Subiektywnie o książkach. I nie tylko.
Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Muzyka | Promocje | Teatr
RSS
wtorek, 12 listopada 2013

Okładka książki Prowincje

  Tytuł: Prowincje

  Autor: Bogdan Białek

  Wydawnictwo: Charaktery

  Liczba stron: 135

  Cena: 19,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Ostatnimi czasy w naszym społeczeństwie można zaobserwować swoisty dysonans związany z wyborem miejsca do prowadzenia egzystencji. Na naszych oczach odbywa się wielka wędrówka ludów – następuje masowa migracja z terenów wiejskich do metropolii. Trend ten może być tłumaczy z faktem, że od wieków miasto kojarzone jest z szeroko rozumianą nowoczesnością, perspektywami rozwoju osobistego, wachlarzem szans na odniesienie zawodowego sukcesu. Patrząc jednak na miasta z innego punktu widzenia, można postrzegać je jako swoiste bezkresne pustynie, na których spotkanie człowieka w pełnym, a w szczególności moralnym tego słowa znaczeniu należy do coraz rzadszych zjawisk. Absurdalne, ale żyjąc w coraz większej gromadzie, istoty ludzkie stają się coraz bardziej wyobcowane. Nieufność, izolacja oraz wytwarzany wokół siebie dystans to oręż, którym człowiek stara się bronić przed bliźnim, po którym spodziewa się najgorszego. Ponadto dostrzegalna jest tendencja do otaczania się mnóstwem niepotrzebnych gadżetów, które mają świadczyć o wysokiej pozycji społecznej. Rzeczywiste ludzkie kontakty zastępowane są ich wirtualnymi substytutami. Prowadzony jest nieustanny wyścig szczurów, w którym każdy pragnie okazać się lepszym od pozostałych na wszystkich płaszczyznach. Ludzie starają się uchodzić za postępowych i otwartych na nowe idee, które co rusz wypluwa ze swoich trzewi coraz bardziej zwariowany świat. W tym szaleńczym pędzie ponad wszystko pogardzani są osobnicy, których podejrzewa się o zaściankowość, o ciasne horyzonty myślowe. Nie ma społecznego, czy raczej medialnego przyzwolenia dla prowincjonalizmu, który jest bezlitośnie linczowany, chociaż na dobrą sprawę ciężko doszukać się klarownej definicji tego słowa.

Z pewnością ciekawą interpretację proponuje redaktor Bogdan Białek, który w tekście otwierającym zbiór zatytułowany Prowincje, wydany z okazji 40-lecia pracy dziennikarskiej pisze:

Co to jest prowincja? Nie wiem. Wszystko jest prowincją. Niektóre miejsca są zaściankiem ze swoim charakterem, narracją, indywidualnością, inne są zadupiem, miejscami takimi, jak wszystkie inne, tylko o zmienionych dekoracjach.

Jak pisał Siegfried Lenz: prawdziwe metropolie są w nas. I prawdziwe prowincje też. Ostatecznie, jak powiada Tadeusz Słobodzianek, każdy ma taką prowincję, jaką sobie wybiera. Warto wiedzieć, gdzie w nas przebiega granica między metropolią a prowincją, zaściankiem a zadupiem. Ale to przecież inna opowieść.

Bogdan Białek, urodzony w 1955 roku w Białymstoku to dość barwna postać. W chwili obecnej pracuje jako dziennikarz, wydawca oraz psycholog. Jest także prezesem Stowarzyszenia im. Jana Karskiego, którego działalność skupia się na propagowaniu szacunku wobec mniejszości religijnych, etnicznych, etc. Białek w swojej karierze dziennikarskiej pisał dla Gazety Białostockiej, natomiast po przenosinach do Kielc stworzył pierwszy regionalny dodatek do Gazety Wyborczej. Po zakończeniu współpracy z GW zaczął wydawać magazyn psychologiczny Charaktery, a niedługo potem założył także Wydawnictwo Charaktery. Publicysta znany jest również z racji wymiernego wkładu w działanie na rzecz pojednania polsko-żydowskiego oraz chrześcijańsko-żydowskiego.

Prowincje to wybrany przez Piotra Żaka zbiór tekstów autorstwa Bogdana Białka, publikowanych na łamach różnych czasopism oraz gazet na początku lat 90’, czyli w okresie polskiej transformacji. Starannie wyselekcjonowane reportaże składają się na interesujący zapis zmian, które zaczęły zachodzić w Polsce po upadku systemu komunistycznego. Przy czym działanie potężnych trybów historii oglądane jest z perspektywy tytułowych prowincji, tzn. z dala od najwyższych szczebli władzy. Radom, Kielce, Białystok, Sandomierz, Starachowice czy Tarnobrzeg to miasta, którym pod każdym względem daleko do Warszawy, skupiającej wokół siebie ministrów, prominentnych polityków oraz największą uwagę opinii publicznej, ale również tam rozgrywają się wydarzenia, które są nieodzownym świadectwem nieodwracalnych przemian, związanych z narodzinami nowego państwa. Ponadto historyczne procesy, mające miejsce na prowincji zdają się być lepiej widoczne, bowiem jest na nich mniej pudru. Fakty są bardziej obnażone, wiele z nich trudniej jest zatuszować niż w stołecznym mieście, w którym na podorędziu pozostaje prasa czy telewizja. Być może z tego powodu wdrażania demokracji nie wygląda zbyt różowo.

Książka Bogdana Białka jest swoistym zapisem i świadectwem degeneracji zachodzącej w naszym kraju, która jest wynikiem skażenia politycznego środowiska u podstaw. Brak przeprowadzonej dekomunizacji, ideologiczne spory, wybuchające w Solidarności, przyczyniające się do jej osłabienia, będące zresztą niczym rana, jątrząca się do dzisiaj, okazały się przeszkodami, które skutecznie uniemożliwiły nawiązanie dialogu oraz podjęcie efektywnych działań, mających na celu ustabilizowanie zarówno polskiej gospodarki jak i sceny politycznej. W konsekwencji do władzy doszła dziwna mieszanina, złożona z byłych komunistów oraz skłóconych związkowców, której brakowało wyrazistej koncepcji na budowę niepodległego i silnego państwa polskiego. W reportażach Białka pojawiają się podejrzani biznesmeni, którzy współtworzyli dziki polski kapitalizm. Wielu z nich zostawało następnie politykami, przy czym karierę polityczną często łączyli z zajęciami biznesowymi. Efektem jest cała lawina głośniejszych i skuteczniej wyciszanych afer, które zresztą nadal przetaczają się przez III Rzeczpospolitą. Z kolei część politycznych biznesmenów po zakończeniu pracy w służbie narodu znajdowało zatrudnienie w firmach konsultingowych, czy otrzymywało ciepłe posady członków rad nadzorczych różnych prężnych spółek.

W jednym z reportaży Białek cytuje: Społeczeństwo jest rozbite, sprzeniewierzone, żyje bez wiary, bez entuzjazmu i bez nadziei, kryzys jest nie tylko polityczny i gospodarczy, ale też moralny. Przytoczone słowa Wiesławy Grochowi z 1989 roku są niestety nadal bardzo aktualne. Społeczeństwo wciąż pogrążone jest w beznadziei, z tą tylko różnicą, że obecnie kiepskie nastroje są zręczniej maskowane. Wiele popularnych mediów koloryzuje rzeczywistość, prezentując ją w o wiele jaśniejszych barwach. O realnych problemach trapiących przeciętnego Polaka solidarnie się milczy, nie podejmując niemal wcale tematów tak trudnych i niewygodnych jak plaga nepotyzmu, nękająca zakłady pracy oraz administrację, powszechna bieda i ubóstwo wielu polskich rodzin, ogromne koszty życia, nieproporcjonalnie duże w stosunku do innych krajów europejskich, wysokie podatki, czy brak politycznej kultury. Te uwierające kwestie są skrzętnie spychane na bok przez plastikową rzeczywistość, której symbolami są tania sensacja, blichtr, głupota oraz silikonowe piersi. Czytając rzeczowe, bardzo trafne, chociaż często pozbawione wyraźnego komentarza twórcy, reportaże autorstwa Białka, uzmysławiamy sobie także, że dzisiaj brakuje tego typu trzeźwego spojrzenia na postępowanie polskich polityków, zarówno tych z samej elity władzy, jak i tych lokalnych. Brakuje rzeczowych analiz, obiektywnej krytyki. Rzadkością jest również umiejętność kulturalnej wymiany opinii, czy sztuka prowadzenie sporów. Media pozostają stronnicze, nierzadko nawet nie siląc się na pozory obiektywizmu, a co gorsze w prowadzonych dyskusjach, którym nadawane są merytoryczne znamiona, powszechny jest prostacki ton oraz wulgarny język, czy obrażanie interlokutora.

Tym co rzuca się w oczy w przypadku pióra Białka jest również zwyczaj prezentowania nagich faktów. Autor często powstrzymuje się od komentowania przedstawianych wydarzeń, przez co zmusza czytelnika do przemyśleń oraz własnej interpretacji. Próżno szukać w tekstach Bogdana Białka ganienia, pouczania, propagandy, jedynie słusznego spojrzenia. Początkowo sprawiają one wrażenie suchych, ale dzięki temu pozostają one rzeczowe i bardzo interesujące. Autor ciekawie odmalowuje problemy, jakie niesie ze sobą zmiana ustroju. Opory milicji przed przyjmowaniem w jej szeregi byłych pracowników Służby Bezpieczeństwa, uzyskiwanie ogromnych wpływów politycznych przez kościół katolicki, kulawo działające sądy, zamykanie państwowych zakładów pracy oraz wyprzedawanie ich mienia za bezcen, skomplikowane sieci powiązań, układów oraz znajomości na różnych szczeblach władzy, uniemożliwiające skuteczną restrukturyzację przemysłu zbrojeniowego to tylko część tematów, podejmowanych przez Bogdana Białka. Co najważniejsze jest to przecież historia współczesna, która jednak coraz bardziej zaciera się i to na naszych oczach. Wiele faktów odchodzi w mroki niepamięci, wiele jest z niej wymazywanych. Reportaże zebrane w tomie Prowincje to zatem żywe świadectwo bolesnego procesu transformacji, przez który chyba ciągle przechodzi nasz kraj.

Reasumując, zbiór Prowincje to frapująca lektura, która skłania do głębokiej refleksji nad przemianami, które dokonały się w naszym kraju od 1989 roku. Teksty Bogdana Białka to relacja przejścia od komunizmu do demokracji, prowadzona wkrótce po rozpoczęciu tego procesu. Reportaże mogą stać się bodźcem do analizy tego, czego udało się nam, państwu oraz społeczeństwu przez ten czas dokonać. W moim przypadku odczucia nie są zbyt pozytywne. W mojej opinii w sporej mierze wynika to z faktu, że zbyt wielu ludzi sprawujących władzę przejawia objawy myślenia prowincjonalnego. Politycy często koncentrują się na własnych interesach, przypominając świnie, którym udało dorwać się do koryta władzy. Wzniosłe hasła wyborcze stanowią wyłącznie puste slogany, wyciągane z szuflad na czas wyborów, po przeprowadzeniu których odchodzą w niebyt. Dlatego mimo, iż reportaże Bogdana Białka przypadły mi do gustu, to nie napawają mnie one optymizmem.

Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości portalu:

Czytanie nie szkodzi

oraz wydawnictwa:

Wydawnictwo Charaktery

sobota, 09 listopada 2013

Okładka książki Futbol ery Man'en

  Tytuł: Futbol ery Man'en

  Autor: Kenzaburō Ōe

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 308

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

To zaskakujące, a zarazem piekielnie intrygujące, jak bardzo różnią się pomiędzy sobą ludzkie istoty. Z biologicznego punktu widzenia należymy przecież do jednego gatunku, posiadamy identyczne narządy wewnętrzne, nasze ciało stanowi ten sam budulec organiczny, natomiast proces trwania, odbywający się dzięki przemianie materii, która zamieniana jest na energię, przebiega dokładnie w ten sam sposób u każdego ludzkiego osobnika. Mimo tych wszystkich podobieństw, człowiek, postrzegany jako istota myśląca, uczuciowa stanowi niepowtarzalną zagadkę nie do rozwikłania. Psychika ludzka to sfera, która w dalszym ciągu okryta jest grubym całunem tajemnicy. Zdarzają się sytuacje, w których podejmowane przez nas działania, intencje, jakimi się kierujemy, nawet i dla nas stanowią wielki znak zapytania, a cóż dopiero mówić o zrozumieniu motywów, kierujących drugim człowiekiem. Te same zjawiska, a więc fakty, które istnieją obiektywnie, interpretowane mogą być na przeróżne sposoby w zależności od osoby, poddającej je analizie. Sprawą komplikują dodatkowo różnice kulturowe, które mogą stać się źródłem dodatkowych nieporozumień. O tym, że szerokość geograficzna w pewien sposób również może wpływać na tok naszego rozumowania przekonałem się dzięki lekturze Kafki nad morzem autorstwa Harukiego Murakamiego. Powieść ogromnie przypadła mi do gustu, ale na dobrą sprawę nie potrafiłem sobie odpowiedzieć z jakiego powodu. Ba, nie byłem nawet w stanie pokrótce rozebrać książki na czynniki pierwsze (wstęp, rozwinięcie, zakończenie oraz nieodzowna pointa). Ogromnie byłem ciekaw, czy owa niemożność przestawienia się na tok myślowy japońskiego pisarza wynikała ze specyficznego pióra twórcy, czy też była to sprawka właśnie kulturowych różnic. Aby rozstrzygnąć tę kwestię zdecydowałem się zapoznać się z innymi literatami z Kraju Kwitnącej Wiśni. Po bardzo udanym spotkaniu z Jun'ichirō Tanizakim, postanowiłem kontynuować moją japońską przygodę. Kolejnym autorem, którego przyjemność miałem poznać był Kenzaburō Ōe.

Kenzaburō Ōe to urodzony w 1935 roku japoński prozaik i eseista, którego literacka twórczość w 1994 roku została uhonorowana Nagrodą Nobla w uznaniu za kreowanie wyimaginowanego świata, w którym życie oraz mit kondensują się w formie niepokojącego obrazu współczesnych problemów ludzkości. Artysta znany jest także jako aktywista ruchu antynuklearnego – w swoich wystąpieniach podkreśla, że Japończycy są niejako tragicznymi dziedzicami atomowej energii i ich etycznym obowiązkiem pozostaje porzucenie nuklearnego potencjału, zarówno pod postacią broni jak i źródła energii. Z kolei proza pisarza pozostaje pod wyraźnym wpływem literatury francuskiej, którą Kenzaburō Ōe studiował na uniwersytecie w Tokio. Motywem często pojawiającym się w jego twórczości jest egzystencjalizm, o czym możemy przekonać się na podstawie lektury powieści Futbol ery Man’en. Dzieło to zostało uhonorowano w roku 1967 nagrodą im. Jun'ichirō Tanizakiego (bingo! chciałoby się krzyknąć), a kilka dni temu miałem ogromną przyjemność zapoznania się z nim osobiście.

Futbol ery Man’en to historia, której akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Na bliższym planie poznajemy losy narratora powieści Mitsusaburō Nedokoro. To młody człowiek, którego dotychczasowa egzystencja zaczyna rozpadać się niczym domek z kart. Pierworodny syn rodzi się z nieuleczalną wadą mózgu, co czyni go osobą, wymagającą ciągłej pielęgnacji i troski. Dziecko jest dla głównego bohatera istotą, która wyłącznie za sprawą zewnętrznej powłoki przypomina człowieka. Życie młodej latorośli ogranicza się do spokojnego trwania, cichego i milczącego. Dziecko zdaje się nie odbierać żadnych bodźców ze świata zewnętrznego oraz nie wysyłać do niego żadnych sygnałów, świadczących o własnej obecności. Pozostaje ono niezrozumiałe nawet dla opiekujących się nim rodziców, z których każde na swój sposób przeżywa chorobę syna.

Matka chłopczyka i żona głównego bohatera, Natsumi pogrąża się w alkoholizmie. Wegetuje ona w stanie permanentnego zamroczenia, wprawnie balansując na granicy pomiędzy trzeźwością a stanem kompletnego upojenia. Jest ona niczym zdolny artysta cyrkowy, kroczący po cieniutkiej krawędzi – pozostaje ona na tyle przytomna, by rejestrować zachodzące wokół niej wydarzania, a równocześnie znieczula się alkoholem, co pozwala chociaż na chwilę odciąć się od doczesnych trosk.

Nie są to jednak wszystkie nieszczęścia, które spadają na Mitsu. Jego jedyny przyjaciel, który na skutek urazu głowy zaczął cierpieć na zaburzenia psychiczne, po nieudanych próbach leczenia popełnia efektowne samobójstwo. W takich okolicznościach trudno dziwić się pierwszoosobowemu narratorowi, który w swoim sąsiedztwie zaczyna wyczuwać odór śmierci. Egzystencja zaczyna jawić się jako zależna czynność, w pełni podporządkowana umieraniu, od którego nie ma ucieczki, którego nie ma co odwlekać. Nastrój bohatera najlepiej oddają słowa Henry’ego Millera, przytoczone zresztą w powieści: Chciałem się śmiać razem z nim, ale śmiać się nie mogłem. Zrobiło mi się strasznie smutno, smutniej niż kiedykolwiek w życiu. Śmierć przyjaciela, alkoholizm żony oraz narodziny debilnego syna, oddanego do domu opieki, stają się asumptem do oceny dotychczas prowadzonego żywota. Spojrzenie w przeszłość połączone z rachunkiem osiągnięć i klęsk, doznanych na krętej i wyboistej ścieżce życie nie wypada zbyt pomyślnie.

W tym newralgicznym momencie, na horyzoncie wydarzeń pojawia się młodszy brat Mitsu, Takashi. W roku 1960 był on uczestnikiem zamieszek, który wybuchły z racji ratyfikacji Japońsko-Amerykańskiego Układu o Bezpieczeństwie z roku 1951, który zakładał m.in. militarną zależność Japonii od USA. Fala protestów zalała cały kraj, a najgorliwiej swoje niezadowolenie wyrażali studenci oraz artyści. Sytuację udało się opanować, traktat został podpisany, a wzburzona opinia publiczna uspokojona. Do Stanów została również wysłana specjalna grupa studentów, która w ramach przeprosin za niepokorność wobec potężnego sojusznika, wystawiała sztukę Nasz wstyd. Jednym z aktorów był Takashi. Jednak rola pokutnika niespecjalnie odpowiadała młodemu człowiekowi, który wkrótce po dotarciu do Stanów opuścił teatralną trupę. Po latach życia w USA najmłodszy potomek z rodu Nedokoro postanawia wrócić do swojej rodzinnej osady, położonej w malowniczej dolinie na wyspie Shikoku. Takashi pragnie odnaleźć tam swoje korzenie, a swojego brata Mitsu usilnie namawia do próby rozpoczęcia nowego życia. Rodzeństwo wraz z żoną Mitsu oraz dwójką młodych ludzi, zafascynowanych Tahashim, traktujących go jak swojego guru wyrusza w podróż, która zupełnie zmieni ich dotychczasowe życie.

W dalszej części książki przeżycia poszczególnych jednostek splatają się z losami społeczności ludzi z doliny. Historia wioski Ōkubo wiąże się nierozerwalnie z rodem Nedokoro. W roku 1860, a więc w tytułowej erze Man’en przez dolinę przetoczył się bunt chłopski, skierowany przeciw właścicielom ziemskim, m.in. przeciw pradziadkowi Mitsu i Takashiego. Chłopską, wzburzoną masą kierował z kolei młodszy brat pradziadka, który wg oficjalnych danych został za to przykładnie ukarany poprzez ścięcie, a zgodnie z legendą został ocalony przez litościwego starszego brata. Po ponad 100 latach od tych wydarzeń, podobnie wojowniczy nastrój w pogrążonej w stagnacji oraz marazmie dolinie próbuje wzniecić Takashi, czyli młodszy z braci Nedokoro. Pretekstem do wywołania niezadowolenia jest sytuacja gospodarcza mieszkańców wioski, gdzie centralnym miejscem jest supersam, od którego wszyscy są w mniejszym lub większym stopniu finansowo uzależnieni. Jego właścicielem jest dawny mieszkaniec osady koreańskiej, położonej niedaleko Ōkubo – zamieszkujący ją Koreańczycy byli potomkami niewolników, sprowadzonych do Japonii do wykonywania przymusowych robót. Tajemniczy Koreańczyk zwany jest przewrotnie cesarzem supersamów, bowiem należy do niego spora sieć sklepów, rozsianych po całej Japonii.

W swojej wcale nie tak długiej powieści, Kenzaburō Ōe zdołał pomieścić zaskakująco wiele wątków. Na uwagę zasługuje z pewnością kwestia alienacji jednostki w ludzkiej społeczności. Przybywszy do Ōkubo, Takashi bierze pod swoje skrzydła lokalną młodzież, próbując m.in. zaszczepić jej zamiłowanie do futbolu. Młodszy z braci Nedokoro, mimo, że wiele lat spędził w Stanach niemal z miejsca staje się integralną oraz czołową postacią wioski w dolinie. Organizuje on życie młodzieży i zostaje jej naturalnym przywódcą. Asymilacja z tkanką lokalną społeczności przebiega zatem szybko i naturalnie. Z goła inaczej sprawa wygląda w przypadku Mitsu, który w opozycji do brata od początku trzyma się z boku, nie angażując się w żadne działania. Natychmiast wokół niego wytwarza się niewidzialna bariera, która sprawia, że Mitsu pozostaje odizolowany i postrzegany jest jako obcy. Ōe uzmysławia, że próby biernej egzystencji w ludzkim skupisku, nie poddawanie się ogólnospołecznym trendom, niemal zawsze kończy się wylądowaniem poza społecznym nawiasem.

Znakomicie rozwinięta została również tragiczna historia rodu Nedokoro. Okazuje się, że najstarszy brat Mitsu oraz Takashiego zginął, jeszcze zanim Ci zdołali go poznać. Z kolei drugi pod względem wieku brat S. stracił życie w starciu z koreańskimi osadnikami, a jego śmierć przypominała co nie co barankową ofiarę. Jeszcze ciekawiej poprowadzony został wątek niedorozwiniętej umysłowo siostry, która z nieustalonych przyczyn popełniła samobójstwo. Mroczną scenerię uzupełniają zaginięcie ojca w czasie II wojny światowej oraz rozchwianie psychiczne matki. Ōe fenomenalnie ukazuje istotę ludzką jako stworzenie psychicznie niestałe, wrażliwie i bardzo podatne na zranienie.

Powieść to także psychologiczny majstersztyk. Japoński pisarz z maestrią godną geniusza prezentuje najbardziej wstydliwe zakamarki ludzkiej psychiki, penetrując je do granic zohydzenia. Obnaża on przed czytelnikiem genezę moralnego upadku swoich bohaterów, ukazując jak mocno wydarzenia z przeszłości wpływają na działania teraźniejsze. Na przykładzie większych społeczności, a więc grupy młodzieży oraz mieszkańców doliny, Ōe przedstawia także mechanizmy manipulacji ludzkimi rzeszami, dobitnie pokazując jak łatwo tłum oddaje się we władanie człowieka o silnej woli i osobowości oraz jak równie łatwo opuszcza swego przywódcę w chwili kryzysu, w momencie kiedy klęska jest już nieuchronna.

Bohaterowie Kenzaburō Ōe przebywają długą i męczącą drogę w głąb własnej duszy, pragnąc chociaż w niewielkiej części zrozumieć samego siebie. Ich próby pogodzenia się z samym sobą są jednak diametralnie różne. Takashi przypomina tykającą bombę, dążącą do autodestrukcji. Samozagłada miałaby stanowić formę ekspiacji za ogromny grzech popełniony przez młodego Nedokoro, którego wspomnienie nawet przez chwilę nie daje mu spokoju. Mitsu pragnąć na nowo zdefiniować swoją tożsamość zostaje odludkiem, spędzającym czas na przemyśleniach i wycieczkach do własnego wnętrza. Wyraźnie zaniedbuje higienę oraz zdrowie, co także można traktować jako rodzaj pokuty. Obaj próbują zrozumieć swoje postępowanie odwołując się do przodków, ale i tutaj ich zdania są podzielone. Mitsu popiera postępowanie swojego pradziadka, z którym po części się utożsamia, z kolei Takashi przejawia wyraźną fascynację jego młodszym bratem.

Kenzaburō Ōe, podobnie jak i Tanizaki w swojej prozie przedstawia również skutki upadku szogunatu w cesarstwie Japonii, co nierozerwalnie łączyło się z wyjściem kraju z izolacji oraz otwarciem się na zagraniczne wpływy. Okazuje się, że nawet wioska Ōkubo, położona w zapomnianej dolinie w samym środku gęstego lasu w znacznym stopniu poddaje się westernizacji. Jej mieszkańcy coraz mniejszą wagę przywiązują do pielęgnowania tradycji przodków, jednocześnie bezkrytycznie przyjmując nowe wzorce zachowań. Widoczny staje się przede wszystkim konsumpcjonizm – chęć posiadania nakazuje nabywać nawet nieprzydatne przedmioty, na których zakup często trzeba się zadłużyć. Po raz kolejny prawdziwa okazuje się teza, że ludzie najłatwiej przyswajają sobie najbardziej negatywne aspekty globalnej kultury.

Reasumując, Futbol ery Man’en to niezwykła lektura, która zapewnia czytelnikowi moc wrażeń i przeżyć. Książka może nieco odstraszać dość depresyjnym nastrojem oraz mroczną atmosferą, pesymizm wylewający się z kart wręcz przytłacza. W zamian za to otrzymujemy znakomite studium ludzkiej jednostki. To także porywający wykład na temat ludzkich wspomnień – Kenzaburō Ōe uzmysławia, że te same fakty, oglądane przez pryzmat czasu przez różne jednostki jawią się w zupełnie innych barwach. Ponadto przeszłość, do której odwołuje się nasza pamięć może stać się fundamentem do definicji własnej tożsamości. Historia naszych przodków, czyny przez nich popełniane mogą stać się wykładnią, dzięki której lepiej zrozumiemy własne postępowanie. Książka przepełniona jest także symboliką, charakterystyczną dla egzystencjalizmu. Ofiarny baranek, najgrubsza kobieta w Japonii, której dusza ciągle pozostaje nienasycona, mysz, do której porównany zostaje główny bohater, uwięziony w zoologicznej klatce słoń, traktowany jako znak cywilizacji, czy hipnotyczny taniec umarłych nembutsu to tylko wierzchołek góry lodowej. Resztę polecam odkryć samemu, zagłębiając się w tej senno-koszmarnej opowieści, w której przeszłość nierozerwalnie splata się z teraźniejszością oraz przyszłością.

środa, 06 listopada 2013

  Tytuł: Doktor BluthgeldOkładka książki Doktor Bluthgeld

  Autor: Philip K. Dick

  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

  Liczba stron: 350

  Cena: 49,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Tzw. overkill capacity to teoretyczna możliwość wielokrotnego uśmiercenia każdego mieszkańca kuli ziemskiej za pomocą arsenału jądrowego, którym dysponują światowe mocarstwa. Groźba spełnienia tego zagrożenia kilkukrotnie wisiała nad ludzkością, nigdy chyba jednak nie była tak bliska przybrania szat realności jak w czasie kryzysu kubańskiego. Trwająca niecałe dwa, ale jakże długie tygodnie, pomiędzy 15 a 28 dniem października 1962 roku, przepychanka pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Socjalistycznym Republik Radzieckich mogła mieć tragiczny finał, gdyby tylko jednej ze stron chociaż na moment puściły nerwy. Patowa sytuacja, w której znalazły się oba kraje nie była dziełem jednorazowego działania, poprzedzała ją cała mas pomniejszych wydarzeń oraz decyzji, które w całości składały się na zimnowojenny wyścig zbrojeń. Ów szaleńczy pęd do zwiększenia swojego arsenału, będący odpowiedzią na działania przeciwnika, mający zapewnić ciągłą przewagę militarną nad rywalem pobudzał również wyobraźnię autorów science fiction. Stanisław Lem swoją dosyć ciekawą oraz zabawną wizję zaprezentował w Pokoju na Ziemi. W powieści polskiego pisarza cały sprzęt wojskowy został wysłany na Księżyc, gdzie podlegał samodoskonaleniu, ale bez udziału czynnika ludzkiego. W efekcie ludzkość wyhodowała tykającą bombę, na temat której posiadała minimalne zasoby informacji. Oczywiście w literaturze nie brakowało również bardziej pesymistycznych scenariuszy. W książce Doktor Bluthgeld, tytan amerykańskiej science fiction, Philip K. Dick próbował znaleźć odpowiedź, jak wyglądałoby nasze społeczeństwo, gdyby doszło do atomowego konfliktu. I przyznać trzeba, że wizja ta jest zarówno oryginalna jak i interesująca.

Akcja Doktora Bluthgelda  rozgrywa się w świecie, w którym wybuchła III wojna światowa. Czytelnik śledzi fabułę, która poprowadzona jest dwutorowo. Poznajemy losy grupy bohaterów tuż przed wybuchem nuklearnego konfliktu oraz kilka lat po apokalipsie. Widać zatem od razu, że dzieło Dicka nie jest typową antyutopią, która koncentruje się na trudnej egzystencji, tuż po atomowej zagładzie. Świat wykreowany przez autora nie jest wyłącznie kupą gruzów ze zdegenerowaną ludzkością, która balansuje na krawędzi wyginięcia. Powieść to bardziej próba wyobrażenia sobie, jak wyglądałyby próby odbudowy naszej cywilizacji, w sporej części obróconej w pył za sprawą atomowych wybuchów. Co ciekawe Dick nie uznaje nawet za stosowne podać dokładnych przyczyn rozpętania najpoważniejszego konfliktu w dziejach ludzkości. Rutyna dnia codziennego zostaje nagle i bez uprzedzenia zburzona. Zaskoczeni ludzie mają dosłownie kilka minut, by przygotować się na najgorsze i znaleźć bezpieczne schronienie. Wszędzie spadają bomby, a fale uderzeniowe zmiatają niemal wszystko, co znajduje się na powierzchni. Nieznana pozostaje jednak geneza wojny. Nie wiadomo, kto ją rozpętał, dlaczego w ogóle do niej doszło, kto wykonał decydujący ruch. O rozmiarze strat można wnioskować tylko na podstawie niewielkich wycinków – cała historia rozgrywa się w Kalifornii, w San Francisco oraz okolicznych wsiach.

Poznając losy mieszkańców hrabstwa San Marin, oglądamy świat po apokalipsie, który powoli acz sukcesywnie liże rany. Nuklearna interwencja zabrała wiele istnień ludzkich, a równie wiele popchnęła w odmęty szaleństwa. Dokonała także wielu przetasowań. Dick ciekawie zaprezentował zmiany, do jakich może dochodzić w społecznych strukturach, na skutek niespodziewanych oraz tragicznych wydarzeń. Okazuje się, że dla niektórych ogromna tragedia może stać się bodźcem do działania, pozwalającym zapomnieć o własnych niedoskonałościach oraz niedostatkach. Zdecydowanie, determinacja oraz wykazanie inicjatywy w najbardziej newralgicznym momencie może diametralnie odmienić losy jednostki, pozwalając jej wywindować się ze społecznych nizin aż do samego koła sterowego władzy i na odwrót. Naturalny a przez to jakże trudny do przezwyciężenia instynkt do bycia prowadzonym przez życie przez innych, do słuchania rad oraz pouczeń sprawia, że w momencie kiedy znikają opiekuńcze ramy państwowości, media, prasa czy telewizja, istota ludzka staje się całkowicie bezbronna, pozbawiona pomysłu na przetrwanie. Kluczową rzeczą w postapokaliptycznej rzeczywistości okazują się zatem nowe władze. Człowiek poszukuje liderów oraz dowódców, pod rządami którymi próbuje na powrót odbudować wszystko, co utracił. Ale Dick zdaje się ostrzegać, że w sytuacjach krytycznych, skrajnych, najusilniej dojść do głosu starają się szaleńcy, niespełnieni frustraci, czy osobnicy chowający głęboką urazę do społeczeństwa poza nawias którego zostali wyrzuceni, czyli ludzie, którzy w normalnych warunkach mają niewiele do powiedzenia.

Dick na kartach swojej powieści przedstawia również zaskakująco silną wolę trwania ludzkiego gatunku. Człowiek jawi się jako bardzo krucha, biologiczna istota, która podatna i wrażliwa jest na wszelkie środowiskowe zmiany – nawet niewielki wzrost średniorocznej temperatury, czy drobna zmiana w składzie ziemskiej atmosfery mogą okazać się śmiertelnie niebezpieczne. Mimo to ludzka cywilizacja kurczowo chwyta się każdej, nawet najmniejszej szansy przetrwania – cieniutka błona ludzkości, która porasta ziemską skorupę jest niespodziewanie trwała. W wizji Dicka zabawny jest fakt, że ludzkość próbując podnieść się po straszliwym upadku, który stał się jej udziałem, stara się odbudować świat na obraz i podobieństwo świata sprzed katastrofy. System monetarny, klasyczny system nauczania, demokratyczne sprawowanie władzy, papierosy, alkohol, poczta, etc. W dłuższej perspektywie nieuniknione wydaje się powielenie dokładnie tych samych błędów, które stały się przyczyną tragedii. Społeczeństwo ludzkie, a przynajmniej ta jego część, której udało się przetrwać jawi się zatem jako przerażająco bezrefleksyjne. Niemal wcale nie zastanawia się ono nad przyczynami apokalipsy, do jakiej doszło, zadowalając się zrzuceniem całej winy i odpowiedzialności za zaistniałą sytuację na barki jednego człowieka.

Owym kozłem ofiarnym jest tytułowy doktor Bluthgeld. To wybitny naukowiec, fizyk atomowy z wykształcenia, a przy tym wariat i egocentryczny szaleniec. Na każdym kroku dostrzega wrogów, którzy czyhają na jego życie, pragnąc w ten sposób zemścić się za wszelkie nieszczęścia, jakie spadły na ziemski glob. Wydaje się, że w jego osobie Dick zawarł wszelkie negatywne cechy, które nie powinny pozostawać w udziale żadnego człowieka oddanego nauce. Doktor Bluthgeld, którego obciąża już samo nazwisko (blut z niem. krew + geld z niem. pieniądze), przedstawiony jest jako człowiek zaślepiony żądzą sukcesu poznawczego. Pragnąc za wszelką cenę dokonać przełomu oraz postępu w ogóle nie zastanawia się nad konsekwencjami swoich odkryć. To typ uczonego, który w zamian za dobrze wyposażone laboratorium oraz strumień gotówki, niezbędny do prowadzenia kolejnych badań, bezmyślnie dzieli się swoimi dokonaniami z politykami, zbyt głupimi, by pojąć jak potężna, a co najważniejsza obosieczna broń trafia w ich ręce.

Co interesujące, szaloną naturę doktora Bluthgelda niemal od razu rozpoznaje Stuart McConchie. Czarnoskóry sprzedawca telewizorów, na co dzień zamiatający ulicę tuż przed otwarciem swojego sklepu reprezentuje tę zwykłą i normalną część społeczeństwa, która okaże się filarem, podźwigającego się z upadku społeczeństwa. Stuart to także uosobienie zdrowego rozsądku oraz tych wszystkich drobnych i na pozór nieistotnych gestów oraz rytuałów, które są każdemu człowiekowi tak bliskie, bo tak na wskroś ludzkie.

Oczywiście w Doktorze Bluthgeldzie, nie mogło zabraknąć kilku, kluczowych motywów w prozie Dicka. Najbardziej wstrząsający zawiera w sobie Edie Keller, kilkuletnia dziewczynka, poczęta w dniu Wybuchu. W swoim ciele nosi ona brata bliźniaka Billa, który nigdy się nie narodził, pozostając uwięziony w ciele swojej siostry, która stanowi dla niego jedyną nić ze światem zewnętrznym. Nietrudno dostrzec tu nawiązanie do siostry bliźniaczki Philipa Dicka, która na skutek złej opieki matki zmarła wkrótce po porodzie. Pisarz wielokrotnie podkreślał, że z powodu tej śmierci niemal przez całe życie borykał się z poczuciem winy. Znaczący jest również sam początek powieści. Otóż Doktor Bluthgeld rozpoczyna się od sceny, w której sprzedawca zamiata chodnik tuż przed swoim sklepem. Niemal identycznie prezentują się pierwsze karty powieści Głosy z ulicy oraz Humpty Dumpty w Oakland. Wspomnieć należy, że Philip Dick pracował w sklepie z płytami i jego poranki wyglądały bardzo podobnie. Niespieszne ruchy miotłą, przysłuchiwanie się stukotowi obcasów oraz wdychanie kojących woni młodych sekretarek. Sielankowa sceneria amerykańskich przedmieść, na których każdy może odnieść sukces.

Książka Doktor Bluthgeld jak sam przyznaje w krótkim posłowiu Philip Dick, była próbą odgadnięcia przyszłości. Jeśliby oceniać ją pod kątem futurologicznych przewidywań, to powieść nie zdałaby próby czasu. Oczekiwana wojna nie nadeszła, świat nie przeszedł atomowego katharsis, a ludzkość nie musiała rozpoczyna budowy swojej cywilizacji niemal od początku. Ale powieść bardzo dobrze sprawdza się na innym polu. To ciekawa oraz dosyć optymistyczna wizja świata, który podźwiga się po upadku nie dzięki pojedynczym, heroicznym wysiłkom, ale za sprawą długotrwałej, mrówczej pracy wielu zwykłych ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z superbohaterami oraz ich supermocami.

piątek, 01 listopada 2013

Okładka książki Sługa boży

  Tytuł: Sługa boży

  Autor: Erskine Caldwell

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 221

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

 

 

 

Głębokie Południe Stanów Zjednoczonych to określenie, którego używa się w stosunku do południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Region ten słynie z konserwatyzmu oraz głębokiego umiłowaniu tradycji. W czasie wojny secesyjnej wszystkie stany z tego okręgu należały do Konfederacji. Głębokie Południe było rejonem typowo rolniczym, którego siłę roboczą stanowili czarni niewolnicy. Zrozumiałe zatem, że w tym okręgu zdecydowanie najbardziej widoczne były napięcia rasowe, co przejawiało się m.in. wzmożoną aktywnością Ku Klux Klanu. Z Głębokiego Południa wywodzi się także urodzony w Atlancie Martin Luther King, czarnoskóry pastor, jeden z czołowych działaczy, walczący o równouprawnienie oraz zniesienie dyskryminacji rasowej. Historia tej części Ameryki jest ogromnie frapująca. Nic dziwnego, że wielu amerykańskich literatów brało na warsztat właśnie Głębokie Południe, próbując przybliżyć czytelnikowi tej zakątek swojego kraju.

Oczywiście najłatwiej jest pisać o miejscach, które są nam doskonale znane, w których dorastaliśmy oraz dojrzewaliśmy, psychicznie oraz fizycznie. Widać to na przykładzie prozy Erskine’a Caldwella, urodzonego w stanie Georgia amerykańskiego literata. Pochodzący z White Oak artysta był synem pastora, wędrownego kaznodziei, który odbywał liczne misyjne podróże po południowych stanach USA. Młody Erskine poznał od podszewki życie regionu, stykając się z jego mieszkańcami, kulturą oraz religijnością. Ponadto Caldwell imał się różnorakich zajęć, począwszy od pracy na plantacji bawełny, na zawodzie kucharza oraz kelnera skończywszy. Życie odsłaniało przed przyszłym pisarzem wszystkie swoje sekrety, ukazując zarówno swoje jaśniejsze strony jak i te zdecydowanie mroczniejsze. Wykształcenie zdobyte w college’u oraz na uniwersytecie w Wirginii pozwoliło Caldwellowi podjęcie pracy dziennikarskiej w 1925 roku, w czasie której zwiedził Amerykę Południową, Azję oraz Europę, w tym również Polskę. 10 lat później, w roku 1935 Caldwell wydał swoją trzecią książkę, pt. Sługa boży, którą miałem przyjemność ostatnio przeczytać.

Powieść już od pierwszych stron uderza swoim klimatem. Powietrze zdaje się wibrować od gorąca, bezlitosny żar bezustannie bucha z nieba, słońce bezwstydnie ogrzewa nasz przybytek, mimo, iż to dopiero kwiecień. Temperatura rozleniwia. Człowiek pozostaje zastygły w jednej pozie, maksymalnie oszczędzając zużycie energii. Każdy ruch jest bardzo wnikliwie przemyślany, żaden gest nie jest ani gwałtowny, ani tym bardziej zbędny. Siedzimy bezmyślnie na werandzie, oczekując ożywczego chłodu, który powinien nadejść wraz z nastaniem zmierzchu. Jedyne oznaki życia dochodzą z murzyńskich bud, które znajdują się niedaleko zabudowań gospodarczych. Hałasy hasających dzieciaków, czy odgłosy szybko poruszających się łyżek. Czarnoskórzy robotnicy pewnie posilają się prędko w krótkiej przerwie pomiędzy kolejnymi zajęciami na polach uprawnych. Cała sielanka kończy się, kiedy na horyzoncie pojawia się rosnący punkcik. Z każdą chwilą początkowo bezkształtna kropka zaczyna nabierać konturów. Widać już zdezelowaną karoserię, wyraźnie przegrzaną chłodnicę, opony, trudem niosące brzuchate cielsko wozu, za kierownicą którego siedzi wysoki, tyczkowaty jegomość. Czegoż takiego może szukać ten koleś w Rocky Comfort, dziurze zabitej dechami, do której nawet diabeł nie zagląda? Samochód ostatkiem sił dojeżdża pod ogrodzenie, wydaje ostatnie tchnienie, wypuszcza chmurę smrodliwego dymu, po czym milknie na dobre. Z gruchota wydostaje się ubrany na czarno mężczyzna, uważnie taksuje wzrokiem gospodarza majątku, zaintrygowanego pojawieniem się niespodziewanego gościa. Nagle wyciąga przed siebie ogromną łapę – oto Semon Dye we własnej osobie.

Główny bohater tej krótkiej powieści to właśnie Semon Dye, wędrowny kaznodzieja, który podróżuje po Południu Stanów Zjednoczonych, głosząc słowo boże oraz walcząc z siłami nieczystymi, nawracając niepokorne dusze zatwardziałych grzeszników. Ale od samego początku Dye nie sprawia wrażenia typowego duchownego. Bohater niemal siłą wprasza się do domu Clay’a Horey’a, u którego mieszka oraz pożywia się od środowego momentu przybycia aż do niedzielnego wygłoszenia kazania w lokalnej szkole. Ponadto kaznodzieja niemal w ogóle nie kryje się ze swoim pożądaniem, któremu wyraźnie próbuje dać upust w zetknięciu z każdą niewiastą, która napatoczy mu się pod rękę. Wreszcie za sztandarowego sługę bożego nie może uchodzić osobnik raczący się ziemskimi uciechami, do których z pewnością można zaliczyć namiętne spożywanie alkoholu, czy grę w kości, w której stawki są zdecydowanie większe niż niewinne ćwierćdolarówki. Ale pomimo wszystkich tych zgrzytów, widocznych gołym okiem, Clay Horey oraz jego znajomy Tom Rhodes ani przez moment nie kwestionują prawdziwości słów Semona Dye’a co do jego duchowych kwalifikacji. W rezultacie otrzymujemy zabawną historię, w której wygadany szarlatan owija sobie wokół palca niewielką wiejską społeczność, która dosłownie zaczyna jeść mu z ręki.

Króciutka książka Erskine’a Caldwella to bardzo negatywny, ale również mocno przejaskrawiony obraz Głębokiego Południa. Autor celowo wyolbrzymia wady swoich bohaterów, nadając im groteskowy charakter. W ten sposób Caldwell podkreśla bezmyślność egzystencji, prowadzonej przez południowoamerykańskich farmerów, którą śmiało można przyrównać do wegetacji. Całe dni spędzane są na werandzie, przeplatane nielicznymi wypadami do miasta oraz spożywaniem bimbru z kukurydzy. Umysłowa ciemnota oraz intelektualna niemoc wręcz biją po oczach. Ale najbardziej poraża bezwolność i marazm, którego nic nie jest w stanie zburzyć. Ludzie ożywają jedynie na mgnienie chwili, np. po ekstatycznym kazaniu charyzmatycznego sługi bożego, ale wkrótce z powrotem zapadają w letarg, z którego udało ich się na moment wyrwać. Wszystko to czynione jest bezrefleksyjnie i apatycznie. Żadna głębsza i dłuższa myśl zdaje się nie gościć w umysłach tych ludzi. Również ekscentryczny kaznodzieja z biegiem czasu staje się jedynie kolejnym elementem krajobrazu, składową rzeczywistości, którą mimowolnie się asymiluje, unikając w ten sposób walki, która wiązałaby się z koniecznością działania, a więc wysiłku. Wszystko w powieści wydaje się wyblakłe i przygasłe. Nawet słynny rasizm w południowoamerykańskim wydaniu sprowadza się jedynie do pogardliwego traktowania kolorowych oraz głębokiej odrazy na samą myśl o stosunku płciowym, odbytym z czarnym. Natomiast wrodzony lęk przed obcym rozprasza się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy tylko okazuje się, że tajemniczy nieznajomy jest sługą bożym – wtedy to wszystkie drzwi stają przed nim otworem, ze strony każdego mieszkańca może liczyć na gościnę.

Sam język, który Caldwell zastosował w powieści jest ubogi i prosty. To język farmerów, prymitywnych osobników, którzy stosują go wyłącznie do komunikacji, ograniczając jego ilości do niezbędnego minimum. Opisy przyrody, czy otoczenia są równie oszczędne, ale napisane z ogromną wprawą, tak, że czytelnik od razu odnajduje się w scenerii tworzonej przez autora, który przypomina doświadczonego malarza, potrafiącego kilkoma zgrabnymi ruchami pędzla nakreślić kluczowe elementy krajobrazu.

Całą historię można odczytać również w szerszej perspektywie. Prezentuje ona naturę ludzką, która na ogół niechętna jest jakimkolwiek zmianom, burzącym dotychczasowy porządek rzeczy. Człowiek jest na ogół istotą dosyć elastyczną, posiadającą spore zdolności adaptacyjne, co pozwala przystosować się do niemal każdych warunków. Ale te umiejętności wykorzystywane są dopiero w ostateczności, kiedy nie ma już innego wyjścia. Najczęściej, jako ludzkość, społeczność stoimy na straży tradycji, pozostając w głębokiej opozycji do jakichkolwiek nowinek, czy to kulturowych, czy moralnych, czy nawet technicznych. Cenimy to co sprawdzone, a nowe często kojarzy się z niepotrzebnie podejmowanym ryzykiem, które wcale nie musi się opłacić. Ludzka społeczność jest niczym ogromne koło zamachowe, które bardzo trudno jest wprawić w ruch postępu. Nasza natura jest niczym głęboka woda, w której bezkresnej toni topi się wiele innowacyjnych idei, nie akceptowanych ze względu na to, że zbyt diametralnie różnią się one od dotychczas stosowanych rozwiązań. Podobnie jest z tytułowym sługą bożym - Semon Dye tylko na chwilę burzy spokojną taflę georgiańskiej społeczności, która już po kilku dniach wygładza się, nie pozostawiając ani śladu po ekscentrycznym kaznodziei, który na swój niepowtarzalny sposób próbował nią wstrząsnąć.

Sługa boży to druga książka autorstwa Erskine’a Caldwella, którą miałem przyjemność przeczytać. Podobnie jak Ostatnia noc lata to raczej krótka, acz dosyć interesująca lektura, która prezentuje czytelnikowi południowy obraz Stanów Zjednoczonych na początku XX wieku. W powieści nie brakuje ironii oraz hiperbol, tak, że całość ma mocno groteskowy charakter. Zabawna, niezbyt obszerna treść sprawia, że w mojej opinii Sługa boży tak jak i Ostatnia noc lata znakomicie nadawałby się na teatralne deski. Z chęcią wybrałbym się na tego typu komedię, odsłaniającą przed widzem wszelkie absurdy żywota na amerykańskiej prowincji.

piątek, 25 października 2013

Okładka książki John Piekło

  Tytuł: John Piekło

  Autor: Didier Decoin

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 307

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Książki są niczym ludzie – wielu z nas zwraca uwagę na ich prezencję, wygląd zewnętrzny, chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę, że najistotniejsza jest treść. Słowa, zdania, wyrazy, myślowe konstrukcje – to one zawierają sedno idei, które autor pragnie przekazać czytelnikowi. Okładka może jednak w pewien sposób tę wewnętrzną wartość podkreślać, komponować się z nią i harmonicznie współgrać. Zdarzają się okładki, które zazębiają się z powieścią niemal doskonale, stanowiąc jej uzupełnienie, czy nawet swego rodzaju możliwy klucz interpretacyjny. Niewątpliwie wspaniałym wyglądem może poszczycić się powieść John Piekło, dzieło francuskiego prozaika, laureata nagrody Goncourtów, Didiera Decoina, wydana na łamach Państwowego Instytutu Wydawniczego. Czarne niczym smoła niebo, na którym zarysowują się potężne acz niewyraźne sylwetki drapaczy chmur, wesoło skrzące się feerią barw, spoglądające na czytelnika kolorowymi oczami okien – wszystko to znakomicie oddaje ducha powieści. Budynki, czy raczej ich kontury, nocne obrysy skrywają w sobie tajemnice, które noszą w sobie ich byty. W końcu mrok od zawsze kojarzy się z nieznanym, niezbadanym, a przez to szczególnie godnym uwagi, prowokującym do poznania. Jak te potężne budowle prezentują się w świetle dnia? Czy faktycznie sięgają nieba? Czy faktycznie plączą się wzajemnie w miłosnych uściskach?

Podobne sekrety noszą w sobie bohaterowie powieści Didiera Decoina. Francuski twórca wybiera trójkę przypadkowych ludzi, których losy splata ze sobą za sprawą czystego przypadku, zwykłego trafu. Dzięki owemu wszechmocnemu fatum, czytelnik staje się świadkiem niezwykłych interakcji, jakie zachodzą pomiędzy piękną, tymczasowo niewidomą kobietą, a dwójką zauroczonych w niej mężczyzn. Autor stopniowo odkrywa przed nami co skrywają za sobą meandry ludzkiej psychiki. Uzmysławia ile ton piaszczystych wspomnień, burzliwych życiowych doświadczeń wpływa na podejmowane w danym momencie działania, wybory, decyzje.

Tytułowy bohater, Indianin John Piekło, ogląda świat z perspektywy, która podwójnie różni się od naszego sposobu postrzegania świata. John spogląda na niego z wysokości, z bezkresu drapaczy chmur, chciwie pnących się coraz wyżej i wyżej. Jako czyściciel szyb wieżowców Indianin obserwuje ludzką społeczność bardziej jako gromadę, grupę istot ściśle ze sobą powiązanych, żyjący w symbiozie z ogromnym organizmem Miasta, którego trzewia zaludnia. Być może ta perspektywa utrudnia zadzierzganie głębszych relacji z ludźmi, których John nie umie traktować jako bytów indywidualnych, niepowtarzalnych i wyjątkowych. Owszem, ludzie różnią się pomiędzy sobą tak jak drzewa, czy trawy, ale wraz z mocniejszym podmuchem wiatru rośliny potulnie kurczą się pod jego naciskiem. Podobnie człowiek, mimo iż nie jest wierną kopią pozostałych przedstawicieli swojego gatunku, to jednak wachlarz jego zachowań, reakcji oraz działań jest ściśle określony przez własną naturę.

John, który nadaje szybom należyty blask, ścierając z nich cały kurz oraz miejski brud, jest także wiecznym podglądaczem, bacznie śledzącym sekrety ludzkiego żywota zza szklanej, przeźroczystej kurtyny, będąc zawieszonym nad przepaścią. Przestrzeń, którą zapełnia sprawia, że John jest obserwatorem oraz wiecznym samotnikiem. Izolacja od reszty ludzkości jest stanem naturalnym, Indianin mimowolnie roztacza wokół siebie dystans, który nie pozwala na bliższą znajomość. Możliwe, że właśnie z tego powodu John nie był w stanie utworzyć stałego związku z żadną, napotkaną dotychczas kobietą. Indianin w kontaktach z kolejnymi partnerkami ogranicza się zatem do spełniania własnych seksualnych potrzeb. Doświadczenie zdobyte w poprzednim zawodzie, pracy w charakterze asystenta w laboratorium, gdzie opiekował się zwierzętami, nad którymi prowadzono wszelakiej maści, a niekiedy i bardzo bolesne badania, służy mu w tych przelotnych relacjach. Delikatność, czułość, uspokajający dotyk są narzędziami, dzięki którym John uzyskuje od kobiet zaspokojenie swoich pragnień oraz seksualnego pożądania.

Pewnego deszczowego wieczoru John trafia do szpitala, do którego sprowadzają go zawodowe obowiązki. Oczekując na koniec ulewy, która uniemożliwia czyszczenie szyb, Indianin spotyka w męskim szalecie zabłąkaną kobietę z przepaską na oczach. Pomagając dotrzeć jej do kawiarni John w zupełności ulega urokowi, który roztacza bezradna i piękna nieznajoma, na co dzień profesorka socjologii miejskiej. Na skutek wypadku na desce surfingowej, uległa ona chwilowej ślepocie, która ma trwać jeszcze kilka miesięcy. Kobieta wywiera na nim takie wrażenie, że Czejen, mimo sprzyjającej sytuacji, jest w stanie opanować swoją seksualną żądzę, której przecież mógłby dać upust, bez obawy, że ofiara rozpozna swojego napastnika. Odprowadzając Miss Dorothy Kayne do sali, w której leży spotyka trzeci bok miłosnego trójkąta. Aszton Misza to marynarz polskiego pochodzenia, który życie związał z morzem, uciekając przed zawieruchą II wojny światowej, która była szczególnie mało łaskawa dla Żydów. Starszy człowiek został przykuty do szpitalnego łoża za sprawą wyrostka robaczkowego, który uniemożliwił mu odpłynięcie ze swoją jednostką. Podobnie jak John Piekło, Aszton Misza również ulega zniewalającej bezradności swojej szpitalnej sąsiadki, Dorothy Kayne. Od tego momentu los trojga ludzi łączy się ze sobą w sposób nierozerwalny.

Powieść jest historią nietypowego starcia dwóch samotników w walce o względy niewidomej kobiety. Jej schorzenie, tymczasowa ślepota w mgnieniu oka czyni z niej istotę kruchą i jakże zależną od innych, którym, jeśli odważy się na nich zdać, musi bezgranicznie zaufać. Przypomina to akt oddania się, szczególnie, że opiekunami są mężczyźni. Ale John i Aszton, poza tym, że obaj są czcicielami ciszy, przekładający milczenie ponad próby wyjaśniania czegokolwiek, nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Co prawda obaj to wyrzutki, outsiderzy, egzystujący poza społecznym nawiasem, ale dla przykładu John Piekło to typ człowieka, który w kłopoty pakuje się głową naprzód, w przeciwieństwie do Asztona Miszy, który ucieka od nich wpław. Indianin jest człowiekiem czynu, stawia działanie i akcję ponad słowa, w których moc tak głęboko wierzy Polak z Pińska. Co ciekawe jednak, w przypadku Dorothy Kayne John Piekło ogranicza się jedynie do gestów, uścisków dłoni oraz spokojnej mowy ciała, nie będąc w stanie wykazać takiego zdecydowania jak Misza. Indianin jest za to wcieleniem cierpliwości oraz nieuchronności, z czego doskonale zdaje sobie sprawę Aszton, pragnąc maksymalnie wykorzystać dany mu przez los szczęśliwy czas. W całym tym miłosnym trójkącie najzabawniejszy jest fakt, że z biegiem czasu cała trójka staje się przyjaciółmi, którzy nie potrafią się od siebie oderwać. Ich żywoty scalają się ze sobą, dodając temu dziwnemu dramatowi swoistej groteski.

Ale wspomniani ludzie to nie jedyni bohaterowie powieści. Jedną z pierwszoplanowych postaci jest z pewnością Miasto. Nowy Jork lat siedemdziesiątych to równie ciekawy aktor całej historii. Za sprawą pióra Didiera Decoina ogromna metropolia nabiera na wskroś ludzkich cech. Wydaje się, że jedynym, który potrafi dostrzec szklane oczy wieżowców, czy podziemne trzewia metra w ich pełnej postaci jest John Piekło. Dzięki swojej wrażliwości Indianin jest również w stanie zdiagnozować zły stan Miasta, które w jego opinii jawi się jako starzejący się i z wolna rozsypujący się staruszek. John pielęgnuje zewnętrzną powłokę Nowego Jorku, czule pieści ogromne maszty drapaczy chmur, ale Miasto toczy choroba od wewnątrz – w wielu budynkach zaczyna brakować życia, bowiem ludzie nie chcą już w nich egzystować. Zatem potężne budowle gniją i murszeją. Swój smutek i żal wyrażają za pomocą niedostrzegalnych dla niewprawnego oka znaków, jęków oraz pomruków, które w pełni interpretuje John Piekło. Indianin nie może jednak liczyć na zrozumienie ze strony białego człowieka, który miasto rozpatruje wyłącznie jako matematyczną kwestię współczynników wytrzymałości oraz ciąg parametrów ekonomicznych, finansowych, socjologicznych i architektonicznych. Miasto jako żywy organizm, posiadający wrażliwe tkanki, podatne na uszkodzenia i zranienia to wizja zbyt śmiała, by mogły zaakceptować je na wskroś logiczne umysły.

Powieść John Piekło to wg mnie kwintesencja literatury francuskiej, która słynie ze znakomitej prozy psychologicznej. Didier Decoin kreśli przed czytelnikiem niezwykłe frapujące postacie, których losy śledzi się nieśpiesznie, ale z ogromnym zaciekawieniem. Na uwagę zasługuje również akcja powieści, która prowadzona jest dwutorowo. Na bliższym planie obserwujemy losy trójki życiowych rozbitków, których łączy skomplikowana z psychologicznego punktu relacja. Z kolei w szerszej panoramie śledzimy perypetie miasta, które zdaje się sukcesywnie pogrążać w śmiertelnej agonii. Całe dzieło jest przemyślane od początku do końca. W Ameryce, która dla wielu stanowi synonim wolności oraz wielokulturowości, rozgrywa się spektakl, w którym uczestniczą Czejen, a więc rdzenny mieszkaniec północnoamerykańskiego lądu, szukający spokojnego portu dla swojej starości Polak, pozostający bez ojczyzny, odcięty od rodzinnych stron oraz na wskroś współczesna i typowa Amerykanka, która zanim oślepła prowadziła standardową egzystencję anonimowego członka ogromnej miejskiej metropolii. Czy dokonywane przez nich wybory są w pełni zależne wyłącznie od nich samych? Co sprawia, że losy tych trojga ludzi splatają się ze sobą tak mocno? Wisienką na torcie, która każe mi bardzo wysoko oceniać dzieło francuskiego artysty jest wspaniały język, którym Decoin posługuje się z niezwykła wprawą. W trakcie lektury niemal czuć słony zapach morza, przeplatany mieszaniną rybiego fetoru oraz odoru statkowych wydzielin. Prawie namacalna staje się również brudna noc, unosząca się z gazomierzy fabrycznych kominów, tłusta noc przyklejająca się do szyb. W mojej opinii nostalgiczna powieść znakomicie nadaje się na coraz dłuższe, ale wciąż ciepłe jesienne wieczory.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita