niczego nie brakowało, a jej życie opływało w luksusy. Co ciekawe, Marie-Michèle mogła liczyć jedynie na przedmioty, które posiadają materialną wartość. Nie dane jej jednak było poznać miłości rodzicielskiej, za co szczególnie obwinia swoją matkę, bogatą snobkę, zapatrzoną wyłącznie w samą siebie. Dziennik Marie-Michèle koncentruje się na dwóch rzeczach. Z jednej strony analizuje ona postępowanie swoich koleżanek, bada więc środowisko do którego dobrowolnie się przyłączyła, ale nie stanowi jego integralnej części. Zawsze trzyma się nieco na uboczu, koncentrując się głównie na obserwacji, dzięki której płyną interesujące wnioski na temat zachowania przyjaciółek oraz motywacji, jakie nimi kierują. Drugą kluczową sprawę, której poświęcone są refleksje Marie-Michèle stanowi środowisko, z jakiego się wywodzi. Warto w tym miejscu nadmienić, że za czasów rządów Papy Doca haitańskie społeczeństwo uległo ogromnemu rozwarstwieniu. Czarna większość, na którą składali się głównie potomkowie afrykańskich niewolników żyła na skraju ubóstwa. Natomiast mulaci, wywodzący się od białej rasy panów, która krzyżowała się z czarnymi służącymi tworzyli swoistą arystokrację, będącą zamkniętą enklawą – ludność Haiti przypominała wysepki bogaczy powiązanych z reżimem, rozsiane po oceanie nędzy. Marie-Michèle bezwzględnie obnaża hipokryzję, obłudę oraz egoizm własnej klasy, która żyje i obraca się we własnym świecie, nieczuła na krzywdę, jaka wyrządzana jest pozostałej części ludności.

Marie-Michèle, buntując się przeciw matce oraz środowisku, jakie reprezentuje, ucieka od salonowych gierek, wyrafinowanych rozmów o niczym, pajęczyny kłamstw. Szukając wytchnienia trafia do paczki Miki – okazuje się przy tym, że dziewczęta również prowadzą wszelakiej maści intrygi. Ale ich gra wynika z chęci prowadzenia życia na poziomie, życia, które nie jest wyłącznie wegetacją. Ponadto seks nie jest tylko zabawą, czy sposobem na zapewnienie sobie gotówki. To także narzędzie, które służy do manipulowania, rządzenia, czy wręcz władania mężczyznami – za jego sprawą dziewczęta, które czczone są niczym boginie, przynajmniej chwilowo, mogą poczuć własną wartość.

Powieść to także interesująca panorama Haiti pod panowaniem Papy Doca. Po ulicach, przy których pochylają się rozlatujące się, prowizoryczne domostwa jeżdżą zdezelowane, podstarzałe samochody. W powietrzu panuje nieznośny upał, który przytłacza. A mimo to od rana do wieczora na chodnikach panuje istny tłum, który tryska energią. Ludzie starają się nie przejmować warunkami, w jakich przyszło im egzystować, które zmuszają do bezwzględnej walki o przetrwanie, próbując łapać każdą chwilę szczęścia. Władzę sprawuje co prawda bezwzględny dyktator, na mieście co rusz można natknąć się na jego siepaczy, ale mimo to ludzie bawią się, a także na swój sposób buntują. Następuje wysyp awangardowych zespołów – pojawiają się nawet reporterzy ze Stanów Zjednoczonych, by robić wywiady z ich członkami. W klubach trwa nieustanne szaleństwo, alkohol leje się strumieniami, a na parkiecie panuje istna orgia. Świat staje na głowie, ale najważniejsza jest dobra zabawa. I tylko czasem cała równowaga zostaje brutalnie zachwiana – kiedy ktoś z bliskich trafi do więzienia, gdy przyplącze się jakaś poważna choroba, kiedy nadepnie się na odcisk jakiemuś morświnowi.

Powieść Dany’ego Laferrière to swoisty koktajl, w skład którego wchodzą głównie hormony. Nie jest to jednak wulgarna powieść, koncentrująca się wyłącznie na kolejnych seksualnych przygodach głównych bohaterek. Laferrière serwuje o wiele dogłębniejsze, bardziej wyrafinowane spojrzenie na seksualność – za sprawą autora kobieta urasta do rangi tajemniczej, zmysłowej bogini, która umiejętnie potrafi zawładnąć mężczyzną, wykorzystując do tego jego żądze oraz fantazje. Okazuje się przy tym, że większość bohaterek traktuje seks jako swoiste narzędzie, złudne zresztą i mylące, dzięki któremu przynajmniej pozornie można osiągnąć cele nawet niemożliwe.

Reasumując Smak młodych dziewcząt to książka, która znakomicie oddaje upalny klimat Ameryki Środkowej oraz gorący temperament jej mieszkańców. Laferrière w interesujący sposób przedstawia pułapkę, jaką dla młodych ludzi stanowi seks. Postrzegany on jest w wielu barwach – jako przyjemna rozrywka, jako przedmiot podporządkowywania sobie drugiego człowieka, magnetycznego oddziaływania na niego, wreszcie jako forma zarobku. Dramat bohaterów polega na tym, że współżycie staje się wartością samą w sobie i rozpatrywane jest wyłącznie jako akt fizycznego zespolenia, któremu nie towarzyszy głębsza więź duchowa. Oczywiście, jak przystało na książkę z dość dużym ładunkiem erotycznym, nie mogło w niej zabraknąć nawiązań do klasyków gatunku – stąd obecność książek autorstwa m.in. de Sade’a, czy Choderlosa de Laclosa. Sam bohater ze swoimi dosyć zabawnymi perypetiami jawi się jako swoisty Odys, który znalazł się pomiędzy Scyllą świętoszkowatych ciotek a Charybdą zepsutych do cna młodych dziewcząt.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Okładka książki Dom schadzek

  Tytuł: Dom schadzek

  Autor: Alain Robbe-Grillet

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 198

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Nowa powieść, czyli gatunek literacki, który narodził się w latach 50’ XX wieku we Francji miał być swoistą łaźnią. Obmywszy się z niej z tradycyjnego psychologizmu, czy egzystencjalizmu, które przywarły do literatury niczym brud, powieść miała przerodzić się w powieść obiektywną, zwaną też powieścią fenomenologiczną, kontynuując w ten sposób swój rozwój po latach zastoju. Twórcy nouveau roman podnosili szumne hasła o odnowie gatunku, o zerwaniu z dotychczasową wtórnością, etc. Narzędzia, które miały posłużyć renesansowi wybrano dość oryginalne – głęboki subiektywizm podmiotu lirycznego, towarzyszące mu zaburzenia chronologiczne fabuły, wreszcie rezygnacja z ciągów przyczynowo-skutkowych, zgodnie z którymi jedno wydarzenie jest następstwem uprzedniego. Jeśli połączyć to z mało przejrzystą narracją oraz specyficznymi bohaterami, którzy byli pozbawieni głębszych cech osobowościowych to nietrudno o skojarzenie ze swoistym kolażem, do którego coraz bardziej zaczynała upodabniać się nowa powieść – kompozycja literacka formowana była dość przypadkowo, przy zastosowaniu równie przypadkowych materiałów i tworzywa. Mimo ambitnych zapowiedzi i całkiem pokaźnej ilości interesujących dzieł idea nouveau roman samoczynnie wygasła jeszcze w latach 70’ ubiegłego stulecia. Oczywiście do dziś widnieją po niej ślady – o antypowieści wspomina się na studiach humanistycznych na przedmiotach związanych z historią literatury, istnieje też dość pokaźne grono książek, które pozostawili po sobie w spadku twórcy nouveau roman, do których zalicza się także Alain Robbe-Gillet.

Antypowieść zainteresowała również naszego rodzimego artystę, Stanisława Lema, kojarzonego głównie jako pisarza science fiction. Ale redukowanie działalności literackiej Lema wyłącznie do fantastyki naukowej to działanie tyle krzywdzące, co nieprawdziwe. Polski geniusz zajmował się także filozofią oraz literaturoznawstwem. Dokonując analizy kilku utworów z nurtu nouveau roman, Lem zaproponował bardzo oryginalne podejście, do którego zaprzągł matematykę. Rozumowanie polskiego literata opierało się na fakcie, że dotychczasową rolą powieści było powiadamianie czytelników o zdarzeniach, które zaszły – ich odwzorowanie (lepsze lub gorsze) oraz skomentowanie. Książki stanowiły więc swoistą wiadomość. Antypowieść zamiast transponować rzeczywistość w literacką fikcję, samodzielnie kreowała niezależny układ, autonomiczny system ze znaków. Zatem nouveau roman tak jak matematyczny model*, nie odnosiła się do rzeczywistości, do jej cech, a koncentrowała się na samej sobie, składając się z pewnych znaków oraz reguł definiujących metody ich używania, łączenia, czy przekształcania.

Kolejną powieścią z nurtu nouveau roman, które dane było mi poznać był Dom schadzek autorstwa Alaina Robbe-Gilleta. Utwór powstał w 1965 roku, jest to więc dzieło znacznie późniejsze w stosunku do Gum (1953 rok) oraz Żaluzji (1957 rok). Jednak gdybym wszystkie trzy pozycje miał umiejscawiać na osi, której grot zwrócony byłby w kierunku powieści fenomenologicznej, Dom schadzek znalazłby się pomiędzy Gumami a Żaluzją. Gumy posiadają zdecydowanie najwięcej punktów stycznych z klasyczną powieścią. To historia agenta specjalnego, przybywającego do niewielkiej mieściny, w której gościł już w dzieciństwie, próbującego rozwiązać zagadkę tajemniczej zbrodni. Śledztwo utrudnia fakt, że brakuje ciała ofiary, a sam detektyw z biegiem czasu zaczyna coraz bardziej upodabniać się do rzeczonego mordercy. Pod tym względem Gumy to tradycyjna powieść, do której jednak wpleciono elementy nouveau roman. Fabuła ulega zaciemnieniu – na równych prawach ukazane zostają przez narratora fakty oraz domysły, tak, że w danej chwili nie wiemy, czy mamy do czynienia z projekcją wyobraźni, czy z rzeczywistością. Ponadto całość spięta jest efektowną klamrą – akcja rozpoczyna się w momencie, kiedy zatrzymuje się zacinający się zegarek głównego bohatera (wskazuje godzinę, w której popełniono zbrodnię) i rusza dokładnie 24 godziny później, gdy przestępstwo rzeczywiście zachodzi. Zgoła inaczej prezentuje się Żaluzja, która zdecydowanie bardziej przypomina kolaż niż powieść. To plątanina zdarzeń, czy raczej krótkich scen, odtwarzanych z różnych ujęć, w różnej sekwencji, z której praktycznie niemożliwe jest wyciągnięcie wyraźnego wątku fabularnego. Zamiast obrazu, który jest kompletnie nieczytelny otrzymujemy jego fakturę.

Dom schadzek sytuuje się gdzieś pośrodku. To także utwór posiadający znamiona kryminału. Dochodzi do zabójstwa i trwają poszukiwania winnego. Przedmioty oraz ich drobiazgowy opis przytłaczają akcję, która jest jednak na tyle dynamiczna, że nie zostaje zupełnie zduszona, jak miało to miejsce w przypadku Żaluzji. W Domu schadzek fabuła również jest poszatkowana, ale na większe kawałki, dłuższe sekwencje. Ciekawym zabiegiem Robbe-Gilleta jest swoiste zapętlenie – każda scena wynika płynnie z poprzedniej. Przy czym te same ujęcia są często powtarzane, wraca się do nich, ale ich ponowne wyświetlenie odbywa się z innej perspektywy. Z tego względu czytelnik zauważa nowe szczegóły, o których nie wspominano wcześniej albo następuje umieszczenie tego samego motywu w zupełnie innym kontekście. Poszczególne sceny zlewają się ze sobą, wspomniane płynne przejście często utrudnia, albo wręcz uniemożliwia czytelnikowi zorientowanie się, czy obserwuje on nowy obraz sytuacyjny, czy wciąż tkwi przy tym samym. Dla przykładu na początku razem z narratorem oglądamy wystawę sklepową z manekinem wyobrażającym kobietę, wyprowadzającą psa na spacer. W następnym ujęciu mamy już do czynienia z rzeczywistą kobietą, sunącym zdecydowanym krokiem przez ulicę z wielkim psiskiem. Na chodniku intensywnie pracuje zamiatacz, pod miotłę którego trafia magazyn, na którym widnieje obraz kobiety z psem na spacerze, która przybywa pod kamienicę, z której wychodzi z tajemniczą paczką. Następna perspektywa ujawnia, że dziewczyna z psem znajdują się na scenie teatru, odgrywając rolę w przedstawieniu, itd., itd.

Co jeszcze bardziej intrygujące, powtórzone sceny rzeczywiście charakteryzują się większą ilością detali, ale nierzadko nowy obraz okazuje się sprzeczny z poprzednim. I tak na początku widzimy czerwoną kanapę, później żółtą kanapę, dalej kanapę w żółto-czerwone pasy, itd. Podobna niekonsekwencja, o zgrozo, została użyta przy opisie zdarzeń. Z tego powodu ofiara zostaje zabita na kilka różnych sposobów, przez różnych sprawców (narrator nie omieszka podać motywów, którymi kierował się każdy z nich), w zupełnie innych okolicznościach. Co gorsza, nawet trup nie leży spokojnie, zmieniając swoje ułożenie, nie wiadomo również, kiedy dokładnie miało miejsce przestępstwo, bowiem tak jak i sceneria, zmienia się czas popełnianie zbrodni. Wszystko to wzmaga chaos i mnogość wypadków, które powtarzając się w różnych figurach i kombinacjach, przeplatają się, zazębiają i przenikają.

Zaskakujący jest również minimalizm w kreacji sylwetek bohaterów, w przypadku których nie może być mowy o jakichkolwiek rysach charakterologicznych. Postacie funkcjonują w antypowieści na tych samych prawach co przedmioty, poświęca się dokładnie tyle samo czasu i precyzji w ich opisie, co rzeczom martwym. Z tego względu bardziej sprawiają oni wrażenie tekturowych dekoracji niż realnych postaci. Ta swoista obojętność narracyjna, ostracyzm w prezentacji ludzi przejawia się niechlujnością, brakiem precyzji. Johnson, czy Jonstone, czy coś w tym rodzaju, Lauren zmieniająca imię w kolejnej scenie na Loraine, Marchand ewoluujący w Marchata, oto jak traktowani są bohaterowie. Niejasność wzmagają ponadto narracyjne sztuczki – zamordowany Manneret piszący tekst, który po chwili przeradza się w historię, której akcja rozgrywa się w kolonialnym domu schadzek, a w trakcie przyjęcia goście dyskutują nad świeżo zasłyszaną wiadomością na temat zamordowania itd., itd. Pierwszoosobowa narracja przeradza się chwilami w bezosobową relację, a kilka razy podmiotem snującym całą historię wydaje się sam Johnson, czyli główny podejrzany o zbrodnię. Nazwiska artystów, których rzeźby, obrazy przewijają się w powieści zawsze okazują się nazwiskami któregoś z bohaterów. Dodatkowo często dochodzi do pomieszania przyczyny ze skutkiem i tak dla przykładu raz dowiadujemy się, że Lauren zostaje luksusową prostytutką z powodu samobójczej śmierci narzeczonego Marchanda, innym razem okazuje się, że Marchand odbiera sobie życie, bowiem nie może zdobyć serca Lauren, pensjonariuszki tytułowego domu schadzek.

Utwór to zatem wspaniały model literacki (na pozór matematyczny) misternie skonstruowany z elementów wchodzących ze sobą w różnorakie interakcje, których swoboda przekształceń i operacji zostaje ograniczona pewnymi regułami. Na dobrą sprawę zasady te sprowadzają się do realności, czy możliwości zajścia poszczególnych zdarzeń. W Domu schadzek nie występują żadne zjawiska nadprzyrodzone, fantastyczne, które w wyraźny sposób łamałyby zasady fizyki. Na przykład mężczyzna zakochuje się w młodej prostytutce i pragnąć ją wykupić z luksusowego burdelu rozpoczyna gorączkowe poszukiwania gotówki. W opinii organów ścigania, zdesperowany kochanek posiada więc wystarczający motyw do popełnienia zbrodni na podstarzałym milionerze, którzy zajmuje się udzielaniem pożyczek. Cała historia mogłaby wydarzyć się w naszej rzeczywistości – zachłanna miłość popycha do czynów ostatecznych. Chociaż za sprawą subiektywnego narratora równie prawdopodobne są inne scenariusze, zgodnie z którymi staruszek ginie w innych okolicznościach, z rąk różnych morderców. Zatem osobnik snujący tę osobliwą opowieść w niczym nie pomaga czytelnikowi, wręcz przeciwnie, co rusz zaciemnia obraz, pozbawiając możliwości docieczenia prawdy, która jednak w szerszym kontekście traci jakiekolwiek znaczenie.

Badając nieco uważniej utwór można pokusić się o stwierdzenie, że Robbe-Grillet posłużył się w nim redukcją fenomenologiczną, czyli odrzuceniem wszelakiej maści założeń, teorii, bądź doktryn, które stosowane są przy analizie i postrzeganiu otaczającego nas świata (w tym przypadku świata przedstawionego). Następuje silna koncentracja na zjawiskach samych w sobie, a docieczenie ich sensu opiera się na ich dogłębnym poznaniu, czy zrozumieniu. Chociaż z tego ostatniego francuski twórca wyraźnie się wyłamuje, czy wręcz karykaturyzuje działania poznawcze – przed czytelnikiem stawia tyle możliwych wersji wydarzeń, że nie sposób ocenić, które z nich faktycznie zaszły, czyli są p-r-a-w-d-z-i-w-e. Ale parafrazując słowa jednego z bohaterów, który mówi Nazwisko, wie pan… Co znaczy w ogóle nazwisko?, można by zapytać Prawda, wie pan… Co znaczy w ogóle prawda, szczególnie w kontekście literackiej fikcji?

Dom schadzek można rozpatrywać na jeszcze jednej płaszczyźnie. Akcja utworu rozgrywa się w Hongkongu, który w momencie napisania utworu stanowił własność Korony Brytyjskiej (podobnie ma się rzecz z Żaluzją, gdzie bohaterowie są mieszkańcami jednej z [prawdopodobnie] francuskich kolonii). Lata 50’ oraz 60’ XX wieku to zdecydowanie wzmożenie ruchów dekolonizacyjnych, w Europie przetaczały się wówczas kolejne dyskusje na temat stosunku zachodnich mocarstw do swoich zamorskich posiadłości. Robbe-Grillet nie zajmuje w powieści żadnego wyraźnego stanowiska, nie pojawia się nawet jedno zdanie na ten temat, ale już sam sposób prezentacji życia codziennego w Hongkongu daje do myślenia. Miasto jest raczej zaniedbane, a pośród morza śmiecia wegetuje biedota, którą stanowią tubylcy. Chińczycy zajmują się sprzątaniem ulic, pełnią służbę w hotelach, zasiadają za kierownicami taksówek. Biali żyją w zamkniętych enklawach, w których oddają się wszelakiej maści uciechom. Palarnie opium, bary, wymyślne restauracje. Do tego luksusowe domy schadzek, w których pojawiają się żądni nowych wrażeń klienci – młode kobiety często biorą udział w ocierających się o sadyzm przedstawieniach, pojawiają się plotki o lokalach serwujących dziewczęce mięso, handlarze narkotyków oferują preparaty, po spożyciu których ofiara zupełnie traci świadomość, etc. Widać, że świat białych kojarzony jest głównie ze zgnilizną moralną – tworzą go ludzie przeżarci chciwością oraz najróżniejszymi dewiacjami, które są prawdopodobnie wynikiem metafizycznego znużenia, które w dodatku wzmacnia wiecznie panujący lepki od wilgoci upał.

Reasumując, wizyta w Domu schadzek Robbe-Grilleta okazała się bardzo zajmująca i przyjemna. Towar oferowany przez francuskiego literata to przednia marka, który zapewnia sporo tematów do rozmyślań. Podziwiam również konsekwencję i upór w tworzeniu kolejnych utworów w duchu nouveau roman, które nie są łatwe w odbiorze, a przez to liczba potencjalnych czytelników już z założenia jest raczej skromna. Przy tym do dzieła stanowiącego zaprzeczenie klasycznej powieści przemycono istotne oraz interesujące kwestie, czyniąc to w sposób nie naruszający zasad konstrukcji powieści fenomenologicznej. Wg mnie to sztuka nie lada i za to właśnie chapeau bas panie Robbe-Grillet!

P.S. Tak jak starałem się to ukazać w tekście poświęconym książce Abaddon – Anioł Zagłady autorstwa Sabato, Robbe-Grillet przez wielu uważany był za twórcę buńczucznego, który lubił dawać do zrozumienia, że wyprzedza swoją epokę, w której klasyczne powieści nadal święcą tryumfy. Francuski artysta zdaje się krzyczeć swoją twórczością, że wszystko co piszą inni jest wtórne, powtarzalne, a środki przekazu przestarzałe. Jeśli chodzi o pewność siebie nie inaczej jest także w przypadku wizji Hongkongu, prezentowanej na kartach Domu schadzek, która dla wielu może sprawiać wrażenie zbyt przejaskrawionej, zbyt demonicznej. Dla takich wątpliwców autor ma przygotowane kilka słów już na samym wstępie utworu, który pozwolę sobie przytoczyć:

Jeśli czytelnik, który bywał przejazdem na Dalekim Wschodzie, skłonny byłby sądzić, że opisane tu miejsca nie odpowiadają rzeczywistości, autor, który spędził w tej okolicy większą część życia, radziłby mu wrócić tam i patrzeć lepiej: rzeczy zmieniają się szybko w tamtym klimacie.

Na usta ciśnie się pytanie  jak szybko oraz jak rzeczy wyglądają teraz, niemal 50 lat po napisaniu utworu.

——————

* nie jest to jednak doskonały model matematyczny, o czym możemy przekonać się na podstawie lektury eseju Nowa powieść i matematyka, który znajduje się w książce Filozofia przypadku

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita