Subiektywnie o książkach. I nie tylko.
Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Muzyka | Promocje | Teatr
RSS
czwartek, 17 października 2013

  Tytuł: Okładka książki Paryski EkspresParyski ekspres

  Autor: Georges Simenon

  Wydawnictwo: W.A.B.

  Liczba stron: 167

  Cena: 34,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Zasada nieoznaczoności Heisenberga mówi, że istnieją pewne pary powiązanych ze sobą wielkości, których nie da się zmierzyć symultanicznie z dowolną dokładnością. Dla przykładu nie jest możliwe wyznaczenie precyzyjnego położenia elektronu przy równoczesnym podaniu jego dokładnego pędu. Dzieje się tak ponieważ starając się określić, gdzie znajduje się elektron, przy użyciu odpowiedniego narzędzia pomiarowego, np. mikroskopu, jednocześnie oddziałujemy na badany obiekt. Zwiększając moc, czyli zdolność rozdzielczą naszego mikroskopu, posługujemy się światłem o coraz mniejszej długości fali, co powoduje silniejsze zderzanie fotonów z elektronami (tzw. efekt Comptona), w rezultacie czego następuje większe zaburzenie ruchu elektronów – pęd interesującego nas elektronu ulega więc zmianie. Okazuje się, że reguła ta stworzona przez niemieckiego uczonego Wernera Heisenberga na potrzeby fizyki kwantowej może znaleźć zastosowanie również w dziedzinie studiów nad ludzką psychiką. Do takich refleksji udało mi się dojść po lekturze książki Paryski ekspres autorstwa Georges’a Simenona.

Georges Simenon to jeden z najpopularniejszych pisarzy belgijskich, który stworzył wszystkie swoje dzieła w języku francuskim. Nie do końca ceniony przez krytykę za życia, które przypadło w latach 1903 – 1989, obecnie uchodzi za swoisty symbol literatury. Największy rozgłos przyniosły Simenonowi książki o komisarzu Maigret, nieustraszonym śledczym, rozwiązującym kolejne kryminalne zagadki. Stanowią one filar popularności autora. Ale za pozycje świadczące o wielkości Simenona, w których objawia on pełnię swojego pisarskiego talentu, uchodzą jego powieści psychologiczno-obyczajowe, do których zalicza się znana mi już Wdowa Couderc oraz omawiany Paryski ekspres. Sięgając po tę formę literacką Simenon brał na warsztat człowieka, postrzeganego jako jednostkę egzystującą w ogromnym, ale ślepym i niemym społeczeństwie, rozbierając go na części pierwsze, starając się dociec jego natury. Na przykładzie Wdowy Couderc oraz Paryskiego ekspresu można przy tym zauważyć tendencję do korzystania z mocno eksploatowanego przez autora gatunku, jakim jest powieść kryminalna. Simenon chętnie sięga po kreacje morderców, starając się zgłębić ich psychologię, szczegółowo przedstawić okoliczności, w jakich wstąpili na drogę zbrodni oraz precyzyjnie odtworzyć przemiany, zachodzące w ich psychice po dokonaniu czynów ostatecznych i nieodwracalnych, które raz na zawsze zmieniają, a przez to determinują całe ich życie.

Głównym bohaterem Paryskiego ekspresu jest Kees Popinga, niespełna czterdziestoletni Holender, mieszkaniec Groningen, przykładny mąż oraz troskliwy ojciec dwójki dorastających dzieci. Pan Popinga, przynajmniej na początku powieści, może uchodzić za wzór cnót wszelakich. Szerokim łukiem omija bary oraz szynki, w których serwowany jest alkohol, dzielnie przeciwstawia się fizycznym żądzom i to na tyle skutecznie, że nigdy nie zaszedł do domu publicznego, by rozkoszować się ciałem obcej kobiety. Ponadto w firmie Juliusa de Costera zarabia całkiem pokaźne kwoty, które pozwalają mu otoczyć troskliwą opieką swoją najbliższą rodzinę. Pan Popinga mieszka w luksusowej dzielnicy, w której posiada ogromną willę. Na utrzymaniu ma również służbę, jest członkiem klubu szachowego, w którym regularnie spotyka całą śmietankę towarzyską zacnego miasteczka. Spędza wieczory w cieple domowego ogniska, paląc kosztowne cygara, prowadząc błahe konwersacje z panią Popinga, doglądając nauki swoich pociech. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zmącić spokoju, który w życiu pana Popingi gości już od 16 długich lat.

Tymczasem, niespodzianie nadciąga chłodny, zimowy wieczór, który diametralnie zmienia losy tego ustatkowanego dżentelmena. Dość powiedzieć, że na skutek kilku słów swojego pracodawcy, Juliusa de Costera młodszego, główny bohater zrywa ze swoim dotychczasowym życiem, popełnia zbrodnię i pierwszym napotkanym nocnym pociągiem udaje się do Paryża. Czytelnik towarzyszy panu Popindze w onirycznych, grudniowo-styczniowych wędrówkach paryskimi ulicami, wśród których stara się on skryć przed ścigającą go policją.

Georges Simenon w książce Paryski ekspres pokusił się o stworzenie swoistego studium człowieka, który zostaje doprowadzony do granic ostateczności i które to granice decyduje się w końcu przekroczyć. Popinga pod wpływem jednego impulsu staje się osobnikiem nie związanym z nikim, ani z niczym, z żadną ideą, przedmiotem, miejscem. Zaczyna on prowadzić samotną walkę, zarówno z poszukującymi go organami sprawiedliwości, z prasą, która pisze o nim różne, często mającego niewiele wspólnego z prawdą, artykuły, czy z psychiatrami, starającymi się dociec motywów jego postępowania. Pan Popinga nie kieruje się przy tym żadnym wzniosłym celem. Jego działania są doraźne, wynikają z potrzeby chwili, są konsekwencją stanów poprzednich, determinujących ściśle kolejne posunięcia. Pan Popinga kluczy, krąży, rozgrywa wielką partię na ulicznej szachownicy Paryża, której stawką jest możliwość ucieczki przed nużącą przeszłością.

Popinga w pewnym sensie przypomina bohatera powieści Amosa Oza pt. Spokój doskonały. Holendra, podobnie jak i mieszkańca żydowskiego kibucu trapi uczucie niepokoju, chęci działania, przejawiającego się w zerwaniu całej pajęczyny codzienności, która coraz ciaśniej oplata jego osobę. W obu przypadkach rutyna okazuje się męcząca, przytłaczająca, dosłownie dusi i tłamsi ona obu mężczyzn. W walce z nią pomaga panu Popindze szef, za sprawą którego w jednej chwili oddaje się niewypowiedzianemu jak dotąd marzeniu, by kompletnie odmienić swoją egzystencję, stać się kimś zupełnie innym. Ale kim?

Dotychczasowy pan Popinga wypalił się do cna. Z roli jaką przyszło mu zagrać, porządnego i honorowego pracownika, wzorowego męża, kochającego tatuśka, nie da się już absolutnie nic wycisnąć. Naczynie mające kształt i postać pana Dopingi przepełniło się miałką treścią, której kolejne porcje zaczęły się wylewać. Bohater wyrusza zatem w swoistą wędrówkę, która być może jest poszukiwaniem nowej formy, w jaką ten mógłby się wcielić. Ale póki co, pan Popinga stanowi wyłącznie bezładną mieszaninę cząsteczek, która nie ma stałego kształtu, a którą targa prawdziwa burza sprzecznych emocji. Swoistym symbolem zerwania z wcześniejszym życiem jest nocny ekspres, do którego zresztą bohater od zawsze miał pociąg. Spowity cieniem skład z przedziałami, skrywającymi ludzi, sunących gdzieś w gęsty mrok razem ze swoimi sekretami i tajemnicami jest swoistym uosobieniem wolności, do której powinien zabrać również pana Popingę. Tymczasem okazuje się, że bohater oswobadzając się z pęt jednego schematu, wpada w następny. Z porządnego obywatela, szanowanego człowieka, umęczonego codziennym życiem staje się zboczeńcem z Amsterdamu, na którego poluje cała francuska policja. Jednocześnie media chętnie ferują wyroki na temat jego stanu psychicznego na podstawie kilku zdawkowych informacji, do których udało im się dotrzeć, przypinając mu łatkę paranoika oraz maniaka.

Poznając przypadek pana Dopingi, widać wyraźnie, że każdy, nawet na pozór najzwyklejszy i najpospolitszy człowiek stanowi uosobienie ogromnej tajemnicy. Otoczenie, które podobnie jak i on sam nie jest w stanie jej zgłębić, posługuje się uproszczeniami oraz schematami, mającymi w racjonalny sposób wyjaśnić dane zachowania. A kiedy wyczerpują się już wszelkie możliwości logicznej interpretacji postępowania danego osobnika, ochoczo sięga się po ostateczne wyjście, czyli uznanie go za człowieka chorego psychicznie. Simenon w ciekawy sposób uzmysławia czytelnikowi, że ów sekret, który skrywa w sobie pojedynczy ludzki osobnik nie jest możliwy do całkowitego i zupełnego rozwikłania. Z jednej strony podmiot rozważań, czyli człowiek, nie może wyjść poza ramy samego siebie, czyli niejako wyzbyć się własnej osobowości, by z odpowiedniej perspektywy spojrzeć na własne działania, tak by możliwa była jak najprecyzyjniejsza i możliwie bezstronna ich analiza. Człowiek, badając samego siebie, zawsze skażony będzie uczuciami, żywionymi względem własnej osoby w znacznie większym stopniu niż postronny obserwator. Z drugiej zaś strony, jedynie ów podmiot badań posiada odpowiedni zapas wiedzy na temat własnych uczuć, odczuć, bodźców, czy to w postaci samoświadomości, czy zdolności do autoanalizy. Postronny obserwator nigdy nie pozna całej gamy uczuć danego człowieka, tak, by wyczerpująco wypowiedzieć na temat jego psychiki, motywacji, etc. Natura ludzka jest więc niczym natura elektronu, której zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga nie jesteśmy w stanie w pełni określić. Do jej pełnego poznania konieczna byłaby odpowiednia perspektywa oraz całkowita znajomość odczuć badanej osoby – jest to zatem para wielkości, których nie możemy jednocześnie osiągnąć z największą możliwą dokładnością.

Książka Paryski ekspres to w moim odczuciu znakomita lektura. Autor umiejętnie posłużył się pewnymi elementami, charakterystycznymi dla powieści kryminalnej, takimi jak zbrodnia, ofiara, czy zabójca wraz z drepczącym mu po palcach komisarzem, których użył do stworzenia znakomitej powieści psychologicznej. Książka nie jest natomiast klasycznym kryminałem, bowiem winny jest znany czytelnikowi od momentu popełnienia przestępstwa. Zamiast sztampowej zgadywanki, typu kto zabił, Simenon postawił na głęboką analizę uczuć mordercy, starając się możliwie jak najlepiej przedstawić meandry jego psychiki. Uważam, że swoisty eksperyment literacki, którego dopuścił się Belg w pełni się udał. Zapraszam zatem do wspólnej podróży Paryskim ekspresem. Zapewniam, że wyprawa będzie ciekawa oraz satysfakcjonująca.

P.S. Tę fascynującą pozycję udało mi się nabyć w sieci Składnic Taniej Książki Dedalus za jedyne 12 zł. Oto kolejny dowód, że naprawdę wartościową literaturę można nabyć za mniej niż 20 zł.

niedziela, 13 października 2013

  Tytuł: Czarnobyl - zapis faktówOkładka książki Czarnobyl - zapis faktów

  Autor: Paul Piers Read

  Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 

  Liczba stron: 443

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Mało kto kojarzy dzisiaj Czarnobyl za sprawą rośliny bylicy pospolitej, zwanej po ukraińsku czornobyl, od której wywodzi się nazwa tego ukraińskiego miasta. Aktualnie Czarnobyl to przede wszystkim katastrofa elektrowni atomowej, która miała miejsce 26 kwietnia 1986 roku. Wielu z nas zna, albo chociaż kojarzy tę datę, ale chyba tylko garstka wie, co dokładnie zaszło owej feralnej nocy i w jaki sposób doszło do najgroźniejszej w historii awarii elektrowni atomowej. Chociaż całe wydarzenie miało miejsce ponad 20 lat temu, wydaje mi się, że tematyka samych elektrowni atomowych jest ciągle aktualna, szczególnie w świetle przyszłych planów naszego rządu, który czyni ogromne starania, by tego typu obiekt przemysłowo-energetyczny zaczął funkcjonować również w Polsce. Wydaje mi się, że nauka na błędach poprzedników to dobra szkoła, która przy solidnej analizie oraz staranności może w dużym stopniu pomóc uniknąć powielania podobnych, nawet najdrobniejszych niedopatrzeń, które w kwestiach tak delikatnych, jakimi są niewątpliwie prace z substancjami rozszczepialnymi, są po prostu niewybaczalne, bowiem rozrastają się do niesamowitych rozmiarów.

Piers Paul Read, brytyjski pisarz, twórca powieści, literatury faktu oraz biografii, jako pierwszy autor zachodni stworzył opracowanie, w którym postarał się wyjaśnić przyczyny katastrofy w Czarnobylu oraz odtworzyć jej dokładny przebieg. Książka pt. Czarnobyl – zapis faktów ukazała się w 1996 roku, 10 lat po awarii. Już na wstępie trzeba przyznać autorowi, że podjął się on zadania bardzo trudnego – zaczął on zbierać materiały do książki na początku lat 90’, w okresie niestabilności i przemian, w którym byłe republiki radzieckie odzyskiwały utraconą niepodległość i na nowo tworzyły zręby struktur państwowych. Ponadto autor starał się pozostać bezstronny, pragnąc uzyskać możliwie jak najbardziej obiektywną relację, co w świetle faktów przytoczonych w dalszej części tekstu będzie wydawało się wprost niemożliwe do osiągnięcia.

Autor podzielił swoje dzieło na trzy zasadnicze części. W pierwszej, zatytułowanej Nowa cywilizacja przybliża ona czytelnikowi rozwój atomistyki w ZSRR. Wydaje mi się, że dla wielu pewnym zaskoczeniem będzie fakt, że mimo iż to USA jako pierwsze państwo skonstruowało bombę atomową, której zresztą nie zawahało się użyć i sprawdzić jej skuteczności w warunkach bojowych, to jednak ZSRR przez długi okres dzierżyło palmę pierwszeństwa w kwestii pokojowego wykorzystania energii atomowej. To właśnie w kraju Stalina powstała pierwsza elektrownia atomowa w zakładach Majak. Piers Read szczegółowo przedstawia ojców rosyjskiej energetyki atomowej, wymieniając najważniejszych naukowców, którym przynajmniej częściowo udało ujarzmić się promieniotwórcze pierwiastki i zaprząc je to wytwarzania energii. Co ciekawe, autor ujawnia, że Czarnobyl nie był pierwszą katastrofą atomową, która miała miejsce w Rosji. Awarie zdarzały się już wcześniej, właśnie w zakładach Majak. W roku 1957 doszło do eksplozji wysuszonych odpadów radioaktywnych, w efekcie czego skażone zostało 250 000 akrów (ok. 1000 km2) żyznej gleby, a ewakuacją objęto ponad 10 000 ludzi. W latach późniejszych przytrafiły się jeszcze dwa dosyć groźne wypadki, ale o żadnym z tych wydarzeń ówczesna władza nie wspominała, traktując je jako wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. Jak się później okaże, takie metodyczne i bardzo przykładne ukrywanie faktów przed własnymi obywatelami oraz pracownikami innych elektrowni atomowych, będzie miało bardzo brzemienne skutki. Metodą prób i błędów, radzieckim uczonym udało się skonstruować w miarę stabilny i na pozór niezawodny reaktor typu RBMK (Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj, Reaktor Kanałowy Wielkiej Mocy), czyli lekkowodny, wrzący reaktor atomowy z moderatorem grafitowym o mocy elektrycznej rzędu 1000 MW (dla porównania najpotężniejsza elektrownia cieplna w Polsce, opalana węglem brunatnym – Bełchatów, posiada moc ponad 4400 MW). Aż do katastrofy w Czarnobylu twórcy reaktora twierdzili, że jest to najbezpieczniejszy reaktor atomowy, któremu nie grozi żadna poważna awaria. Interesujące jest jednak, że mimo tych zapewnień już podczas konferencji w 1976 roku poświęconej zagadnieniom bezpieczeństwa reaktorów typu RBMK, sugerowano poprawę konstrukcji. Zmiany zatwierdzono, zaakceptowano modyfikacje projektu, ale korekt nigdy nie wcielono w życie – wnioski zaginęły gdzieś w potężnej biurokratycznej machinie ZSRR. Być może spory udział w tym nieszczęśliwym pobłądzeniu miały wysokie koszty, z jakimi wiązałyby się przeróbki reaktorów. W pierwszej części książki autor wspomina również o pierwszej awarii elektrowni atomowej, o której usłyszała opinia publiczna. W roku 1979 w amerykańskiej elektrowni Three Mile Island doszło do częściowego stopienia prętów paliwowych. Stosunkowo niewielka ilość radioaktywnych odpadów wydostała się do atmosfery, ale za sprawą mediów oraz premiery filmu Chiński syndrom, opowiadającego o katastrofie atomowej, która miała miejsce kilka dni wcześniej, na wyspie wybuchła panika, a tysiące mieszkańców zostało ewakuowanych. W konsekwencji zaufanie do energetyki atomowej w Stanach Zjednoczonych znacznie spadło.

Część druga dokumentu to zdecydowane meritum. Autor przybliża w skrócie historię powstania elektrowni w Czarnobylu, której budowa również nie pozostaje bez wpływu na wydarzenia z kwietnia 1986 roku. Piers Read ujawnia wszelkie niedociągnięcia, jakich dopuszczono się przy wznoszeniu bloków energetycznych w Czarnobylu. Wielu części wyspecyfikowanych w dokumentacji projektowej po prostu nie udało się zdobyć. Zastąpiono je tańszymi zamiennikami. Dla przykładu dach nad reaktorem został wykonany z materiałów łatwopalnych. Ponadto sam reaktor RBMK, który zastosowano w elektrowni posiadał szereg wad konstrukcyjnych, o których wiedziało jedynie wąskie grono naukowców w ZSRR. Zwykli pracownicy nie mieli o nich najmniejszego pojęcia. W tym miejscu, próbując wczuć się w rolę laika, który nie posiada żadnej wiedzy na temat działania reaktorów atomowych, chciałbym zaznaczyć, że od strony autora zdecydowanie zabrakło mi prostego wyjaśnienia, na czym dokładnie polega praca elektrowni atomowej. Wydaje mi się, że w jeszcze większym stopniu pozwoliłoby to cieszyć się dalszą częścią lektury. Pozwolę sobie zatem na skrótowe wprowadzenie. Elektrownie jądrowe, pokroju tej, jaka pracowała w Czarnobylu, działają na podobnej zasadzie jak konwencjonalne elektrownie zasilane węglem. Woda, będąca nośnikiem ciepła, za sprawą energii pochodzącej z rozszczepiania jąder atomowych (bądź ze spalania węgla, w przypadku elektrowni konwencjonalnych) przechodzi w parę wodną. Para wodna trafia na łopatki turbiny parowej, której wał napędza generator, wytwarzający energię elektryczną. Reasumując, energia cieplna uwalniana z reakcji rozszczepienia, bądź spalania węgla konwertowana jest w energię elektryczną. Nieco bardziej skomplikowana jest praca reaktora RBMK. Podstawą reaktora jest betonowa studnia, w której umieszczone są bloki grafitu. Grafit pełni w reaktorze rolę moderatora – do jego zadań należy spowalniania (mówiąc po fizycznemu: obniżania energii kinetycznej) neutronów. Im wolniejsze są neutrony, tym reakcja rozszczepiania jąder w paliwie jądrowym zachodzi efektywniej. W blokach grafitowych znajdują się kanały paliwowe – to rurki o średnicy ok. 9 cm, które wykonane są ze stali niobu oraz cyrkonu (pierwiastki dzięki swoim właściwościom pełnią funkcję deflektorów neutronów – dzięki nim powstałe neutrony kierowane są do rdzenia reaktora). W kanałach umieszczone są pręty paliwowe, opakowane dodatkowo koszulkami cyrkonowo-niobowymi. Pastylkę paliwową stanowi dwutlenek uranu UO2, wzbogacony do 1,8 %. Gwoździem programu, kluczową częścią reaktora są pręty kontrolne, które wykonane są z węgliku boru. Materiał ten posiadana zdolność pochłaniania neutronów, zatem wygasza on reakcję rozszczepiania. Manipulując prętami kontrolnymi, wsuwając bądź wysuwając odpowiednią ich ilość, operator jest w stanie sterować mocą i zachowaniem się reaktora. Pręty kontrolne używane w reaktorach RBMK miały jednak poważną wadę, o której rzecz jasna nie mieli pojęcia pracownicy elektrowni – aby upłynnić operację wsuwania prętów, ich końcówki pokryte były grafitem, który przecież przyspiesza reakcję rozszczepiania jąder. Zatem w pierwszym momencie, gdy pręty kontrolne są wsuwane do rdzenia, następujące wzrost mocy reaktora, a dopiero po chwili jej spadek. To kolejny puzzel, który okazał się bardzo ważny w katastrofalnej układance.

Bardzo intrygujące są również same okoliczności katastrofy. Radziecka myśl techniczna u wielu budzi uśmiech politowania, ale trzeba uczciwie przyznać, że sporo jej rozwiązań stosowanych jest do dziś, a radzieccy specjaliści byli prawdziwymi fachowcami, którym przyszło jednak egzystować w wyjątkowo niesprzyjających dla nauki warunkach. Reaktory atomowe posiadały zabezpieczenie na wypadek awarii. Cały układ sterowania reaktorem napędzany był energią pochodzącą z elektrowni. Zawsze jednak mogła zajść sytuacja, w której należałoby zatrzymać pracę reaktora, w efekcie czego układ sterowania, pompy odpowiadające za obieg wody, etc., musiały posiadać zapasowe źródło energii. Uruchomienie agregatów prądotwórczych, które stosowano pierwotnie, trwało zbyt długo, dlatego układ postanowiono poddać drobnej modyfikacji. Zmianie uległa konstrukcja turbin, które przed zatrzymaniem się w momencie, gdy przestała dopływać do nich para wodna z reaktora, na skutek dogasającego ruchu obrotowego powinny wyprodukować odpowiednią ilość energii dla awaryjnego zasilania elektrycznego sterowania reaktorem. Testy, czy założenia teoretyczne pokrywają się z rzeczywistością, powinny zostać przeprowadzone przed oddaniem bloku do użytku (które nastąpiło w 1983 roku), ale z racji gnających na złamanie karku terminów, niemożliwe okazało się ich przeprowadzenie w wymaganym czasie. Zdecydowane się na nie dopiero w kwietniu 1986 roku. W dalszej części książki autor zabiera nas do sterowni reaktora nr 4, gdzie wspólnie z operatorami możemy raz jeszcze przeżyć feralnie przeprowadzony eksperyment oraz zostać świadkami jednej z najpoważniejszych w dziejach katastrof atomowych.

Przed czytelnikiem wyłania się dość makabryczny obraz. Największe wrażenie robi przy tym specyfika pracy w ZSRR. Tak jak wspominałem, pracownicy elektrowni atomowej nie posiadali wszystkich niezbędnych danych na temat konstrukcji reaktorów. Ponadto pierwotny termin próby, która miała odbyć się na I zmianie został nieoczekiwanie przełożony na zmianę III. Operatorzy, którzy przyszli na nocną zmianę nie spodziewali się, że przyjdzie im w udziale przeprowadzić test. Już po wybuchu (najpierw gwałtownie rozprężającej się pary a potem mieszaniny wodoru i tlenu), pracownicy nie wiedzieli do końca, co właściwie zaszło, ani co było źródłem wybuchu. Dostępne liczniki Geigera posiadały zbyt małą skalę, by zasygnalizować, że nieodwracalnie uszkodzony został reaktor, a radioaktywne cząstki na skutek wybuchu zostały uwolnione i wyrzucone do atmosfery. Dopiero rzut oka na szczątki reaktora pozwolił operatorom przekonać się, że ziścił się najczarniejszy scenariusz. Promieniowanie po eksplozji było olbrzymie, ale nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Strażacy przybyli na miejsce zdarzenia zostali poinformowani o pożarze dachu hali reaktora nr 4, kompletnie nie będąc świadom śmiertelnego zagrożenia, jakie wiązało się z walką z pożarem.

Tragedia bezwzględnie obnażyła słabości sowieckiego państwa. Nawet, gdy wiedziano już, że doszło do katastrofy na niespotykaną dotąd skalę, władze ZSRR zwlekały z ujawnieniem informacji. W końcu byłoby to przyznanie się do klęski. Dotychczas ZSRR uchodziło za pioniera przemysłowego wykorzystania energii atomowej. Nie lepiej było w trakcie dochodzenia, które miało ustalić przyczyny wypadku. Całą winę i odpowiedzialność starano się zrzucić na operatorów, których oczerniano przy każdej nadarzającej się okazji. Powstawały nawet powieści, w której pracownicy elektrowni przedstawiani byli jako ludzie gnuśni i leniwi, nie mający nic wspólnego z prawdziwymi radzieckimi robotnikami. Kampania oczerniania miała oczywiście na celu odwrócenie ukrycie wrodzonych wad reaktora RBMK, do których nawet w obliczu gorbaczowskiej polityki pierestrojki (przebudowy) i głasnosti (jawności), państwo sowieckie nie miało zamiaru się przyznać. Wiązałoby się to z nieuchronną utratą prestiżu na arenie międzynarodowej, szczególnie w dziedzinie atomistyki. Z drugiej jednak strony autor przyznaje, że całkiem szybka i sprawna ewakuacja Prypeci, a więc robotniczego miasta, w którym mieszkali pracownicy elektrowni wraz z rodzinami, nie byłaby możliwa w warunkach zachodnich, gdzie żądne sensacji media natychmiast wzbudziłby nie dającą się opanować panikę. Swoją drogą Piers Read skierował również sporo krytycznych uwag właśnie pod adresem zachodniej prasy, która po czarnobylskiej katastrofie wyolbrzymiała ofiary w ludziach ponad miarę, starając się nadać awarii odcień prawdziwej hekatomby.

Książka Piersa Paula Reada ukazuje Związek Radziecki późnych lat 80’ jako molocha, nieuchronnie sunącego ku zagładzie. Autor dość udanie prezentuje mechanizmy sprawowania władzy w komunistycznym ustroju, odsłaniając wszelkie słabości i niedociągnięcia, które pośrednio doprowadziły również do awarii w Czarnobylu. W mojej opinii Readowi świetnie udało oddać się nastrój stagnacji, zastoju oraz marazmu, który zapanował w tym potężnym państwie, które z dnia na dzień okazywało się coraz bardziej niewydolne. Autor w sposób bardzo ciekawy zaprezentował również wszelkie konsekwencje płynące z czarnobylskiej katastrofy, która stała się swoistą kartą przetargową w walce o niepodległość Ukrainy. Awaria przyczyniła się również do ogromnego spadku zaufania radzieckiego społeczeństwa do władzy, które jeszcze przed całą tragedią było niewielkie. W ostatniej części zatytułowanej Radiofobia, Read udanie ukazał sidła, w które wpakowała się radziecka władza – opinia publiczna okłamywana sukcesywnie przez całe dziesięciolecia przestała wierzyć w jakiekolwiek oficjalne komunikaty władzy. Doszło do absurdalnej sytuacji, w której oficjalnego stanowiska ZSRR musiały bronić zagraniczne, zachodnie autorytety, przekonując zdesperowanych mieszkańców zamieszkałych na terenach zagrożonych skażeniem, że w wielu miejscach zanieczyszczenia rzeczywiście nie były tak poważne, jak tego pierwotnie oczekiwano.

Na podstawie lektury Reada wyłania się również dość interesujący obraz Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), organizacji pracującej na rzecz bezpiecznego i pokojowego wykorzystania energii jądrowej. Czytając dokument autorstwa Piersa Reada widać wyraźnie, że członkom MAEA podobnie jak i władzy radzieckiej zależało na minimalizowaniu skutków katastrofy. W końcu zaprezentowanie elektrowni atomowych jako obiektów niestabilnych, nieprzewidywalnych a przez to bardzo niebezpiecznych mogłoby okazać się fatalne dla energetyki atomowej w przyszłości. MAEA zajęła się przypadkiem katastrofy czarnobylskiej, ale trudno odnieść wrażenie, że zupełnie bezstronnie podeszła do tego problemu. Wydaje mi się, że również z tego powodu zbieranie materiałów do książki nie było rzeczą prostą – wychodzi na to, że wielu stronom zależało na tym, by awarię elektrowni atomowej w Czarnobylu przedstawić jako sumę nieszczęśliwszych splotów okoliczności, których prawdopodobieństwo powtórnego zajścia jest wręcz nieprawdopodobnie małe.

Natomiast po lekturze całej książki przyznaję, że chociaż energetykę atomową uważam za niemal nieodzowną alternatywę dla naszych dotychczasowych źródeł energii, szczególnie w obliczu fatalnej polityki rządu, który zaakceptował unijne pakiety klimatyczno-energetyczne, to budowę i funkcjonowanie elektrowni atomowej w polskich warunkach postrzegam za rzecz ogromnie ryzykowną. Wydaje mi się, że prosperowanie tego typu obiektu w naszym kraju, w którym bylejakość, improwizacja oraz bardzo luźne podejście do wszelakiej maści przepisów bezpieczeństwa są na porządku dziennym, mogłoby się zakończyć nie mniejszą katastrofą niż ta, która miała miejsce w Czarnobylu. W naszym kraju nie brakuje fachowców oraz ekspertów, którzy spokojnie poradziliby sobie z tego typu wyzwaniem, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, by wszyscy oni znaleźli zatrudnienie w takiej elektrowni. W pierwszej kolejności trafili by pewnie do niej ludzie posiadający odpowiednie poparcie. Obawiam się, że znajomości grałyby znacznie większą rolę niż faktyczne kwalifikacje – w końcu w przemyśle atomowym nie zarabia się marnych groszy i z pewnością znalazłoby się wielu kandydatów, chętnych do pracy w elektrowni atomowej. A w tego typu dziedzinie pracy nie można pozwolić sobie ani na rutynę, ani na niedopatrzenia, ani na najprostsze błędy, bowiem skutki mogą być naprawdę tragiczne.

Kończąc, rzeknę tylko, że Czarnobyl – zapis faktów, to dobra książka, którą mimo sporego natłoku informacji, relacji, nazwisk oraz suchych faktów czyta się bardzo płynnie, z niesłabnącym zainteresowaniem. W sporej mierze jest to zasługa autora, który umiejętnie zestawia ze sobą różne opinie, syntezując z nich wartościowy obraz, pozwalający zapoznać się z dokładnym przebiegiem katastrofy. Piers Read w ramach wstępu w ciekawy sposób streszcza także historię rosyjskiego przemysłu atomowego, a pod koniec lektury bardzo trafnie ukazuje całą gammę skutków, jakie wywołała czarnobylska katastrofa. Jedyna rzecz, do której mógłbym mieć pewne zastrzeżenia to brak krótkiego i rzeczowego wyjaśnienia funkcjonowania reaktora atomowego. W polskim przekładzie zabrakło natomiast tłumaczenia rozwijanych skrótów (dla przykładu reaktor RMBK to Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj i nic więcej). Mimo tych drobnych uchybień książkę gorąco polecam wszystkim zainteresowanym kulisami awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Można dowiedzieć się z niej wielu bardzo interesujących faktów.

Opisując reaktor RMBK korzystałem z materiałów zawartych na stronie: Awaria Elektrowni Jądrowej w Czarnobylu

środa, 09 października 2013

  Tytuł: DłońOkładka książki Dłoń

  Autor: Michał Dąbrowski

  Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 

  Liczba stron: 208

  Cena: 31,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

W wesołych i nadal nie tak odległych latach mojej młodości, na własnej skórze dane było mi w bardzo niewielkim stopniu przekonać się, co to znaczy być sławetnym innym, tj. osobnikiem zdecydowanie odróżniającym się na tle pozostałej części społeczeństwa. W ramach szczęśliwego zakończenia roku szkolnego kolega zaproponował, aby uhonorować to wydarzenie przefarbowaniem włosów. Po krótkim wahaniu przystałem na propozycję, ale po konsultacjach z siostrą, doszedłem do wniosku, że na pewno nie poddam się modzie zmiany koloru owłosienia głowy na banalny blond. Nie rozmyślając niemal w ogóle nad konsekwencjami mojego czynu postawiłem na fryzurę stylizowaną na irokezie z efektownym, czerwonym kogutem, ciągnącym się przez całą długość głowy. Tuż po opuszczeniu salonu fryzjerskiego oblepiły mnie chciwe i natrętne spojrzenia. Szczególnie w okresie pierwszych kilku dniu, kompletnie nie przyzwyczajony do tak jawnie okazywanej atencji, czułem niemal fizyczny dotyk oczu, które błądziły za mną gdziekolwiek się pojawiłem. Ludzie, najczęściej bezmyślnie, czasami z jawną dezaprobatą, a za każdym razem natrętnie i bez cienia skrępowania, gapili się na mnie, jakbym był obiektem, którego trudno posądzić o posiadanie uczuć. Zatem dopóki nie przywykłem do tych wścibskich spojrzeń, dosłownie płonąłem ze wstydu. Moja cała osoba w mgnieniu oka została zdegradowana do kawałka włosów na głowie, które posiadały odmienny kolor niż u statystycznego obywatela. Ta odmienność z automatu nadała prawo do ciągłego, w żadnej mierze ukradkowego spoglądania w moim kierunku każdej napotykanej przeze mnie osobie. Oczywiście, urządziłem się tak na własne życzenie, a w dodatku miałem możliwość powrotu do normalności – wystarczyło ściąć włosy i problem zniknąłby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co jednak z ludźmi, którzy są inni za sprawą wrodzonych wad czy dysfunkcji, nie dających się prosto bądź wcale wyeliminować?

Książka Michała Dąbrowskiego pt. Dłoń to znakomity zapis dorastania człowieka niepełnosprawnego, który od najmłodszych lat narażony jest na obstrzał spojrzeń wszelakiej maści życzliwych i ciekawskich. Pierwszoosobowy narrator, bohater książki napisanej w oparciu o doświadczenia życiowe autora, urodził się bez prawej dłoni. Dzieciństwo upłynęło mu stosunkowo beztrosko. Okres niemowlęctwa to rzecz jasna nieświadomość własnej fizycznej niedoskonałości. Ale wraz z dorastaniem, coraz wyraźniejszy i trudny do ukrycia stawał się fakt niekompletności. Chłopczyk z kikutem zamiast dłoni wyróżniał się na tle pozostałych malców, ale najczęściej był przez nie akceptowany. Po pierwszym, naturalnym i szczerym zaskoczeniu, zdawkowych komentarzach, wytykaniu palcami, bohater stawał się jednym z wielu, szkolnym kolegą, kumplem z podwórka, z którym wspólnie wspina się na ogrodzenia, czy ucieka przed rozwścieczonym sąsiadem. Niekiedy trafiały się smutne wyjątki – strach, odtrącenie, izolacja, jednak nie zdarzały się one często, a za postawą dziecięcej niechęci wobec chłopczyka bez dłoni, skrywała się najczęściej wola rodziców, by pociechy nie bawiły się z odmieńcem.

Okres dzieciństwa, kiedy naiwnie wierzymy, że świat to w gruncie rzeczy prosty mechanizm, a wokół siebie nie dostrzegamy żadnych ograniczeń, naznaczony był również marzeniami, że brakująca kończyna samoistnie odrośnie. Nadzieje podsycali sami rodzice, którzy odwiedzali z chłopcem różnych specjalistów. Część lekarzy kategorycznie stwierdzała, że odzyskanie dłoni jest niemożliwe, ale pojawiali się i mniej sceptyczni eksperci, którzy swoimi opiniami dawali podstawy bytu dziecięcym rojeniom. Sny o odrodzeniu ręki nie chciały się jednak ziścić. Zamiast nich coraz częściej pojawiała się niechęć wobec własnej niekompletności. Młody chłopiec zaczął coraz wyraźniej dostrzegać, że jego fizyczny brak wywołuje wiele skrajnych emocji, stąd próby maskowania kalectwa. Prawa ręka wciśnięta głęboko w kieszeń, czy koszulki z długimi rękawami zaczęły skrywać mroczną tajemnicę, z którą bohater wcale nie miał się ochoty dzielić w obawie, że zostanie wyśmiany, bądź odtrącony.

Dorastający chłopiec przyjmował różne postawy wobec własnego kalectwa. Od błogiej nieświadomości, która była stanem immanentnym, poprzez głęboką samokrytykę połączoną z próbami ukrycia niedostatków do samoakceptacji. Co interesujące, niezależnie od traktowania problemu przez samego zainteresowanego, postawa osób postronnych, a więc ludzi takich jak my, którzy na co dzień napotykają na ulicy niepełnosprawnego niemal wcale się nie zmienia. To smutne, ale bez względu na fakt, czy młody człowiek udźwignie poważne brzemię, jakim na podstawie lektury wydaje się niepełnosprawność, czy też nie, ludzie zdrowi wykazują dokładnie ten sam brak zrozumienia wobec prywatnego nieszczęścia. Najdotkliwiej przekonał się o tym bohater w okresie dojrzewania. Nowe twarze, nowe znajomości, zawierane na kolejnych imprezach, na które przyjaciele często siłą musieli wyciągać swojego niepełnosprawnego kolegę. Schemat prezentował się mniej więcej tak samo. Próba przedarcia się przez błonę konwenansów, zamiar niemal brutalnego wtargnięcia do centrum znajomości bez tego całego cyrku, którego nieodzownym składnikiem jest ceremonialny uścisk dłoni. Czasem się udawało, ale częściej nie. Niekiedy przychodziła więc pora na osobiste poznanie się – ręka wyciągnięta w stronę bohatera i uśmiech przyklejony do ust. A potem żarliwe przepraszam, nie wiedziałem, naprawdę mi przykro, etc. Bezustanne samobiczowanie się, zaklinanie rzeczywistości oraz obwinianie o niezręczność, która wynikała przecież z niewiedzy oraz była zupełnie niezamierzona. Zamiast prostej zmiany tematu często następowało jego sukcesywnie i bezlitosne drążenie. Taki delikwent kolejnymi pytaniami wywiercał ogromną dziurę w prywatności głównego bohatera, pragnąc dowiedzieć się jak to właściwie jest żyć bez jednej ręki. Nie mogło również zabraknąć dociekań o naturę kalectwa – czy jest to stan permanentny, czy też wada nabyta, np. na skutek nieszczęśliwego wypadku. A później chyba najgorsze – cała litania, najczęściej wyimaginowanych znajomych, którzy także są niepełnosprawni, ale pomimo tego jakoś w życiu sobie radzą. I tak bez końca.

Okazuje się, że człowiek niepełnosprawny niesłusznie degradowany jest niemal wyłącznie do wady, która stała się jego udziałem. Na dalszy plan spychane zostają osobowość, charakter, pasje czy zainteresowania. Zamiast tego pierwsze skrzypce zaczyna grać wada, znamię, piętno odróżniające bohatera od całej reszty ludzkości. Nie jest on już wartościowym człowiekiem, z którym można omówić dowolną sprawę, po prostu, po ludzku porozmawiać. Z góry czyni się założenie, że kwestią, jaką winno poruszać się w towarzystwie osoby niepełnosprawnej jest właśnie jego niekompletność i niesymetryczność. Stąd tematy-bumerangi, powracające do głównego bohatera z budzącą szewską pasję regularnością: sztuczna ręka oraz wstyd i łapka. Z jednej strony wujek rozwodzący się nad zaletami protez, ich coraz większą doskonałością w imitowaniu prawdziwych narządów, a z drugiej ciotka bez ustanku kłapiąca o konieczności pogodzenia się z sobą i porzucenia wstydu za swoją łapkę.

Na pierwszy plan wysuwa się zatem niezdarność i nieporadność w kontaktach z głównym bohaterem, które przejawiają osoby szczerze zainteresowane jego dobrem. Nawet najbliższa rodzina ma problem ze zrozumieniem całkiem oczywistego faktu, że stanowczo zbyt wiele czasu poświęcają tematowi kalectwa chłopca, zapominając o jego ludzkim obliczu. Okazuje się bowiem, że młody człowiek jest o wiele bardziej zainteresowany opinią swojego wujka na temat niedawno przeczytanej książki niż sztuczną ręką, którą ten stara się mu usilnie wcisnąć. Zrozumiałe jest, że takie przedstawienie zagadnienia kalectwa uzmysławia chłopcu, że postrzegany jest on jako osobnik niekompletny, z którym nawiązanie normalnych, zdrowych i szczerych interakcji będzie możliwe dopiero w momencie, gdy stanie się on pełnoprawnym, a więc pełnosprawnym człowiekiem. Idąc dalej tym rozumowaniem, można stwierdzić, że brakująca kończyna przybiera materialną postać stygmatu, jakim naznaczony zostaje główny bohater. Dojmująca pustka, doskwierający brak uniemożliwiają pełną i swobodną egzystencję, zarówno w wymiarze fizycznym – inwalidztwo wiąże się z kłopotami oraz niedogodnościami w codziennym życiu; jak i społecznym – bohaterowi odmawia się pełni człowieczeństwa, brak ręki utożsamiany jest z brakiem pełni praw do funkcjonowania w normalnym, zdrowym ludzkim zbiorowisku. Inwalida jest z założenia dysfunkcyjny, nienaturalnym jest zatem w jego przypadku zarówno pomaganie innym jak i samemu sobie, posiadanie nałogów, czy choćby wszczynanie konfliktów. W efekcie prostego sumowania oraz odejmowania, dochodzi się do absurdalnych wniosków, że osoby niepełnosprawne mogą pozwolić sobie jedynie na oczekiwanie litości oraz pomocy. Co gorsza, kiedy powyższe skonfrontujemy z rzeczywistością, okazuje się, że owe wnioski, o zgrozo, bardzo często próbuje się wcielać w życie, nie bacząc przy tym jak są one bzdurne oraz jak krzywdzą ludzi, którzy z racji pewnych niedoborów, braków, czy odchyleń od statystycznej normy często uważani są za podludzi.

Krótko reasumując, Dłoń, która jest powieściowym debiutem Michała Dąbrowskiego to wyborna lektura. Beznamiętnym, niemal pozbawionym emocji tonem narrator uświadamia czytelnikowi, jak trudno żyje się osobie niepełnosprawnej w naszym kraju. Czyni to bez płaczliwego tonu, nie formułując zbędnych oskarżeń i zarzutów pod adresem całego świata, a jedynie delikatnie gani za ignorancję i niezdarność. Dąbrowski zastosował w swojej narracji prosty język, który jasno i precyzyjnie formułuje uczucia podmiotu lirycznego. Ciekawym zabiegiem było również pozbawienie imion wszystkich bohaterów powieści – narrator do końca książki pozostaje bezimiennym, natomiast poszczególne postacie pojawiające się w trakcie lektury mogą liczyć tylko na pierwszą literę imienia. Aktorzy dramatu pozostają zatem anonimowi, a więc w pewnym sensie i niekompletni, podobnie jak chłopiec bez ręki. Kolejnym bardzo oryginalnym chwytem było wprowadzenie dodatkowej narracji z punktu widzenia brakującej, prawej dłoni. Jej niebyt, fizyczna nieobecność zostaje jeszcze bardziej wzmocniona, ponieważ jest ona jedyną, nierozerwalną towarzyszką głównego bohatera, świadkiem wszystkich jego przeżyć oraz dramatów, które komentuje z własnego punktu widzenia. Z niecierpliwością czekam na dalsze dzieła pana Dąbrowskiego.

piątek, 04 października 2013

  Tytuł: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?Okładka książki Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

  Autor: Philip K. Dick

  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

  Liczba stron: 272

  Cena: 45,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Słowa innego końca świata nie będzie jakoś trudno jest przyłożyć do literatury science fiction. Bowiem scenariuszy upadku naszej cywilizacji jest tyle, ilu pisarzy tego gatunku. A nawet więcej. Jeden z najbardziej popularnych oraz cenionych amerykańskich twórców, Philip K. Dick wykreował przecież kilka, piekielnie interesujących oraz dosyć przerażających możliwości zakończenia tryumfalnego pochodu człowieka na Ziemi. Obecnie Dick to instytucja, skała Piotrowa, na której stoi gmach współczesnej science fiction. Ale nie zawsze Amerykanin cieszył się taką estymą. Kilka powieści ujrzało światło dzienne dopiero po jego śmierci, podczas gdy wcześniej kolejne oficyny sukcesywnie odmawiały ich wydania. Dzieła Dicka był traktowane jako zbyt ambitne i trudne w odbiorze. Zdecydowanie lepiej wiodło się książce Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Razem z Człowiekiem z Wysokiego Zamku uznawana jest za powieść przełomową, dzięki której Dick zyskał należną mu sławę i popularność. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? została wydana w 1968 roku i swojej ekranizacji doczekała się jeszcze za życia autora, w 1982 roku. Ciekawe jest jednak to, że Dick nie dożył oficjalnej premiery, która odbyła się w czerwcu. Pisarz zmarł w marcu tego samego roku. Film w reżyserii Ridley’a Scotta, Łowcę androidów, zdołał jednak obejrzeć i jak na człowieka ogarniętego manią prześladowczą przystało, stwierdził podobno, że Harrison Ford, a więc tytułowy łowca dostał zlecenie również na Philipa K. Dicka.

Akcja powieści rozgrywa się w roku 2021 na Ziemi, która cierpi okrutnie po nuklearnym konflikcie. Ocalała ludzkość prowadzi nędzną egzystencję, w cieniu chorób, genetycznych mutacji oraz radioaktywnych opadów. Ludzie podzieleni się na normali oraz specjali. Normalem jest pełnoprawny człowiek. Z kolei łatkę specjała otrzymują osoby, które na skutek negatywnych zmian spowodowanych promieniotwórczością stanowią zagrożenie dla czystości ludzkiej rasy. Z tego powodu zostają oni obywatelami drugiej kategorii, którzy mają bezwzględny zakaz zawierania małżeństwa, rozmnażania się oraz emigracji.

XXI wiek w dickowskiej wizji nie jest naznaczony wyłącznie stygmatem wojny i cierpienia. To także tryumf nauki. Przynajmniej częściowy i pewnie trochę pozorny. Ludzkość skolonizowała już kilka planet. Zdołała także powielić swój rozum i stworzyć jego mechaniczny odpowiednik. Androidy, czyli humanoidalne roboty, produkowane są na Marsie. Używa się ich jako pomocników, czy może służących dla ziemskich kolonistów. Człowiek, który posiada przydział na androida, może określić cechy, jakich życzy sobie u swojego robota. Sługa odznacza się więc indywidualnym profilem, dostosowanym do potrzeb swojego pana. Ale nie wszystkie mechaniczne istoty chcą funkcjonować w ten sposób. Zdarzają się androidy, które mordują swoich właścicieli i uciekają na Ziemię, starając się znaleźć na niej schronienie przed poszukującymi ich łowcami.

Główny bohater powieści Rick Deckart zajmuje się eliminacją nieposłusznych androidów. Dick w interesujący sposób odmalowuje codzienną, nieco szarą i smutną egzystencję Deckarta, dzięki której poznajemy także kontekst kulturowy przyszłego społeczeństwa. Deckart jest właścicielem mechaniczno-elektrycznej owcy. To doskonała imitacja żywego stworzenia, na które łowca nie może sobie jednak pozwolić z racji zbyt wysokich kosztów. Skażenie planety powoduje masowe wymieranie kolejnych gatunków – żywe zwierzęta stanowią prawdziwą rzadkość i osiągają zawrotne ceny. Chęć posiadania żywej istoty wynika z nakazów, płynących z merceryzmu, nowej religii, która wyznawana jest zarówno na Ziemi jak i na skolonizowanych planeta. Prorok Mercer (którego imię moglibyśmy spolszczyć jako Miłosiernik, od ang. mercy - miłosierdzie) uważał, że ludzkość winna stworzyć duchową wspólnotę ze wszystkimi żywymi organizmami oraz odczuwać ciągła skruchę, zarówno wobec bliźnich jak i pozostałych gatunków za spowodowaną na Ziemi katastrofę, która doprowadziła do eliminacji niemal całego życia na planecie. Człowiek jest ponadto odpowiedzialny za byt słabszych istot, co wiąże się z nakazem opieki nad żywymi stworzeniami. Wzniosła koncepcja ulega jednak całkowitej transformacji i przybiera karykaturalną formę w starciu z ludzkim, jakże słabym charakterem. Ponieważ żywe zwierzęta należą już do prawdziwej rzadkości, ich posiadanie staje się wyznacznikiem statusu społecznego ich posiadacza. Im większy oraz bardziej zagrożony wyginięciem gatunek, tym bogatszy właściciel. Prosta koincydencja, bezlitośnie szydząca z pierwotnych założeń merceryzmu. Ludzi opanowuje paranoidalna mania posiadania własnego zwierzęcia, ale skurczone zasoby ziemskiej planety nie są w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich. Pojawia się zatem popyt na zamienniki, mechaniczno-elektryczne substytuty, które niemal perfekcyjnie naśladują żywe stworzenia i są oczywiście znacznie tańsze. Pokraczne meandry myśli ludzkiej doprowadzą do absurdalnej sytuacji. Mechaniczne zwierzęta, których prawdziwa natura jest jednak skrzętnie ukrywana przez właścicieli, cieszą się wręcz nieskończoną miłości, podczas gdy mechaniczni ludzie, czyli androidy, są albo niewolnikami albo łowi się je i tępi, niczym dziką zwierzynę.

Humanoidalne roboty, podobnie jak i mechaniczne zwierzęta, bardzo dobrze naśladują obiekty, na wzór których zostały stworzone. Aby rozróżnić człowieka od jego sztucznego odpowiednika, podejrzani poddawani są testowi na empatię. Androidy znakomicie imitują człowieka, zdarzają się nawet modele z wszczepioną pamięcią, tak, że same są przekonane, o tym, że są ludźmi, ale żaden z robotów nie posiada autentycznych wyższych uczuć. Specjalny aparat bada reakcje przepytywanych na starannie wyselekcjonowane pytania, tzw. test empatyczny Voigta-Kampffa. Ale najważniejsze pytanie, które zaczyna rodzić się w głowie Ricka Deckarta dotyczy skuteczności przeprowadzanego testu – czyż nie istnieją ludzie, którzy ze względu na niski poziom empatii mogliby zostać potraktowani jako androidy? Czy on sam, morderca androidów, ma w sobie chociaż cień współczucia i litości?

Doskonała książka Philipa K. Dicka, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, zadaje fundamentalne pytania na temat granic oraz ścisłej definicji człowieczeństwa. Powieść traktuje o wartościach, jakie na ów czynnik się składają, poruszając równocześnie problem mechanicznych istot tworzonych na obraz i podobieństwa ludzkie. Dick stawia na wokandzie dość odległe, przynajmniej na obecnym stopniu naszego rozwoju technicznego, kwestie dotyczące prawa do autonomicznej egzystencji, które mogłyby, a może nawet powinny przysługiwać androidom, jako istotom inteligentnym, rozumnym, świadomym swojego bytu jak i cierpienia związanego z jego przedwczesnym zakończeniem. Tak jak wspominałem na początku, dickowska wizja doczekała się ekranizacji w reżyserii Ridley’a Scotta, filmu pt. Łowca androidów. Kolejne wydania książki, którą zainteresowanie wzrosło z racji całkiem niezłego przeniesienia na wielki ekran, nosiły często tytuł skrócony, tj. Łowca androidów. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? zaczęło pełnić rolę wyłącznie uzupełnienia, dodatku. Tymczasem w mojej opinii to właśnie oryginalny tytuł w pełni oddaje fascynującą treść książki – w dickowskiej rzeczywistości zwierzęta biologiczne należą do rzadkości. Ludzie, którzy mogą pozwolić sobie na ich hodowlę muszą być odpowiednio majętni. Zatem marzenia o owcach, tudzież innych zwierzakach są pragnieniem tym z gatunku czysto ludzkich – wiążą się one ze szczęśliwą egzystencją ludzi poważanych i szanowanych, jeśli nie z racji na intelekt i ogładę to przynajmniej ze względu na wysoki status społeczny. I sprawa najważniejsza – czy podobne marzenia mogą stać się udziałem androidów? Czy maszynom, w które człowiek zatknął ducha można w ogóle pozwolić na takie rojenia? Czy one również mogą oczekiwać szacunku, respektowania swojej niezależności umysłowej, wolnej woli? Czy fakt, że pierwotnym przeznaczeniem robotów miało być wyręczanie ludzi z prac ciężkich i niewygodnych oraz biorąc pod uwagę, że to człowiek jest stworzycielem sztucznej inteligencji, daje mu równocześnie prawo swobodnego dysponowania androidalnym bytem?

Drugą kwestią, o którą zahacza Dick jest znany doskonale fanom twórczości autora, swoisty dualizm. W prozie Dicka często pojawia się więcej niż jedna rzeczywistość i nie inaczej jest w przypadku Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Okazuje się bowiem, że istnieją humanoidalne roboty, którym zaszczepiono ludzką pamięć. Żyją, czy też egzystują one w przekonaniu, że są prawdziwymi ludźmi, tymczasem to tylko miraż i złudzenie. Przez karty przebija się zatem kolejne oczywiste pytanie – jaką mamy pewność, że my również nie stanowimy wyłącznie imitacji, że również nie jesteśmy jedynie mechanicznym tworem? I dalej, co to znaczy być człowiekiem i na jakie zasadzie mogę stwierdzić, że faktycznie nim jestem? Czy możliwe, że jestem wyłącznie jego nie w pełni wartościową namiastką?

wtorek, 01 października 2013

Okładka książki Piknik na skraju drogi

  Tytuł: Piknik na skraju drogi

  Autor: Arkadij i Borys Strugaccy

  Wydawnictwo: Iskry

  Liczba stron: 240

  Cena: do nabycia w antykwariacie



 

 

 

 

 

 

Śledząc nawet niezbyt pilnie światek popkultury, można zauważyć, że wiele powieści, których ekranizacja zakończy się sukcesem, dopada syndrom skracania pierwotnego tytułu. Pozycją, która może poświadczyć o takowej tendencji jest Piknik na skraju drogi, autorstwa najsłynniejszego rosyjskiego duetu pisarskiego, braci Strugackich. Obecne wydania tego wspaniałego dzieła pojawiają się na rynku księgarskim pod tytułem Stalker – dokładnie tak nazywa się film Tarnowskiego, nakręcony na motywach Pikniku na skraju drogi. S.T.A.L.K.E.R. to także popularna seria gier komputerowych, stworzona przez ukraińskie studio GSC Game World, których akcja rozgrywa się w fikcyjnej Zonie, obszarze wokół elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Wydaje mi się, że w wielu przypadkach, a już na pewno tym konkretnym, pierwotny tytuł skrywa w sobie znacznie głębszą treść i o wiele lepiej oddaje sedno utworu niż jego skrócona wersja, która właściwie odnosi się wyłącznie do jednego, najczęściej tego bardziej sensacyjnego wątku powieści.

O braciach Strugackich, Arkadiju i Borisie napisałem co nie co, gdy dzieliłem się wrażeniami po lekturze Przenicowanego świata. Do dzisiaj uchodzą oni za jednych z najwybitniejszych przedstawicieli światowej science fiction, ich nazwiska często wymienia się jednym tchem obok najważniejszych pisarzy tego gatunku. Dla mnie najlepszą rekomendacją dla braci Strugackich była pozytywna opinia Stanisława Lema na temat ich twórczości. Lem, mimo, że sam tworzył powieści, którym chętnie przypinano łatkę science fiction, słynął z głębokiej oraz nieskrywanej niechęci do tej gałęzi literatury. Zaciekłej i bezlitosnej krytyce poddawał on szczególnie amerykańską odmianę fikcji naukowej, która w jego mniemaniu miała znacznie więcej wspólnego z tanią szmirą niż poważną literaturą, na którą warto poświęcać czas. Jednym z głównych aspektów, który decydował o tak negatywnym stosunku Lema do tego gatunku było z pewnością spłycanie oraz banalizowanie tematu kontaktu z obcą cywilizacją. A na podstawie takich dzieł jak Solaris, Głos Pana, Fiasko, Eden, Niezwyciężony czy choćby Powrót z gwiazd widać, że Lem bardzo mocno interesował się tą kwestią, a jego własne wizje dotyczące możliwych scenariuszy spotkaniu z nieznanym są tyleż intrygujące, co głęboko przemyślane. Generalnie Lem był raczej sceptykiem, co do możliwość porozumienia się z obcą formą życia. Fascynujące są jego teorie, wyjaśniające, dlaczego w ogóle szansa na takowy proces jest nieskończenie mała – polski pisarz uważał, że każda potencjalna cywilizacja przechodzi przez różne stadia rozwoju. Oczywiście im różnica poziomów zaawansowania technologicznego jest większa pomiędzy danymi cywilizacjami, tym szansa na wzajemne zrozumienie jest mniejsza. Ponadto każda „społeczność” posiada tzw. okno kontaktu, zaczynające się od okresu, kiedy jest ona w stanie wysyłać, przyjmować oraz prawidłowo interpretować sygnały z Kosmosu, a kończące się na etapie, gdy cywilizacja przestaje przejawiać ochotę do komunikacji. Ponieważ odległości w przestrzeni kosmicznej są ogromne, a z naszej perspektywy wręcz nieskończone, niemożliwe jest również odebranie sygnału w momencie jego nadania. Setki, tysiące, a nawet miliony lat mogą upłynąć od momentu, kiedy nadesłana wiadomość dotrze do adresata – w tym czasie nadawca już dawno może ulec samozagładzie, bądź kosmicznej katastrofie. Wg mnie teoria Lema znakomicie wyjaśnia paradoks Fermiego, czyli sprzeczność, wynikającą z szacunków, zgodnie z którymi Kosmos aż roi się od pozaziemskich cywilizacji, z faktem, że jak dotąd nie zaobserwowano żadnych śladów ich istnienia. Na szczęście Lem był bardziej łaskawy dla swojej wyobraźni, której kilka razy pofolgował, pozwalając jej wysnuć możliwe scenariusze dotyczące spotkania obcych form życia. Uważam, że w jego wizje, które w dużej mierze opierają się na przekonaniu, że kontakt, pojmowany jako wzajemne zrozumienie się, czy świadoma wymiana informacji jest niemalże niemożliwy, bardzo dobrze wpisuje się także Piknik na skraju drogi. Bracia Strugaccy, podobnie jak i Lem, wyrażają głęboki sceptycyzm, co do możliwości porozumienia się dwóch, diametralnie obcych form życia.

Akcja powieści Piknik na skraju drogi rozgrywa się na Ziemi, wkrótce po tym, jak zostaje ona odwiedzona przez obcych przybyszów. Kosmici nie goszczą zbyt długo na naszej rodzimej planecie, nie przejawiając ponadto żadnych chęci by porozumieć się jej z rdzennymi mieszkańcami. Wkrótce po lądowaniu, opuszczają Ziemię, pozostawiając po sobie całkiem sporo śladów. Miejsca na kuli ziemskiej, w których osiadły obce statki zwane są Strefami. Tuż po oddaleniu się przybyszy, Strefy zostają odcięte od ciekawskich ludzkich oczu ścisłym kordonem i zawłaszczone w imię nauki. Jedyny, oficjalny dostęp do Stref posiada Międzynarodowy Instytut Cywilizacji Pozaziemskich. Obszary, na których lądowały pojazdy są jednak bardzo atrakcyjne i kuszące. Występują na nich wszelakiej maści anomalnie, z których niektóre okazują się bardzo niebezpieczne. Ale w Strefach oprócz śmierci można znaleźć także cały ogrom niezwykłych i wartościowych przedmiotów, za które nie tylko naukowcy potrafią nieźle zapłacić. Ludzie, mający odwagę zapuścić się na te niebezpieczne obszary, gotowi do narażania swojego życia, które mogą stracić zarówno poprzez chwilę nieuwagi w wymagających delikatności, precyzji oraz ostrożności kontaktach ze Strefą jak i za sprawą dzielnych ziemskich, choć chyba nie do końca ludzkich żołnierzy, broniących dostępu do miejsc lądowania, nazywani są stalkerami. Nietrudno dostrzec w nich współczesnych argonautów, którzy wyruszają na poszukiwania złotego runa. Ryzyko, jakie podejmują jest ogromne – błąkając się po Strefach, natrafiają na wiele urządzeń, czy też rzeczy o nieznanym pochodzeniu, z których część okazuje się zabójcza dla biologicznych form życia. Gra jest jednak warta świeczki, ponieważ na przedmioty znalezione w Strefie wiele środowisk ostrzy sobie zęby.

Strefa jest miejscem intensywnych studiów, a rzeczy z niej wydarte, stają się przedmiotem szczegółowych badań, które nie przynoszą jednak pożądanych rezultatów. Mimo upływu czasu, bowiem fabuła roztacza się na przestrzeni kilkunastu lat, praktycznie żadne z analizowanych urządzeń nie zdradza sekretów swojego funkcjonowania. Prowadzone przez naukowców działania przypominają syzyfowe trudy, podejmowane przez bohaterów lemowskiego Solarisa. W powieści polskiego pisarza całe pokolenia uczonych analizują planetę, której powierzchnia pokryta jest ogromnym, myślącym oceanem. Mimo żmudnych studiów, żaden kontakt nie następuje, a jedynie co pozostawiają po sobie w spadku ludzie nauki to trudne, długie i niezrozumiałe definicje form, przybieranych i tworzonych przez ocean, które jednak ani o krok nie przybliżają ludzkości do porozumienia z obcą inteligencją. Podobnie jest w przypadku środowisk akademickich z Pikniku na skraju drogi. Stalkerzy przynoszą ze sobą artefakty oraz opowieści o anomaliach, które określają slangiem, językiem prostym i zrozumiałym, oddającym właściwości danego zjawiska bądź rzeczy. Pustak, świerzb, bransoletka, owak, bateryjka, ognisty puch, czarci pudding, łysica, czy wyżymaczka okazują się określeniami o wiele bardziej trafnymi niż bełkotliwe teorie produkowane w naukowym narzeczu, nieudolnie i nieskutecznie próbujące wyjaśnić istotę funkcjonowania tych niezwykłości. W świetle ponoszonych klęsk, szczególnie trafna wydaje się hipoteza jednego z naukowców, tłumacząca, że znajdowane przedmioty są wytworem o wiele bardziej zaawansowanej technicznie cywilizacji i dla ludzkości przedstawiają taką samą wartość jak dla zwierząt śmieci, pozostawione przez nieodpowiedzialnych piknikowiczów na skraju leśnej drogi. Mrówki, czy ptaki mogą użyć zastanych resztek, trudno jednak oczekiwać, aby udało im się odkryć ich rzeczywiste zastosowanie.

Oczywiście pytaniem, które niczym klątwa ciąży nad całą książką jest kwestia, po co właściwie Inni zdecydowali się odwiedzić Ziemię. W końcu nie przybyli na nią w celach rabunkowych, nie wiadomo, czy dokonali jakichkolwiek pomiarów planety, badań jej mieszkańców, wreszcie nie podjęli żadnej próby kontaktu z Ziemianami. Intencje przybyszów również pozostają wielką niewiadomą – czy pozostawione przez nie przedmioty, bądź anomalnie, na jakie można natrafić w Strefach to efekt przemyślanych działań czy też zwykła, ludzka chciałoby się rzec, niechlujność? Powieść Strugackich jest o tyle wyjątkowa i wartościowa, że nie odpowiada na te pytania. Prezentuje ona jedynie ludzkość, która w obliczu tych pytań staje i w niezwykle ciekawy sposób ukazuje małość naszej kultury i jej ogromną zachłanność. Z biegiem czasu wizyta obcych traci znamiona teologicznego dysonansu, zaczynając przybierać formę zjawiska, tyleż interesującego, co możliwego do przystosowania do własnych celów. Początkowo Harmont, jedno z miast, w którym znajduje się Strefa, przypomina Mekkę przyciągającą zuchwalców, którzy mają odwagę wydrzeć jej wszelkie tajemnice. Miasto ogarnia gorączka złota – stalkerzy ryzykują życie, by bajecznie się wzbogacić, natomiast naukowcy wpadają w ekstatyczny szał, niemal religijny trans, zachłysnąwszy się mnogością obiektów, które wymagają badania, studiów, które powinny zdradzić dociekliwym swoje właściwości i tym samym przynieść im wieczną chwałę. Z czasem okazuje się, że Strefa niechętnie zdradza swoje sekrety, a przedmioty z niej wyciągnięte są zbyt skomplikowane, by ich istotę mógł pojąć człowiek. Przychodzą zatem złość i rozczarowanie. Strefa daje gatunkowi ludzkiemu solidną lekcję pokory, w pełni uświadamiając mu jego niedostatki.

Książka Strugackich w sposób oryginalny podejmuje tematykę kontaktu ludzkości z obcą cywilizacją. Rosyjscy twórcy prezentują nieszablonową wersję takiego spotkania. Okazuje się, że być może ludzka społeczność przypisuje sobie zbyt wiele cech istot rozumnych, oczekując, że obce formy inteligencji zechcą się z nią porozumieć. Strugaccy świetnie obrazują jak zarozumiałą, pyszną i egocentryczną istotą jest człowiek, który swoją własną cywilizację traktuje jako wyznacznik najwyższej formy kultury oraz szczyt technologicznych osiągnięć. Rosyjski duet uzmysławia czytelnikowi, że przecież możliwy jest fakt zetknięcia się z rozumem, dla którego będziemy mikrobami, mało znaczącymi żyjątkami, z którymi obca inteligencja nie uzna za stosowne podjąć prób kontaktu.

Dzieło Arkadija i Borysa to również kawał porządnej prozy psychologicznej. Autorzy najmocniej skoncentrowali się na przeżyciach stalkerów, a więc ludzi, dla których widmo śmierci do chleb powszedni. W sposób interesujący zostały ukazane bodźce, jakie popychają śmiałków do uprawiania tego ryzykownego zawodu. Strugaccy świetnie odmalowują także socjologiczne aspekty pozaziemskiego kontaktu. Strefa, a więc obca narośl na ziemskim ciele, niemożliwa do zasymilowania, poczyna obrastać ludzką działalnością - nauka, przemysł, a nawet rozrywka zacieśniają ludzki krąg wokół Sterfy, krok po kroku ją absorbując, wchłaniając do rodzimej codzienności. Prezentowana przez Strugackich wizja jest wyjątkowa i wydaje mi się, że właśnie to nieszablonowe podejście czyni lekturę tej książki tak niezapomnianą i wyjątkową.

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita