Subiektywnie o książkach. I nie tylko.
Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Muzyka | Promocje | Teatr
RSS
środa, 08 stycznia 2014

Okładka książki Przezroczyste przedmioty

  Tytuł: Przezroczyste przedmioty

  Autor: Vladimir Nabokov

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 143

  Cena: 30,00 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Nie raz i nie dwa wspominałem, że w powszechnej świadomości czytelników nazwisko Vladimira Nabokova kojarzone jest głównie za sprawą Lolity. Przez wielu dorobek autora zostaje niesłusznie zredukowany do jednego dzieła, które pozostałe owoce twórczości spycha na margines, zmuszając je na egzystencję na uboczu czytelniczej uwagi. Silna koncentracja na Lolicie jest o tyle krzywdząca, że inne pozycje z bogatego dorobku Nabokova to dzieła równie wybitne, a niejednokrotnie nawet lepsze. Ale z drugiej strony, czy gdyby nie Lolita, amerykański pisarz o rosyjskich korzeniach cieszyłby się taką samą popularnością? Powieść o uczuciu, będącym czymś na wzór miłości (a może jej karykaturą?) podstarzałego mężczyzny do dojrzewającej dziewczynki jest o tyle szokująca, co łatwa w odbiorze. Lektura zawiera w sobie sporo niuansów, ale nawet bez ich wychwycenia Lolita wciąż jest tekstem interesującym. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o większości z pozostałych utworów, w których na jaw wychodzą skłonności Nabokova do mistyfikacji, do mataczenia, do kręcenia, słowem do bezczelnego igrania z czytelnikiem, który wodzony za nos w pewnym momencie zaczyna gubić się w natłoku informacji, podtekstów, przesłanek, niedopowiedzeń. Gdyby wyłącznie tego typu teksty składały się na twórczość Nabokova, mniemam, że dziś interesowaliby się nim głównie literaturoznawcy, z pieczołowitością rozbierający na czynniki pierwsze poszczególne słowa, wyrażenia, zdania, rozdziały, by dociec w pełni ich znaczeń oraz odkryć skomplikowane wzory, w której się układają.

Znakomitym przykładem powieści, w trakcie lektury której Vladimir Nabokov wyzywa czytelnika na swoisty pojedynek są Przezroczyste przedmioty. Ta cieniutka i niepozorna książeczka to przedostatnie ukończone dzieło amerykańskiego pisarza, które powstawało w latach 1969 – 1972. Tuż po ukazaniu się na rynku wywołało wśród czytelników prawdziwą konsternację – recenzje przyjmowały wszystkie odcienie krytyki, oscylując między rozpaczliwą adoracją a bezsilną nienawiścią, jak to zgrabnie ujął w sowim dzienniku sam Nabokov.

Na pierwszy rzut oka Przezroczyste przedmioty to banalna historia o człowieku, który odbywa swoistą pielgrzymkę w przeszłość, pragnąc lepiej zrozumieć wydarzenia, jakie przywiodły go do obecnego punktu na osi czasu. Główny bohater, Hugo Person (zniekształcone „Peterson”, przez niektórych wymawiane „Parson”), obywatel Stanów Zjednoczonych po raz czwarty przybywa do niewielkiej szwajcarskiej mieściny, leżącej u podnóża malowniczych Alp. Ten region odgrywa dość istotną rolę w życiu Hugo. To właśnie w Szwajcarii, podczas pierwszej wizyty w tym kraju zmarł ojciec Persona. Druga wyprawa okazała się bardziej szczęśliwa. Hugo jako korektor uznanego wydawnictwa, został wyznaczony do kontaktów z amerykańskim pisarzem niemieckiego pochodzenia, mieszkającym na co dzień w Szwajcarii. W drodze do pana R., główny bohater poznał swoją przyszłą żonę Armadę. Trzecia eskapada to ostatnie spotkanie z kontrowersyjnym literatem R. i równocześnie początek sielankowej egzystencji Hugo Persona.

Książka nie posiada zbyt wyrafinowanej fabuły. Dojrzały mężczyzna, wdowiec, przechodzący w dodatku wyraźny kryzys wieku średniego wraca do miejsc kojarzonych z ukochaną osobą, która odeszła w niecodziennych okolicznościach. Cała akcja sprowadza się do stopniowego odsłaniania tajemnicy, jaką skrywa miniony czas. Ale to obnażanie przeszłości odbywa się powoli, bez wyraźnej eskalacji napięcia. Dlatego przy przewracaniu ostatniej strony towarzyszy nam raczej konstatacja niż zdumienie, czy niedowierzanie. Ot, kolejna historia ludzkiego żywota, momentami dość smutna, miejscami absurdalna dobiegła właśnie końca.

Ale tak jak przy wnikliwszym wpatrywaniu się w taflę wody, w której początkowo widzimy jedynie odbicie otaczającego nas krajobrazu z wolna zaczynamy dostrzegać to, co skrywają głębiny, tak przy uważniejszym przeczytaniu Przezroczystych przedmiotów na prostym obrazku zaczynają pojawiać się zmarszczki, sygnalizujące, że drobne cienie skrywają rzeczy nade istotne, które zostały przez nas przeoczone. Zabawne, że to właśnie sam tytuł (w oryginale brzmiący Transparent Things) staje się bodźcem do poszukiwań i naprowadza nas na pierwszy trop. Słowo transparentny można tłumaczyć jako przeźroczysty, ale może oznaczać ono również przeświecający – podobnie jest z fabułą powieści, spod której zdaje się prześwitywać nieco inna historia.

Zastanawiający jest już pierwszoosobowy, wszechwiedzący narrator, który przejawia zaskakującą tendencję do stosowania apostrofy. Pierwsze zdania powieści rozpoczynają się od słów Oto właściwa persona. Hej tam, persono! Nie słyszy. Zatem już na wstępie czytelnik zostaje niejako przygwożdżony przez dziwacznego narratora, któremu w trakcie przybliżania historii życia Hugo Persona zdarzy się wpleść jeszcze niejedną niezwykłą sentencję (Hej tam, persono! O co chodzi, nie szarp mnie za rękaw. Ja mu się wcale nie narzucam). O ile możemy domyślać się, że tajemniczą personą, do której zwraca się narrator jest nie kto inny jak Hugo Person (nazwisko zobowiązuje), o tyle odgadnięcie adresata bezpośrednich zwrotów jest już nie lada kłopotliwe. Zaskakujące są również przejścia z liczby pojedynczej na liczbę mnogą (gdy my koncentrujemy się; nasz biedny przyjaciel; nasz poczciwy Hugo), które dodatkowo potęgują zamęt. Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że słuchamy opowieści telewidzów, relacjonujących nam reality show, w którym główną rolę odgrywa nieświadomy niczego Hugo Person, niczym Truman Burbank w Truman Show. Ale kim u licha jest ta zgraja cudaków, która próbuje bawić się narratora?

Nicią, która wyprowadzi nas z tego labiryntu zagadek mogą okazać się dzieła rąk ludzkich, jak i dzieła natury, same w sobie bezczynne, lecz ustawicznie używane przez nonszalancki czas. Każdy przedmiot skrywają w sobie długą historię – moment i okoliczności narodzin, warunki użytkowania. W końcu nawet maleńka rzecz, drobnostka i błahostka oprócz materii fizycznej, z której jest stworzona, posiada także otoczkę czasu, który wyciska na niej swoje niezatarte piętno. O jakże pięknym byłoby móc zanurzyć się w opowieściach, które skrywają w sobie owoce naszej pracy. Kto je stworzył, ilu wysiłku to kosztowało, przez kogo były użytkowane, w jakim celu je wykorzystywano? Oczywiście część tych historii możemy wydrzeć naszym milczącym przedmiotom, ale ile pozostaje zakrytych i nigdy nie poznanych?

Przyznaję, że Przezroczyste przedmioty stanowiły dla mnie dość ciężki orzech do zgryzienia i wielce pomocne okazało się posłowie autorstwa niezastąpionego Leszka Engelkinga, który naprostował nieco skomplikowane meandry nabokovskiej prozy. Ale powieść, nawet jeszcze nie w pełni zrozumiała, także przedstawia się nader intrygująco. Relacja Hugo Persona z Personem seniorem oraz zmiany, które zachodzą w bohaterze po zgonie ojca uzmysławiają, że nierzadko stosunki z rodzicami stanowią pęta, zrywane dopiero w momencie ich śmierci, która wywołuje u świeżo osieroconego dziecka szokującą i nieprzyzwoitą wręcz euforię, płynącą z poczucia odzyskania wolności, niezależności, swobody działania, możliwości dokonywania wyborów na własną rękę. Ciekawa jest także kreacja psychologiczna Hugo Persona, niekompletnego geniusza, którego wszystkie wyjątkowe umiejętności skażone są jakimś ale, uniemożliwiającym ich pełne rozwinięcie i wykorzystanie.

Reasumując, Przezroczyste przedmioty to literatura na wskroś nietuzinkowa. Mimo, że bardzo krótka, bowiem moje wydanie liczy raptem 125 stron, jest wręcz przeładowana treścią, która tak gęsto upakowana sprawia, że istotna staje niemal każda kartka. Czytelnik otrzymuje od autora swoistą zagadkę, z którą przyjdzie mu się zmierzyć, jeśli chce poznać maksymalną ilość płaszczyzn, na których można rozpatrywać utwór. Kilka tematów oraz motywów takich jak sen, czy pożar jest nagminnie powtarzanych, ale większość została ledwie muśnięta, tak, że poszukiwania wszystkich smaczków pobudzają do rzeczywistego intelektualnego wysiłku. Nabokov po raz wtóry sprawił nam psikusa, bowiem lektura tej krótkiej książki może okazać się znacznie mniej czasochłonna niż intensywne rozmyślanie na jej temat. Rzecz jasna powieść nie jest wyłącznie szaradą, a o tym, że posiada kilka punktów stycznych z naszą rzeczywistością niech zaświadczy fragment: W dziedzinie sztuki „awangarda” oznacza niewiele więcej niż uległość tej czy owej wyzywającej, filisterskiej modzie (…), który można przytoczyć choćby w odniesieniu do wydarzeń, dla niektórych gorszących, dla innych komicznych, które rozgrywają się ostatnio w Teatrze Starym w Krakowie (i to nie tylko na scenie).

P.S. Nurkując w odmętach wspomnień dotyczących lektury Przezroczystych przedmiotów do bram moich świadomości puka niestrudzenie poniższy wiersz Cypriana Kamila Norwida, który szczególnie polecam w wykonaniu zespołu De Press (utwór Świenty Pokój z albumu Product utrzymany w klimacie new wave jako żywo przypominający najlepsze nagrania Joy Division, którym zespół w tym czasie mocno się inspirował).



Święty spokój

*

Jeszcze tylko kilka ciężkich chmur
Nie-porozpychanych nozdrzem konia;
Jeszcze tylko kilka stromych gór,
A potem już słońce i harmonia!...

— Jeszcze tylko z hełmu kilka piór
W wiatru odrzuconych próżnię;
Jeszcze, tylko jeden pękły grot,
Błyskawica jedna — jeden grzmot —

A potem — już nie!...

*

Tak samo i w życiu: czasów wir
Jezdnego na hipogryfie ima;
Gruby mu rozrywać każe. kir,
Trumny przeskakiwać, których nie ma.

— Za czarnością trumien świta mir,
Wynagradzający słusznie;

I wciąż tylko jeden jeszcze trud,
Wysilenie jedno — jeden cud —
A potem — już nie!...

niedziela, 05 stycznia 2014

Okładka książki Zniknięcie słonia

  Tytuł: Zniknięcie słonia

  Autor: Haruki Murakami

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 375

  Cena: 44,99 zł

  Oprawa: twarda





 



 

Opowiadanie to krótki utwór prozatorski, który w mojej prywatnej opinii jest swoistym papierkiem lakmusowym, służącym do określenia talentu narratorskiego danego pisarza. Ta literacka forma, mimo niewielkich rozmiarów, skromnie rozwiniętej, bądź ledwie cząstkowo zarysowanej akcji, czy niezbyt licznego grona bohaterów, wymaga od twórcy sporych umiejętności (nie użyję wyrażenia wprawy, bowiem zawiera ono pejoratywne konotacje poprzez nadanie dziełom statusu wyrobów zręcznego rzemieślnika, którymi przecież nie są płody prawdziwych mistrzów pióra). Oto bowiem w karbach kilku tysięcy słów ująć trzeba istotę rzeczy, która okazałaby się na tyle interesująca dla czytelnika, by ten, w przypadku, gdy ma on do czynienia z całym tomem opowiadań jednego autora, nie porzucił lektury już po pierwszym dziele. Jak zaprezentować fabułę, by z jednej strony czytelnik nie poczuł się zbyt zagubiony, z drugiej zaś, by całość nie przerodziła się mimowolnie w powieść? Odpowiedź na to pytanie zna z pewnością Haruki Murakami.

Haruki Murakami to japoński literat, urodzony w 1949 roku w Kioto. Na okładkach polskich wydań jego książek możemy przeczytać, że jest to najwybitniejszy oraz najbardziej znany na świecie pisarz japoński – w moim odczuciu owe twierdzenie jest zbyt śmiałe i zdecydowanie na wyrost. Nie mniej jednak artyście z Kraju Kwitnącej Wiśni nie można odmówić specyficznego pióra, z którym obcowanie może sprawiać niemałą przyjemność. Z tego powodu niezrażony nie do końca udaną powieścią Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa, zdecydowałem się sięgnąć po kolejną pozycję tego autora. Tym razem mój wybór padł na zbiór opowiadań zatytułowany Zniknięcie słonia. Już na wstępie muszę przyznać, że całość okazała się wielce smakowitym kąskiem, który przełknąłem bardzo szybko. Lektura była na tyle przyjemna, że z żalem przewracałem kolejne strony, będąc świadom nieuchronnie zbliżającego się końca.

Zniknięcie słonia to zbiór 17 opowiadań autorstwa Harukiego Murakamiego, napisanych między 1983 a 1990 rokiem. Wszystkie teksty charakteryzują się sporym eklektyzmem, chociaż w wielu przypadkach zastosowano bardzo podobny schemat, w myśl którego skonstruowano literacką budowlę. Przepis na tą krótką formę prozatorską, przynajmniej z grubsza, opiera się na rzeźbieniu delikatnych, wręcz subtelnych rys na wrażliwej tkance normalności. Monotonna codzienność, rutyna kolejnych dni zostaje wzbogacona ledwie dostrzegalnym ornamentem, znamieniem niezwykłości, zauważalnym jedynie przez głównych bohaterów. Pracownicy działu reklamy w firmie produkującej urządzenia kuchenne, osobnicy zajmujący się reklamacjami towarów nabytych w lokalnym domu towarowym, studenci, persony z kancelarii adwokackiej, jednym słowem ludzie, których na co dzień mijamy na ulicy bez słowa, nawet nie obejrzawszy się za nimi, za sprawą niespożytej wyobraźni autora przeżywają niewiarygodne doświadczenia. Czynią to jednak w samotności oraz w sekrecie, bardzo niechętnie dzieląc się rewelacjami, jakie przypadają im w udziale. Bohaterowie to najczęściej członkowie na wskroś racjonalnego społeczeństwa, w którym nie ma miejsca na zjawiska niezwykłe, odbiegające od normy, od książkowych wizji świata, od szarej i nudnej rzeczywistości.

Niechęć, czy niekiedy wręcz niemoc dzielenia się sekretami są pretekstem do ukazania ogromnej alienacji, jakiej doświadczają współcześni ludzie. Okazuje się, że mieszkańcy wielomilionowej metropolii, jaką z pewnością jest Tokio, gdzie rozgrywa się akcja większości opowiadań, mimo ciągłego obcowania z innymi członkami społeczeństwa, pozostają jednostkami głęboko odizolowanymi. Nawiązywane kontakty są powierzchowne oraz płytkie, a w przypadku głębszych relacji sprowadzają się jedynie do fizycznej przyjemności obcowania z drugim człowiekiem. Brakuje czasu oraz chęci do zadzierzgnięcia nici porozumienia na poziomie emocjonalnym czy psychicznym. Z tego względu spowiednikami trosk często okazują się przypadkowo napotkane osoby, których anonimowość oraz pewność co do braku możliwości ponownego spotkania wyzwalają przypływy szczerości. Pustce towarzyskiej towarzyszy także pustka duchowa. Bohaterowie trwają, przeżywając kolejne dni, ale czynią to biernie i apatycznie. Pogrążają się w marazmie, ale jałowość swojego bytu uzmysławiają sobie dopiero w zetknięciu z dziwnymi wydarzeniami, które im się przytrafiają.

Opowiadania Murakamiego czyta się z równą ciekawością, co przyjemnym zdumieniem. Japoński artysta tworzy świat na wskroś dualistyczny, w którym jawa zdaje się krzyżować ze snem. Na warsztat zostają wzięte tematy raczej przyziemne, takie jak głód, czy sen, które za sprawą kilku kropli realizmu magicznego zaczynają jawić się w zupełnie innych barwach, nabierając nowych znaczeń oraz kolejnych wymiarów. Bohaterowie na początku każdego z utworów prowadzą raczej przyziemną egzystencję, otulając się szczelnym pancerzem rutyny, która przybiera formę codziennych rytuałów – nie brakuje zatem amatorów muzyki, aktywności fizycznej, pływania, którzy niemal wszystkie czynności wykonują mechanicznie, z nabytym i głęboko wrytym w świadomość automatyzmem. Wydaje się, że dobór takich osobników jest celowy, bowiem w ich przypadku zerwanie z dotychczasową rzeczywistością, pęknięcia w monolicie codzienności są jeszcze lepiej widoczne, wywołując bardziej spektakularne efekty. Chaos przeżyć doskonale kontrastuje ze spokojnym nurtem, z którym dotychczas płynęło życie.

Co interesujące pośród bohaterów nie brakuje także pisarzy. Co ważne, cieszą się oni sporym zaufaniem, nawet ze strony tych ludzi, których znają przelotnie lub bardzo krótko. Wiele osób z chęcią zwierza się im z historii, które w ich mniemaniu są niecodzienne, a przy tym nierzadko intymne, bardzo szczere, a niekiedy wręcz kompromitujące – wszystkie łączy wspólny mianownik, są oryginalne oraz interesujące. Pisarz pełni często rolę terapeuty, który poprzez uprzejme, ale przede wszystkim uważne wysłuchanie ściąga pewnego rodzaju ciężar psychiczny z umysłu petenta. Jednocześnie funkcjonuje jako naczynie, do którego zlewane są wszelakiej maści opowieści. Historie fermentują – dojrzewają i przesączone przez literacki filtr ponownie trafiają do krwioobiegu rzeczywistości za sprawą opowiadań, których kanwę stanowią.

O sile poszczególnych utworów decydują pozory autentyczności, które są wynikiem pierwszoosobowej narracji. Zresztą intrygujące historie opowiadają zwykli, szarzy ludzie, dlaczego więc nie ufać im słowom? Bohaterowie to w wielu przypadkach wiecznie zaczytani samotnicy, melomanii, odpływający w krainę własnych fantazji przy dźwiękach muzyki klasycznej, lubiący swoje ciało i potrafiący o nie zadbać, o wyglądzie nieszczególnym, nie wyróżniającym się niczym, co mogłoby zasługiwać na głębszą uwagę. To ludzie nie tworzący zbyt mocnych więzów przyjaźni, lubiący pozostawać w cieniu, na marginesie najważniejszych zdarzeń, nie chwalący się zanadto swoją inteligencją, nie dzielący się zbytnio swoimi zainteresowaniami. Można pokusić się o stwierdzenie, że Murakami odbywa swego rodzaju polowanie na kameleony – tropi osobników zwykłych do szpiku kości, którzy w zaciszu starają się przeżyć własne życie, często bezbarwne i płaskie oraz pozbawione głębszej idei, w imię której można by ów byt prowadzić, po czym brutalnie wytrąca ich stabilność z równowagi za sprawą niuansu, który osiąga niebotyczne rozmiary. Czyżby autor starał się uchodzić za demiurga, który pragnie uświadomić owocom swojej pracy, jak daleko zabrnęli w meandry nijakości i strachu przed życiem pełną piersią? Stwórca świata przedstawionego wysyła przecież dręczące sygnały, które bezwstydnie obnażają pustkę dotychczasowej egzystencji, która w dodatku upływa pod znakiem pęt i łańcuchów, jakie bezrefleksyjnie dają sobie zarzucić bohaterowie. Role odgrywane w rodzinie, funkcje społeczne, etc. okazują się węzłami, które skutecznie krępują osobowość. Dopiero anomalie zachodzące w tym uporządkowanym życiu zaczynają pełnić rolę dziurki, przez którą zaczyna uchodzić uwolniona dusza bohatera.

Pierwsze opowiadanie pt. Ptak nakręcacz i wtorkowe kobiety prezentuje stopniowe acz niedostrzegalne rozwarstwianie się naszych planów życiowych i rzeczywistości. W interesujący sposób ukazuje także jak sprawy niedopowiedziane, nierozstrzygnięte kwestie z przeszłości niezauważalnie rzutują na nasze tu i teraz. Ponowny napad na piekarnię uzmysławia, że zamykając się w codzienności w pewnym momencie przestajemy mieć jakikolwiek wybór w podejmowaniu kluczowych decyzji, a człowiek żyjący tuż obok nas może okazać się zupełnie obcą osobą. Komunikat kangura to desperacki krzyk samotnej duszy, która poprzez wyłożenie teorii niekompletności pragnie pozyskać słuchacza, skłonnego do wysłuchania intymnych zwierzeń. Sen to wspomniana proza życia, które nieśpiesznie biegnie swoim torem, pochłaniając niedostrzegalnie kolejne dni, zabijając przy tym naszą osobowość, wtłaczaną w kolejne role. Opowiadanie to próba odpowiedzi jak zmieniłaby się ta szara codzienność, gdyby wytrącić ją ze stanu równowagi, np. poprzez wyeliminowanie z życia snu. Upadek cesarstwa rzymskiego, powstanie Indian w 1881 roku, napaść Hitlera na Polską oraz świat miotany wichrem to z jednej strony obojętność świata na wichry historii – potężne acz krótkotrwałe, a z drugiej specyficzny język, przypominający wręcz kod, którym posługuje się narrator, będący prawdopodobnie efektem niemożności nawiązania prawdziwych kontaktów z innymi ludźmi. Lederhosen udowadniają, że absolutnie wszystko może stać się materiałem literackim, choćby nieszczęśliwe skórzane szorty, za sprawą których dochodzi do małżeńskiego rozłamu – przy tym, aby na codzienne sprawy spojrzeć z odmiennej perspektywy, nieraz trzeba odbyć naprawdę długą podróż. Spalenie stodoły to trochę groteskowa spowiedź piromana, albo …? Zielony zwierz to wg mnie najbardziej makabryczna pozycja, prezentująca ludzki lęk przed nieznanym, pociągający za sobą zadziwiającą łatwość i okrucieństwo w krzywdzeniu i ranieniu tego co obce. Sprawa rodzinna to utwór o tyle ciekawy, że jego bohaterem wydaje się być stereotypowy Polak, czyli wieczny krytyk, dostrzegający same wady, wydający osądy niemal z miejsca, odrzucający osoby i przedmioty, do których czuje uprzedzenie. Nędzę swojej beztrosko prowadzonej egzystencji, przeplatanej sporą ilością alkoholu i przypadkowym seksem, zaczyna powoli dostrzegać dopiero w konfrontacji z narzeczonym swojej siostry, który różni się od niego niemal pod każdym względem. Okno to sprawy z przeszłości, które nas dręczą, wybory, które być może wcale nie były takie słuszne, jak się to wydawało przy ich podejmowaniu. To także wzięta pod lupę relacja uczeń-mistrz – interesujące, że nawet jeśli ludzie zostaną w nią wplątani nieco z przypadku i chociaż odrobinę sobie zaufają, to bardzo szybko przystosowują się do nowych ról (chociaż powód napisania tego opowiadania jest zupełnie inny). TV People to ponownie groza niekończącej się rutyny, którą zaczynają zakłócać dziwni osobnicy roznoszący telewizory, na których uwagę zwraca jedynie główny bohater. Slow boat to China prezentuje jak zwodnicza i zawodna jest nasza pamięć, która pracuje w sobie tylko znany sposób. Pod pewnym względem to również krótka i treściwa lekcja na temat tolerancji i szacunku wobec innych. Tańczący karzeł to chyba najbardziej fantasmagoryczne opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w fabryce słoni, a jednemu z jej bohaterów grozi utrata własnej osobowości. Ostatni trawnik popołudnia to znakomite połączenie sielanki letniego dnia z cieniem tragedii, której prawdopodobnie doświadczyła klientka głównego bohatera. Oczywiście nic nie jest pewne, niemal wszystko pozostaje w sferze domysłów i nierealności. Zniknięcie słonia to pragnienie jednorodności naszego życia, w której nie ma miejsca na rzeczy niezwykłe. Milczenie to wspomnienia wydobyte po latach z całunu pamięci. Motyw odrzucenia jednostki, wykluczenia jej poza margines klasowej społeczności jak żywo kojarzy się z najnowszą powieści Murakamiego Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa. W opowiadaniu bohater również zostaje otoczony ścianą milczenia, będącego karą za zbrodnię, której nie popełnił. Całość pozbawiona jest jednak pseudofilozoficznej otoczki i wg mnie jest o wiele lepsza niż powieść, która prawdopodobnie powstała na bazie tego opowiadania.

Reasumując, tym razem Haruki Murakami pozytywnie mnie zaskoczył. Autor świetnie sprawdza się w roli magika, który do szarej rzeczywistości dodaje szczyptę niezwykłości. Opowiadania charakteryzują się swoistym urokiem oraz mgiełką tajemnicy – za każdym razem kilka słów pozostaje niedopowiedzianych, pozwalając czytelnikowi na szerszą oraz własną interpretację. Teksty sprawiają wrażenie na wpół surowej bryły, którą wprawne ręce poczynają formować w niezwykłą figurę. Tyle, że praca zostaje przerwana, niedokończona, a przez to ostateczny kształt pozostaje nieznany, ale dzięki temu sami możemy nadać mu finalne rysy.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:

Wyzwanie czytelnicze Czytam Murakamiego

czwartek, 02 stycznia 2014

  Tytuł: Okładka książki Abaddon - Anioł ZagładyAbaddon - Anioł Zagłady

  Autor: Ernesto Sábato 

  Wydawnictwo: Znak

  Liczba stron: 487

  Cena: 44,90 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

Każdy człowiek posiada sprawy, które go dręczą. Wieloma kwestiami zamartwiamy się tylko chwilowo szybko o nich zapominając. Ale są rzeczy, które nie chcą nas opuścić, powracając do nas niczym bumerang. Spychane na sam margines świadomości zdają się układać do niespokojnego snu. Niekiedy milkną, nie dając o sobie znać, ale już sama głęboka, niczym nie zmącona pewność ich bytu jest dręcząca. Zresztą zawsze przychodzi moment, w którym opuszczają one piwnice umysłu i wyłaniają się na jego powierzchnię. Powoli, ale sukcesywnie wychodzą z otchłani niebytu, przywdziewając coraz realniejsze szaty, doprowadzając ludzi do szaleństwa. W końcu człowiek dociera na skraj, nie wytrzymuje, pęka i zaczyna mówić o tym, co go trapi. W takich sytuacjach albo słyszymy krzyk szaleńca, któremu nie potrafimy (lub boimy się) pomóc albo widzimy symfonię treści, którą, pragnąc nadać ramy racjonalności, ogłaszamy arcydziełem, tak jak miało to miejsce w przypadku Ernesto Sábato i jego Abaddona – Anioła Zagłady.

Urodzony w 1911 roku Ernesto Sábato to argentyński artysta, pisarz, eseista i malarz. W swoim dość burzliwym i długim życiu (zmarł w 2011 roku), był między innymi aktywistą komunistycznym. W 1933 jako sekretarz generalny młodzieżowych organizacji komunistycznych w Argentynie wyruszył na kongres w Brukseli przeciwko wojnie oraz faszyzmowi. Będąc w Europie przekonał się jak wygląda komunizm w wykonaniu radzieckim i od tej pory Sábato stał się zadeklarowanym wrogiem stalinizmu. Pobyt na Starym Kontynencie przeciągnął się dość znacznie, jako że młody Argentyńczyk rozpoczął pracę w Paryżu jako fizyk jądrowy – dane mu było działać wspólnie z Irène Joliot-Curie, córką Marii Skłodowskiej Curie. Sábato był świadkiem rozszczepienia uranu, z miejsca uświadamiając sobie jak niebezpieczna broń trafi wkrótce w ręce nieodpowiedzialnej ludzkości. Od 1940 roku Sábato pracował jako profesor fizyki na Uniwersytecie La Plata. W 1943 roku ostatecznie zakończył naukową karierę, poświęcając się pisarstwu oraz malarstwu. Jeśli chodzi o dokonania na polu literackim, to Ernesto Sábato, autor licznych esejów, jest także twórcą Tunelu (1948), O bohaterach i grobach (1961) oraz Abaddona - Anioła Zagłady (1974).

Ostatnia powieść Ernesto Sábato przytłacza już od początku lektury. Zamiast liniowo poprowadzonej fabuły z grupą bohaterów, czytelnik otrzymuje skomplikowaną, poszatkowaną mieszankę, w której fikcja w sposób nierozerwalny plącze się z niektórymi faktami z życia autora. Narrator z jednej strony stara się dopowiedzieć to, czego nie udało mu się chwycić w karby słów w poprzednich dziełach, z drugiej zaś strony powieść jest ambitną próbą wyrażenia wszystkiego, co wchodzi w skład współczesnego człowieka.

Czytając Abaddona – Anioł Zagłady nietrudno o uczucie, że świat, czy raczej ludzkość, którą mylnie utożsamiamy z całym globem, czy wręcz Wszechświatem (jakby to właśnie homo sapiens stanowił jego istotę) znajduje się na krawędzi zagłady. Człowiek poznał już zabójczo skuteczną moc płynąca z rozszczepienia jąder atomów, narodowi wybranemu zafundowano śmierć na skalę masową, prowadzoną z mechaniczną precyzją i skrupulatnością, a kolejne konflikty targają wieloma regionami kuli ziemskiej. Czyżby literacka fikcja, zrodzona z najbardziej mrocznych zakamarków umysłu pisarza przestała, zgodnie z tym co uważa Sábato, sprawdzać się w roli wentyla bezpieczeństwa dla zdrowia psychicznego społeczeństwa? Śledząc choćby prozę argentyńskiego pisarza właśnie, widać, że jest ona coraz bardziej rachityczna – tworom wyobraźni coraz częściej zaczyna towarzyszyć rzeczywistość transponowana do powieści na surowo. Czy zatem chaos odnajdywany na kartach powieści jest pochodną coraz większego zamętu, którego Sábato doświadcza w codziennym życiu, czy też jego źródłem?

Wydaje mi się, że właśnie pytanie o siłę sprawczą słowa pisanego jest kluczową kwestią w prezentowanej powieści. Sábato stawia wiele hipotez, prezentuje wiele faktów zarówno za jak i przeciw, bezsilnie miotając się i nie potrafiąc udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Bo skoro słowo ciałem się stało chociaż raz, to dlaczego nie można by tego wyczyny powtórzyć? Co stoi na przeszkodzie temu, by tylko w Jego doskonałości spróbować naśladować wielkoliterowego Boga? Rzecz jasna, nie każdy urodził się, by zostać rewolucjonistą, który negując zastany porządek rzeczy, pragnie go równocześnie zmieniać, ulepszać, poprawiać, nakierowywać na odpowiednie tory. Pewnym jest natomiast fakt, że twórca nie może przejść obojętnie wobec takiej jednostki, a już na pewno nie twórca, który swoją sztukę pragnie określać mianem rewolucyjnej.

Idąc typ tropem, Sábato momentami bardziej otwarcie, momentami ciut mniej stwierdza, że pisarstwo rewolucyjne powinno w jakikolwiek sposób wesprzeć Nowego Człowieka, przygotować dla niego grunt. Zatem warto pisać choćby po to, by uwiecznić coś godnego, coś, co zasługuje na pamięć – szczerą i bezinteresowną miłość, bezprecedensowy akt braterstwa, autentyczne uniesienia, popychające do czynów heroicznych, etc. Oczywiście każdy artysta sam musi zmierzyć się z fundamentalnym pytaniem dotyczącym celu swojej twórczości. Także do niego należy wybór tematu, któremu warto się poświęcić, chociaż wiadomo, że nie jest to rzecz łatwa – spośród całego grona zagadnień, po każdym ponownym przejrzeniu zawsze znajdzie się coś ważniejszego, istotniejszego, służącego bardziej wzniosłej idei – ale co jeszcze gorsze, nawet gdy już podejmiemy w naszym mniemaniu najlepszą decyzję, zawsze trafi się ktoś, dla kogo prezentowana kwestia nie będzie miała wielkiego znaczenia. Kogo mogą interesować np. zagadnienia możliwości poznawczych naszego aparatu umysłowego, jeśli nad jego głową wybuchają bomby? Zresztą trudno, szczególnie na pierwszy rzut oka, zaobserwować wyraźny wpływ literatury na nasze codzienne życie. Ile razy potęga słowa okazała się wystarczająca, by powstrzymać rozlew krwi? Ile razy pokarm duchowy był w stanie zaspokoić fizyczny głód? Rodzi się zatem pytanie – czy pisarz, albo bardziej ogólnie artysta, może czy też powinien odczuwać wyrzuty sumienia z powodu tego, że jego dzieło nie przysłużyło się w żaden sposób temu, by choć jedno dziecko na świecie nie umarło z głodu?

Ale zaraz, skąd takie wymagania względem literatury, skoro nawet nauka rzadko kiedy wykorzystuje cały wachlarz swoich nieprzeciętnych możliwości, by przysłużyć się ludzkości. W końcu mimo ciągłego rozwoju, mimo poszerzania granic naszej wiedzy, której macki zdają się penetrować każdy aspekt naszej egzystencji, człowiek nadal cierpi, posiada pragnienia niemożliwe do realizacji, odczuwa trudny do uśmierzenia ból psychiczny. Ba, oświaty kaganek, czyli potężna jasność rozświetlająca pomroki dziejów często trafia na usługi ślepej nienawiści, która pod płaszczykiem różnych idei nakazuje torturować, niszczyć, zabijać, eliminować bliźniego, który ośmiela się posiadać odmienne zdanie od naszego. Widzimy zatem, że zarówno dzieło sztuki jak i owoc nauki mogą przysłużyć się wyłącznie jako tępe narzędzia do rozłupania czaszki opornego oponenta. Sábato jest więc kolejnym, który dochodzi do smutnej konstatacji, że jako ludzkość, z punktu widzenia rozwoju naszej duchowości, mentalności nadal tkwimy na etapie naszych praprzodków, którzy większość konfliktów rozwiązywali za pomocą bicia się maczugami po głowie. Dziś, przy piorunującym tempie rozwoju technologii, potrafimy jedynie sprawniej pozorować konieczność naszych okrutnych działań, ale doświadczone oko szybko dostrzeże i zapłacze nad duchową nędzą współczesnej cywilizacji.

Ale co zabawniejsze, pomimo sztuki, kultury, nauki wciąż umieramy i nadal zadajemy sobie pytanie – dlaczego? Wielki i wszechmocny człowiek, którego z taką ochotą umieszczamy na samym szczycie ewolucyjnej drabiny w dalszym ciągu nie potrafi poradzić sobie z tym pozornie łatwym zagadnieniem. Są rzecz jasna sposoby, by odsunąć tę niewygodną kwestię. W społeczeństwie konsumpcyjnym uczestniczymy w obłąkańczym wyścigu szczurów, redukując ziemskie bytowanie do czystej fizjologii, z rzadka tylko skażonej instynktami wyższymi. Kluczowe jest jedzenie, sranie, ruchanie, ewentualnie wyszukane onanizowanie się w towarzystwie plastików o znamionach istot ludzkich, które w połączeniu z pracą, karierą, awansami oraz resztą trosk doczesnego życia, do których należą kredyt, sztuczne cycki i atrakcyjny wygląd pozwalają odczuwać przynajmniej pozorne poczucie sensu egzystencji, którą prowadzimy szybko, na złamanie karku, by przypadkiem nie zacząć dłużej nad nią rozmyślać. Ale pomimo tego raka kultury masowej, który toczy już niemal całą współczesną cywilizacją, nadal możemy natknąć się na ludzi, którzy spokój ducha odnaleźli w fakcie, że możliwa jest jeszcze śmierć w imię CZEGOŚ. I podobnie jak religia, tak literatura stara się zbliżyć do tajemnicy tego ABSOLUTU, na ołtarzu którego potrafimy złożyć własne życie.

Przeraża zatem wizja twórcy, którą roztacza przed nami Sábato, szczególnie dla osobników, którzy tym mianem pragną się określać. Bowiem dla argentyńskiego pisarza, obowiązkiem artysty dojrzałego i świadomego zarówno własnego talentu jak i odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże jest szeroko rozumiana służba drugiemu człowiekowi. Dowolna historia – klęski, upadków oraz wzlotów, wielkiej nadziei – może przecież obejmować zmagania ze swoimi słabościami całej ludzkości. Dzieło prawdziwie wielkie, proza monumentalna może służyć poszukiwaniom sensu istnienia, być pocieszeniem w niedoli, kierunkowskazem, wreszcie przeczyć słowom samego Sábato, że literatura może być wyłącznie świadkiem, bezsilnym świadkiem. Z tego względu twórczość nie może, absolutnie nie może być zawężana tylko do wartości estetycznych – wówczas staje się tylko pustą i bezproduktywną błazenadą. Sam artysta nie powinien także szukać poklasku, tworzyć z niskich pobudek. W przypadku pisarzy, za pióro winni chwytać jedynie Ci, którzy mają do przekazania coś wartościowego.

Wymagania stawiane przez profesora Sabato wydają się dość przytłaczające, ale jeśli pobieżnie rzucimy okiem na literaturę iberoamerykańską z tego okresu, to szybko uzmysłowimy sobie, że właśnie w tym duchu tworzyli tacy mistrzowie słowa jak Julio Cortázar czy Llosa. Ich proza to głośny sprzeciw wobec społecznej niesprawiedliwości, krzyk oburzenia wobec nieludzkich metod łamania oporu, do którego uciekały się prawicowe junty wojskowe, wspierane finansowo przez USA. To właśnie lewicowi artyści z Ameryki Łacińskiej skrupulatnie ujawniali absurdy amerykańskiej demokracji i jej opaczne umiłowanie wolności, które objawiało się w traktowaniu napalmem wietnamskich wiosek, linczach na czarnoskórych obywatelach USA, posądzonych o niemoralny kontakt z białą kobietą, łożeniu ogromnych kwot na konta wojskowych dyktatorów, którzy ochoczo podejmowali krwawe działania, by powstrzymać rozprzestrzenianie się komunistycznej zarazy.

Proza Sábato jest równie mocna, szczera i bezkompromisowa. Czytelnik otrzymuje zatem szczegółowy i wyczerpujący (nie tylko ciekawość ale i psychikę) opis tortur, którym poddawano klienta podejrzanego o współpracę z lewicową partyzantką, precyzyjne wyjaśnienie na czym polega mordercza skuteczność napalmu, gęstej oleistej cieczy, która w zetknięciu z człowieczą skórą spala ją na wiór, czy metodyczną charakterystykę ciała, czy raczej tego co z niego zostało, po godzinach fizycznego znęcania się, tarzania w fekaliach oraz rażeniu prądem. W obliczu wszystkich prezentowanych okropności, coraz trudniej wątpić w fascynującą teorię doktora Alberto J. Gandulfo, której nie będę zdradzać – wspomnę jedynie, że posiada ona pewne cechy wspólne z ideami prezentowanymi przez noblistę José Saramago na łamach powieści Ewangelia wg Jezusa Chrystusa i idealnie tłumaczy całe szaleństwo, które ogarnęło świat, odkąd pojawił się na nim człowiek.

Reasumując, Abaddon – Anioł Zagłady to lektura tyleż znakomita, co wymagająca. Książka, często określana jest mianem zapisu niepokojów dręczących pisarza, jego obsesji i szaleństw. Ujawnia się to szczególnie w warstwie stylistycznej powieści, która pod tym względem stanowi prawdziwy misz-masz. Pojawia się zarówno pierwszo- jak i trzecioosobowy narrator, wydarzenia oglądane są z perspektywy kilku różnych bohaterów, akcja rozciągnięta jest na przestrzeni kilkunastu lat, często cofa się, po czym wykonuje gwałtowne skoki do przodu. Nie brakuje wspomnień, retrospekcji, notatek z pamiętnika samego Ernesto Che Guevary, wycinków z prasy popularnej, listów do redakcji serialowych tasiemców z prośbą o takie a nie inne potraktowanie głównego bohatera, etc. Z tego powodu bardzo łatwo o poczucie zagubienia. Lekturę dodatkowo utrudnia fakt, że pojawiają się w niej odwołania do dwóch wcześniejszych powieści Sábato, Tunelu oraz O bohaterach i grobach. Ich znajomość nie jest co prawda konieczna, ale przypuszczam, że niektóre kwestie ujrzane pod innym kątem, mogłyby okazać się ciut bardziej zrozumiałe. Ale nawet tylko na podstawie Abaddona – Anioła Zagłady, Ernesto Sábato jawi się jako twórca nieprzeciętny, który urodził się z klątwą niegodzenia się z rzeczywistością, w której przyszło mu żyć.

P.S. Wspomniane powyżej wymagania wobec prawdziwej literatury wiążą się rzecz jasna także z krytyką płodów, które w mniemaniu narratora (wydaje mi się, że śmiało możemy go utożsamiać z samym Ernesto Sábato) na to miano nie zasługują, a roszczą sobie takie prawa. W ten właśnie sposób oberwało się m.in. Robbe-Grilletowi, Henry’emu Millerowi czy samemu Joyce’owi. Poniżej kilka fragmentów:

Raz na zawsze pozostańmy sobą. Niechaj pan Robbe-Grillet nie poucza nas, jak należy robić powieść. Niech nas zostawi w spokoju.

Od kiedy hołota może czytać po hiszpańsku Joyce’a i Henry’ego Millera i stwierdziła, że owi geniusze popuścili cugli na całego, nastąpiło ogólnie rozwydrzenie i uwierzyli, że wszystko jest tylko kwestią przeniesienia na papier całych ścian klozetów publicznych Buenos Aires (…). Przy pomocy długopisu i kartki papieru (wystarczy umieć czytać i pisać) albo japońskiego magnetofonu ustawionego w jakiejś pizzeria de faubourg opiszesz z najdrobniejszymi szczegółami, jak to na jakimś podwórku w Villa Soldati pieprzyli narzeczoną, i puścisz sobie znakomitą powieść, która stanie się jednym z najgłośniejszych bestsellerów ostatnich pięćdziesięciu siedmiu minut.

 Cóż mam powiedzieć. Facet [Joyce] sobie wynalazł coś na kształt odrzutowca i w ciągu następnych pięćdziesięciu lat sto tysięcy pisarzy coraz mniejszego kalibru poświęcało się wprowadzaniu zmian do popielniczek i kapelusików stewardes. Nazywają to Uczestnictwem w Rozwoju Współczesnego Lotnictwa. (…) Nieskończona ilość rachitycznych spadkobierców Joyce’a powiązanych więzią krwi poprzez synów i kuzynów, wnuków, bratanków i prawnuków tego rozpłodowego ogiera.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Okładka książki Dwie opowieści o miłości okrutnej

  Tytuł: Dwie opowieści o miłości okrutnej

  Autor: Jun’ichirō Tanizaki

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 194

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

 

 

Ludzka natura skrywa w sobie niejedną sprzeczność i właśnie przez to, że wcale nierzadko jest ona nosicielką rzeczy stojących w stosunku do siebie w wyraźnej opozycji jest tak fascynująca. Weźmy na przykład nasze podejście do tego co obce, w jakiś sposób inne, odbiegające od naszej codzienności. Z jednej strony naturalnym odruchem wobec nieznajomych jest nieufność, która niekiedy przybiera wręcz postać otwartej wrogości. Nie wiemy czego spodziewać się po osobie, o której nie posiadamy żadnych informacji, więc podświadomie przypisujemy jej najgorsze intencje. Z drugiej zaś strony, narzekając na niedolę i trudy prowadzonej egzystencji, często dochodzimy do wniosku, że gdzieś w odległych krajach, których nazwy kojarzymy zaledwie ze słyszenia, ludziom musi żyć się lepiej i lżej. Odczuwamy zatem trudną do wysłowienia i nazwania tęsknotę za nieznanym, gardząc przy tym własną jakże nudną i wtórną codziennością. Nasza własna tradycja, kultura, czy folklor zdają się mało atrakcyjne, szczególnie w porównaniu z zachodnimi, czy orientalnymi wzorcami. I dopiero gdy zasmakujemy obcego życia, zanurzymy się w społeczeństwie kojarzonym dotychczas wyłącznie za sprawą mieszaniny stereotypów i mglistych faktów, dowiadując się co nie co o jego zwyczajach, historii, etc., potrafimy z należytym szacunkiem spojrzeć na rodzinne strony, w których przyszło nam dorastać oraz żyć.

Oczywiście proces odnajdywania w sobie zaintrygowania własnym narodem i jego spuścizną nie u każdego ma miejsce, nie zawsze przebiega też w sposób taki, jak wyżej opisany. Ale takie wypadki na pewno zachodzą, a najlepszym tego potwierdzeniem jest żywot Jun'ichirō Tanizakiego, japońskiego artysty, uważanego za jednego z trzech (obok Kawabaty i Natsume) największych pisarzy współczesnych Kraju Kwitnącej Wiśni. Tak jak starałem się to ukazać przy okazji lektury zbioru zawierającego powieści Dziennik szalonego starca oraz Niektórzy wolą pokrzywy, Jun'ichirō Tanizaki przebył odległą drogę od autentycznej i nieskrywanej pogardy do szczerej i głębokiej fascynacji własną kulturą. To co początkowo wydawało się przaśne, miałkie, skazane na zagładę w pomrokach dziejów wybuchło oszałamiającym pięknem, które raziło i oślepiało, nie pozwalając wątpić w swoją siłę i moc.

Piękno, czyli subiektywne poczucie doskonałości, wynikające czy to z harmonicznego połączenia tonów, idealnego zachowania proporcji, czy też matematycznej prostoty jest również tematem, o który zahacza krótki zbiór dwóch dzieł Jun'ichirō Tanizakiego, zatytułowany Dwie opowieści o miłości okrutnej wydany na polskim rynku przez niezastąpiony Państwowy Instytut Wydawniczy w 1971 roku. Ale przyznać trzeba, że japoński mistrz pióra, podobnie zresztą jak miało to miejsce w przypadku utworów Dziennik szalonego starca oraz Niektórzy wolą pokrzywy, przedstawia tematy wyświechtane i doskonale znane w sposób nie dość że oryginalny to często jeśli nie kontrowersyjny to przynajmniej niecodzienny i przewrotny. Nie inaczej jest w tym przypadku, kiedy na warsztat zostaje wzięte piękno, a więc wartość, która już w domyśle posiada pozytywne konotacje. Bohaterowie naszych bajek, które tak silnie pragnęlibyśmy uczynić rzeczywistością, oprócz mądrości, inteligencji, czy altruizmu często odznaczają się urodą. Pięknu wewnętrznemu, szlachetnej duszy, towarzyszy zatem piękno zewnętrzne – perfekcyjna oprawa dla bogatej zawartości. Ale co dzieje się w przypadkach, gdy istota niepośledniej urody skrywa w sobie mrok, który może być dla innych źródłem cierpienia? A cóż dopiero, kiedy we wszystko wmieszać jeszcze miłość, uczucie nierzadko ślepe i nieprzewidywalne?

Pierwsza z zaprezentowanych historii, Ashikari, czyli Źle mi bez Ciebie, to krótki utwór o kompozycji powieści szkatułkowej. Narrator, wrażliwy osobnik o romantycznym usposobieniu, wybiera się na wieczorną kontemplację księżyca w okolicę świątyni Minase, na miejscu której znajdowała się niegdyś cesarska rezydencja. Pośród sitowa, na piaszczystej ławicy rozcinającej nurt rzeki Yodo na dwie części, narrator oddaje się podziwianiu urody księżyca w pełni. W umyśle poczynają wyłaniać się obrazy przeszłości, sączą się również strofy wierszy. Ekstatyczny stan przerywa pojawienie się niespodziewanego gościa – nieznajomy, który materializuje się nagle, niczym zjawa także okazuje się wieczornym amantem księżyca. Przy kilku czarkach sake, w bladym świetle serwuje niezwykłą historię miłosną, która stała się udziałem jego ojca.

Utwór drugi, zatytułowany Shunkinshō, czyli Rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy, również zostaje opowiedziany przez pierwszoosobowego narratora, który na podstawie biografii, źródeł historycznych oraz relacji bezpośrednich świadków stara się odtworzyć więź łączącą niewidomą mistrzynię oraz nauczycielkę gry na samisenie i koto, Shunkin oraz jej ucznia, służącego i kochanka, Sasuke. A wspomnieć należy, że uczucie, które wykiełkowało pomiędzy tą dwójką z pewnością nie jest łatwe to zaprezentowania. Oto bowiem piękna, ale i kapryśna Shunkin, niewidoma od dziewiątego roku życia, odznacza się wyjątkową złośliwością, traktując otoczenie z bezbrzeżną pogardą, przejawiając wszystkie te cechy już jako dziecko. Sasuke, starszy o cztery lata od Shunkin pomocnik, terminujący u jej ojca, od pierwszego wejrzenia zakochuje się w młodej dziewczynce, którą darzy bezbrzeżnym uwielbieniem. Z czasem para staje się nierozłączna, chociaż Sasuke cały czas egzystować będzie na prawach uniżonego sługi, czy mało pojętnego ucznia, wiecznie łajanego i bitego przez swoją panią profesor. Skomplikowane uczucie, które połączyło Shunkin i Sasuke zostaje odmalowane przez narratora z nabożnym pietyzmem, w sposób szczegółowy i pieczołowity, odsłaniając przed czytelnikiem całą niezwykłość tej relacji, której punktem zwrotnym jest utracenie wzroku przez Sasuke.

Obie krótkie opowieści koncentrują się na portrecie kobiety rozpieszczonej przez wychowanie, która staje się osobą wyniosłą i pyszną, ani przez moment niewątpiącą o własnej wielkości i wyjątkowości. Zaprezentowane przedstawicielki płci pięknej traktują innych, zarówno najbliższych jak i nieznajomych, z wysokości swego majestatu niczym służących, których jedynym celem zdaje się ułatwianie i umilanie egzystencji swojej pani. Przedstawiane kobiety, które z równą gracją, swobodą i wprawą potrafią okazywać zarówno czar i wdzięk jak i okrucieństwo i małostkowość, posiadają zdumiewającą łatwość do manipulowania otoczeniem, czy roztaczania niemal absolutnej władzy nad wielbiącym je mężczyzną. Fizycznemu pięknu towarzyszy rodzaj duchowej skazy, którą może być próżność, kapryśność, a nawet sadyzm. Piękno może okazać się zatem wartością niszczycielską, destrukcyjną, która w pewien sposób zakłóca ład i harmonię świata, wprowadzając do niego zazdrość, czy nienawiść.

Ponadto Ashikari, czyli Źle mi bez Ciebie to dzieło znakomicie uzmysławiające kruchość i nietrwałość ludzkich poczynań, które w dłuższej perspektywie czasu, przemijają bez śladu. Co interesujące, pesymistycznym rozmyślaniom o marności ludzkiego żywota zdają się jawnie zaprzeczać przywoływane wiersze, teksty, obrazy, ogólnie dzieła z epok dawno minionych. W końcu nawet takie efemeryczne reminiscencje świadczą o nieśmiertelności ludzkiego, twórczego ducha. Z kolei Shunkinshō, czyli Rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy można postrzegać jako wartościową historię XIX-wiecznej japońskiej feministki, która przez swoje podejście do życia, samowystarczalność, nieugiętość wobec opinii publicznej o dobrych kilkadziesiąt lat wyprzedziła własną epokę, w której kobieta postrzegana była głównie jako dodatek mężczyzny.

Reasumując, Jun'ichirō Tanizaki ponownie dał się poznać jako twórca ogromnego kalibru, udowadniając, podobnie jak Yukio Mishima, że miłość, czy piękno, a więc zagadnienia na pozór doszczętnie wyeksploatowane, posiadają jeszcze spore pokłady literackiego ładunku. Całość zaserwowana jest pięknym, poetyckim wręcz językiem, który lubi piętrzyć się w długie i misterne słowne konstrukcje. Obcowanie z prozą Tanizakiego, która łączy ze sobą pozorne sprzeczności i wyjaśnia je, można przyrównać do estetycznego przeżycia. Zachwyt jest zresztą podwójny, bowiem wprawnemu posługiwaniu się słowem towarzyszy ogromna wartość merytoryczna poruszanych kwestii.

piątek, 20 grudnia 2013

Okładka książki Zimowa kwatera

  Tytuł: Zimowa kwatera

  Autor: Tomoji Abe

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 248

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka





 

 

 

 

 

 

Wyrażenie bezstronna relacja to na dobrą sprawę oksymoron, bowiem coś takiego nie istnieje. Widz, świadek, obserwator może jedynie starać się zachować maksymalną obiektywność, ale nigdy nie uda mu się jej w pełni osiągnąć. Już sam dobór przedstawianych faktów wiąże się z ich selekcją, a więc procesem, w którym część wydarzeń zostaje w ogóle odrzucona, pominięta, na rzecz ważniejszych, które z kolei są mocniej i wyraziściej eksponowane. Sam sposób prezentacji danej kwestii narzuca w pewnym stopniu ramy, w obrębie których możliwe będzie do rozpatrzenia wybrane zagadnienie. Nie można jednak zaprzeczyć, że są relacje (rzecz jasna cały czas pozostające subiektywne), które czytamy chętniej oraz takie, od których stronimy, nie potrafiąc znaleźć w nich niczego wartościowego. Dobry pisarz, zdolny literat to osobnik, który oprócz trudnej i dość rzadkiej umiejętności opowiadania o rzeczach w sposób interesujący, posiada zdolność wyławiania z otaczającej go rzeczywistości motywów, przedmiotów czy postaci, które mogą stanowić kanwę literackiego materiału. Sztuka obserwacji musi być ponadto połączona z talentem do transkrypcji swoich spostrzeżeń oraz refleksji za pomocą literatury tak, by wrażenia autora mogły stać się również udziałem czytelnika.

W mojej opinii żadnej wymienionych cech nie można odmówić prozie Tomojiego Abe, kolejnego artysty z Kraju Kwitnącej Wyspy, którego miałem przyjemność poznać w trakcie moich coraz częstszych wypraw nad Morze Japońskie. Żyjący w latach 1903 – 1973 roku Tomoji Abe to japoński nowelista, powieściopisarz, krytyk oraz tłumacz literatury angielskiej, którą studiował na Uniwersytecie Tokijskim. Pierwsze literackie dzieła Abe powstawały pod szyldem modernizmu, jednak stosunkowo szybko artysta przerzucił się na nurt intelektualny, który w literaturze japońskiej nie cieszył się zbytnim uznaniem. Jego twórczość stała w wyraźnej opozycji do ówczesnej sytuacji społecznej oraz politycznej, panującej w Japonii późnych lat trzydziestych. Rosnący w siłę faszyzm oraz militaryzm, łączący fascynację tradycją feudalną spychały na margines dzieła, które koncentrowały się na umysłowości człowieka, jego stanach emocjonalnych czy reprezentowanych wartościach moralnych. Co interesujące, szczególnie po wojnie, niezależny oraz bezkompromisowy Tomoji Abe przekonany był o ogromnej odpowiedzialności, jaka wiąże się z działalnością literacką. W mniemaniu artysty, zarówno pisarze jak i literatura powinni być użyteczni dla społeczeństwa, stanowiąc dla niego bodziec, stymulujący do ciągłego rozwoju i doskonalenia się.

Powieścią, dzięki której Tomoji Abe wypłynął na literackie wody była wydana w 1936 roku Zimowa kwatera. Akcja utworu rozpoczyna się w momencie, gdy młody człowiek, student Uniwersytetu Tokijskiego, intelektualista znudzony otoczeniem bogatej rodziny, kolegów zaangażowanych w społeczne ruchy, pogrążony w duchowej depresji postanawia odpocząć od dobrze znanego mu wykwintnego świata. Narrator wyrusza w krótką podróż po Tokio, którą wieńczy wynajęcie pokoju u państwa Kirishima, japońskich chrześcijan, zamieszkujących skromną dzielnicę mieszkaniową. Oś dzieła obraca się wokół perypetii tej niezwykłej familii.

Główny bohater, pierwszoosobowy narrator niemal z miejsca porzuca bierną rolę świadka, kreując się we własnym mniemaniu na badacza, któremu jednak bardzo blisko do podglądacza. Przeprowadza on wiwisekcję na żywym ciele rodziny, z którą spędza bardzo wiele czasu. Znużony dotychczasową egzystencją, dokonuje wnikliwej analizy wszelkich szczegółów, które udaje mu się uszczknąć z życia ludzi, z którym początkowo łączą go wyłącznie stosunki płatnicze. W pewnym sensie, obserwacja dokonywana jest z większą precyzją oraz drobiazgowością, niż miałoby to miejsce w przypadku badania relacji, panujących we własnej rodzinie. Narrator jest w końcu obcym elementem, wydestylowanym składnikiem, który dzięki temu, że pozostaje na uboczu, ogląda wszystko na chłodno, z większym dystansem, a więc i z lepszej perspektywy.

Zbieranie informacji, interesujących faktów ułatwia bohaterowi dość skryta natura, która przejawia się m.in. uprzejmym milczeniem. Taka osobowość szczególnie przypada do gustu głowie rodziny, wielkiemu, zwalistemu Kamonowi, który z chęcią dzieli się nawet najbardziej intymnymi szczegółami ze swojego życia osobistego. Ze strzępków wspomnień narrator buduje obraz utracjusza, hulaki – byłego milionera, który na skutek nieodpowiedzialnego zarządzania własnym majątkiem pogrąża się w biedzie, pociągając za sobą żonę oraz dzieci. Mimo wad Kamona, które widoczne są gołym okiem, pośród których prym wiodą nieodpowiedzialność, krótkowzroczność, skłonności do mitologizacji oraz wyolbrzymień, główny bohater odczuwa sympatię do tego dziwacznego osobnika, nawiązując z nim swoistą nic porozumienia.

Zupełnym przeciwieństwem swojego małżonka jest Matsuko. Ta wciąż młoda kobieta, którą mało łaskawy los powoli odziera z resztek piękna, prowadzi trudną egzystencję, pełną wyrzeczeń i bólu. W udręce zgotowanej jej przez męża, czerpie siłę oraz poczucie sensu dalszego bytu z niezachwianej wiary. Jako przykładna chrześcijanka regularnie uczęszcza na niedzielne msze święte, ciągnąc na nie również swojego małżonka, którego w obliczu złożonej przed Bogiem przysięgi nie jest w stanie się wyrzec. Od początku widoczny jest jej zdecydowany stosunek wobec Kamona – tłumiąc jego seksualny popęd, ograniczając ilość spożywanego alkoholu oraz wypalonych papierosów, przejawia troskę o jego grzeszną duszę (albo mści się za doznane krzywdy).

Narrator szybko przekonuje się, że fanatyzm religijny Matsuko w połączeniu z degeneracją moralną Kamona stanowi mieszankę iście wybuchową. Ale nieustanne konflikty, wstrząsające domową mikrospołecznością, nie są w stanie zmusić go do zmiany swojego lokum. Główny bohater, przejawia zagadkową nawet dla niego samego niechęć do opuszczenia domu rodziny Kirishima. Trudno orzec, czy kieruje się on sympatią do Kamona, podświadomym pożądaniem, odczuwanym względem Matsuko, czy troską o zdrowie najmłodszej domowniczki, niewinnej Sakiko. Oceniając narratora przez pryzmat współczesności, można by go posądzić o poorism, czyli rodzaj turystyki, która polega na poznawaniu świata poprzez zwiedzanie dzielnic nędzy, podglądaniu życia najbiedniejszych. Teza nieco koślawa, szczególnie jeśli uwzględnić, że bohater również dość często cierpiał na brak gotówki.

Ponadto fascynująca jest sylwetka Kamona, który przypomina nieco postać Bachusa, boga wina, kojarzonego z upojną, ekstatyczną zabawą. Pan Kirishima to typ człowieka, którego pieniądze się po prostu nie trzymają. Z trudem udaje mu się zebrać kwotę, która pozwoliłaby zapewnić podstawowe potrzeby jego rodzinie. Ostatnie pieniądze potrafi oddać nieznajomemu, pod wpływem nagłego impulsu, czy wzruszenia. Jest on niczym ogromny, zwalisty niedźwiedź, wybuchowa i porywcza góra mięsa, kierująca się pierwotnymi instynktami, zupełnie pozbawiona elokwencji, w umyśle której można czytać jak w otwartej księdze. Ale najbardziej intrygującą postacią pozostaje Matsuko. Zadziwiające są jej niespożyte siły duchowe, które pozwalają przezwyciężyć nawet skrajne wycieńczenie organizmu. Zastanawiająca jest również tendencja do dźwigania, czy może wręcz poszukiwania krzyża. Matsuko za żadną cenę nie chce opuścić Kamona, który jest przecież niczym kamień młyński, przywiązany do jej szyi. Śledząc jej zachowanie nietrudno posądzić ją o egzaltację religijną, płynącą z dręczenia samej siebie połączoną z satysfakcją, wynikającą z goryczy cierpienia. Można zatem zadać sobie pytanie o to, czy to aby na pewno religia omotała Matsuko. Być może to kobieta, której natura podświadomie podszeptuje dążenie do autodestrukcji z chęcią przyobleka się w cierpiętnicze szaty, tłumacząc swoją postawę właśnie nakazami religijnymi.

Trudno jest także o jednoznaczną ocenę głównego bohatera. Czy jest on zwykłym egoistą i konformistą, który z powodu apatii oraz bierności pogrąża się w swoistym letargu, ograniczając swoje życie do roli podglądacza, czyniąc przy tym interesujące go spostrzeżenia? Odpowiedź, przynajmniej w pewnym stopniu przyniesie lektura powieści, ale faktem jest, że rodzina Kirishima okaże się również swoistą soczewką, która pozwoli mu skupić strumienie świadomości na własnej psychice, odkrywając w niej niezbadane dotąd pokłady.

Reasumując krótko, Tomoji Abe zaserwował mi bardzo przyjemną, choć krótką lekturę, w której możemy również odszukać ciekawe wątki związane ze słabo znaną w naszym kraju historią narodu koreańskiego. Ponadto proza, która powstała na początku XX wieku okazuje się zaskakująco aktualna – w moim odczuci pozwala ona w oryginalny sposób spojrzeć na dramat, który przecież rozgrywa się za drzwiami wielu polskich domostw. Słaby psychicznie mężczyzna, nie potrafiący udźwignąć ciążącej na nim presji otoczeniu, w końcu pogrąża się w nałogu, a obowiązek utrzymania domu, wychowania dzieci, zapewnienia im godziwych warunków bytu spada na kobietę, która odnajduje nieskończone wręcz pokłady sił w modlitwie i dźwiga swoje brzemię aż do kresu sił. Proza Abe może ułatwić nam poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące pytanie, czym kieruje się taka kobieta. Czy jest to jeszcze miłość?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita