Subiektywnie o książkach. I nie tylko.
Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Muzyka | Promocje | Teatr
RSS

Teatr

sobota, 17 sierpnia 2013

Plakat spektaklu Kłamczucha

  Tytuł: Kłamczucha

  Autor: Andrzej Sadowski

  Reżyseria: Andrzej Sadowski

  Teatr: BARAKAH

  Czas trwania: 55 minut

  Cena biletu: 30,00 zł - normalny / 20,00 zł - ulgowy



 

 

 

 

 

Teatr BARAKAH, który znajduje się (jeszcze, ale o tym później) na krakowskim Kaziemierzu przy ulicy Szerokiej, w podziemiach kamienicy Klezmer Hois to teatr niezwykle specyficzny. Salka, która pełni rolę zarówno sceny jak i widowni odznacza się bardzo niewielkimi rozmiarami, tak, że na spektaklach przebywa nie więcej niż dwudziestu, czy trzydziestu widzów. Ponadto aktorzy są dosłownie na wyciągnięcie ręki – od publiki dzielą ich centymetry, a niekiedy jakiekolwiek bariery po prostu przestają istnieć. Na niejednym spektaklu jeden z widzów okazywał się nagle aktorem, nie raz, nie dwa gość z publiki wchodził w bezpośrednie interakcje ze sztuką (słynne gumowe dłonie, którymi można było oberwać na Jednorękim ze Spokane). Nic zatem dziwnego, że gra aktorska w takich warunkach jest wyjątkowa, a przy tym wymagająca. Artysta z łatwością może poczuć na sobie spojrzenie każdego widza z osobna – jest ich tak mało, że pod koniec spektaklu w jego oczach dostrzec może osąd na temat własnej, wykonanej przed chwilą pracy. Można przy tym rzec, że odpowiedzialność za jakość spektaklu nie jest jeszcze tak ogromna, kiedy jej ciężar rozciąga się na barki kilku aktorów. Jaka jednak presja musi towarzyszyć artyście, który niemal przez całe przedstawienie samotnie zmaga się z oczekiwaniami publiki? Ileż odwagi i pewności siebie trzeba mieć, by zdecydować się na takie występy?

Kłamczucha autorstwa i reżyserii Andrzeja Sadowskiego to właśnie ten typ spektaklu, kiedy niemal nagi i bezbronny aktor, pozbawiony jakiegokolwiek wsparcia ze strony towarzyszy czy rekwizytów, musi stawić czoła złaknionej rozrywki publiczności. Tytułowa Kłamczucha w rolę której wcieliła się Anna Piróg-Karaszkiewicz, to kobieta oskarżona o zabójstwo. Podejrzana zostaje wprowadzona do sali przesłuchań przez mężczyznę (Zbigniew Kozłowski), który próbuje wymóc od niej podpis, stanowiący przyznanie się do zbrodni. Od samego pojawienia się na scenie kobieta zwraca na siebie uwagę widza. Potok słów, który wylewa się z jej ust zdaje się żyć własnym życiem. Nieustanna potrzeba mówienia, artykułowania, wyduszania z siebie zgłosek, wyrazów, dźwięków, nie pozwala na jakąkolwiek interakcję oskarżonej z mężczyzną, który bezskutecznie stara się z nią porozumieć. W końcu, zrezygnowany, bezsilny, uruchamia kamerę i prosi kobietę, by opowiedziała przed nią całą historię, jaką ma do przekazania, po czym wychodzi.

Jako widzowie jesteśmy jedynymi świadkami swoistej spowiedzi, słuchaczami brutalnej i przerażającej opowieści o miłości zachłannej, chciwej, toksycznej i niebezpiecznej. Początek jest niezwykle chaotyczny, stanowi plątaninę faktów, trudnych do połączenia ze sobą, absurdalnych, niewiarygodnych, nielogicznych. Facet paradujący w sukienkach kobiety, która go przygarnęła, wynoszący z jej pokoju meble, przedmioty, etc., by zrobić miejsca dla pudeł, w które mógłby łapać jej powietrze. Nie brzmi to jak standardowa historia nieszczęśliwej miłości. Życie kobiety zaczyna przypominać egzystencję więźnia, pozostającego w zimnej i mrocznej celi ślepego uczucia, objawiającego się bezwzględnym, wręcz masochistycznym posłuszeństwem. Cudowna bezmyślność w oddaniu się we władanie drugiemu człowiekowi z biegiem czasu staje się uciążliwa – jest niczym ciężki kloc, który ciągnie nas w dół, który w geście samoobrony postanawiamy odciąć, by wypłynąć jeszcze ku powierzchni, nad którą świeci przecież słońce. Droga ku wolności nie jest jednak taka łatwa, jak mogłoby się wydawać. Okazuje się, że kaleka, a więc pozornie słaba i bezbronna kobieta, jest ofiarą, której przeznaczono funkcję morderczyni. Jej los został ukartowany, rola, jaką ma odegrać, ściśle zaplanowana, bez oglądania się na jej odczucia. Jak można zatem winić kobietę, która tak skrzywdzona wzniosła się ponad własne słabości, poświęciła swoją miłość, by w najwyższym akcie miłosierdzia wziąć na własne ramiona zbrodnię własną i cudzą? Ale, ale? Czy ta na pierwszy, drugi i kolejny rzut oka wariatka mówi prawdę? Czy można wierzyć zdaniom, którymi tak hojnie i niegospodarnie rzuca na prawo i lewo?

Anna Piróg-Karaszkiewicz jako Kłamczucha - foto by Katarzyna Gałek [http://www.teatrbarakah.com]

Anna Piróg-Karaszkiewicz stworzyła niesamowitą kreację głównej bohaterki. Nieprzytomne spojrzenie, którym wodzi po sali, by tylko na moment wbić świdrujący wzrok w któregoś z widzów, powoduje, że skóra mimowolnie cierpnie. Do tego fantastyczna kontrola własnego ciała – szklące się od łez oczy, zasmarkana twarz, nerwowe tiki, sprawiają, że widz już po chwili zapomina, że ma do czynienia wyłącznie z aktorską grą. Całość uzupełnia znakomity ton głosu, który zdaje się biec równo z rytmem oszalałego, głośno bijącego serca. Z niezdrową fascynacją, niemal przez godzinę, śledzimy groteskowo-tragicznie rozwijającą się historię miłosną, przez cały czas głowiąc się, że kobieta, to rzeczywiście, jak wskazuje tytuł, kłamczucha, czy też z ust jej spijamy słowa najczystszej prawdy, która ma przecież tendencję do strojenia się w szaty niezwykłości.

Zatem siedzimy, słuchamy, niedowierzamy i analizujemy. Patrzymy na kobietę, która zdaje się być wrakiem człowieka, coraz mniej zdolnym do rozróżnienia tego, co rzeczywiste, od ułudy, snu, nocnego koszmaru. Podejrzewamy, że cienka granica, która rozdziela psychiczne zdrowie od umysłowego zwichrowania, została być może przekroczona i bohaterka znalazła się na drugim brzegu, na którym zjadanie serc partnerów nie jest już takie niezwykłe. Chociaż, nadciąga kolejna refleksja, być może wszystko to jest wyłącznie grą, umiejętnym kamuflażem, który sprytnie maskuje okropieństwa, jakich dopuściła się kobieta. Być może przyczyną morderstwa była zdrada, zazdrość, chorobliwa podejrzliwość, nieufność, czy cokolwiek innego, co pcha nas w ramiona zbrodni. A schronienie w skórze wariata wydaje się całkiem bezpieczne i wygodne, bowiem zrzuca z nas sporą odpowiedzialność za popełniane czyny. Jak zatem traktować wyznania, których jesteśmy świadkami? Trzeba przyznać reżyserowi, że przez nadanie tak jednoznacznego tytułu swojej sztuce, zdecydowanie namieszał w głowie odbiorcy, który nawet po zakończonym, czy też, z nagła urwanym, spektaklu, zastanawia się, jak to wszystko mogło wyglądać naprawdę.

Reasumując, Teatr BARAKAH po raz kolejny zaserwował widzom niebanalne widowisko teatralne, o którym myśli się również po opuszczeniu murów teatru. W małej, ciasnej piwnicznej sali, przy równie małej widowni rozegrał się ogromny dramat psychologiczny, zaserwowany przez Annę Piróg-Karaszkiewicz, która stworzyła świetną kreację głównej bohaterki, bez przerwy koncentrując na sobie uwagę widza.

P.S.

Kłamczucha była prawdopodobnie ostatnim przedstawieniem, które miałem przyjemność obejrzeć w podziemiach Klezmer Hois. Nie oznacza to rzecz jasna, że ekipa BARAKAHu kończy działalność, albo, że ja definitywnie rezygnuję z kolejnych spektaklów mojego ulubionego teatru. Sprawa przedstawia się zupełnie inaczej – od września tego roku, Teatr BARAKAH przenosi swoją działalność na ulicę Paulińską 28 (czyli w dalszym ciągu pozostaje na urokliwym krakowskim Kazimierzu), gdzie wcześniej swoją siedzibę miał Teatr Łaźnia, gdzie z kolei jeszcze wcześniej znajdowała się mykwa, czyli rytualna łaźnia żydowska. Przeprowadzka łączy się oczywiście ze sporymi kosztami, związanymi z renowacją opuszczonego do tej pory budynku. O większość środków zatroszczyły się założycielki teatru, Ana Nowicka oraz Monika Kufel, jednak nie na wszystkie niezbędne rzeczy udało się pozyskać pieniądze. W związku z tym, na fali rosnącej popularności finansowania społecznego, tzw. crowdfundingu, dziewczyny zdecydowały się zaprosić do pomocy nas, czyli zwykłych obywateli. Kwota, jaką chcą zebrać to 20 000 zł – pieniądze przeznaczone zostaną na zakup sprzętu nagłaśniającego. Jeśli zastanawiacie się, w jaki sposób możecie wesprzeć naszą rodzimą kulturę, serdecznie zachęcam was do zainwestowania właśnie w Teatr BARAKAH. Uczęszczam na ich spektakle już od dłuższego czasu i uważam, że w pełni zasługują oni na naszą pomoc.

P.S.2

Szczegóły na temat projektu znajdziecie na portalu Polak Potrafi, po kliknięciu w poniższy obrazek. Jeszcze raz zachęcam do pomocy!

Teatr BARAKAH

piątek, 07 grudnia 2012

Plakat spektaklu Jednoręki ze Spokane

  Tytuł: Jednoręki ze Spokane

  Autor: Martin McDonagh

  Reżyseria: Ana Nowicka

  Teatr: BARAKAH

  Czas trwania: 1 h 15 minut

  Cena biletu: 30,00 zł - normalny / 20,00 zł - ulgowy



 

 

 

 

 

Teatr Barakah na krakowskim Kazimierzu to jedna z najciekawszych propozycji na teatralnej mapie Grodu Kraka. Piękna i nieco nietypowa lokalizacja w piwnicach restauracji Klezmer Hois, skromna i malutka sala, która służy równocześnie za scenę jak i miejsce dla publiczności, dające poczucie niesamowitej zażyłości, jaka wywiązuje się pomiędzy widzem a artystą oraz znakomita obsada aktorska pod przewodnictwem reżyserki Any Nowickiej sprawiają, że do tego przybytku sztuki wraca się przy każdej nadarzającej się okazji.

Spektakl Jednoręki ze Spokane autorstwa irlandzkiego reżysera oraz dramatopisarza Martina McDonagha, znanego m.in. za sprawą Królowej piękności z Leenane, czy Kaleki z Inishmann, to kolejna propozycja krakowskiego teatru. Sztuka zaliczana jest do nurtu nowego brutalizmu zwanego też nowym realizmem, który namiętnie eksponuje okrucieństwo współczesnego świata. Ekspresję podkreśla teatralny język, nacechowany agresją i wulgaryzmami.

Główny bohater, tytułowy jednoręki, to pan Carmichael (w tej roli Paweł Sanakiewicz), który od 27 lat bezskutecznie poszukuje swojej dłoni, odciętej przez pędzący pociąg. W czasie swojej życiowej pielgrzymki po całych Stanach, której celem jest utęskniona ręka, trafia do przyautostradowego hoteliku w niewielkim miasteczku, gdzieś w USA. Dwójka miejscowych rzezimieszków, drobni dealerzy narkotykowi, biała dziewczyna Marylin (Monika Kufel) oraz jej czarnoskóry chłopak Toby (Ana Nowicka) na wieść o przybyciu jednorękiego desperata, wietrzą szansę na ubicie niezłego interesu. Z miejscowego muzeum etnograficznego wykradają zakonserwowaną, czarną i malutką dłoń Aborygena z Aborygenii, którą próbują opchnąć panu Carmichaelowi za okrągłe 500 $.

Obsada spektaklu - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]

Nietrudno sobie wyobrazić, że przez 27 lat poszukiwań, pan Carmichael nie raz, ani nawet nie dwa spotkał się już z podłymi wyłudzaczami, instrumentalnie traktującymi jego problem, spoglądając na niego jedynie przez pryzmat możliwości zainkasowania pokaźnej gotówki. Doświadczenie w tej materii nie zmniejsza jednak jego gniewu, którym wybucha niczym wulkan. Rozgrzana lawa jego złości daje się poważnie we znaki naiwnej, młodej parze. W końcu pan Carmichael nie wygląda na typa, z którego można sobie stroić żarty. Obsesja malująca się w jego płonących obłędem oczach, nienaturalna bladość skóry podkreślona sinymi ustami i workami pod oczami dodają jaskrawości obrazowi szaleńca, jaki się przed nami maluje. Swoje robią też opowieści i wspomnienia jednorękiego poszukiwacza, który podkreśla, że zemsty na ludziach odpowiedzialnych za pozbawienie go kończyny dokonał dawno temu, więc teraz jedynym jego celem jest odzyskanie utraconej dłoni.

Oprócz wspomnianej trójki, na scenie pojawi się jeszcze Mervin (Lidia Bogaczówna), hotelowy recepcjonista, pałający szlachetną miłością do małp, człowiek pragnący za wszelką cenę dokonać czynu bohaterskiego, szczególnie na oczach zmysłowej i ociekającej seksapilem Marylin. Mervin nudzi się niezmiernie swoim obecnym zawodem, nie może jednak narzekać, bo osoba, która wyszła niedawno zza kratek nie powinna oczekiwać niczego lepszego. W pewnym momencie okazuje się, że Mervin jest ostatnią deską ratunku dla tonących w ognistej zemście pana Carmichaela Marylin oraz Toby’ego. Trudno jednak jest liczyć na pomoc kogoś, kogo wykiwało się z towarem i wskazało glinom jako handlarza narkotykami ...

Cały spektakl podszyty jest pokaźną podszewką absurdu oraz czarnego humoru. Wykreowane postacie są nieco przerysowane, ale właśnie to przejaskrawienie czyni je komicznymi. W trakcie seansu przyjdzie nam być świadkami wielu niesamowitych oraz zabawnych sytuacji. Opowieści o machaniu odciętą dłonią (ten łzawy ton przy powiadaniu sentencji: Wiesz, jakie to uczucie, gdy ktoś macha Ci na do widzenia Twoją własną ręką?), walka na zakrwawione ludzkie kikuty, czy wreszcie arcykomiczna dyskusja telefoniczna pana Carmichaela ze swoją rodzicielką, która mimo połamanych kostek doczołgała się do jego pokoju i odkryła w nim stosy świerszczyków (Oglądasz gołe baby? No to teraz to już na pewno możesz powiedzieć swoim koleżankom, że jesteś lesbijką) kipią wręcz czarnym humorem.

Bohaterowie wygłaszając swoje kwestie wyrażają się dość kwieciście, często posługując się wulgaryzmami. Co rusz pada również seria, która zwala z nóg i wywołuje salwy śmiechu wśród publiczności (przedmiesiączkowe pragnienie samozagłady; rzucasz jak zezowata kurwa; nadwyżki rąk na zamrażarce; nie może podejść do telefonu, bo nadal nie żyje). Gra jest bardzo ekspresyjna, istotna jest mowa ciała, bogata gestykulacja połączona z częstym podnoszeniem głosu. Nieco w tle całej fabuły pojawiają się od czasu do czasu zdania, mające na celu podkreślenie amerykańskiego zakłamania i hipokryzji, choćby na temat źle pojmowanej poprawności politycznej, czy ciągle żywego rasizmu. Wydaje się jednak, że mocno absurdalna forma osłabiła nieco wydźwięk tych spostrzeżeń, które zdecydowanie ustąpiły miejsca komediowemu stylowi (Lubię niektóre czarnuszki, ale to wcale nie oznacza, że nie jestem rasistą!; Gówno z Ciebie, a nie Czarna Pantera!).

Przerażony Toby w konwersacji z panem Carmichaelelm - foto by Bartosz Tryboń [http://www.teatrbarakah.com]

Wracając jeszcze do aktorskiej gry, wspomnieć należy, że na szczególną uwagę zasługuje Lidia Bogaczówna, która w swojej męskiej roli Mervina spisała się po prostu rewelacyjnie. W mojej opinii zagrała na tyle wiarygodnie, że gdy Mervin, proszony o zgaszenie świeczki wetkniętej w kanister benzyny, zaczął rozpinać rozporek, złapałem się na tym, że spodziewam się, iż za chwilę ujrzę autentyczny atrybut męskości!

Ze względu na bardzo skromne rozmiary lokum, w którym grany jest cały spektakl, tradycyjnie już, widz zostaje zaproszony do współtworzenia całej sztuki. Tuż po jej rozpoczęciu, wejście, które zamienia się nagle w okno hotelowego pokoju, zostaje symbolicznie zamknięte, odcinając publice drogę ucieczki. Sprawia to, że sytuacja uwięzionych Marylin oraz Toby’ego staje się nam jeszcze bliższa. Aktorzy nie omieszkają również zwrócić się do nas z pytaniem, czasem będą szukać u nas aprobaty i potwierdzenia dla swoich słów, w pewnym momencie będziemy musieli naprawdę się nagimnastykować, aby nie oberwać jedną z latających dłoni, którymi z furią, wśród przekleństw i złorzeczeń, zaczną obrzucać się Tobi i Mervin.

Klimatu całej sztuce dodaje także muzyka grana na żywo przez Łukasza Łukasika. Mocne, niekiedy szarpiące nerwy, agresywne gitarowe riffy świetnie współgrają z wydarzeniami, pomagając zbudować nastrój adekwatny do danej sceny, podkreślają również klaustrofobiczny klimat. Swoje robi również bardzo udana scenografia, dobrze odgrywająca hotelowy pokój. Ściany poobklejane monotematyczną tapetą w szarej konwencji, w której przewijają się motywy Jamesa Deana, Rity Haywort oraz Hollywood i Sunset Boulevard sprawiają wrażenie, że uczestniczymy w projekcji czarno-białego filmu.

Reasumując, kolejne spotkanie z ekipą Teatru Barakah uważam za bardzo udane. Sztuka utrzymana w groteskowym klimacie, potrafiła zahaczyć również o tematy okrucieństwa, obsesji, czy manipulacji i graniem na ludzkiej uczuciach. Do tego świetne kreacje bohaterów, stworzone przez aktorów, wśród których na szczególną uwagę zasługują Lidia Bogaczówna oraz Paweł Sanakiewicz. Wszystko to razem sprawia, że Jednoręki ze Spokane to jeden najlepszych spektaklów, spośród tych, które przyszło mi obejrzeć w krakowskim teatrze.

niedziela, 23 września 2012

Plakat spektaklu Szyc

  Tytuł: Klinika dobrej śmierci

  Autor: Jacek Getner

  Reżyseria: Ana Nowicka

  Teatr: BARAKAH

  Czas trwania: 1 h 5 minut

  Cena biletu: 30,00 zł - normalny / 20,00 zł - ulgowy



 

 

 

 

 

Natrętny szmer głosów, przypominający bzyczenie pszczół, wśród których próżno nasłuchiwać języka polskiego. Chwila wyczekiwania na wygodnym fotelu z wysłużonym, zielonym, ale nadal miękkim obiciem. Kilka minut poświęconych kontemplacji ścian oklejonych klimatycznymi plakatami w stylu retro, kilka kursów kelnerów, przecinających szybko rzeczywistość wypełnioną oczekiwaniem i nareszcie wrota do piwnic Klazmer Hois, w których mieści się Teatr BARAKAH zostają odsłonięte. Przedstawienie czas zacząć!

Witamy w klinice dobrej śmierci, w której lekko i przyjemnie zdejmujemy z ludzi niepotrzebny bagaż życia. Czy jest już Pani zarejestrowana? Proszę usiąść i poczekać na swoją kolej!

Swoją kwestię w kółko i w kółko, niczym automat, którym zresztą jest, powtarza Mechaniczna Siostra. Pielęgniarka ubrana w różową sukienkę w motywy kwiatowe, nosząca na swych nogach czarne, wysokie kozaki, z rażąco różowymi włosami, posiadająca niepokojąco męskie rysy twarzy, robi na widzach-pacjentach piorunujące wrażenie.

Ordynator w konwersacji z Dziennikarzem - foto by Paweł Topolski [http://www.teatrbarakah.com]

Klinika Dobrej Śmierci to w pełni profesjonalny ośrodek, w którym fachowa obsługa w sposób lekki i przyjemny dokona na nas zabiegu, uwalniając nas tym samym od trosk doczesności, które przygniatają w końcu każdego człowieka. Szefem kliniki jest fanatyczny Ordynator, który zbawienie doczesnego świata dostrzega właśnie w eutanazji.

Pacjentami kliniki są różnoracy ludzie. Trafi się wśród nich Producent Filmowy po wylewie, któremu nie wyszło kilka filmów. To żona zdecydowała się wysłać go na zabieg. Ofiarą ośrodka padnie również obawiająca się swojej synowej Starsza Pani, zadeklarowana przeciwniczka eutanazji, która w klinice upatruje zakamuflowanej drogi prowadzącej na Wyspę Spokojnej Starości. O motywach swojego wyboru opowie nam również szpakowaty, kulejący Mężczyzna, który kilka lat wcześniej na dobre utracił kontakt ze swoją jedyną córką. Wszyscy są typowymi pacjentami, których bardzo lubi ekscentryczny Ordynator, pragnąc zapewnić im godziwe pożegnanie się z doczesną egzystencją. Problemy z doproszeniem się zabiegu będzie za to miała Młoda Kobieta, która postanowiła o wykonaniu eutanazji na swoim sparaliżowanym mężu. Ordynator w sposób dość wyraźny i zdecydowany wyjaśni, że jego ośrodek nie zajmuje się wykonywaniem wyroków śmierci, karaniem, a jedynie przeprowadza zabiegi. Kara śmierci to echa czasów dawnych, spowitych przez mroki ciemnoty umysłowej i głupoty ludzkiej, to symbol ery barbarzyństwa, którą ludzkość ma już na szczęście dawno za sobą, a do której to absolutnie nie wypada wracać naszej szlachetnej oraz rozwiniętej cywilizacji.

Spektakl to znakomita groteska, gęsto i często łatana absurdem. W rzeczywistości, do tworzenia której zostajemy zaproszeni, zabieg eutanazji jest już prawnie dozwolony, stąd właśnie legalna, ale wciąż budząca ogromne kontrowersje, działalność kliniki. Cały czas opinia publiczna próbuje poznać powody, dla których ludzie poddają się zabiegowi, stąd też wizyta Dziennikarza, gorącego zwolennika eutanazji, który na polecenie swojego Naczelnego ma przeprowadzić wywiady z pacjentami kliniki i dowiedzieć się, co kieruje ich na drugi brzeg rzeki życia. To nieco zadufany w sobie młody człowiek, szczęśliwy, jak mu się przynajmniej wydaje, mąż oraz ojciec trójki niekoniecznie do niego podobnych dzieci, wieszczący filozofię absolutnej, by nie rzec skrajnej, poprawności politycznej, w imię której każdemu człowiekowi przysługuje prawo wyboru, dotyczące również sposobu, formy oraz daty swojej śmierci. Dopiero interakcja, w którą wejdzie ze Starszą Panią pozwoli mu chociaż na chwilę popatrzyć na rzeczywistość bez klapek na oczach i przekonać się, że większość pacjentów, decydująca się na zabieg, to nie tyle ludzie schorowani fizycznie, co osoby samotne, czujące się niepotrzebne, odrzucone, pozbawione miłości, ofiary, jak to trafnie ujął Tadeusz Różewicz, znieczulicy społecznej. Na kwestię eutanazji inaczej patrzy Szalony Ordynator. Hołduje on idei, że śmierć człowieka następuje już w momencie, gdy znikają chęci do życia. Dalsza egzystencja takiego osobnika jest już tylko niepotrzebną męczarnią, smutną wegetacją, która przedłużana w nieskończoność staje się nieludzkim okrucieństwem. Wydaje się jednak, że założenia myśli przewodniej Ordynatora oparte są na błędnych przesłaniach – myli on mianowicie przyczyny ze skutkami. Co prawda trafnie diagnozuje, że ludzie zdrowi fizycznie, mogą posiadać poważnie schorowaną psychikę, ale wyciągając do nich pomocną dłoń, potrafi im jedynie zaoferować śmierć.

Obsada spektaklu - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]

Akcja spektaklu jest dość przewrotna, bowiem w pewnym momencie, ku zgrozie Żurnalisty, okazuje się, że został on wybrany do roli Chrystusa eutanazji. W końcu wiek 33 lat to znakomity okres to umierania za ideę. Ordynator, by w pełni przekonać świat do celowości prowadzonych przez siebie zabiegów potrzebuje męczennika, który udowodni, że eutanazja to w dzisiejszym świecie rzecz niezbędna, umożliwiająca skuteczną oraz ostateczną walkę z wszelakimi formami nieszczęścia. Dziennikarz mamiony jest wizją wielkości, którą jedna może zapewnić mu jedynie śmierć. Pozagrobowa chwała, literackie nagrody za tekst poświęcony eutanazji, mienią się jednak bardzo kusząco. Na co zdecyduje się żądny sławy Dziennikarz? O tym musicie przekonać się już sami.

Warto być może dodać, że Klinika dobrej śmierci w reżyserii Any Nowickiej została wyróżniona na XV Ogólnopolskim Konkursie na Wystawie Polskiej Sztuki Współczesnej. Ponadto tekst Jacka Getnera, na którym oparty jest spektakl okazał się najlepszy w Ogólnopolskim Konkursie TOPORNIADA, upamiętniającym twórczość pisarza Rolanda Topora. Topor to francuski surrealista, którego teksty przesycone są groteską oraz czarnym humorem  (by lepiej poznać styl artysty, zachęcam do lektury recenzji Pamiętnika starego pierdoły oraz Chimerycznego lokatora, autorstwa blogerki Miqa) – żadnej z tych cech nie można odmówić Klinice.

Reasumując, trwający nieco ponad godzinę spektakl wystawiony przez Teatr BARAKAH to znakomity sposób na spędzenie wolnego wieczoru na urokliwym Kazimierzu. Klinika dobrej śmierci, w której rzeczywistość wydaje się rzeczą dość kruchą i ulotną, pokazuje być może wcale nieodległą przyszłość, w której ludzkość, w kwestii wolności osobistej, poszła o ciut za daleko. Wykonując ten jeden dodatkowy krok, zapomniała równocześnie o tym, czego człowiek w swoim życiu potrzebuje najbardziej – ludzkich uczuć, zainteresowania bliźniego, miłości, ciepła, czy zwykłej troski oraz ciekawości o losy drugiego człowieka.

Na koniec wspomnieć można jeszcze o fantastycznej grze aktorów. Genialny oraz niezwykle ekspresywny Jan Mancewicz w roli Ordynatora, znakomicie oddająca zagubienie oraz rozterki Dziennikarza, reżyserka spektaklu oraz założycielka teatru, Ana Nowicka, Krzysztof Prystupa tworzący niezapomnianą kreację obu Mechanicznych Pielęgniarek, uzupełnieni o znaną mi z Szyca Monikę Kufel, Małgorzatę Brożonowicz-Sienkiewicz oraz Franciszka Mułę, stworzyli razem świetny i zgrany zespół, potrafiący nawiązać nić porozumienia z publicznością.

Klinika dobrej śmierci to kawał dobrej roboty, która w pędzącym świecie postępu nakazuje na chwilę przystanąć i poświęcić się chwili refleksji – być może warto rozważyć pytanie, czy człowiek rzeczywiście powinien zostać Panem Losu, mogącym w pełni decydować o cudzej i własnej śmierci.

11:29, zielony_sznurek , Teatr
Link Komentarze (3) »
niedziela, 27 maja 2012

Plakat spektaklu Szyc

  Tytuł: Szyc

  Autor: Hanoch Levin

  Reżyseria: Ana Nowicka

  Teatr: BARAKAH

  Czas trwania: ok. 1,5 h

  Cena biletu: 30,00 zł - normalny / 20,00 zł - ulgowy



 

 

 

 

 

 

            „Szyc” w reżyserii Any Nowickiej, wystawiany w  teatrze BARAKAH na krakowskim Kazimierzu, na szczęście, nie ma absolutnie nic wspólnego z lansowanym przez polskie media oraz czasopisma kolorowe i brukowe aktorem, Borysem Michalikiem, obecnie posługującym się nazwiskiem Szyc.

            „Szyc” to spektakl muzyczny oparty na tekstach Hanocha Levina (1943-1999), współczesnego izraelskiego pisarza, który w dorobku posiada pięćdziesiąt sześć dramatów, liczne piosenki satyryczne oraz tom prozy i poezji. Pochodził z ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, urodził się i mieszkał w Tel Awiwie. Na tutejszym uniwersytecie studiował filozofię i literaturę hebrajską. W Polsce ukazywały się już sztuki bazujące na dziełach żydowskiego autora. Warto wspomnieć szczególnie „Krumę” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, zaprezentowaną po raz pierwszy w roku 2004 oraz „Sprzedawców gumek”, wystawionych na deskach Teatru IMKA w 2010 roku.

Monika Kufel oraz Karol Śmiałek - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]

            „Szyc” został napisany w 1975 roku, zanim jednak przejdę do jego opisu, konieczne jest wspomnienie o samym Teatrze BARAKAH. Ulokowany jest on w najładniejszej dzielnicy grodu Kraka, urokliwym Kazimierzu. Teatr mieści się w piwnicach Klezmer Hois (restauracja i kawiarnia żydowska – ponoć najlepsza w mieście) na ulicy Szerokiej 6. Dość trudno go zlokalizować, ale jeśli już się to powiedzie, potencjalny widz od razu przekona się, że znalazł się we właściwym miejscu i o odpowiedniej porze. Schodząc do piwnic Klezmer Hois mamy okazję podziwiać zabytkową kamienicę, urządzoną we wspaniały sposób. Znajdziemy tu stare, klimatyczne meble, na ścianach wiszą równie leciwe fotografie oraz wycinki z gazet, pochodzących z gorącego i pełnego życia okresu międzywojennego. Sama sala, w której grany jest spektakl zaskakuje chyba najbardziej. Jest to niewielkie pomieszczenie, na jakieś 30 – 40 osób, w którym przy wszystkich czterech ścianach ulokowane są miejsca do siedzenia. Scena, czy raczej miejsce, gdzie występują aktorzy, znajduje się na środku sali, zatem widz w absolutnie żaden sposób nie jest odizolowany od grających artystów. Wręcz przeciwnie. Bliskość, bezpośrednie sąsiedztwo niejako z automatu stwarza sytuację i wrażenie uczestnictwa publiczności w rozgrywającej się akcji. Swoje robią również aktorzy, którzy chętnie wykorzystują ową bliskość widza, dotykając go, bezpośrednio zwracając się do niego, przez co odczucia, że bierzemy udział w kreowaniu artystycznej rzeczywistości są jeszcze bardziej autentyczne. Efektu dopełnia dosłownie undergroundowa atmosfera – otaczające nas surowe ściany, poprzeplatane zaprawą i czerwoną cegłą.

Targ o Szeprahci - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]

            Tytułowy bohater spektaklu to Pephes Szyc (w tej roli Kajetan Wolniewicz), żydowski ojciec, głowa rodziny, posiadający jeden, pokaźnych rozmiarów problem. Kłopotem jest jego mało urodziwa, za to bardzo otyła i żarłoczna córka Szeprahci (w jej postać wciela się Monika Kufel), której młodość powoli zaczyna przekwitać, a którą to jeszcze żaden kawaler nie wybrał jako obiektu swojego miłosnego kultu. Nieuchronnie zbliżające  się staropanieństwo, wstydliwy problem domostwa Szyców, unosi się niczym trujący opar. Wreszcie jednak zjawia się człowiek od zadań specjalnych, tj. książę z bajki. Przybywa on pod postacią byłego wojskowego, Czehresa Peltza, młodzieńca, który ma wyraźną chrapkę na posag pani młodej. Czehres wie, że w ręku posiada potężne atuty, które bezwzględnie wykorzystuje w negocjacjach o wiano Szeprahci z jej zdesperowanym ojcem. Należy tutaj podkreślić, że scena ta została fantastycznie odegrana przez aktorów – stół, dwa stołki, na których naprzeciw siebie siedzą Czehres oraz Pephes. Surowe spojrzenie, pokerowa twarz. Od razu widać, że szykuje się ciężka batalia, w której nikt nie będzie chciał odpuścić. 200 tysięcy, mieszkanie oraz udziały w firmie Pephesa. Udawane oburzenie. Szok. Zaskoczenie. Przecież Szeprahci to cudowne, świeże, jędrne mięsko. Można je miętosić, dotykać, ugniatać. Nie to nie. Kto jednak weźmie się za coś takiego? Stara panna do końca życia. Obaj gracze są twardzi i nieugięci, w końcu jednak bezradny Pephes, przyparty do muru musi się poddać i zaakceptować pazerność przyszłego zięcia. Czehres, wróć! Niech będzie! Zgoda! Umowa stoi. Mięsny targ zostaje zakończony. Szeprahci sprzedana, czy raczej zabrana przez Pephesa, który słono policzył sobie za tę przysługę wyświadczoną tatusiowi. Okazuje się jednak, że dla Pephesa to ciągle mało. Wkrótce dochodzi do wniosku, że należy pozbyć się teścia. Bardzo łatwo przekonuje do tego Szeprahci. Wspólnie udaje im się również pozyskać dla sprawy żonę Pephsesa, matkę Szeprahci, Cesię (graną przez Lidię Bogaczównę), mamiąc ją obietnicami wyjazdu do Ameryki, gdzie czeka już na nią profesor, uwielbiający kobiety dokładnie w jej typie.

            Spektakl jest momentami śmieszny, arcyzabawny, niekiedy tragiczny, tak, że śmiech dosłownie zamiera nam na ustach. Uroku dodają przejmujące piosenki, m. in. o młodości, która widząc dookoła cierpienie i ból raduje się tak, jak potrafią to jedynie robić młodzi ludzie zaślepieni własnym szczęściem oraz starości, która będąc świadkiem otaczającej ją piękna, potrafi się jedynie smucić, użalać nad tym, że wszystko przemija. Wydarzenia absurdalne (Pephes wjeżdżający na scenę na muszli klozetowej i śpiewający do spłuczki, czy scena, gdy Pephes woła śpiewając: Lekarza! Lekarza!, na co pojawiający się i tańczący niczym baletnica Czehres odpowiada: Grabarza! Grabarza! Potrzeba Ci grabarza!) przewijają się ze zdarzeniami smutnymi, przykrymi. Jednym słowem, jest dokładnie tak jak w ludzkim życiu. Czasem lepiej, czasami nieco gorzej. Hanoch Levin znakomicie uwypuklił wszelkie wady konsumpcyjnego trybu życia, jaki regularnie, od kilkunastu lat, prowadzi nasza cywilizacja. Ludzkość, uboga w jakiekolwiek doznania duchowe, nie odczuwająca pociągu do żadnej metafizyki, czy poszukiwania głębi, sensu egzystencji, pochłonięta jest jedynie myślami na temat pomnażania majątku, ustalania cen kolejnych produktów oraz wymyślania następnych wartości, które można spieniężyć i sprzedać. Cechy głównych bohaterów, szczególnie te negatywne, są wyolbrzymione i przerysowane do granic przesady, przez co nabierają karykaturalnych kształtów. Nie można im jednak odmówić autentyczności i realności.

Rodzinna fotografia - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]

            Samą grę aktorską ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Kwestie mówione przeplatane są śpiewem. Na scenie panuje ciągły ruch: żywa gestykulacja, mowa ciała, taniec.  Jak już wcześniej wspomniałem, publiczność przez swoją bliskość również jest częścią spektaklu – raz przyjdzie nam odegrać słuchacza, któremu zwierzają się ze swoich trosk kolejni bohaterowie, wcielimy się także w gości weselnych, od których Pephes oraz Cesia będą próbowali wyżebrać pieniądze, aby zrekompensować sobie koszty poniesione na wydanie przyjęcia weselnego. W końcu nie może być tak, by rodzice pani młodej byli stratni na całej ceremonii, dlatego warto wyciągnąć od gości tę stówę więcej niż potrzeba, żeby dopełnić stereotypu skąpego Żyda. Należy także zwrócić uwagę na wyborną stylizację aktorów: Monika Kufel, która nie posiada tak obfitych kształtów jak otyła Szeprahci skrępowana została obcisłym stanikiem, który uwypuklał jej piersi, podkreślając w ten sposób cielesność głównej bohaterki.

            Levin udowodnił smutną prawdę, że człowiek może zostać zdegradowany jedynie do roli mięsa, zostać zamknięty w swojej cielesności, a jego życie może ograniczyć się tylko do popędu seksualnego oraz wszelakich żądz. Seks, pieniądze, władza, jedzenie, przyjemność to naczelne hasła hedonistycznego porządku świata, który powoli zaczyna niepodzielnie panować i rządzić. Prawdy te w sposób wyborny zostały przedstawione przez ekipę teatru BARAKAH. Uważam, że naprawdę warto wybrać się na spektakl i na żywo zapoznać się z twórczością Levina.

P.S.

Fotografie pochodzą z oficjalnej strony teatru BARAKAH (www.teatrbarakah.com/spektakle/szyc.html), natomiast plakat ze strony news.o.pl.

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita