Subiektywnie o książkach. I nie tylko.
Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Muzyka | Promocje | Teatr
RSS
poniedziałek, 16 grudnia 2013

Okładka książki Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa

  Tytuł: Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa

  Autor: Haruki Murakami

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 350

  Cena: 44,99 zł

  Oprawa: twarda





 



 

Wiara, że liczby oprócz konkretnej wartości matematycznej, kryją w sobie dodatkowe treści i znaczenia jest niemal tak stara jak ludzkość. Numerologia, czy symbolika liczb stanowiły integralną część niejednej cywilizacji, a i dzisiaj cieszą się one niesłabnącą popularnością. Dla przykładu cyfra 5 uważana jest za liczbę człowieka – każdy z nas posiada 5 palców, zarówno u rąk jak i u nóg oraz 5 zmysłów. Starożytni Grecy wiązali cyfrę 5 z harmonią świata, złożonego z 5 żywiołów. Dla Hindusów cyfra 5 nieodzownie łączyła się z 5 elementami, stanowiącymi istotę człowieczeństwa, do których należą substancja cielesna i powiązane z nią poszczególne zmysły, zbiór uczuć, obejmujący wszelkie odcienie emocji, świadomość, czyny i idee nimi kierujące oraz zasoby umysłowe, ściśle powiązane z inteligencją i mądrością. Cyfra 5 odgrywa również niepoślednią rolę w najnowszej książce Harukiego Murakamiego.

Haruki Murakami, urodzony w 1949 roku w Kioto, to popularny japoński pisarz, eseista oraz tłumacz literatury amerykańskiej. W latach 1968-1975 studiował teatrologię na Wydziale Literatury tokijskiego Uniwersytetu Waseda. Debiut literacki zaliczył w wieku 30 lat. W roku 1985, czwarta w dorobku książka zatytułowana Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland przyniosła Murakamiemu nagrodę im. Jun'ichirō Tanizakiego. Od roku 1987, za sprawą powieści Norwegian Wood, twórczość Harukiego Murakamiego stała się znana i ceniona praktycznie na całym świecie, w szczególności na Zachodzie Europy oraz w Stanach Zjednoczonych. Ostatnimi czasy pisarz jest regularnie wymieniany w gronie faworytów do literackiej nagrody Nobla, a każda nowa pozycja, która wyjdzie spod ręki Japończyka wyczekiwana jest przez środowiska czytelnicze z zapartym tchem. Moja przygoda z literaturą Kraju Kwitnącej Wiśni rozpoczęła się od powieści Kafka nad morzem, autorstwa Murakamiego właśnie, dlatego dałem się ponieść euforii i zdecydowałem się sięgnąć po najnowsze dzieło japońskiego literata, by poznać Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i lata jego pielgrzymstwa.

Tytułowy bohater książki, Tsukuru Tazaki to trzydziestosześcioletni kawaler, zamieszkały w Tokio, trudniący się skomplikowaną sztuką budowy dworców kolejowych. To ułożony i kulturalny człowiek, wiodący na pozór spokojne życie, na horyzoncie którego nie widać żadnych gwałtownych sztormów. Ale serce Tazakiego skrywa głęboką ranę, która mimo upływu czasu zabliźniła się jedynie powierzchownie. Pochodzący z Nagoi Tsukuru, uczęszczając do liceum w rodzinnym mieście, stanowił jedno z ogniw grupy piątki przyjaciół. Dwoje dziewcząt oraz trójka chłopców tworzyło harmonijną budowlę, której jak się wydawało nic nie mogło zniszczyć. Po ukończeniu szkoły średniej wszyscy, z wyjątkiem Tazakiego postanowili kontynuować edukację w Nagoi. Jedynie Tsukuru, kierując się chęcią nauki pod okiem najlepszego specjalisty od konstruowania dworców, wyłamał się z kręgu decydując się na studia w Tokio. Bliskie kontakty całej piątki nie uległy zatarciu. Tsukuru, kiedy tylko nadarzyła się okazja wracał do Nagoi, by jak najwięcej czasu spędzać z przyjaciółmi. Sytuacja diametralnie zmieniła się na drugim roku studiów. Pozostała czwórka, zupełnie nagle i bez ostrzeżenia postanowiła zerwać wszelkie kontakty z głównym bohaterem. Bez słowa wyjaśnienia, zdecydowanie i nieodwołalnie Tsukuru Tazaki został wydalony z paczki, z którą tak mocno był związany. Poczucie separacji oraz nieodwracalnego zerwania nici tak cennej znajomości wzmagał fizyczny dystans, dzielący Tokio od Nagoi. Tsukuru Tazaki pogrążył się w marazmie i apatii. Rozpacz spowodowała, że młody człowiek utknął w bagnie bierności, nie mając sił nawet na to, by wyjaśnić, co stało się powodem raptownego wykluczenia. Myśli Tsukuru zaczęły nieodzownie krążyć wokół śmierci, ale niemoc również i tu nie pozwoliła wykonać ostatecznego kroku, dzięki czemu Tazaki uniknął samobójstwa.

Akcja powieści rozpoczyna się 16 lat po tragicznych dla Tsukuru wydarzeniach. Mimo upływu czasu, Tazaki przekonuje się, że trauma wywołana niesłusznym odrzuceniem w dalszym ciągu gości w jego sercu. Podświadomy lęk przed podobną krzywdą nie pozwala mu zbudować trwalszych relacji z drugim człowiekiem. Dlatego wiedzie on bardzo samotny, nieomal pustelniczy żywot. Ciszę zalegającą w jego mieszkaniu w centrum Tokio tylko od czasu do czasu przerywają słowa rozmowy, czy westchnienia rozkoszy, kiedy to Tazaki próbuje stworzyć nowy związek z kobietą. Jednak wysiłki głównego bohatera są z góry skazane na niepowodzenie. Wydarzenie z przeszłości, niezależnie od tego, jak głęboko Tsukuru stara się je ukryć, zakopać we własnych wspomnieniach, nieuchronnie rzutuje na całe jego życie. Momentem przełomowym okazuje się poznanie Sary Kimoto, kobiety, która wyczuwa problem, z jakim Tsukuru zmaga się od lat. Za jej namową, Tazaki wyrusza na spotkanie przeszłości – odwiedzając wszystkich z czwórki swoich przyjaciół, Tsukuru zamierza dowiedzieć się, co stało się powodem jego odrzucenia.

Śledząc poczynania głównego bohatera, razem z nim przekonujemy się, że czas jest rzeczą ciągłą i niemożliwy jest prosty podział na przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość. Wszystko splata się ze sobą nierozerwalnie, pozostając w ścisłym związku, wzajemnie na siebie oddziałując. Próby ucieczki od bolesnych wspomnień, odcinania ich od doczesnego żywota są próżne i daremne, ponieważ stanowią one integralną część tego, czym obecnie jesteśmy. Murakami uświadamia czytelnikowi, że te trudne momenty należy zaakceptować, poprzez zmierzenie się z nimi. Konfrontacja z demonami przeszłości jest kluczem do przyszłości, którą kreować będziemy świadomie, tak, że nie będzie ona tylko wypadkową kluczenia przed traumą, jaka nas prześladuje. Mimochodem Murakami prezentuje jak skomplikowaną istotą jest człowiek, jak wiele czynników składa się na jego osobowość, jak wiele rzeczy decyduje o jego charakterze, relacjach z innymi ludźmi. Jako jednostka ludzka nie możemy być zatem postrzegani w oderwaniu od środowiska, w którym egzystujemy, bez uwzględnienia wydarzeń, które przeżyliśmy.

W swojej prozie, Murakami chętnie posługuje się symboliką, której nie zabrakło również w najnowszym dziele. Czwórka przyjaciół jak również inni ludzie, odgrywający istotną rolę w życiu Tazakiego noszą w swoim nazwisku kolor. Paczkę z liceum tworzyli Niebieski, Czerwony, Biała, Czarna oraz Tsukuru Tazaki, który jako jedyny z całej piątki nie posiadał pseudonimu. Można stwierdzić, że Tsukuru właśnie w takich kategoriach rozpatruje siebie oraz swoich znajomych. Własną osobę uważa za nieatrakcyjną, nudną, nie mającą zbyt wiele do zaoferowania – jest zatem bezbarwny. Pozostali wiodą ciekawszy żywot, wnoszą więcej do grupy swoją niepowtarzalną osobowością, wyróżniają się charyzmą. Z biegiem czasu okaże się jednak, że to Tuskuru, którego imię można tłumaczyć jako budować, stanowił spoiwo, które w niemal idealnej harmonii łączyło całą piątkę. Wędrując w przeszłość razem z głównym bohaterem, czytelnik dowiaduje się, że Tsukuru niemal od początku uformowania się grupy odczuwał silne kompleksy, związane z własną przeciętnością i nijakością, które usilnie sobie wmawiał. Przez cały okres znajomości z czwórką przyjaciół towarzyszył mu intensywny lęk przed odrzuceniem, którego spodziewał się w każdej chwili. W szerszej perspektywie Murakami przedstawia zatem charakterystyczną dla człowieka obawę przed wykluczeniem, przed wyrzuceniem poza społeczny nawias. Jednocześnie autor zdaje się uzmysławiać, że w dzisiejszym świecie autentyczne więzy przyjaźni tworzą najczęściej młodzi ludzie. W miarę dorastania w sposób nieomal bezwiedny owe więzi ulegają rozluźnieniu, by niemal całkowicie zaniknąć. Dojrzały osobnik w pogoni za dobrze płatną pracą, koncentrując się na rozwoju własnej kariery zaczyna tracić z oczu drugiego człowieka, którego rola zostaje zdegradowana do funkcji zaspokajania fizjologicznych potrzeb. Brakuje czasu na głębszą refleksję, szczerszą, a przez to dłuższą rozmowę, stąd poczucie alienacji oraz doskwierająca samotność.

W powieści nie zabrakło także wątków muzycznych, z których słynie proza japońskiego literata. Motywem przewodnim Bezbarwnego Tsukuru TazakiegoLata pielgrzymstwa węgierskiego kompozytora Franciszka Liszta, które zresztą pojawiają się w tytule powieści. Główny bohater pragnąc skonfrontować się z niełatwą przeszłością również odbywa swoistą pielgrzymkę do miejsc, które wiążą się z ważnymi momentami jego żywota. Wyprawie w głąb własnej duszy, a więc psychicznej ekspiacji towarzyszy fizyczna wędrówka w poszukiwaniu zagubionej tożsamości, która nie kończy się na odwiedzeniu rodzinnego miasta. Zgodnie z etymologią słowa pielgrzym, które wywodzi się z greckiego terminu per-epi-demos, oznaczającego cudzoziemca, nierezydenta, Tsukuru Tazaki jest obcym elementem, nie związanym z żadnym miejscem, ani czasem, który musi zredefiniować swoją tożsamość, by na stałe zapuścić korzenie. Tsukuru prowadząc anonimową egzystencję w ogromnym Tokio przypomina uchodźcę, który zbiegł przed trapiącymi go problemami. Przeżyta trauma powoduje, że Tsukuru Tazaki sprawia wrażenie niemal zupełnie pustego naczynia o zbyt małej zawartości własnej osobowości i określonej indywidualności – to wyłącznie strzępek człowieka, który dopiero za sprawą prawdziwej miłości może odbudować nadszarpnięte poczucie własnej wartości.

Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa to w moim odczuciu bardzo dobra książka, chociaż wzbudza ona we mnie bardzo ambiwalentne odczucia. Przyznaję, że obiecywałem sobie po niej nieco więcej. Tuż po zakończeniu lektury odczułem lekki niedosyt i rozczarowanie. Obcując ostatnio z prozą takich japońskich mistrzów pióra jak Yukio Mishima, Kenzaburō Ōe czy Jun’ichirō Tanizaki oczekiwałem chyba od Murakamiego zbyt wiele. W najnowszym dziele popularnego Japończyka pojawiło się za dużo truizmów, które można było zdecydowanie lepiej zamaskować w fabule. Można przez to odnieść wrażenie, że niektóre zagadnienia zostały podane na tacy, nie zmuszając czytelnika do zbytniego wysiłku intelektualnego, celem ich odkrycia. Irytowały mnie również niektóre dialogi, prowadzone między bohaterami, które w pewnych momentach zaczynały przypominać wymiany złotych myśli oraz aforyzmów. Wydaje się ponadto, że Murakami w sytuacjach, w których powinien postawić na prostotę języka posługiwał się zbyt kwiecistymi sformułowaniami i na odwrót – gdy fabuła wymagała pewnego rodzaju zaciemnienia, autor tłumaczył wszystko aż do bólu, pozbawiając czytelnika radości, płynącej z samodzielnej refleksji. Reasumując, najnowsze dzieło Murakamiego jest produktem na wskroś popkulturowym. To przyjemna lektura, chociaż jej smak psuje fakt, że jest ona deserem na wpół przetrawionym.

 

Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:

Wyzwanie czytelnicze Czytam Murakamiego

niedziela, 08 grudnia 2013

Okładka książki Makra, czyli cena przegranej

  Tytuł: Makra, czyli cena przegranej

  Autor: Ákos Kertész 

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 234

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

 

Życie w tak dużej zbiorowości, jaką jest społeczeństwo wymaga od jednostki nieustannego podejmowania kompromisów. Pragnąc pozostać częścią wspólnoty, człowiek zmuszony jest przestrzegać określonych zasad, liczyć się z konwenansami, co w niektórych przypadkach oznacza po prostu tłumienie własnej natury, ścisłą samodyscyplinę oraz nieustanne baczenie na własne zachowanie. Stąd też obok prawowitych obywateli, którzy spokojnie i przykładnie budują ludzką mozaikę istnień, pojawiają się wszelakiej maści dziwacy, odmieńcy, odszczepieńcy, którzy nadane określenia, często pejoratywne, mające na celu podkreślić obcość i nieumiejętność harmonijnego współżycia, zawdzięczają faktowi, że nieustannie brną pod prąd, odrzucając utarte wzorce, bowiem zwyczajnie nie mieszczą się w ciasnych ścianach norm i obyczajów. Takie natury często prowadzą egzystencję burzliwą, która w jednych przypadkach objawia się jako ciąg piekielnie ekscytujących przeżyć, w innych zaś przyjmuje postać niekończącego się łańcucha udręk i cierpień.

Obco we własnym społeczeństwie musiał poczuć się także Ákos Kertész, węgierski pisarz, dramaturg oraz scenarzysta. Artysta urodził się w 1932 roku w rodzinie żydowskiej, która zmieniła wyznanie na katolickie. Tuż po ukończeniu szkoły średniej, w 1950 roku Kertész znalazł zatrudnienie w Fabryce Karoserii Samochodowych Ikarus, gdzie pracował jako ślusarz. Szybko jednak okazało się, że robotniczy fach to nie jedyna rzecz, którą Kertész potrafi. Z pod rąk, które wprawnie zajmowały się samochodową karoserię zaczęły wkrótce wychodzić literackie płody. Początkowo Kertész koncentrował się wyłącznie na krótkich formach, bowiem jako głowa rodziny nie mógł pozwolić sobie na rezygnację z robotniczego stanowiska. Dopiero w rok 1965 Kertész napisał pierwszą powieść Sikátor (Zaułek). Rok później, po ukończeniu studiów rozpoczął karierę dramaturga w wytwórni filmowej. W roku 2008 Kertész został odznaczony Państwową Nagrodą im. Kossutha, która uchodzi za jedno z ważniejszych wyróżnień w dziedzinie literatury węgierskiej (jej laureatem jest także znany mi już László Németh). Ale już w roku 2011 Kertész wywołał taki skandal, że usiłowano odebrać mu wspomnianą nagrodę. Pisarz w swoim liście otwartym głęboko skrytykował cały węgierski naród, zarzucając mu m.in. cechy poddańcze, brak pracowitości, chorobliwą zazdrość związaną z powodzeniem innych. Wypomniał również fakt, że Węgrzy to jeden z nielicznych narodów, który nie wziął pełnej odpowiedzialności za Holocaust, w którym udział brali także węgierscy faszyści. Reakcja na takie słowa była raczej prosta do przewidzenia – na Węgrzech, szczególnie w oczach prawicowych polityków, Kertész stał się wrogiem numer jeden. Artysta zdecydował się nawet na azyl polityczny w Kanadzie, co jak sam stwierdził było efektem medialnej nagonki oraz wielu gróźb kierowanych pod jego adresem. W pewnym sensie Kertész doświadczył tego, czego najbardziej obawiał się Ferenc Makra, bohater jego najpoczytniejszej powieści zatytułowanej Makra, czyli cena przegranej.

Dzieło węgierskiego prozaika z 1971 roku to historia Ferenca Makry. Zestawiając ze sobą życiorysy głównego bohatera oraz autora, można pokusić się o stwierdzenie, że osoba Makry w pewnym stopniu wzorowana jest na samym Kertészu. Ferenc Makra pochodzi z węgierskiej rodziny, ale jego dziadek był Czarnogórcem, typem niespokojnego ducha, który nie mógł zbyt dużo czasu spędzić w jednym miejscu. Po dziadku Makra odziedziczył śniadą twarz oraz wspomnienia niezwykłych opowieści. Podobnie jak Kertész, wywodzący się z rodziny węgierskich Żydów, Ferenc Makra również nie jest czystej krwi Węgrem. W dodatku ciemna skóra upodabnia Makrę do Cygana, czyli przedstawiciela jednej z najbardziej pogardzanych nacji. Kolejnym wspólnym punktem życiorysu jest fakt, że Marka to robotnik zatrudniony na stanowisku ślusarza w Fabryce Karoserii Samochodowych Hermes. Już jako młody chłopak Makra musiał zrezygnować z edukacji na rzecz pracy, która pozwoliłaby mu utrzymać rodzinę – matkę oraz młodszego brata.

Akcja powieści startuje w momencie, gdy Ferenc Makra przygotowuje się do rozpoczęcia nowego rozdziału w swoim życiu. Posiada stałą pracę, która pozwala mu myśleć o stabilnej oraz spokojnej przyszłości. Udało mu się znaleźć kobietę, która wyraża chęć dzielenia z nim trudów wspólnego życia. Makra korzysta jeszcze z ostatnich chwil swojego kawalerstwa. Nie do końca odpowiadają mu rozrywki, którym oddają się jego koledzy, ale za żadną cenę nie chcąc uchodzić za odmieńca, bez większych oporów zabawia się wspólnie z przyjaciółmi. Kiedy trzeba się napić, Makra pije. Gdy przychodzi pora, by potańczyć, Makra nie próbuje się wywijać w żaden sposób. Kiedy pojawiają się obraźliwe słowa, kierowane pod adresem Cyganów, Makra wtóruje obelgom dość ochoczo, głównie po to, by podkreślić, że on sam nie ma z tą rasą nic wspólnego. Ale nie robi tego zbyt gorliwie, żeby przypadkiem nie ściągnąć na siebie zbytniej uwagi. Bowiem Makra uwielbia pozostawać w cieniu. Towarzystwo ludzi, akceptacja potrzebne mu są jak woda rybie, ale jednocześnie nie znosi wybijać się na pierwszy plan, nie cierpi, gdy wszystkie oczy zwracają się w jego kierunku. Jednak w momencie, gdy czwórka mocno podchmielonych kolegów próbuje zgwałcić zalotną dziewczynę, Makra, tłumiący do tej pory wszelkie uczucia, nie wytrzymuje. Tak jak tama, która może powstrzymać tylko ograniczoną ilość wody, tak i Makra posiada swój punkt krytyczny. Wieczorne wydarzenie, które zaszło w wielkanocny poniedziałek staje się punktem zwrotnym w życiu Makry.

Na dobrą sprawę Makra nie potrafi wyjaśnić, dlaczego pobił swoich kolegów. Na pewno nie chodziło mu o cnotę dziewczyny, która już dawno została utracona. Nie kierował się on również współczuciem, ba, w opinii niejednego takiej latawicy przydałaby się tego typu nauczka. Ale Makra podświadomie rozumie, że ów czyn w sposób nieodwracalny napiętnował go pośród lokalnej społeczności, która także nie jest w stanie wyjaśnić sobie motywacji, jaką mógłby kierować się zawsze poczciwy i milczący Ferkó. Przecież użycie sobie na takiej dziewce to naturalny odruch. Poza tym nikt by się nie dowiedział o całym zdarzeniu, bo kto dałby wiarę takiej rozpustnicy? A ponieważ w sprawę zamieszała się policja, Ferkó traktowany jest jako kapuś. W konsekwencji Makra nie zastanawiając się ani chwili skazuje się na dobrowolną banicję. Opuszcza budapeszteńskie przedmieście Pestlőrinc i decyduje się na przenosiny do samego serca stolicy Węgier. Dotychczas uporządkowane, stateczne i leniwie płynące życie zostaje wywrócone do góry nogami.

W mojej opinii najmocniejszym punktem książki są znakomite kreacje bohaterów. Ferenc Makra to ciekawy typ osobowości, który pozornie nosi w sobie sprzeczność. Z jednej strony to człowiek chorobliwie nieśmiały, który całe życie pragnie spędzić nie wychylając się ze swojej skorupy. Jego życiowa filozofia ogranicza się do nie wyróżniania się niczym, co mogłoby zwrócić powszechną uwagę, przykuć wścibskie spojrzenia ciekawskich. Publiczne wystąpienia, zabieranie głosu w dyskusji z własnej inicjatywy to dla Makry rzeczy wręcz niewyobrażalne. Jednocześnie Ferkó Makra śmiertelnie boi się wykluczenia poza społeczny nawias. Ów człowiek stara się w niczym nie odstawać od swoich towarzyszy, by przypadkiem nie zostać posądzony o odmienność. Makra czuje się skrępowany wobec ludzi, ale jednocześnie gorąco pragnie żyć pośród nich. Nieśmiałość jest prawdopodobnie wynikiem obawy, by nie przyklejono mu łatki obcego. Wszystko, co mogłoby do takiej sytuacji doprowadzić jest groźne. Krępująca jest więc karnacja Makry, która upodabnia go do Cygana. Bolesna jest również gruźlica, która dla Ferkó, robotnika z krwi i kości, żyjącego z ciężkiej pracy własnych rąk jest niczym wyrok, skazujący go na egzystencję niepełnowartościowego człowieka, wraku, rupiecia, dla którego nie ma miejsca pośród sprawnych, zdolnych do roboty osobników.

Skałą, o którą w puch rozbija się dotychczasowy światopogląd Ferenca Makry jest Vali, młoda dziewczyna, pochodząca z zamożnej, lekarskiej rodziny, zawzięta artystka, zadeklarowana komunistka, walcząca o prawa proletariatu, kierująca się własnym rozsądkiem i logiką, które nie zawsze idą w parze z aktualnymi normami społecznymi. Vali stanowi idealne przeciwieństwo Ferenca. Przy spokojnym, opanowanym Makrze przypomina wulkan energii, nieustannie kipiący emocjami oraz chęcią działania. Ferenc oraz Vali zdają się różnić od siebie na każdej płaszczyźnie. W oczach Makry, młoda dziewczyna jest naiwna i głupiutka, bowiem walczy w imię idei, której ziszczenie wydaje się mało realne, pracuje na okrągło na rzecz ludzi, którzy nie przejmują się jej losem, którzy na pewno nie okażą jej wdzięczności. Z kolei Makra jawi się jako osobnik przyziemny, którego podstawą egzystencji jest troska o samego siebie. Ferkó pragnie świata, którego osią byłaby rodzina, dzieci, zarobek. Nie w głowie mu sława, żądza władzy, czy ambicja, które to cechy stara się mu zaszczepić Vali.

W powieści bardzo interesująco zostały również zaprezentowane kwestie związane z emancypacją kobiet. Do momentu poznania Vali, Ferenc Makra w dość prosty sposób patrzy na płeć piękną, którą rozpatruje wyłącznie w dwóch kategoriach. Kobiety, z którymi można się zabawić zyskują status kurew i puszczalskich, z kolei dziewczęta, które cnotę tracą dopiero po ślubie to materiał na żony. Kertész przedstawia zatem popularne uproszczenie, z którym nawet i dzisiaj możemy spotkać się bardzo często. Kobiety postrzegane przez pryzmat swojej seksualności, zdegradowane zostają do roli przedmiotu, który szczególnie raduje świeżo upieczonego właściciela w przypadku, gdy posiadł go jako pierwszy. Cechy charakteru, osobowość, podejście do życia zostają zepchnięte na drugi plan, będąc jedynie dodatkiem do pochwy, którą prawdziwy mężczyzna pragnie posiadać na wyłączność. Ale jak dalej przekonuje Kertész, mania posiadania to nie tylko domena mężczyzn. Żądza absolutnego dysponowania drugim człowiekiem, chęć sprawowanie totalnej kontroli nad jego życiem bardzo często okazują się rdzą, która powoduje korozję prawdziwej miłości.

W trakcie lektury rodzi się również pytanie o to, czym właściwie jest moralność, do której tak chętnie, szczególnie przy osądzie postępowania innych, odnoszą się ludzie. Czy jest to zbiór zachowań, norm, postaw istniejących a priori, będących immanentną cechą każdej cywilizacji, czy też każdy osobnik musi indywidualnie zredefiniować pojęcie moralności na własny użytek, empirycznie, czyli na drodze swoich życiowych doświadczeń. Dla przykładu Makra przekonuje się, że w mniemaniu ogółu, to, co możliwe do zatuszowania, zakamuflowania, czy ukrycia, a możliwe do wytłumaczenia naturalnymi potrzebami, instynktem nie może być złe. Ale Ferenc Makra nie potrafi zdobyć się na żadne kompromisy. Jego moralność postrzegana jako solidna, ale i bardzo toporna, nakazuje mu często szukać winy nawet tam gdzie według innych wcale jej nie ma, brać na barki odpowiedzialność za wszelkie popełnione czyny. Dla jednych jest to wyraz tchórzostwa, dla innych chęć przyjmowania męczeńskich póz, ale faktem jest, że życie Ferenca Makry nie jest łatwe, a ścieżki którymi drepcze, nie są usłane różami.

Reasumując, Ákos Kertész w powieści Makra, czyli cena przegranej przeprowadził znakomitą analizę psychiki człowieka nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie, który jednak stara się tego społeczeństwa kurczowo trzymać. Intrygujący jest sam tytuł książki, który jest dziełem polskiego tłumacza, Tadeusza Olszańskiego (tytuł oryginału to po prostu Makra). Cena przegranej nie jest wyrażeniem, którym na co dzień posługujemy się w naszym języku. Zazwyczaj jest mowa o cenie wygranej. W takim kontekście zwraca się uwagę, że mimo odniesionego sukcesu, zwycięstwo zostało okupione znacznymi stratami, czyli zapłacono za nie wysoką cenę. Sformułowanie cena przegranej może nieść ze sobą konotację, jakoby bohater, świadomie czy też nie, dążył do własnej destrukcji, do życiowej porażki, którą pragnie osiągnąć za wszelką cenę. Śledząc losy Makry, można pokusić się o stwierdzenie, że to właśnie wysokie poczucie etyki, czy uczciwość nie pozwalająca akceptować żadnych półśrodków zawiodły go do nieuchronnej klęski.

czwartek, 05 grudnia 2013

Okładka książki Wspólny pokój

  Tytuł: Wspólny pokój

  Autor: Zbigniew Uniłowski

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 362

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

Dwudziestolecie międzywojenne to równie krótki, co burzliwy okres w dziejach naszego kraju. Po 123 latach, niczym feniks z popiołów odradzało się niepodległe państwo polskie. Kształt jego nie był zastygłą formą, polityczne oblicze zmieniało się na skutek ścierania się ze sobą różnych idei, reprezentowanych przez poszczególne frakcje. Mimo, że czasu pomiędzy dwoma największymi wojnami było niewiele, dwudziestolecie wykreowało na tyle charakterystyczne oblicze, że do dzisiaj uchodzi za osobny rozdział historii Polski. Dla jednych nieodłącznie kojarzy się ono z postacią marszałka Józefa Piłsudskiego, dla innych najbardziej wyrazistą osobistością będzie Roman Dmowski. Dwudziestolecie to również Cud nad Wisłą, czyli punkt kulminacyjny wojny polsko-radzieckiej, Powstanie Wielkopolskie, czyli jeden z niewielu zrywów Polaków, zakończony sukcesem, wielokulturowe i zróżnicowane społeczeństwo, w którym Polacy stanowili niecałe 70%, a którym nie brakowało Ukraińców, Żydów, Białorusinów, czy Niemców, utworzenie Centralnego Okręgu Przemysłowego, wybitni naukowcy na czele z Ignacym Mościckim, czy Eugeniuszem Kwiatkowskim, przewrót majowy oraz rządy Sanacji, a także spalinowe wagony Luxtorpeda, które potrafiły rozwinąć prędkość nawet 140 km/h. Mnie jednak dwudziestolecie międzywojenne najmocniej kojarzy się ze wspaniałą literaturą, która powstawała w tym burzliwym okresie. Witkacy, Gombrowicz, Schulz, czy Ferdynand Goetel to w mojej prywatnej opinii nazwiska, które złotymi zgłoskami zapisały się w polskiej prozie. Niedawno, za sprawą Pana Dziejaszka poznałem kolejnego literata, który tworzył w tamtym okresie.

Zbigniew Uniłowski, bowiem o jego dziele będzie dzisiaj mowa, to urodzony w 1909 roku w Warszawie pisarz i nowelista. Za młodu osierocony, nie ukończył nawet szkoły średniej, zmuszony podjąć pracę, która zapewniłaby mu materialną podstawę egzystencji. Uniłowski imał się różnorakich zajęć, nie wymagających kwalifikacji. Pracował jako pomocnik murarski, roznosiciel paczek czy pikolak. To właśnie jako chłopca posługującego w warszawskiej restauracji Astoria Uniłowskiego poznał słynny kompozytor Karol Szymanowski, któremu zaimponował młody człowiek zaczytany w dziełach Conrada. Uniłowski pozyskał cennego mecenasa, który łożył na jego kształcenie, umożliwiał obracanie się w środowisku literackim oraz finansował lecznicze wypady do Zakopanego, które związane były z gruźlicą młodego pisarza. Od 1929 roku Uniłowski nawiązał współpracę z literacką grupą Kwadryga, zaliczaną do tzw. II awangardy. Artyści nie mieli ściśle określonego programu, a twórczość charakteryzowała spora swoboda. Hasła, którymi chętnie posługiwali się członkowie Kwadrygi to sztuka uspołeczniona, sprawiedliwość społeczna oraz godność pracy. Grupa została ciekawie sportretowana za sprawą książki Zbigniewa Uniłowskiego pt. Wspólny pokój, która ukazała się w 1932 roku. Wydaniu powieści towarzyszył spory skandal obyczajowy. Nie przeszkodziło to Uniłowskiemu w zyskaniu rozgłosu oraz uznania. Wręcz przeciwnie, od tego momentu pisarz stał się szanowanym autorem, który wzbudzał żywe zainteresowanie czytelników.

Akcja Wspólnego pokoju, powieściowego debiutu Uniłowskiego, rozgrywa się w Warszawie. Do stolicy Polski, po kilkumiesięcznej kuracji w Zakopanem przybywa rosły, opalony chłopak. Ów młokos, który nieco znudzonym spojrzeniem omiata dobrze znane ściany stołecznego dworca to Lucjan Salis, początkujący artysta, który swoich sił próbuje głównie w prozie. Nie ma jeszcze wyrobionego nazwiska, ale są tacy, którzy wyczuwają w nim spory potencjał. Lucjan, podobnie jak jego pierwowzór, czyli Zbigniew Uniłowski, to sierota, który nie posiada stałego miejsca zamieszkania. Przybywając do Warszawy pozostaje mu wybierać pomiędzy mieszkaniem u ciotki wraz z jej rodziną, a propozycją przyjaciela, Zygmunta Stukonisa, by wynająć miejsce w pokoju od jego matki. Co prawda sytuacja z finansowego punktu widzenia nie przedstawia się zbyt różowo, bowiem gotówka pochodząc ze stypendium od opiekuna Lucjana jest już na wyczerpaniu, ale męska przyjaźń przecież zawsze zwycięża. Pieniądze zawsze się jakoś znajdą, ewentualnie pożyczy się je od kogoś – perspektywa, by zamieszkać ze znajomym jest zbyt kusząca i w ten oto sposób Lucjan Salis ląduje w tytułowym pokoju, który przyjdzie dzielić mu z wieloma interesującymi osobnikami.

Tak jak wspomniałem, publikacji utworu towarzyszył spory skandal, który ze szczególną mocą wybuchł w środowisku artystycznym, do którego w sporej mierze Wspólny pokój się odwołuje. W powieści pojawia się wielu bohaterów, którzy wzorowani są na autentycznych postaciach. Lucjan Salis to alter ego samego pisarza. Zygmunt Stukonis to Stanisław Ryszard Dobrowolski, Stanisław Krabczyński zwany Dziadzią to Stanisław Maria Soliński. W trakcie licznych eskapad po barach oraz knajpach, których główny bohater zdecydowanie sobie nie odmawia przewijają się również członkowie Kwadrygi oraz znani bywalcy popularnych warszawskich lokali, Lucjan Szenwald jako Kazio Werbel, Konstanty I. Gałczyński jako Klimek Paczyński, czy Władysław Sebyła jako Brocki. Zabieg zmiany autentycznych nazwisk na fikcyjne, do którego zresztą Uniłowski został zmuszony w trakcie publikacji powieści przez Sebyłę, ówczesnego redaktora Kwadrygi, jak żywo kojarzy mi się z prozą Jacka Kerouaca, który w swojej mocno autobiograficznej twórczości nie używał prawdziwych nazwisk swoich przyjaciół. Oczywiście nie to było przyczyną żywych emocji, które towarzyszyły wydaniu Wspólnego pokoju.

Powieść to w bardzo surowa ocena ówczesnej literatury oraz środowiska artystycznego. W książce pod lupę zostało wzięte pokolenie, które przeżyło wojnę, ale które dorastało już w wolnym i niepodległym kraju. Jednak piętno potężnego konfliktu okazało się na tyle trudne do przezwyciężenia, że wielu twórców tamtego okresu kojarzonych jest głównie z nihilizmem oraz pesymizmem. Uniłowski portretuje swoich rówieśników jako zblazowanych artystów, którzy po zerwaniu maski nonszalancji pozostawali puści i bezideowi, przerażająco wtórni i zupełnie pozbawieni kreatywności. Większość z literatów nie była w stanie wzbić się ponad pierwsze, obiecujące próby; nie potrafili rozwinąć skrzydeł i przekuć statusu zdolny w ceniony, uznany. Zbyt szybko obrastali w pióra, chełpiąc się osiągnięciami, które na zawsze pozostawały uwięzione wyłącznie w strefie marzeń. Z drugiej strony Uniłowski ukazał w jak trudnych warunkach przyszło egzystować artystycznej bohemie. Ustawiczna nędza, brak gotówki, chroniczne niedojadanie potrafiły złamać upór niejednego buntownika, który zamiast pisarskiej sławy wolał wybrać ciepłą i bezpieczną posadę urzędniczą, która oznaczała o wiele większą stabilizację życiową.

Towarzysze Lucjana Salina, mimo żarliwych dyskusji, prowadzonych przy szklance wysokoprocentowego trunku, na ogół pozostają bierni i apatyczni. Zapał, pobudzony przez alkohol szybko gaśnie. Koła literackie przypominają bardziej kółka wzajemnej adoracji, w których jednak tchnie sztucznością, stąd nerwowa atmosfera, nastrój jakby oczekiwania. Na co? Ano chyba na najgorsze, w obliczu czego żadna twórczość nie ma większego sensu. Uniłowski świetnie oddaje nastroje, również społeczne, jakie panowały w tamtym okresie w Polsce. Wieszczona przez mrocznych proroków nieuchronna wojna z Niemcami, obawa przed komunizmem, gwałtownie rosnące nastroje nacjonalistyczne. W powietrzu wyczuwalne było napięcie, niepokój.

W powieści Uniłowskiego namacalne są również kompleksy wobec światowej literatury. Lucjana Salisa boli fakt, że w Polsce tak mocno promowana jest twórczość zagranicznych autorów. Tymczasem próżno szukać polskich nazwisk, choćby na europejskich salonach. W rojeniach wynikających z nawrotu choroby, Salis tłumaczy się sam przed sobą, że polscy artyści owszem, są bardzo dobrzy, ale ich twórczość można odnieść jedynie do lokalnego podwórka. Poza granicami naszego kraju pozostają już niezrozumiali, bez odpowiedniego kontekstu kulturowego docenienie ich pracy staje się niemożliwe, stąd tak niskie notowania na zagranicznych rynkach.

Mocnym punktem Wspólnego pokoju jest z pewnością dosadny język, którym Uniłowski posługuje się z wyraźną wprawą. Jak na tamte czasy był on z pewnością mocno szokujący. Nie brakuje w nim kolokwializmów, wulgaryzmów, czy nawet obsceniczności. Jest on naturalistyczny do granic możliwości. Uniłowski nie pomija żadnej ludzkiej czynności. Opisane zostają wizyty w toalecie, wyniszczanie ciała przez chorobę, niecodzienne zgony czy seksualne akty. Zabawne są również dialogi, które prowadzą ze sobą lokatorzy tytułowego pokoju.

Reasumując, Wspólny pokój to wielopoziomowa oraz ciekawa lektura. Książka to na pewno interesujący obraz polskich środowisk intelektualnych międzywojennego dwudziestolecia. Przyznać trzeba, że Uniłowski dość okrutnie potraktował siebie oraz kolegów po fachu. W powieści nie brakuje m.in. dosadnego porównania artysty do intelektualnej kurwy, która w zamian za finansowe wsparcie zapewnia zamożnym snobom swoje jakże cenne towarzystwo oraz satysfakcję, płynącą z bezinteresownego wsparcia młodych oraz zdolnych. Powieść, rozpatrywana na zupełnie innej płaszczyźnie, to także wartościowe studium ludzi o zupełnie innych charakterach, którzy na skutek nie dających przezwyciężyć się czynników zmuszeni są do wspólnej egzystencji na bardzo niewielkiej powierzchni. Siłą rzeczy lokatorzy wchodzą ze sobą w ciągłe interakcje, ścierają się, konfrontują. Przy okazji dowiadujemy się jak wyglądał codzienny żywot w II Rzeczpospolitej, w której wielu obywateli żyło na skraju ubóstwa. Powieść to także dowód na to, że każda młodzież w opinii starszej części społeczeństwa jest zła, zdeprawowana i coraz gorsza. Niechciane ciąże, aborcje, seks bez zobowiązań, alkoholizm, narkotyki, hulacki tryb życia, prymitywizm i wulgarność. Skąd my to znamy? Wreszcie utwór można analizować na polu symboliki, którą w sobie ukrywa. Młody, pełen sił witalnych człowiek, który zostaje powalony przez chorobę i spędza całe dnie przykuty do łóżka często zestawiany jest z przedstawicielami sztuki, która także zdaje się powoli dogorywać. Ale czy będzie dane jej zdechnąć? Wydaje mi się, że jeśli regularnie pojawiać się będą twórcy tego kalibru co Zbigniew Uniłowski, to przynajmniej o losy literatury możemy być spokojni.

P.S. Serdecznie polecam intrygującą rozkminkę Pana Dziejaszka nad Wspólnym pokojem, w której utwór został zestawiony z dziełem Henry’ego Millera pt. Zwrotnik Raka. Jeśli interesuje was, co mogą mieć ze sobą wspólnego młody polski twórca oraz uznany amerykański pisarz, to zapraszam do lektury.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Okładka książki Na uwięzi. Ballada o miłości

  Tytuł: Na uwięzi

             Ballada o miłości

  Autor: Yukio Mishima

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 265

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

Miłość, miłość, miłość. Jedno to krótkie, raptem sześcioliterowe i dwusylabowe, na pozór proste słowo zawiera w sobie tyle znaczeń. O miłości mówi się, pisze, czy rozmawia odkąd człowiek stworzył podwaliny swojej cywilizacji. Wyraz ten jednak mimo długotrwałych studiów, badań oraz dogłębnych analiz z pewnością nie odsłonił wszystkich treści, które w sobie kryje. Miłość to nadal pojęcie abstrakcyjne. Można co prawda sprowadzić ją wyłącznie do chemicznych przemian, zachodzących w mózgu, do fizycznego aktu rozkoszy, dzielonego przez dwójkę ludzi, czy do silnego przywiązania, ale całkowity sens pozostanie nieuchwytny i nie wyrażony. Obok prostych definicji i pojęć powstanie ziejąca pustką dziura, nicość, w którą klarować się będzie to co niedopowiedzianie, uproszczone, czy pominięte. Miłość, być może ze względu na tę skrywaną w sobie tajemnicę, jest także chętnie podejmowanym przez artystów tematem literackim. Ale przyznać trzeba, że nie jest to motyw łatwy, w starciu którym łatwo polec, wydając w efekcie dzieło płaskie i miałkie. By pisać o miłości wymagana jest nie lada odwaga, a tej z pewnością nie można odmówić japońskiemu pisarzowi, Yukio Mishimie (właściwie Kimitake Hiraoce).

Japoński literat to kolejny twórca z Kraju Kwitnącej Wyspy, z którego prozą postanowiłem się zmierzyć w ramach prób bliższego poznania dalekowschodniej literatury. I po raz kolejny, oprócz znakomitego dzieła, spotkałem niezwykłą osobę, której biografia jest równie intrygująca, co kreowana przez nią sztuka. Kimitake Hiraoka, urodzony w Tokio w 1925 roku w rodzinie dygnitarza rządowego, na kilka lat został odseparowany od najbliższych przez zaborczą babkę, która wychowywała chłopca samotnie, ograniczając jego kontakty z rówieśnikami. To właśnie babcia zaszczepiła w nim zainteresowanie literaturą – Kimitake czytywał zarówno klasykę japońską jak i światową. Powrót z izolacji nastąpił w wieku 12 lat, ale ojciec nie był zadowolony ze swojej latorośli, która znalazła się na łonie rodziny. Pragnąc wychować go w surowej wojskowej dyscyplinie nie akceptował silnego przywiązania do literatury. Kimitake uczęszczał do prestiżowej szkoły Gakushūin, gdzie współpracował ze stowarzyszeniem literackim. W efekcie w roku 1941 udało mu się zadebiutować opowiadaniem Las w Rozkwicie, które wydał pod pseudonimem Yukio Mishima, nie chcąc narażać się na gniew ojca. W roku 1945, symulując gruźlicę, wymigał się od służby wojskowej – w późniejszych latach traktował ten czyn jako największy błąd, jaki zdarzyło mu się popełnić w całym życiu. Kariera literacka Yukio Mishimy rozwijała się błyskawicznie – każde dzieło przyjmowane było z ogromnym poklaskiem, będąc niemal z miejsca tłumaczone na języki obce. Pod koniec życia Mishima zaangażował się w politykę, założył także militarne stowarzyszenie Tate-no-kai, czyli Towarzystwo Tarczy, które miało na cele wychowanie młodych ludzi w duchu bushidō, kodeksu samurajów. Mishima nie mógł pogodzić się z powojennym statusem Japonii, która była w pełni zależna od swojego najważniejszego sojusznika, USA. Pisarz bolał też nad tożsamością kulturową kraju, która bardzo szybko dewaluowała się na rzecz zachodnich wzorców życia. 25 listopada 1970 roku Mishima podjął desperacką próbę zmiany tego stanu rzeczy. Dostał się do bazy japońskich Sił Samoobrony, gdzie wygłosił żarliwy apel, wyzywając m.in. do zamachu stanu, przywrócenia władzy cesarskiej oraz zmiany militarnego statusu Japonii. Mowa została jednak skutecznie zagłuszona przez wojskowe helikoptery, a żaden ze słuchających go żołnierzy nie przyłączył się do buntu. Zrezygnowany Mishima, wzorem japońskich samurajów popełnił rytualne samobójstwo – seppuku.

Pobieżna notka biograficzna wyraźnie wskazuje na to, że Yukio Mishima bardzo poważnie traktował to co robił. Nie inaczej było z jego pisarstwem, z którym zapoznałem się za sprawą wydanego w 1972 roku przez PIW zbioru, w skład którego wchodzą powieści Na uwięzi oraz Ballada o miłości.

Pierwsza pozycja, Na uwięzi to historia skomplikowanej relacji, łączącej młodą wdowę Fusako, jej syna Noboru oraz marynarza Ryuji Tsukazakiego. Fusako to nadal atrakcyjna kobieta, mogąca pochwalić się pięknym oraz ponętnym ciałem, która jednak dba o dobro imię zmarłego męża. Swoje codzienne życie podporządkowuje pracy, polegającej na prowadzeniu luksusowego sklepu z zagraniczną odzieżą oraz wychowaniu jedynego syna. Wydaje się, że żadna z tych ról nie przynosi jej całkowitego spełnienia. Fusako przypomina nieco królewnę, która cierpliwie czeka na swojego bohatera, gotowego wyzwolić ją ze skorupy samotności. Kandydatem na wybawiciela zostaje przypadkowo poznany marynarz Ryuji Tsukazaki. Ten skryty w sobie oraz małomówny człowiek postanowił za młodu opuścić ląd, ze względu na żywioną do niego nienawiść. Twarda ziemia za sprawą spędzonego na niej życia, które spokojnie można porównać do pasma nieszczęść, kojarzy się Ryujiemu wyłącznie ze śmiercią, nędzą oraz cierpieniem. Z tego powodu wybrał egzystencję na morzu, które także nie wzbudza w nim ciepłych uczuć. Niewielki statek, będący pyłkiem wobec bezmiaru oceanicznych wód jawi się jako zamknięta, metalowa puszka, dryfująca na wzburzonych falach. Ryuji znosi pokornie trudy marynarskiego żywota, głęboko wierząc, że to właśnie na morzu przyjdzie mu dokonać rzeczy, która uczyni zeń bohatera. Ryuji jest przekonany, że przypadnie mu w udziale chwała, która w marzycielskich majakach wiąże się również z kobietą oraz śmiercią. Czy miłość, w pełni zresztą odwzajemniona, pozwoli, czy może uniemożliwi mu spełnienie tych rojeń?

Najciekawszą postacią powieści Na uwięzi jest syn Fusako, Noboru. To trzynastoletni chłopiec, nad wyraz dojrzały jak na swój młodzieńczy wiek. Czas spędza ze znajomymi, którzy wspólnie tworzą bandę. Nie jest to jednak zwykła banda małolatów, którzy wspólnie próbują zabić ciągle doskwierającą im nudę. Grupa przypomina bardziej intelektualny krąg, któremu przewodzi charyzmatyczny szef. Chłopcy wspólnie rozprawiają nad zbytecznością rodzaju ludzkiego, głęboko gardząc światem ludzi dorosłych, kojarzonym głównie z obłudą, fałszem oraz kolejnymi kłamstwami, które gęsto ścielą mało ambitną ścieżkę życia. Młodzi inteligenci, na co dzień zdolni uczniowie, postrzegani jako przyszłość narodu, kwiat młodzieży, nadzieja na przyszłość, etc. negują sens istnienia wierzących w nich ludzi. Na swój sposób, krok po kroku, starają się oni rozsadzać społeczny system od samych podstaw, poprzez odebranie mu racji bytu. Sam proces trwania, postrzegany jest jako niebezpieczeństwo – chaos egzystencji, plątanina przypadkowych ruchów, pierwotny strach i niepewność, w których należy się zanurzyć, które jednocześnie trzeba w pełni odsłonić i odkryć, by zredefiniować samo pojęcie bytu. Buntownicy, przekonani o własnej sile, racji i nieomylności nie są skorzy do wysłuchiwania jakichkolwiek rad starszych, których traktują jako ślepców, niewolników systemu bądź materialnych wartości, ewentualnie jako nieudaczników. Sami szkolą się w obojętności i nieczułości. Wewnętrzny ład oraz harmonię starają się osiągnąć poprzez odrzucenie gotowych i przyjętych wzorców. Z kolei pustkę, która zdaje się rządzić otaczającym światem młodzi ludzie pragną wypełnić czynami absolutnymi, nieodwracalnymi – gwałtem, rozbojem, morderstwem. Poczucie niekompletności rzeczywistości, metafizyczny brak wiąże się prawdopodobnie z pustką, jaka bez przerwy panuje w domu. Część chłopców pochodzi z zamożnych rodzin, w których rodzice własną obecność pragną zastąpić materialnymi uciechami, unikając realnego angażowania się w życie dorastających synów. W rezultacie młodzi bohaterowie Yukio Mishimy sprawiają wrażenie nietzschowskich nadludzi, którzy bezbrzeżnie gardzą moralnością dorosłych.

Sam tytuł powieści, Na uwięzi można zastosować jako klucz interpretacyjny tego ciekawego dzieła. Na uwięzi żyje Fusako, której ruchy krępuje niepokorny syn. W sposób niezwykle wyrafinowany jak na tak młody umysł, Noboru trzyma swoją rodzicielkę w swoistej klatce, której wyjścia zazdrośnie strzeże. Regularnie więziony jest również sam Noboru, który jako krnąbrne i nieposłuszne dziecko, często zostaje zamykany w swoim pokoju na klucz. Wreszcie Ryuji Tsukazaki popada w sidła nudnej i spokojnej egzystencji, którą stopniowo zaczyna prowadzić. Ponadto marynarz staje się niewolnikiem mitu, w którym uwięził go Noboru. Dla trzynastoletniego chłopca postać wilka morskiego nieodzownie kojarzy się z niezwykłymi przygodami, przeżywanymi na niespokojnym morzu. Stopniowa odkrywana prawda o życiu i osobie Ryujiego może okazać się bardzo rozczarowująca. Wreszcie więźniami są także młodzi ludzie, głoszący chęć destrukcji zastanego porządku rzeczy poprzez mimowolne zmuszanie się do negacji wszystkiego, wykluczającego możliwość kreacji jakichkolwiek wartości, stanowiących podwalinę dla nowej wizji świata.

Drugi z utworów zawartych w tomie, Ballada o miłości, jest dokładnie tym, na co wskazuje tytuł. Krótka powieść to piękna baśń, czy też ballada o niewinnej i szczerej miłości dwojga młodych ludzi. Jak w każdym tekście o nieszczęśliwych kochankach, niegasnące uczucie musi przejść odpowiednie próby, które poświadczą o jego sile i autentyczności, a w przypadku pomyślnego zakończenia testu również wzmocnią je i scementują.

Shinji Kubo, osiemnastoletni mieszkaniec wyspy Uta-jima jest biednym rybakiem, który wspiera swoją matkę, łączącą samotne wychowanie dwójki synów z pracą poławiaczki pereł. Ojciec Shinjiego zginął w ostatnim roku wojny na statku, który został zbombardowany przez amerykański samolot. Pewnego dnia na Wyspę Pieśni przybywa tajemnicza, olśniewająco piękna dziewczyna o imieniu Hatsue. Kiedy okazuje się, że jest to córka lokalnego bogacza, Terukichiego Miyata, Shinji traci nadzieję, że uda mu się kiedykolwiek zwrócić uwagę tej cudnej istoty. Ale przewrotny los wyraźnie chce zapleść ze sobą losy tych dwojga ludzi. Na przeszkodzie stoją jednak Yasuo Kawamoto, potomek jednej z bardziej wpływowych rodzin na wyspie, liczący na rękę Hatsue oraz Chiyoko, córka latarnika, żywiąca gorące uczucie względem Shinjiego. Skomplikowana miłosna figura stanie się pretekstem do przedstawienia pięknej, miłosnej historii.

Tak jak wspomniałem, utwór Yukio Mishimy żywo kojarzy się z baśnią. Pojawia się motyw zakochanych bez pamięci ludzi, miłości których starają się przeciwstawić złe moce, reprezentowane przez zazdrosnych Chiyoko i Yasuo oraz surowego ojca Hatsue, który w Shinjim widzi jedynie biednego jak mysz kościelna młokosa, dybiącego na cnotę córki. Sceneria, w której rozgrywa się cały miłosny dramat została odtworzona z niezwykłym pietyzmem oraz starannością. W tekście pojawiają się plastyczne obrazy, które jak żywo kojarzą się z malowaniem słowem. Miłosne uniesienia harmonijnie przeplatają się ze znakomitymi opisami przyrody, która również zdaje się sprzyjać młodym kochankom. Nawet pora na amory jest odpowiednia, bowiem na urokliwej Wyspie Pieśni gości właśnie budząca wszystko do życia wiosna. W efekcie końcowym, Yukio Mishima serwuje czytelnikowi budującą historię trwałości uczucia, które jeśli jest wystarczająco silne i autentyczne, przetrwa nawet największe zawirowania.

Zbiór japońskiego pisarza, który na polskim rynku możemy przeczytać dzięki Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu, jako całość prezentuje się wybornie. Stosunkowo lekka i bardzo optymistyczna Ballada o miłości wyraźnie kontrastuje, a równocześnie ciekawie współgra z mrocznym oraz smutnym dziełem Na uwięzi. W obu utworach Mishima poruszył tematy, które żywo go interesowały. Na uwięzi, lektura zdecydowanie trudniejsza, ze względu na ukazaną w niej bezwzględność i brutalność, żywo kojarzy się z fascynacją tematem śmierci. W obu pozycjach nie brakuje także oczarowania cielesnością. W powieści Na uwięzi znajduje się niezwykły, wręcz poetycki opis stosunku między Fusako i Ryujim. Autor pisze o seksie przy użyciu zdań, za sprawą których kopulacja jawi się jako niebywały akt, ocierający się wręcz o cud, scalenia się ze sobą dwóch ciał. W powieści Ballada o miłości Mishima ogromną wagę przywiązuje do uważnego zaprezentowania czytelnikowi fizycznego piękna zarówno Hatsue jak i Shinjiego.

Ponadto Na uwięzi podobnie jak dzieła Tanizakiego, z którymi miałem przyjemność się zetknąć, charakteryzuje się otwartym zakończeniem. Fabuła powieści urywa się w momencie, kiedy akcja zostaje postawiona na ostrzu noża, tuż przed dokonaniem się rzeczy ostatecznych, przesądzających jednoznacznie o wymowie utworu. Poprzez taki zabieg nie możemy pozwolić sobie na pełną ocenę postępowania bohaterów, bowiem nie wiemy, czy w ostatniej chwili nie zdecydowali się oni wycofać z wcześniej powziętych zamiarów. Z tego też względu Na uwięzi nie posiada wyraźnie zarysowanej pointy. Nie brakuje za to ciekawych przemyśleń oraz mądrości, które są porozsypywane po całej powieści, niczym grzyby na leśnej ścieżce.

środa, 20 listopada 2013

Okładka książki Cienie i ślady

  Tytuł: Cienie i ślady

  Autor: Bogdan Białek

  Wydawnictwo: Charaktery

  Liczba stron: 260

  Cena: 29,90 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Są w naszym kraju kwestie, w przypadku których zabieraniu głosu na ich temat wymaga od zainteresowanego ogromnego wyczucia, porównywalnego wręcz do wyostrzonego zmysłu równowagi, umożliwiającego balansowanie na cieniutkiej linie, zawieszonej nad bezdenną przepaścią. Aby nie być gołosłownym, jako przykład można przytoczyć próby otwartej dyskusji na temat polskiego antysemityzmu, które mogą zakończyć się masową histerią. Wystarczy spojrzeć na podejście współczesnych Polaków do zbrodni popełnionej w Jedwabnem, żeby dobitnie przekonać się jak czarną breją, lepką od kłamstw i pokrętnych tłumaczeń jest nasz stosunek do Żydów. W przepastnych trzewiach Internetu można nawet doszukać się publikacji, które wyjaśniają, że Polacy nie mogli spalić żywcem w stodole ponad 300 Żydów, ponieważ w okresie wojennym nie posiadali niezbędnych zapasów benzyny. Mimo, że wina i udział polskich obywateli została udowodniona, cały czas próbuje się zaprzeczać rzeczywistości, traktując fakty jako kalumnie, prowokacje, oszczerstwa siane i propagowane przez wrogie siły, mające na celu rozbicie dumnego i szlachetnego narodu polskiego. Obraz Polaka w czasie II wojny światowej to wciąż schemat Polak-ofiara. Jako naród nie jesteśmy jeszcze dostatecznie dojrzali, żeby z pokorą przyjąć do wiadomości, że oprócz bohaterów, którzy dzielnie walczyli z niemieckim okupantem, czy z narażeniem życia starali się ocalić Żydów, istnieli także Polacy-oprawcy, którzy m.in. dopuszczali się zbrodni na Narodzie wybranym oraz rodakach, podejrzanych o pomoc Żydom. W powszechnej świadomości, od zawsze oprawcami byli Niemcy, naziści, hitlerowcy, czyli ludzie z drugiej strony barykady. Jakież zdziwienie moglibyśmy zatem przeżyć, goszcząc w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu, w którym ekspozycja dotycząca męczeństwa Żydów zakończona jest wspomnieniem Kielc i datą 4 lipca 1946 roku. To właśnie tego dnia w Rzeczypospolitej Polskiej, przemianowanej później na Polską Rzeczpospolitą Ludową, a więc kraju niepodległym, chociaż na pewno nie wolnym doszło do ostatniego zbrodniczego aktu na społeczności żydowskiej. Niedługo po wojnie do Kielc powróciło około 200 Żydów (przed wojną stanowili oni ok. 30 % mieszkańców, Niemcy wymordowali niemal wszystkich) z zamiarem wyemigrowania do Palestyny. Feralnego dnia 4 lipca 1946 roku zaginął chrześcijański chłopiec. W mieście natychmiast rozsiano plotkę, że został on porwany przez Żydów, którzy zamierzali użyć jego krwi do zrobienia macy. Na tę wieść wzburzony, rozszalały motłoch, żądny krwi i ofiar wybiegł na ulicę w poszukiwaniu Żydów. Bilans ofiar to 42 żydowskich istnień. Chłopiec odnalazł się kilka dni później w jednej z pobliskich wsi.

Właśnie temu straszliwemu wydarzeniu jest poświęcona pierwsza część książki Cienie i ślady, zawierająca wybrane przez Piotra Żaka teksty, publikacje oraz wystąpienia Bogdana Białka, polskiego dziennikarza, psychologa, redaktora czasopisma Charaktery oraz aktywisty społecznego. Pan Białek od wielu lat działa na rzecz pojednania polsko-żydowskiego oraz chrześcijańsko-żydowskiego. Można pokusić się o stwierdzenie, że jego misja rozpoczęła się właśnie od Kielc, od przypomnienia, co wydarzyło się w tym mieście tuż po wojnie, jak okrutnie zostali potraktowani Żydzi, ofiary Holocaustu przez Polaków, również ofiary niemieckich oprawców. Białek notorycznie przypomina nam Polakom bardzo trudną prawdę – że niektórzy z nas mordowali, a myśmy zwyczajnie milczeli. Na powierzchnię zostają wyłowione bardzo niewygodne fakty, dotyczące przede wszystkim solidarnego milczenia na temat kieleckiego pogromu. Nie wspominała o nim ani komunistyczna władza, ani kościół katolicki, ani szarzy obywatele. Do roku 1981, kiedy to w trakcie festiwalu Solidarności Białek zorganizował upamiętnienie krwawej masakry, sprawa mordu dokonanego na 42 Żydach praktycznie nie istniała w świadomości społecznej ani kielczan, ani Polaków. Teksty, które rozciągają się na przestrzeni kilkunastu lat pozwalają śledzić zmianę stosunku kielczan oraz Polaków do tego tragicznego wydarzenia. W latach ’80 żywe było przekonanie, że za mord na Żydach odpowiedzialna była komunistyczna władza, która podjudziła tłum do popełnienia tak niegodziwych czynów. Hołd złożony żydowskim ofiarom był bardziej antykomunistyczną manifestacją niż wynikiem zadumy i refleksji nad dokonaną przez Polaków zbrodnią. Tak naprawdę dopiero na przełomie XX i XXI wieku w wyniku długotrwałych, sukcesywnych oraz mozolnych wysiłków Bogdana Białka pogrom kielecki zaczął mienić się pełną paletą barw, wywołując całą gamę uczuć. Zdarzenie to stało się przedmiotem żywych dyskusji, a jego coroczne wspomnienie okazją do przemyśleń, choćby na temat skomplikowanej i nieodgadnionej natury ludzkiej.

W swoich tekstach Bogdan Białek uświadamia nam, że głośne, zdecydowane i otwarte mówienie o sprawach trudnych jest kluczem do budowy rzetelnego i wiarygodnego obrazu przeszłości, w którym nie będzie polskich obozów koncentracyjnych. Ale obok niemieckich obozów zagłady współistnieć muszą także polscy kolaboranci, czy polscy antysemici, pomagający w unicestwieniu Żydów. Białek przekonuje, że nie da się malować czarno-białego obrazu historii, w którym dokonuje się prostego podziału na ofiarę oraz oprawcę. Nie można ukrywać ciemnych plam, tj. przewinień oraz grzechów, których dopuszczali się także polscy obywatele. Oczywiście odgrzebywanie o tego typu spraw jest trudne i niewygodne, ale rany muszą być rozdrapywane, by w ich miejsce nie pojawiły się blizny niepamięci. Równie istotne jest uzmysłowienie sobie faktu, że my, tj. współcześni obywatele nie jesteśmy odpowiedzialni za zbrodnie dokonane przez naszych przodków, ale winniśmy za to strzec pamięci o tych tragicznych wydarzeniach, tak by nigdy się one nie powtórzyły.

Książka Bogdana Białka to także piękna lekcja na temat szeroko rozumianej różnorodności, m.in. kulturowej. Autor wspomina o konieczności uzmysłowienia sobie faktu, że każda kultura jest po prostu inna, ani lepsza, ani gorsza od naszej. Akceptacja tego faktu pozwala uniknąć wartościowania, od którego niedaleko jest do rywalizacji, od której już tylko o krok znajduje się walka. Pozwalając innym ludziom wyrażać siebie, nie próbując wtłoczyć ich w gotowe wzorce, wciskać w ciasne ramy norm, możemy stać się o wiele bogatsi w doświadczenie, czy życiową mądrość, oferowane przez różne kultury.

Białek serwuje także ciekawe uwagi na temat dość popularnych ostatnimi czasy festiwali kultury żydowskiej. Autor podkreśla, że często mamy do czynienia z pamięcią odrębności. Część inicjatyw tego typu zamiast zbliżać, pogłębia jedynie dystans pomiędzy oboma narodami, ukazując Żydów jako zupełnie obcą nację, z własną, odrębną tradycją, pomijając wzajemne przenikanie się historii Polaków oraz Żydów. Nie wspomina się, że Żydzi byli częścią społecznego krajobrazu przedwojennej Polski, panuje także zaskakujące milczenie na temat Holocaustu.  Budowany jest więc niepełny, a przez to fałszywy obraz, na którym Żydzi mienią się bardziej jako ciekawostka folklorystyczna niż żywy naród, ludzie z krwi i kości, którzy przez tyle lat zamieszkiwali nasze ziemie.

Książka Cienie i ślady zawiera także interesujące rozmowy, przeprowadzone przez Bogdana Białka z różnymi, niezwykłymi osobistościami polskiej kultury oraz nauki. Dzięki nim możemy bliżej poznać sylwetkę Marka Edelmana i przekonać się, co miał na myśli legendarny przywódca powstania z getcie warszawskim, mówiąc, że ludzie pozbawieni chęci czynienia zła, to jednostki zmutowane. Pani Barbara Engelking-Boni przybliży czytelnikowi wciąż niewyjaśniony i nie do końca poznany obraz wsi polskiej w okresie II wojny światowej. Buddysta Andrzej B. Krajewski obedrze zło z boskich szat, zdradzi także receptę na odnalezienie wyciszenia na oświęcimskiej ziemi. Duchowny Michael Lapsley, działający w RPA poruszy kwestie apartheidu, który tak tragicznie podzielił południowoafrykańskie społeczeństwo, którego skutki odczuwalne są do dziś. Czytelnicy będą mogli także spotkać się z legendą polskiego oraz światowego reportażu, tłumaczem kultur, Ryszardem Kapuścińskim. Moją uwagę zwrócił również wywiad przeprowadzony z profesorem Aleksym Awdiejewem, z którego dowiedziałem się, dlaczego rodziny nic nie jest w stanie zastąpić. Michał Płoski w pięknych słowach przypomniał, że ludzie wiary powinni wskazywać i wyszukiwać grzechu przede wszystkim w sobie samym, a nasz katolicyzm nie powinien być ostentacyjnym szyldem, zadaniem którego byłaby reklama nas samym, jako jednostek zdecydowanie lepszych od innych.

Reasumując, książka Cienie i ślady to bardzo różnorodna lektura, którą cechuje przede wszystkim ogromna dojrzałość autora. Bogdan Białek jawi się na jej podstawie jako pełnoprawny człowiek, świadomy faktu, że jego egzystencja podporządkowana jest przede wszystkim służbie drugiemu człowiekowi, walce o jego godność, o okazywanie mu należytego szacunku. Jako działacz na rzecz pojednania polsko-żydowskiego Białek jest osobnikiem, który w kontakcie z innym, a więc kimś obcym i nieznanym, nie stara się wyszukiwać dzielących ich różnic. Zamiast tego w każdym stara się dostrzec pobratymca, który oczekuje zrozumienia, pokojowego współżycia. Autor zdaje się być żywym symbolem i uosobieniem dialogu. Natomiast poprzez swoją pracę reporterską, Bogdan Białek prezentuje się jako dziennikarz rzetelny i dociekliwy, który swoim rozmówcom lubi stawiać pytania o rzeczy fundamentalne – czym jest mądrość, na czym polega miłość, co to jest zło i na podstawie jakich mechanizmów funkcjonuje, jak żyć. Wydaje mi się, że Białek ma czelność poruszać tego typu kwestie, bo doskonale wie, że jego interlokutorzy to osoby inteligentne, które będą wzbraniać się przed podaniem ścisłych, gotowych i hermetycznych definicji. W ten sposób wybitni intelektualiści, znawcy kultury, czy psychiki ludzkiej, mimo sukcesów osiąganych na wielu polach prowadzonej przez siebie działalności, pozostają ludźmi skromnymi, świadomymi własnych ograniczeń i niewiedzy, z pokorą podchodzącymi do zjawisk, które starają się zbadać, poznać, czy opisać. Odnoszę wrażenie, że w ten sposób Bogdan Białek uczy swoich czytelników, na czym polega istota człowieczeństwa. Ludzie prawdziwie wielcy, wybitni nigdy nie pozwolą traktować siebie jako mistrzów, czy nauczycieli. To jednostki, które chętnie dzielą się zdobytą wiedzą, doświadczeniem, ale które równie skore są do dalszej nauki, czy czerpania mądrości od innych. To także ludzie, którzy nie lubią pouczać, wskazywać na gotowe rozwiązania, którzy źle się czują w roli przewodników, prowadzących innych utartymi i dobrze znanymi szlakami.  Jestem przekonany, że jednym z takich osobników jest także Bogdan Białek.



Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości portalu:

Czytanie nie szkodzi

oraz wydawnictwa:

Wydawnictwo Charaktery

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita