Subiektywnie o książkach. I nie tylko.
Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Muzyka | Promocje | Teatr
RSS
poniedziałek, 17 marca 2014

Życie większości istot, przedmiotów, rzeczy, idei, czy czego tam jeszcze jest z reguły ograniczone i skończone. Nie inaczej jest w przypadku mojego bloga, który wystartował gdzieś pod koniec kwietnia a swoją działalność zawiesza dzisiaj. Jednak pożegnanie z "Czytelną stroną miasta" nie jest równoznaczne z moim zniknięciem z blogosfery. Jest po prostym następstwem spełnienia pewnego marzenia. Otóż od początku mojej przygody z blogowaniem pragnąłem prowadzić ten specyficzny typ działalności z kimś, kto dzieliłby moje pasje, kto oferowałby coś, czego ja nie jestem w stanie, kto stworzyłby ze mną zgrany zespół. Kilka dni temu nadarzyła się sposobność, by to odległe marzenie zrealizować. Razem z Andrew ze strony Andrew Vysotsky postanowiliśmy nawiązać współpracę i stworzyć bloga, który byłby owocem naszej wspólnej pracy. Mniej więcej tak przedstawia się historia nowego projektu, do odwiedzenia którego pragnąłbym was serdecznie zaprosić. Oczywiście cały czas znajdujemy się w fazie rozwoju, budowy, przemeblowania, dlatego wiele rzeczy nie wygląda jeszcze tak, jak tego chcemy, wiele kwestii czeka jeszcze na rozwiązanie. Bardzo nam zależało, żeby wystartować jak najszybciej, dlatego braki i błędy będziemy korygować na bieżąco, rozwiązując kolejne palące problemy. Mam nadzieję, że nie będą one zbytnio przeszkadzać wam w lekturze naszych tekstów.

 

Zatem, nie przedłużając zbytnio, do zobaczenia na: http://klub-aa.blogspot.com/ !

17:01, zielony_sznurek , Literatura
Link Komentarze (12) »
sobota, 08 marca 2014

Okładka książki Pawana

  Tytuł: Pawana

  Autor: Stanisław Czycz

  Wydawnictwo: Literackie

  Liczba stron: 182

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka





 

 

 

 

 

Wg Stefanii Skwarczyńskiej, uznanej polskiej teoretyk i historyk literatury, literatura to sensowne twory słowne. Dla mnie osobiście, oczywiście za sprawą znakomitych twórców, literatura to bardzo często magia, która przenika do mojej egzystencji. Czytając dzieła takich wybitnych autorów jak choćby Julio Cortázar, Vladimir Nabokov, czy Philip K. Dick, niezmiennie fascynuje mnie sposób, w jaki dokonują oni destylacji codzienności, transponując z niej zarówno fakty, wydarzenia, jak i postacie, charaktery do swojej literackiej rzeczywistości. Proces powstawania literatury jest dla mnie bardziej interesujący i kompletny, kiedy znam biografię danego autora, która umożliwia mi dostrzeżenie całej palety bodźców, jakie oddziaływały na literackiego kreatora. Przyznaję jednak, że do tej pory dowiadywałem się o danym środowisku poprzez pisarza, który w nim dorastał, żył, obracał się. Ostatnio jednak, nieco z przypadku, czy bardziej za sprawą literackiego czaru dokonałem pewnej inwersji w tej materii – otóż m.in. dzięki Matiemu z blogu Rozkminki Pana Dziejaszka postanowiłem poznać rodzinne miasto mojej dziewczyny, Krzeszowice, przez pryzmat twórczości jej krajana, Stanisława Czycza. Na wstępie zdradzę, że proza Czycza okazała się daleka od zapierających dech w piersiach opisów dzikiej natury, czy relacji z romantycznych nocnych wędrówek w cieniach miejskich uliczek, ale wydaje mi się, że udało mi się dowiedzieć co nie co o klimacie tego niewielkiego miasteczka.

Gwoli ścisłości musze wyjaśnić, że Czycz nie jest rodowitym krzeszowiczaninem, chociaż Krzeszowice, tyle, że pod nazwą Sorrento bądź skrótem K. często i gęsto przewijają się w jego twórczości. Artysta urodził się w 1929 roku w Gwoźdźcu, nie istniejącej już wsi, która została podzielona pomiędzy Krzeszowice oraz Nawojową Górę. Dom rodzinny Czycza znajduje się na samej granicy obu miejscowości. Obecnie zmarły w 1996 roku Stanisław Czycz, poeta oraz prozaik, to pisarz niemal zapomniany, o którym rzadko się słyszy, niewiele się mówi. Przyznać trzeba, że ta aura tajemnicy wokół osoby artysty to poniekąd zasługa samego Czycza. Depresja oraz poważna choroba skóry, która odbiła się na jego wyglądzie sprawiły, że twórca, szczególnie pod koniec ziemskiej bytności, trwał niemal w zupełnej izolacji, dobrowolnie wycofując się z życia literackiego. Cechą charakterystyczną Czycza była niezależność – nie mieszał się on ani w oficjalne układy, ani w działalność opozycyjną. Zawsze pozostawał na uboczu, na marginesie. Posiadał całkiem liczne grono znajomych pisarzy, ale na co dzień wolał obracać się w środowisku zwykłych ludzi, wśród których mniej było zapatrzonych w siebie snobów. Czycz debiutował w Prapremierze pięciu poetów, słynnej publikacji na łamach krakowskiego Życia Literackiego, w ramach której pięciu komentatorów rekomendowało pięciu poetów. Czycz znalazł się w doborowym towarzystwie Bohdana Drozdowskiego (polecał go Julian Przyboś), Jerzego Harasymowicza (pisał o nim Mieczysław Jastrun), Mirona Białoszewskiego (sugestia Artura Sandauera) oraz Zbigniewa Herberta (rekomendowany przez Jana Błońskiego). Wiersze Stanisława Czycza firmował swoim nazwiskiem Ludwik Flaszen. Czycz opublikował dwa zbiory swojej poezji – Tła w 1957 roku oraz Berenais w roku 1960. Co interesujące, pozostałe znaczące dzieła, które ukazały się drukiem to już tylko opowiadania oraz powieści. To właśnie za sprawą tej ostatniej formy literackiej poznałem pióro pana Stanisława Czycza.

Wydana w 1977 roku Pawana to tekst z pewnością nietypowy. Znamienna jest już sama konstrukcja utworu, na którą składają się głównie dialogi, prowadzone przez trzech bohaterów, Mikada, Gandhiego oraz Selaviego. Ponadto w początkowej fazie dzieła w momencie rozpoczęcia kolejnych scen pojawia się pierwszoosobowy narrator, najczęściej za sprawą słowa szliśmy zestawianego z innymi wyrazami w różnych konfiguracjach (Szliśmy i szliśmy (…); Szliśmy, idziemy (…); Szliśmy, a słońce (…), etc.) Czasownik ten stanowi zatem formę swoistej introdukcji, magicznej formuły, która podkreśla powtarzalność całego procesu, albo jego nieskończoność (zmniejszające się nieustannie odcinki, które maleją zgodnie z paradoksami Zenona z Eeli). Najciekawsze jest to, że na bazie dalszej wymiany zdań, niemal niemożliwe jest ustalenie, kim jest właściwie osoba opowiadająca całą historię.

Dzieło mocno przypomina senną wędrówkę – swoiste błąkanie się, błądzenie pośród majaków oraz widziadeł. Droga stanowi cel sam w sobie. Nieważne dokąd, nieważne po co, nieważne skąd właściwie zaczyna się cała eskapada – znaczący jest wyłącznie sam ruch, któremu towarzyszy rozmowa. Bohaterowie niby idą, ale zdają się stać w miejscu, pogrążeni w onirycznej konwencji. Być może to wędrówka wyłącznie metaforyczna – za tym faktem przemawia dziwna sceneria, w której pustynnemu piaskowi towarzyszą rybacy (kłusownicy?). Iluzja, fantasmagoria, urojenie, a może prywatna wizja rzeczywistości, która rządzi się własnymi prawami, pozwalającymi współegzystować ze sobą rzeczom w pewien sposób wykluczającym się, które zestawione razem tworzą oksymorony. Chociaż ten wątek chyba lepiej porzucić – w końcu kto chciałby zostać wyłącznie cudzym mirażem, a więc poniekąd więźniem cudzego umysłu?

Bohaterowie pogrążeni w konwersacji chwytają na wędkę swoich pogawędek kolejne tematy, których orbita przebiega niepokojąco (tylko dla niektórych!) blisko seksu. Pojawiają się zatem dziwy nad dziwami, konie, drezyny, w towarzystwie dziwów bardziej zmysłowych, czyli kobiet, pod których adresem padają jednak dosyć często obraźliwe określenia, począwszy od szmat, na dziwach (ha, a jakby inaczej?!), pardon!, dziwkach skończywszy. Dostrzegalne są pewne elementy charakterystyczne dla twórczości Herny’ego Millera – przynajmniej pod względem przygód Mikada, Gandhiego oraz Selaviego, którzy podobnie jak amerykański autor nie boją się epatowania (kogo jak kogo!) seksem, relacjonowania swoich, najczęściej nieudanych, płciowych podbojów czy pijackich eskapad. W tle rysuje się zatem nieśmiało życie, przywodzące na myśl artystyczną bohemę, w którym nie stroni się od używek, miłości w jej najbardziej fizycznym aspekcie, alkoholu oraz charakterystycznego dla okresu dojrzewania aktu buntu. Czycz może niezbyt subtelnie, ale z pewnością interesująco przedstawia problemy oraz dramaty, rozgrywające się na linii dwóch pokoleń – młodzieńców oraz ich matek, które nie mogą pogodzić się z faktem, że ich pociechy to moczymordy, pijackie świnie, zdegenerowani alkoholicy, posczane ochlaptusy czy okurwieńcy. Jednocześnie Czycz prezentuje niedojrzałość emocjonalną swoich bohaterów, którzy nie potrafią budować trwalszych relacji, przekładając ponad nie krótkotrwałą, acz intensywną fizyczną przyjemność. Zabawny jest również fakt, że dwójka z nich nadal mieszka ze swoimi rodzicielkami, do których nie odczuwają przecież szczególnej sympatii (z wzajemnością!)

Utwór Czycza jest z pewnością oryginalny. Autor często bawi się słowami, zmieniając ich znacznie w zależności od kontekstów, które kolejno po sobie następują. Roi się także od myślowych skrótów, których rozwikłanie przypomina niekiedy zabawę z rebusami. Środkiem, który Czycz stosuje wręcz nagminnie jest zdanie eliptyczne – mało która wypowiedź jest zakończona pojedynczą kropką. Sprawia to, że całość kojarzy się z mocno chaotycznym bełkotem, plątaniną. Komunikacja zdaje się być tylko pustym frazesem, przez co wzajemne zrozumienie staje się absolutnie niemożliwe. Chociaż nie zawsze. Utwór balansuje na granicy pewnych stanów – z morza nieartykułowanych dźwięków, niepowiązanych ze sobą zdań, zagłuszających się dźwięków gwałtownie wyłania się dialog, w którym trzy głosy brzmią w niemal idealnej harmonii, wzajemnie się uzupełniając, dopełniając, dopowiadając. I kiedy czytelnik zyskuje już przeświadczenie, że oto znalazł jakiś punkt zaczepienia, który stanie się zarodkiem tak długo poszukiwanego sensu całej powieści, jej pointy, czy czego tam jeszcze zawsze oczekujemy od pisarza, Czycz serwuje nam niemiłą niespodziankę – cała konstrukcja ponownie zostaje rozbita, tonąc w bagnie zawiłych, niezrozumiałych, niepowiązanych ze sobą zdań.

Nastrój powieści, czy raczej powieściopodobnego tworu nie jest zbyt sielankowy. Uparte, długotrwałe, acz bezowocne krążenie wokół Miasteczka (Sorrento?) przypomina poruszanie się po okręgu o określonej, skończonej średnicy, która tym samym wyznacza granicę świata (chociaż wzór ∙r2 jest niepokojąco podobny do formuły 4/3∙∏∙r3, która przynajmniej na razie stanowi granicę, jakiej zwykły śmiertelnik, którego nie stać na loty w kosmos nie jest w stanie przekroczyć – ośmielę się zresztą rzec, że r tak naprawdę dobieramy sami, wedle własnego uznania). Wydaje mi się, że można w tym miejscu doszukiwać się aluzji do egzystencji samego Czycza, który praktycznie przez całe swoje życie poruszał się w obrębie linii Kraków-Krzeszowice. Odnoszę wrażenie, że takie uparte kołowanie to także symbol naszych codziennych działań – kluczymy, błądzimy, krążymy, ale mimo usilnych prób do sensu naszego ziemskiego bytu nie jesteśmy w stanie dotrzeć ciągle skazując się na utarte schematy, których ciasnota jest jednak nieznośna. Z kolei piasek Pustyni Błędowskiej, na której rozgrywa się akcja utworu przywodzi mi na myśl zwały nijakiej codzienności, w których wielu z nas brnie, będąc w nich unurzanym po kolana, posuwając się mozolnym krokiem (na pięć jest się naprzód o trzy, nie więcej) nie wiadomo właściwie dokąd.

Powieść można rozpatrywać również na płaszczyźnie destrukcyjnej. Znaczący jest przy tym fakt, że postulowana anihilacja zdaje się przebiegać niespiesznie, spokojnie, wręcz dostojnie, niczym dworski taniec pawana, popularny szczególnie we Włoszech oraz Hiszpanii, charakteryzujący się powolnymi, uroczystymi ruchami. Przyglądając się światu, w którym egzystują bohaterowie, nietrudno o myśli, że budowla ta ulega zagładzie. Dematerializują się słowa, coraz bardziej kulawe, koślawe, porwane, poszatkowane. Nietrwałość literackiej rzeczywistości podkreśla zatem składnia oraz sam język, które są niczym piach na wszędobylskiej pustyni, zdającej się podążać za bohaterami. Piach z pewnością nie stanowi dobrego budulca – jego ziarenka zlepiają się tylko krótkotrwale, zatem piaskowe zamki to twory efemeryczne, delikatne, kruche. Od piachu z kolei niedaleko jest już do pyłu (marnego), z którym występuje i kurz, którego wirujące cząsteczki dobrze widać w świetle. Ale co jeśli owe światło jest blade, słabe, mało wyraziste, ledwie rozpraszające ciemności?

Przyznaję, że Czycz zaskoczył mnie formą swojego utworu. Po pierwszy kilku stronach zastanawiałem się nawet nad odłożeniem lektury, ale zwyciężyła tendencja do kończenia rozpoczętych książek. Mimo pewnych trudności (ale któż w życiu ich nie ma?) udało mi się szczęśliwie przebrnąć do końcowych stron powieści, która jawi mi się jako swoisty manifest niewyrażalności, niemożności ekspresji naszych myśli w taki sposób, by były one zupełnie zrozumiałe, w pełni transparentne dla dowolnego człowieka. Obcość zdaje się lęgnąć w każdym z nas, a metafizyczny kontakt, jedność dusz sprawia wrażenie mitu, który nie ma prawa się ziścić w tym pełnym zindywidualizowanych jednostek świecie. Marzy mi się przy tym popołudniowo-wieczorna wędrówka po piaskach Błędowskiej Pustyni z którymś z utworów Czycza w rękach. Mam nadzieję, że nachodzące lato pozwoli mi ziścić moje rojenia.

sobota, 01 marca 2014

Okładka książki Jestem kotem

  Tytuł: Jestem kotem

  Autor: Sōseki Natsume 

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 544

  Cena: 49,00 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Wiek XX to stulecie pełne kontrowersji, które w takim samym stopniu udowodniło tryumf myśli ludzkiej, co małość serca i potworną nieczułość tego dziwnego gatunku. Obok epokowych odkryć zachodziły wywołane przez człowieka katastrofy na skalę wcześniej niespotykaną. Chłodnemu intelektowi zdaje się zatem towarzyszyć zimna kalkulacja oraz ciągła bezduszność. Wiek XX to także ciekawy i bogaty w znamienne wydarzenia okres w historii Japonii. Na przełom XIX i XX wieku przypada przecież epoka Meiji (lata 1868 – 1912), czyli epoka światłych rządów, w czasie której nastąpiło obalenie shogunatu oraz gwałtowna modernizacja kraju. Japonia skończywszy z doktryną izolacjonizmu oraz na skutek dynamicznych przemian zaczęła przekształcać się w gospodarczą potęgę, za wzór obierając sobie mocarstwa europejskie oraz Stany Zjednoczone. Ale wiek XX to także ogromna tragedia, do jakiej doszło pod koniec II Wojny Światowej, kiedy to na Hiroszimę oraz Nagasaki zostały zrzucone amerykańskie bomby atomowe. Pokaz brutalnej siły, która dosłownie w mgnieniu oka potrafiła zmieść z powierzchni ziemi kilkadziesiąt tysięcy istnień ludzkich, przyczynił się do bezwarunkowej kapitulacji Japonii, ale równocześnie bezsprzecznie udowodnił, że jednym z najbardziej bestialskich zwierząt, jakie zrodziła ziemia jest bez wątpienia człowiek. Chciałoby się rzec ten sam człowiek, który obżera się, sra, bredzi, pieprzy co popadnie, który jeśli tylko spojrzeć na jego postępowanie z odpowiedniej perspektywy, jest osobnikiem na wskroś banalnym, a do tego śmiesznym, a z całym swoim aparatem, mającym udowadniać jego wielkość – żałosnym. Oczywiście nie jest łatwo patrzeć krytycznym okiem na własny rodzaj, dostrzegać absurdalność postępowania innych, ale rozumianych jako przedstawicieli tego samego gatunku, do którego należymy, słowem mało kto przepada za żartowaniem z własnej natury. Można jednak zauważyć pewną tendencję, że im dana jednostka bardziej wybitna, tym bardziej skora do bezlitosnego spoglądania na samego siebie – w ten trend doskonale wpisuje się Sōseki Natsume.

Sōseki Natsume (właściwie Kinnosuke Natsume) to żyjący w latach 1867 – 1916 (jego życie zbiega się niemal idealnie z trwaniem epoki Meiji) autor japoński, uważany za twórcę nowoczesnej powieści japońskiej. W swoim dorobku artystycznym posiada utwory obyczajowe oraz psychologiczne. Zajmował się także krytyką literacką, pisał eseje oraz poezję. Sōseki Natsume, obok Jun'ichirō Tanizakiego i Yasunari Kawabaty uważany jest za jednego z trzech największych japońskich literatów. Za jego najpopularniejsze dzieło uchodzi książkowy debiut zatytułowany Jestem kotem.

Same okoliczności powstania utworu są bardzo ciekawe. Pierwotnie, krótkie opowiadanie pt. Jestem kotem zostało napisane na prośbę Kyoshiego Takahamy, poety oraz redaktora czasopisma Hototogisu, z którym Natsume utrzymywał akademickie kontakty. Podesłany twór nie okazał się jednak satysfakcjonujący – Natsume musiał go gruntownie skorygować. Dopiero po wprowadzeniu całkiem licznych poprawek Takahama zdecydował się go opublikować – tekst okazał się przy tym strzałem w dziesiątkę. Przypadł on do gustu zarówno redaktorowi jak i czytelnikom – fala entuzjazmu zmusiła Natsume do zmiany planów. Młody autor zamierzał poprzestać na jednym opowiadaniu, tymczasem finalnie napisał ich aż 11, co razem złożyło się na powieściowy debiut.

Jestem kotem. Imienia jeszcze nie mam. Tymi słowami rozpoczyna się książka z miejsca sygnalizując, że lektura będzie dosyć niezwykła. Czytelnik od samego początku dowiaduje się, że pierwszoosobowym narratorem jest kot. Natsume stosuje rzadko spotykany w powieściach zabieg personifikacji, który najczęściej wykorzystywany jest bajkach. Za ojca tej krótkiej formy literackiej uznaje się Ezopa – jego utwory posiadały wyraźnie zaznaczony morał, cechowały się alegorycznością, często utrzymane były w żartobliwej konwencji. Popularnym zabiegiem było wyrażanie uniwersalnych postaw, stanowisk, czy poglądów m.in. za sprawą zwierząt. Utwór Jestem kotem dość dobrze wpisuje się w tę konwencję. Najłatwiejszym do wychwycenia punktem wspólnym jest oczywiście humor, którego w książce z pewnością nie brakuje. Sam kot może uchodzić za wyraziciela poglądów głoszonych przez Sōsekiego Natsume. Ten niewielki drapieżnik to świetny obserwator, który dzięki temu, że nie jest człowiekiem, może przyglądać się ludzkim działaniom z nieco szerszej perspektywy. Poprzez fakt, że narrator nie przynależy do człowieczego gatunku, jego ocena zachowań, norm, czy zwyczajów ludzkich wydaje się odrobinę bardziej obiektywna. Nietypowe spojrzenie pozwala na wychwycenie wielu spraw na tyle powszechnych, że na co dzień nam umykają. Dopiero prezentowany, bardzo oryginalny punkt widzenia sprawia, że czytelnik zaczyna uświadamiać sobie jak zagadkową, niekiedy zabawną, a z pewnością niejednoznaczną istotą jest człowiek.

Jednym z bohaterów utworu jest gospodarz Kushami, u którego mieszka bezimienny kot. Pan naszego czworonoga jest nauczycielem angielskiego, który wykłada ten język w jednej z pobliskich szkół. Wraz z żoną, trzema córkami oraz służącą mieszka w tradycyjnym, nieco zaniedbanym domostwie. Czas wolny spędza najchętniej samotnie w bibliotece, pozostając w głębokiej izolacji od otaczającego go świata, który stale zdaje się mu narzucać, przeszkadzać oraz irytować. Od czasu do czasu profesora odwiedzają przyjaciele, którzy okazują się równie oryginalnymi osobnikami. Były uczeń Kangetsu pragnie uzyskać doktorat z fizyki, który oprócz wyraźnej nobilitacji w świecie nauki może okazać się cenną kartą przetargową w matrymonialnych staraniach. Jeśli dołożyć do tego szlifowanie szklanych kul oraz ogromny, poetycki wręcz, nochal przyszłej teściowej, czytelnik może być niemal pewnym, że wszelkie epizody związane z Kangetsu oraz państwem Kaneda (głową rodziny, a więc mężem gargantuicznego nosa jest ufny w siłę pieniądza biznesmen) będą obfitować w cały szereg zabawnych wydarzeń. Nie gorzej prezentuje się Meitei, persona pewna siebie do granic możliwości, wyzbyta zmartwień, skrępowania, trosk, czy skrupułów, której główną działalność stanowi kpiarstwo oraz sprawianie psikusów znajomym. Absurdalne dialogi, niecodzienna wymiana poglądów, abstrakcyjne koncepcje, czy przewrotne porady, do których za usilną namową stosują się naiwni przyjaciele to cechy charakterystyczne kolegi Meiteia.

Oczywiście relacje ze wszystkich niezwykłych spotkań, do których dochodzi u gospodarza serwuje czytelnikowi tytułowy kot. Zwierzę okazuje się zaskakująco inteligentnym oraz bystrym obserwatorem, którego uwadze nic nie może umknąć. Ofiarą kociej spostrzegawczości pada głównie ludzka natura, o której okrucieństwie narrator nie raz, nie dwa boleśnie przekonał się na własnej skórze. Mimo, że relacja prowadzona jest w dość ironicznym oraz lekkim tonie, to jednak spod płaszczyka humoru przebija się niepokojąco intensywna prawda o człowieczym charakterze. Ludzki egoizm, ślepota, egocentryzm, niedostrzeganie cudzych potrzeb prezentowane są w całej rozciągłości. Okazuje się, że człowiek nie jest stworzeniem tak mądrym, za jakie się uważa – brak wyrozumiałości oraz wrażliwości nie pozwalają na pozyskanie szacunku zwykłego kota. Czworonóg zwraca także uwagę na naturalne wręcz skłonności do dwulicowości oraz fałszywych zachowań – ludzie przyjmują diametralnie różne postawy w zależności od okoliczności oraz towarzystwa, w jakim w danym momencie się znajdują, kierując się przy tym wyłącznie własnym interesem. W konwersacjach z ważniejszymi osobnikami pojawiają się tanie pochlebstwa, uniżoność, niechęć do prowadzenia sporów. Ale już w kontaktach z przedstawicielami niższych warstw społecznych wykorzystywana są pogarda, czy niechęć, a jakiejkolwiek wyrozumiałości nie może być mowy. Kot kładzie również nacisk na sprzeczności, które naznaczają większość ludzkich działań. Człowiek uważa się za istotę najwyższego rzędu, jaka kiedykolwiek kroczyła po kuli ziemskiej, obnosząc się z dumą swoim nieprzeciętnym intelektem, a na dobrą sprawę nie udało mu się nawet zgłębić istoty własnego bytu, poznać samego siebie. W dalszym ciągu stawiane są pytania o cel egzystencji, na które jednak trudno uzyskać satysfakcjonujące odpowiedzi. Ponadto ludzkie poglądy zmieniają się w zależności od miejsca i czasu – chciałoby się powiedzieć, że tylko człowiek potrafi tak manipulować tymi samymi wartościami, że ten sam przedmiot nagle ulega metamorfozie, przekształcając się z czarnego w biały i odwrotnie.

Najczęstszym obiektem obserwacji kota jest jego gospodarz, profesor Kushami. To zrozumiałe ze względu na fakt, że razem spędzają najwięcej czasu. Czworonóg jako jedyny ma prawo przebywać w gabinecie swojego pana, gdy ten jak każdego popołudnia, po nużącym dniu pracy, odcina się od całego świata. Tym samym kot staje się powiernikiem najskrytszych sekretów, świadkiem wielu tajemnic profesora. Ale przyznać trzeba, że kocia ocena, wystawiona gospodarzowi Kushamiemu nie jest zbyt wysoka. Profesor jawi się jako osoba mało rozgarnięta, wręcz przygłupawa. Uderzające są jego cechy, wśród których prym wiodą obojętność, upór, złośliwość, drażliwość, nerwowość oraz porażająca bierność. Co ciekawe, mimo tych wszystkich krytycznych przytyków kierowanych pod adresem profesora, kot lubi i szanuje swojego pana. Na miarę swoich możliwości stara się o niego troszczyć, dbać o jego dobre imię. Oczywiście gospodarz nie jest wyłącznie chodzącą kupą nieszczęścia, u której nie można dopatrzyć się żadnych pozytywów. U swojego pana kot najbardziej ceni sobie właśnie brak inicjatywy, którą czworonóg, na bazie własnych doświadczeń kojarzy głównie z oszukiwaniem i zwodzeniem bliźnich, zabieganiem komuś drogi i utrudnianiem mu życia, szantażowaniem fałszywą wiedzą oraz zwodzeniem. Ponieważ gospodarzowi brak także poczucia własnej dumy, nie jest on ani zuchwały, ani niegodziwy.

Przyglądając się sylwetce Kushamiego oraz kota nietrudno dostrzec, że obie postacie są w pewnym stopniu wzorowane na samym Sōseki Natsume. Profesor, to podobnie jak autor utworu nauczyciel języka angielskiego, który może poszczycić się dumnymi wąsiskami, a włosy na boku głowy rozdziela efektownym przedziałkiem. Codzienną egzystencję utrudniają problemy z niestrawnością, z którymi Natsume borykał się do końca swojego życia, które nigdy nie opływało w luksusy. Analogie pomiędzy Sōsekim Natsume a kotem są już bardziej subtelne, wkraczając na tereny metaforyczne. Japoński pisarz był najmłodszym synem naczelnika jednej z dzielnic miasta Edo. Wraz z nadejściem epoki Meiji nastąpiło obalenie feudalnego systemu shogunatu rodu Tokugawa. Wiadomo powszechnie, że wszelkie wielkie przemiany najdotkliwiej odczuwają ludzie mali i nie inaczej było w wypadku rodziny Natsume. Stanowisko naczelnika dzielnicy zostało zlikwidowane, co wiązało się z popadnięciem w spore kłopoty finansowe. Aby odciążyć nieco domowy budżet, najmłodsza latorośl, Kinnosuke (dzisiaj lepiej znany jako Sōseki) został oddany na wychowanie rodzinie Shiobara. Jednak kłótnie małżeńskie oraz niestałość związku przybranych rodziców sprawiły, że Kinnosuke wrócił do rodzinnego domu w wieku 8 lat, ale jeszcze przez kilka dalszych lat formalnie pozostawał członkiem rodziny Shiobara. Zatem niemal od początku swojego żywota Kinnosuke Natsume uważany był za niepotrzebny ciężar. Poczucie samotności, wyobcowania pobrzmiewa wyraźnie w narracji kota, który przecież do końca książki pozostaje kotem bezimiennym. Czworonóg mieszka w domu swojego gospodarza, ale odkąd tylko się w nim pojawił traktowany jest bardziej jako intruz, z którego obecnością, ze względu na upór, należy się pogodzić. Nikt nie przejawia zbytniej troski ani zainteresowania kocim domownikiem, który zdaje się egzystować nieco na uboczu, na marginesie.

Mimo tej chłodnej obojętności, z jaką traktowany jest kot, to właśnie on pozostaje najsympatyczniejszą postacią w całej książce. Fantastyczny jest przede wszystkim język, którym czworonóg snuje swoją narrację – nacechowany jest on ironią, pozorną naiwnością, która nie pozwala przestać zadziwiać się meandrami ludzkiej psychiki. Zaskakuje znakomita znajomość kultury zarówno japońskiej jak i europejskiej, do której kot bardzo często się odwołuje, szczególnie gdy posługuje się zabawnymi porównaniami, charakteryzując całą galerię postaci, która przewija się przez domostwo profesora. Uśmiech na twarzy wywołują zarówno osobliwe określenia typu profesor Latryna, Wielkie Bóstwo Ogona, czy profesor Ostryga jak i niecodzienne wydarzenia, do których z pewnością zalicza się koci taniec, czy tłumaczenie zawiłych rodzinnych koligacji (córka kuzyna ze strony matki męża młodszej siostry osobistego sekretarza wody po trzynastym shōgunie) oraz niemal wszystkie dialogi pomiędzy gospodarzem a jego kolejnymi gośćmi.

Utwór jako całość prezentuje się po prostu wybornie. Natsume wyłożył w nim ogrom interesujących poglądów dotyczących spraw kultury, tradycji oraz ogólnie ludzkości. Człowiecza natura została poddana miażdżącej krytyce, chociaż sama jej forma ma wydźwięk mocno ironiczny. Dobrze widoczne jest również stanowisko Natsume w kwestiach tożsamości własnego kraju – nie należał on do zwolenników kultu narodu japońskiego, który był szczególnie intensywny w trakcie wojny z Rosją, trwającej w latach 1904 – 1905. Ale szowinistyczne, czy nacjonalistyczne zachowania były dla Natsume równie obce co zachłyśnięcie się Zachodem. Japoński literat niechętnym okiem patrzył na ślepą i bezmyślną manię naśladowania wszystkiego co europejskie, czy amerykańskie. Godna pożałowania wydaje się choćby wychwalana przez Europejczyków aktywność, która w gruncie rzeczy jest często działaniem samym w sobie, nie przynoszącym realnych efektów. Nieustanna chęć zmian, niecierpliwość, wola dominacji, chęć postawienia na swoim, chorobliwa żądza posiadania racji po swojej stronie to w mniemaniu narratora procesy nieskończone, samonapędzające się, gnające ludzkość prosto w objęcia autodestrukcji.

Prezentowana lektura to znakomite antidotum, mogące zadziałać niczym kubeł zimnej wody wylanej na głowę rozpaloną do czerwoności wizjami własnej wielkości. Sōseki Natsume razem ze swoim rewelacyjnym narratorem brutalnie rozwiewają w pył miraż człowieka-kreatora, którego woli powinno poddawać się każde stworzenie. Po ostatnich stronach tej rewelacyjnej książki ludzkość zaczyna jawić się bardziej jako nagi król, obnażony z wszelkich szat, w które dotychczas próbował skryć swą małość, podłość i nijakość.

P.S. Wydanie, które posiadam (Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 2012) jest przepiękne. W oczy rzuca się już twarda oprawka z interesującą okładką, która stanowi dopiero przedsmak tego, co skrywa w sobie książka. Każdy kolejny rozdział ozdobiony jest kolorową ryciną, dodatkowo w tekście można odnaleźć kilka przedruków japońskich obrazów. Wszystkie rysunki wybornie harmonizują z tekstem.

| < Marzec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita