Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: literatura polska

sobota, 08 marca 2014

Okładka książki Pawana

  Tytuł: Pawana

  Autor: Stanisław Czycz

  Wydawnictwo: Literackie

  Liczba stron: 182

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka





 

 

 

 

 

Wg Stefanii Skwarczyńskiej, uznanej polskiej teoretyk i historyk literatury, literatura to sensowne twory słowne. Dla mnie osobiście, oczywiście za sprawą znakomitych twórców, literatura to bardzo często magia, która przenika do mojej egzystencji. Czytając dzieła takich wybitnych autorów jak choćby Julio Cortázar, Vladimir Nabokov, czy Philip K. Dick, niezmiennie fascynuje mnie sposób, w jaki dokonują oni destylacji codzienności, transponując z niej zarówno fakty, wydarzenia, jak i postacie, charaktery do swojej literackiej rzeczywistości. Proces powstawania literatury jest dla mnie bardziej interesujący i kompletny, kiedy znam biografię danego autora, która umożliwia mi dostrzeżenie całej palety bodźców, jakie oddziaływały na literackiego kreatora. Przyznaję jednak, że do tej pory dowiadywałem się o danym środowisku poprzez pisarza, który w nim dorastał, żył, obracał się. Ostatnio jednak, nieco z przypadku, czy bardziej za sprawą literackiego czaru dokonałem pewnej inwersji w tej materii – otóż m.in. dzięki Matiemu z blogu Rozkminki Pana Dziejaszka postanowiłem poznać rodzinne miasto mojej dziewczyny, Krzeszowice, przez pryzmat twórczości jej krajana, Stanisława Czycza. Na wstępie zdradzę, że proza Czycza okazała się daleka od zapierających dech w piersiach opisów dzikiej natury, czy relacji z romantycznych nocnych wędrówek w cieniach miejskich uliczek, ale wydaje mi się, że udało mi się dowiedzieć co nie co o klimacie tego niewielkiego miasteczka.

Gwoli ścisłości musze wyjaśnić, że Czycz nie jest rodowitym krzeszowiczaninem, chociaż Krzeszowice, tyle, że pod nazwą Sorrento bądź skrótem K. często i gęsto przewijają się w jego twórczości. Artysta urodził się w 1929 roku w Gwoźdźcu, nie istniejącej już wsi, która została podzielona pomiędzy Krzeszowice oraz Nawojową Górę. Dom rodzinny Czycza znajduje się na samej granicy obu miejscowości. Obecnie zmarły w 1996 roku Stanisław Czycz, poeta oraz prozaik, to pisarz niemal zapomniany, o którym rzadko się słyszy, niewiele się mówi. Przyznać trzeba, że ta aura tajemnicy wokół osoby artysty to poniekąd zasługa samego Czycza. Depresja oraz poważna choroba skóry, która odbiła się na jego wyglądzie sprawiły, że twórca, szczególnie pod koniec ziemskiej bytności, trwał niemal w zupełnej izolacji, dobrowolnie wycofując się z życia literackiego. Cechą charakterystyczną Czycza była niezależność – nie mieszał się on ani w oficjalne układy, ani w działalność opozycyjną. Zawsze pozostawał na uboczu, na marginesie. Posiadał całkiem liczne grono znajomych pisarzy, ale na co dzień wolał obracać się w środowisku zwykłych ludzi, wśród których mniej było zapatrzonych w siebie snobów. Czycz debiutował w Prapremierze pięciu poetów, słynnej publikacji na łamach krakowskiego Życia Literackiego, w ramach której pięciu komentatorów rekomendowało pięciu poetów. Czycz znalazł się w doborowym towarzystwie Bohdana Drozdowskiego (polecał go Julian Przyboś), Jerzego Harasymowicza (pisał o nim Mieczysław Jastrun), Mirona Białoszewskiego (sugestia Artura Sandauera) oraz Zbigniewa Herberta (rekomendowany przez Jana Błońskiego). Wiersze Stanisława Czycza firmował swoim nazwiskiem Ludwik Flaszen. Czycz opublikował dwa zbiory swojej poezji – Tła w 1957 roku oraz Berenais w roku 1960. Co interesujące, pozostałe znaczące dzieła, które ukazały się drukiem to już tylko opowiadania oraz powieści. To właśnie za sprawą tej ostatniej formy literackiej poznałem pióro pana Stanisława Czycza.

Wydana w 1977 roku Pawana to tekst z pewnością nietypowy. Znamienna jest już sama konstrukcja utworu, na którą składają się głównie dialogi, prowadzone przez trzech bohaterów, Mikada, Gandhiego oraz Selaviego. Ponadto w początkowej fazie dzieła w momencie rozpoczęcia kolejnych scen pojawia się pierwszoosobowy narrator, najczęściej za sprawą słowa szliśmy zestawianego z innymi wyrazami w różnych konfiguracjach (Szliśmy i szliśmy (…); Szliśmy, idziemy (…); Szliśmy, a słońce (…), etc.) Czasownik ten stanowi zatem formę swoistej introdukcji, magicznej formuły, która podkreśla powtarzalność całego procesu, albo jego nieskończoność (zmniejszające się nieustannie odcinki, które maleją zgodnie z paradoksami Zenona z Eeli). Najciekawsze jest to, że na bazie dalszej wymiany zdań, niemal niemożliwe jest ustalenie, kim jest właściwie osoba opowiadająca całą historię.

Dzieło mocno przypomina senną wędrówkę – swoiste błąkanie się, błądzenie pośród majaków oraz widziadeł. Droga stanowi cel sam w sobie. Nieważne dokąd, nieważne po co, nieważne skąd właściwie zaczyna się cała eskapada – znaczący jest wyłącznie sam ruch, któremu towarzyszy rozmowa. Bohaterowie niby idą, ale zdają się stać w miejscu, pogrążeni w onirycznej konwencji. Być może to wędrówka wyłącznie metaforyczna – za tym faktem przemawia dziwna sceneria, w której pustynnemu piaskowi towarzyszą rybacy (kłusownicy?). Iluzja, fantasmagoria, urojenie, a może prywatna wizja rzeczywistości, która rządzi się własnymi prawami, pozwalającymi współegzystować ze sobą rzeczom w pewien sposób wykluczającym się, które zestawione razem tworzą oksymorony. Chociaż ten wątek chyba lepiej porzucić – w końcu kto chciałby zostać wyłącznie cudzym mirażem, a więc poniekąd więźniem cudzego umysłu?

Bohaterowie pogrążeni w konwersacji chwytają na wędkę swoich pogawędek kolejne tematy, których orbita przebiega niepokojąco (tylko dla niektórych!) blisko seksu. Pojawiają się zatem dziwy nad dziwami, konie, drezyny, w towarzystwie dziwów bardziej zmysłowych, czyli kobiet, pod których adresem padają jednak dosyć często obraźliwe określenia, począwszy od szmat, na dziwach (ha, a jakby inaczej?!), pardon!, dziwkach skończywszy. Dostrzegalne są pewne elementy charakterystyczne dla twórczości Herny’ego Millera – przynajmniej pod względem przygód Mikada, Gandhiego oraz Selaviego, którzy podobnie jak amerykański autor nie boją się epatowania (kogo jak kogo!) seksem, relacjonowania swoich, najczęściej nieudanych, płciowych podbojów czy pijackich eskapad. W tle rysuje się zatem nieśmiało życie, przywodzące na myśl artystyczną bohemę, w którym nie stroni się od używek, miłości w jej najbardziej fizycznym aspekcie, alkoholu oraz charakterystycznego dla okresu dojrzewania aktu buntu. Czycz może niezbyt subtelnie, ale z pewnością interesująco przedstawia problemy oraz dramaty, rozgrywające się na linii dwóch pokoleń – młodzieńców oraz ich matek, które nie mogą pogodzić się z faktem, że ich pociechy to moczymordy, pijackie świnie, zdegenerowani alkoholicy, posczane ochlaptusy czy okurwieńcy. Jednocześnie Czycz prezentuje niedojrzałość emocjonalną swoich bohaterów, którzy nie potrafią budować trwalszych relacji, przekładając ponad nie krótkotrwałą, acz intensywną fizyczną przyjemność. Zabawny jest również fakt, że dwójka z nich nadal mieszka ze swoimi rodzicielkami, do których nie odczuwają przecież szczególnej sympatii (z wzajemnością!)

Utwór Czycza jest z pewnością oryginalny. Autor często bawi się słowami, zmieniając ich znacznie w zależności od kontekstów, które kolejno po sobie następują. Roi się także od myślowych skrótów, których rozwikłanie przypomina niekiedy zabawę z rebusami. Środkiem, który Czycz stosuje wręcz nagminnie jest zdanie eliptyczne – mało która wypowiedź jest zakończona pojedynczą kropką. Sprawia to, że całość kojarzy się z mocno chaotycznym bełkotem, plątaniną. Komunikacja zdaje się być tylko pustym frazesem, przez co wzajemne zrozumienie staje się absolutnie niemożliwe. Chociaż nie zawsze. Utwór balansuje na granicy pewnych stanów – z morza nieartykułowanych dźwięków, niepowiązanych ze sobą zdań, zagłuszających się dźwięków gwałtownie wyłania się dialog, w którym trzy głosy brzmią w niemal idealnej harmonii, wzajemnie się uzupełniając, dopełniając, dopowiadając. I kiedy czytelnik zyskuje już przeświadczenie, że oto znalazł jakiś punkt zaczepienia, który stanie się zarodkiem tak długo poszukiwanego sensu całej powieści, jej pointy, czy czego tam jeszcze zawsze oczekujemy od pisarza, Czycz serwuje nam niemiłą niespodziankę – cała konstrukcja ponownie zostaje rozbita, tonąc w bagnie zawiłych, niezrozumiałych, niepowiązanych ze sobą zdań.

Nastrój powieści, czy raczej powieściopodobnego tworu nie jest zbyt sielankowy. Uparte, długotrwałe, acz bezowocne krążenie wokół Miasteczka (Sorrento?) przypomina poruszanie się po okręgu o określonej, skończonej średnicy, która tym samym wyznacza granicę świata (chociaż wzór ∙r2 jest niepokojąco podobny do formuły 4/3∙∏∙r3, która przynajmniej na razie stanowi granicę, jakiej zwykły śmiertelnik, którego nie stać na loty w kosmos nie jest w stanie przekroczyć – ośmielę się zresztą rzec, że r tak naprawdę dobieramy sami, wedle własnego uznania). Wydaje mi się, że można w tym miejscu doszukiwać się aluzji do egzystencji samego Czycza, który praktycznie przez całe swoje życie poruszał się w obrębie linii Kraków-Krzeszowice. Odnoszę wrażenie, że takie uparte kołowanie to także symbol naszych codziennych działań – kluczymy, błądzimy, krążymy, ale mimo usilnych prób do sensu naszego ziemskiego bytu nie jesteśmy w stanie dotrzeć ciągle skazując się na utarte schematy, których ciasnota jest jednak nieznośna. Z kolei piasek Pustyni Błędowskiej, na której rozgrywa się akcja utworu przywodzi mi na myśl zwały nijakiej codzienności, w których wielu z nas brnie, będąc w nich unurzanym po kolana, posuwając się mozolnym krokiem (na pięć jest się naprzód o trzy, nie więcej) nie wiadomo właściwie dokąd.

Powieść można rozpatrywać również na płaszczyźnie destrukcyjnej. Znaczący jest przy tym fakt, że postulowana anihilacja zdaje się przebiegać niespiesznie, spokojnie, wręcz dostojnie, niczym dworski taniec pawana, popularny szczególnie we Włoszech oraz Hiszpanii, charakteryzujący się powolnymi, uroczystymi ruchami. Przyglądając się światu, w którym egzystują bohaterowie, nietrudno o myśli, że budowla ta ulega zagładzie. Dematerializują się słowa, coraz bardziej kulawe, koślawe, porwane, poszatkowane. Nietrwałość literackiej rzeczywistości podkreśla zatem składnia oraz sam język, które są niczym piach na wszędobylskiej pustyni, zdającej się podążać za bohaterami. Piach z pewnością nie stanowi dobrego budulca – jego ziarenka zlepiają się tylko krótkotrwale, zatem piaskowe zamki to twory efemeryczne, delikatne, kruche. Od piachu z kolei niedaleko jest już do pyłu (marnego), z którym występuje i kurz, którego wirujące cząsteczki dobrze widać w świetle. Ale co jeśli owe światło jest blade, słabe, mało wyraziste, ledwie rozpraszające ciemności?

Przyznaję, że Czycz zaskoczył mnie formą swojego utworu. Po pierwszy kilku stronach zastanawiałem się nawet nad odłożeniem lektury, ale zwyciężyła tendencja do kończenia rozpoczętych książek. Mimo pewnych trudności (ale któż w życiu ich nie ma?) udało mi się szczęśliwie przebrnąć do końcowych stron powieści, która jawi mi się jako swoisty manifest niewyrażalności, niemożności ekspresji naszych myśli w taki sposób, by były one zupełnie zrozumiałe, w pełni transparentne dla dowolnego człowieka. Obcość zdaje się lęgnąć w każdym z nas, a metafizyczny kontakt, jedność dusz sprawia wrażenie mitu, który nie ma prawa się ziścić w tym pełnym zindywidualizowanych jednostek świecie. Marzy mi się przy tym popołudniowo-wieczorna wędrówka po piaskach Błędowskiej Pustyni z którymś z utworów Czycza w rękach. Mam nadzieję, że nachodzące lato pozwoli mi ziścić moje rojenia.

niedziela, 16 lutego 2014

  Tytuł: Okładka książki 622 upadki Bunga622 upadki Bunga

  Autor: Stanisław Ignacy Witkiewicz

  Wydawnictwo: Zielona Sowa

  Liczba stron: 320

  Cena: 14,90 zł

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

Słowo pisane to w moim prywatnym odczuciu jedno z największych osiągnięć ludzkości. Pismo klinowe, którego autorami byli prawdopodobnie Sumerowie, liczy sobie już ponad 5500 lat. Można zatem powiedzieć, że jako ludzkość mieliśmy całkiem sporo czasu by solidnie nauczyć się władać tym niezwykłym wynalazkiem. Na obecnym stopniu rozwoju doszliśmy już do takiej wprawy, że stosujemy różne nośniki dla tego typu informacji, począwszy od fizycznych, a na elektronicznych skończywszy. Ale co fascynujące, mimo upływu tylu stuleciu, jeśli chodzi o treść, jaką skrywa w sobie dany układ liter, czy też znaków, to człowiek nadal jest decydującym elementem tej układanki. W przypadku literatury, to właśnie autor jest swoistym demiurgiem, który powołuje do istnienia świat przedstawiony w danym utworze. Ale czy pisarz, podobnie jak Bóg powołuje do trwania rzeczy, wydobywając je z kompletnego niebytu, czy też jest bardziej budowniczym, który z dostępnych materiałów kreuje literacką rzeczywistość?

Osobiście uważam, że artysta, a w tym konkretnym przypadku pisarz, nie jest zupełnie wolny od bodźców zewnętrznych. Bohaterowie, akcja, fabuła rodzą się co prawda w umyśle autora, ale podstawę dla tych elementów w mniejszej bądź większej mierze stanowią przeżycia, wydarzenia, przygody, rozmowy czy spotkania, będące udziałem twórcy. Rzeczywistość oplatająca artystę okazuje się bardzo plastycznym, a przy tym wdzięcznym tworzywem, które może zostać użyte do napisania znakomitej powieści. Dobrym przykładem są dzieła Stanisława Ignacego Witkiewicza – chociaż on sam, mocno poróżniony z ówczesną polską krytyką literacką głośno postulował o oddzielenie literackiego dzieła od losów jego twórcy. Syn wybitnego malarza, architekta oraz teoretyka sztuki Stanisława Witkiewicza, był równie uzdolniony co ojciec, przejawiając ponadto talent w dziedzinie literatury, fotografii czy filozofii. W wieku 26 lat napisał swoją pierwszą powieść, 622 upadki Bunga, zawierającą sporo wątków autobiograficznych. Oczywiście książkę można, tak jakby życzył sobie tego Witkacy, odseparować od jego własnej osoby i czytać ją bez znajomości kluczowych faktów z jego życia. Utwór w dalszym ciągu pozostaje lekturą z wszech miar wartą uwagi, inspirującą oraz ciekawą – świadczy to o umiejętnym transponowaniu własnych przeżyć i obserwacji autora do świata literackiej fikcji oraz uniwersalności samego utworu, poruszającego tematy newralgiczne i ważne dla każdego człowieka. Ale o ileż bardziej interesujące i pełniejsze będą upadki tytułowego Bunga, jeśli czytelnik chociaż liźnie życiorys niezwykłego artysty, jakim niewątpliwie był Witkacy.

622 upadki Bunga czyli demoniczna kobieta, bo tak brzmi pełny tytuł debiutu literackiego Witkiewicza koncentruje się na dwóch aspektach – niełatwych relacjach młodego bohatera z płcią piękną oraz równie trudnych i zawiłych stosunkach ze sztuką. Bungo, to podobnie jak Witkacy w momencie pisania powieści, młody człowiek, artysta, a przy tym student Akademii Sztuk Pięknych. Życie dopiero odkrywa przed Bungiem swoje sekrety, poczynając jednak od prezentacji swojej zdecydowanie mroczniejszej strony. Dojrzewający młodzieniec odznacza się niepospolitym życiem duchowym oraz intensywnymi przeżyciami wewnętrznymi. Kwestią, która mocno nurtuje Bunga jest autodefinicja, wyznaczenie ścisłych ram własnej osobowości jak również ścisłe określenie swojego sposobu pojmowania sztuki. W takim właśnie stanie, tj. w trakcie duchowych rozterek, metafizycznych oraz artystycznych poszukiwań, gdy Bungo zatopiony jest w samym sobie, dopada go pani Akne Montecalfi, czyli tytułowa demoniczna kobieta. Pani Akne jest uznaną śpiewaczką operową, ale niesłabnącą salonową sławę zapewniają jej liczne romanse oraz potężny, wręcz legendarny wpływ, który wywiera na swoich kochanków, przyciągając ich niczym magnes, nie pozwalając im wyjść z orbity swoich destrukcyjnych oddziaływań.

Zestawienie ze sobą (to określenie jest chyba najbardziej adekwatne szczególnie w przypadku Bunga, który zdaje się być marionetką w rękach trzecioosobowego narratora, zsyłającego z sadystycznym umiłowaniem na swoją kukiełkę kolejne ciężkie doświadczenia) Bunga oraz Akne wywołuje silny efekt komiczny, charakteryzujący się równocześnie mocnym odcieniem tragizmu. Bungo to zblazowany młody człowiek, szukający kolejnych podniet, ekscytujących doświadczeń i przeżyć, będący w istocie zadufanym w sobie chłystkiem, któremu imponuje własna inteligencja i głębia. Z naiwnością godną najszczerszej litości prezentuje on pani Akne swoje zawiłe poglądy wierząc w krystalicznie czyste uczucie, które miałoby połączyć tę dwójkę. Bungo wraz z kolejnymi miłosnymi deklamacjami oraz „poważnymi rozmowami”, do których przejawia denerwującą wręcz swą intensywnością tendencję, jawi się coraz bardziej jako bezbronny a przy tym zupełnie nieświadomy chłopczyk, postawiony w obliczu ociekającego seksapilem hormonalnego (i niewyżytego) monstrum. Bungo, który szczególnie na początku utworu sprawia wrażenie tchórza bojącego się realnych zmian oraz zwykłej świni, ze swoimi skłonnościami do cynizmu, złośliwości, bezwzględności, oschłości i instrumentalnego traktowania innych dotkliwie przekonuje się, że kłamstwo, czy intryga to broń obosieczna.

Akne Montecalfi starsza od Bunga zarówno wiekiem jak i doświadczeniem okazuje się kamieniem, na którym stępiła się już niejedna kosa. Co interesujące bardzo wielu cech tej demonicznej postaci użyczyła popularna aktorka dwudziestolecia międzywojennego, Irena Solska, z którą młodszy o 8 lat Witkacy miał burzliwy romans. Reperkusje tego związku widoczne są zarówno w literaturze, czego najlepszym przykładem jest omawiany utwór oraz w sztuce – istnieje całkiem sporo portretów pani Solskiej pędzla Witkiewicza (nie brakuje na nich złośliwych dopisków). Postać Akne, wykreowana w 622 upadkach Bunga jest doprawdy demoniczna. Artystka została przedstawiona jako istny sukkub, wodzący na pokuszenie wszystkich mężczyzn, którzy chociaż w najmniejszym stopniu zainteresują panią Akne. Jest ona niczym kolekcjonerka oryginalnych okazów – przedstawicieli męskiego rodu, a przy tym odważna i bezwzględna poskramiaczka samczych natur. Cieszy ją zarówno sam akt uwodzenia, oddania się w ramiona mężczyzny, wystarczająco silnego by ją posiąść (wyłącznie fizycznie, bowiem zawładnięcie psychiczne jest tylko dobrze udawaną iluzją) jak i wzbudzanie zazdrości u swojego faworyta. Pani Akne gra na najniższych instynktach swoich ofiar, którymi zdaje się szczerze pogardzać. Za sprawą pióra Witkacego jawi się jako groźny, niebezpieczny i śmiertelnie jadowity płaz, który połknął już niejednego nierozważnego śmiałka czy groźne, trujące zielsko, ciasno oplatające swoich wybranków, nie dając żadnych szans na ucieczkę.

Miłość, jaką Witkacy serwuje czytelnikowi na kartach swojej powieści to straszliwe uczucie, które przybiera postać aktu zawładnięcia ukochaną osobą, sprowadza się do tego, by posiąść ją niemal na własność. To silnie toksyczny stan emocjonalny, który podsycany zazdrością oraz chęcią ubezwłasnowolnienia umiłowanego człowieka działa niezwykle destrukcyjnie, błyskawicznie rujnując osobowość obu ludzi, tworzących związek. Kluczowym czynnikiem scalającym ze sobą dwie niemal otwarcie walczące ze sobą strony jest fizyczne pożądanie, które jest niczym potężny, burzący wszystko na swojej drodze żywioł. Chuć sprawia wrażenie miękkiej, lepkiej i obrzydliwej substancji, czy też błony dokładnie pokrywającej bezradne ofiary, które nie są w stanie wyrwać się ze stanu nieustannego seksualnego głodu.

Drugim istotnym, a przy tym niezwykle ciekawym tematem, poruszanym przez Witkacego jest szeroko rozumiana sztuka. Kim właściwie jest artysta? Czy artystą należy się urodzić, czy można tak po prostu się nim stać? Jak daleko sztuka powinna sięgać do codzienności? W jakim stopniu ją odzwierciedlać? Czy w ogóle może się do niej odnosić? A może sztuka to tylko dzieło samo w sobie, dekoracja, nie mająca punktów stycznych z rzeczywistością, która rodzi się z nicości, będąc zatem tworem w pełni autonomicznym (na wzór nowej powieści, o której niezależność postulowali twórcy na czele z Robbe-Grilletem)? A może jednak artysta to w pewnym sensie osoba odpowiedzialna, nie mająca prawa tworzyć w zupełnym oderwaniu od wydarzeń, procesów dziejowych, których jest świadkiem, bądź uczestnikiem? Zatem czy artysta to duchowy przywódca, osoba zaangażowana w kulturę, która winna stać się udziałem również innych, czy bardziej wilk samotnik, nieczuły na losy poszczególnych jednostek?

Warstwą, która przykuwa szczególną uwagę jest z pewnością nietuzinkowy język oraz niepowtarzalny styl Witkacego. Wśród bogatej składni prym wiodą efektowne przydawki, które silnie akcentują stany, w jakich znajdują się bohaterowie, podkreślają ich cechy, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Witkacy lubuje się w przymiotnikach obrazowych oraz wyrazistych – wyrazy dziki, straszliwy, absolutny, bezdenny, wściekle, potworny, odmienione przez niemal wszystkie przypadki gęsto okraszają kolejne zdania, tworząc zapadające w pamięć kompozycje (bestialski, a święty uśmieszek jej ust). Jednocześnie mnogość określników, ich mieniąca się wielość zdaje się podkreślać niemożność pełnego wyrazu uczuć, które targają artystą. Forma, w jaką twórca pragnie wtłoczyć słowa okazuje się stanowczo za ciasna. Być może stąd to ciągłe maltretowanie, miażdżenie, niszczenie, szarpanie, tj. babranie się w sobie, wywalanie metafizycznych bebechów oraz nieustanne plątanie się w jelitach niespokojnego umysłu, które momentami przywodzi na myśl pełne stękania uzewnętrznianie się, bełkotliwe rzyganie treścią.

Książka to z pewnością prawdziwa gratka dla miłośników dwudziestolecia międzywojennego. Na kartach powieści pojawia się wielu bohaterów wzorowanych na znajomych oraz przyjaciołach Witkacego vel Bunga. Oczywiście pierwszoplanową rolę gra Irena Solska jako Akne Montecalfi, ale to nie jedyna osoba, która użyczyła swoich rys charakterologicznych. Tadeusz Miciński wcielił się w rolę dziwacznego proroka, Maga Childeryka, głoszącego służebną rolę sztuki oraz niosącego pomoc zdruzgotanemu związkiem z Akne Bungowi. Matematyk oraz teoretyk sztuki Leon Chwistek posłużył za pierwowzór dla barona de Buffadero-Bluff, dla którego praca artystyczna stanowi przeciwwagę dla matematycznej działalności na polu logiki. Podróżnik oraz antropolog Bronisław Malinowski posiada natomiast rysy księcia Nevermore, zblazowanego arystokraty, pogrążonego w studiach nad istotą życia, która to istota przecieka mu jednak przez palce.

Reasumując 622 upadki Bunga to książka niezmiernie interesująca, przy czym jej lektura wcale nie była taka prosta. Powieść tak jak złośliwy polip przyczepia się do umysłu czytelnika, zachowując się niczym demoniczna kobieta. Tak jak złośliwa i chytra hetera, która zapewnia swoją ofiarę o niesłabnącym uczuciu, by za chwilę patrzeć z nieskrywaną satysfakcją jak delikwent spala się od rozpalonej do białości żądzy, której jednak nie ma zamiaru ugasić, tak i powieść zwodzi, a niekiedy i męczy swojego czytelnika. Oscyluje ona od stanów apatii, stagnacji, kiedy zwyczajnie wieje nudą. Ale kiedy już, już bliscy jesteśmy powzięcia zamiaru definitywnego rozstania się z lekturą, jak na zawołanie pojawia się wątek, który pobudza wyobraźnię, stawiając na baczność wszystkie zmysły, nie pozwalając oderwać się od tekstu. Zatem podobnie jak i Bungo niekiedy jesteśmy niczym bezradna muszka, schwytana w sieci okrutnego i bezlitosnego pająka, stanowiąc jego zabawkę.

Momenty, kiedy fabuła zdaje się kręcić w kółko w pełni wynagradzają świetne opisy, którymi raczy czytelnika autor. Na jaw wychodzą zdolności Witkacego w dziedzinie malarstwa, które bardzo sprawnie są adaptowanego do tworzenia literackich pejzaży. Akcja utworu rozgrywa się głównie w mieście (Warszawie?) oraz w górach (Tatrach?). Przyroda bardzo często służy Witkacemu do podkreślania stanów emocjonalnych, w jakich aktualnie znajdują się jego postacie. Harmonizuje ona z nastrojami bohaterów, sprawiając, że są one jeszcze bardziej plastyczne, wręcz namacalne.

Witkiewiczowski debiut jest w mojej opinii pozycją godną uwagi. Zabawne, że sam autor zajmował się powieściopisarstwem niejako przy okazji, nie będąc do niego w pełni przekonanym. Twierdził, że ta forma literacka jest w stanie wyłącznie fragmentarycznie wyrazić metafizyczne doznania, które artysta pragnie przedstawić. Będąc po lekturze Pożegnania jesieni, Nienasycenia oraz 622 upadków Bunga śmiało stwierdzam, że te przygodne kontakty Witkiewicza z powieścią okazały się niezwykle płodne – są o niebo lepsze od dzieł niejednego współczesnego artysty, który uważa się za pisarza przez wielkie P. Polecam przede wszystkim poszukiwaczom transcendentalnej jedności Bytu.

czwartek, 05 grudnia 2013

Okładka książki Wspólny pokój

  Tytuł: Wspólny pokój

  Autor: Zbigniew Uniłowski

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 362

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

Dwudziestolecie międzywojenne to równie krótki, co burzliwy okres w dziejach naszego kraju. Po 123 latach, niczym feniks z popiołów odradzało się niepodległe państwo polskie. Kształt jego nie był zastygłą formą, polityczne oblicze zmieniało się na skutek ścierania się ze sobą różnych idei, reprezentowanych przez poszczególne frakcje. Mimo, że czasu pomiędzy dwoma największymi wojnami było niewiele, dwudziestolecie wykreowało na tyle charakterystyczne oblicze, że do dzisiaj uchodzi za osobny rozdział historii Polski. Dla jednych nieodłącznie kojarzy się ono z postacią marszałka Józefa Piłsudskiego, dla innych najbardziej wyrazistą osobistością będzie Roman Dmowski. Dwudziestolecie to również Cud nad Wisłą, czyli punkt kulminacyjny wojny polsko-radzieckiej, Powstanie Wielkopolskie, czyli jeden z niewielu zrywów Polaków, zakończony sukcesem, wielokulturowe i zróżnicowane społeczeństwo, w którym Polacy stanowili niecałe 70%, a którym nie brakowało Ukraińców, Żydów, Białorusinów, czy Niemców, utworzenie Centralnego Okręgu Przemysłowego, wybitni naukowcy na czele z Ignacym Mościckim, czy Eugeniuszem Kwiatkowskim, przewrót majowy oraz rządy Sanacji, a także spalinowe wagony Luxtorpeda, które potrafiły rozwinąć prędkość nawet 140 km/h. Mnie jednak dwudziestolecie międzywojenne najmocniej kojarzy się ze wspaniałą literaturą, która powstawała w tym burzliwym okresie. Witkacy, Gombrowicz, Schulz, czy Ferdynand Goetel to w mojej prywatnej opinii nazwiska, które złotymi zgłoskami zapisały się w polskiej prozie. Niedawno, za sprawą Pana Dziejaszka poznałem kolejnego literata, który tworzył w tamtym okresie.

Zbigniew Uniłowski, bowiem o jego dziele będzie dzisiaj mowa, to urodzony w 1909 roku w Warszawie pisarz i nowelista. Za młodu osierocony, nie ukończył nawet szkoły średniej, zmuszony podjąć pracę, która zapewniłaby mu materialną podstawę egzystencji. Uniłowski imał się różnorakich zajęć, nie wymagających kwalifikacji. Pracował jako pomocnik murarski, roznosiciel paczek czy pikolak. To właśnie jako chłopca posługującego w warszawskiej restauracji Astoria Uniłowskiego poznał słynny kompozytor Karol Szymanowski, któremu zaimponował młody człowiek zaczytany w dziełach Conrada. Uniłowski pozyskał cennego mecenasa, który łożył na jego kształcenie, umożliwiał obracanie się w środowisku literackim oraz finansował lecznicze wypady do Zakopanego, które związane były z gruźlicą młodego pisarza. Od 1929 roku Uniłowski nawiązał współpracę z literacką grupą Kwadryga, zaliczaną do tzw. II awangardy. Artyści nie mieli ściśle określonego programu, a twórczość charakteryzowała spora swoboda. Hasła, którymi chętnie posługiwali się członkowie Kwadrygi to sztuka uspołeczniona, sprawiedliwość społeczna oraz godność pracy. Grupa została ciekawie sportretowana za sprawą książki Zbigniewa Uniłowskiego pt. Wspólny pokój, która ukazała się w 1932 roku. Wydaniu powieści towarzyszył spory skandal obyczajowy. Nie przeszkodziło to Uniłowskiemu w zyskaniu rozgłosu oraz uznania. Wręcz przeciwnie, od tego momentu pisarz stał się szanowanym autorem, który wzbudzał żywe zainteresowanie czytelników.

Akcja Wspólnego pokoju, powieściowego debiutu Uniłowskiego, rozgrywa się w Warszawie. Do stolicy Polski, po kilkumiesięcznej kuracji w Zakopanem przybywa rosły, opalony chłopak. Ów młokos, który nieco znudzonym spojrzeniem omiata dobrze znane ściany stołecznego dworca to Lucjan Salis, początkujący artysta, który swoich sił próbuje głównie w prozie. Nie ma jeszcze wyrobionego nazwiska, ale są tacy, którzy wyczuwają w nim spory potencjał. Lucjan, podobnie jak jego pierwowzór, czyli Zbigniew Uniłowski, to sierota, który nie posiada stałego miejsca zamieszkania. Przybywając do Warszawy pozostaje mu wybierać pomiędzy mieszkaniem u ciotki wraz z jej rodziną, a propozycją przyjaciela, Zygmunta Stukonisa, by wynająć miejsce w pokoju od jego matki. Co prawda sytuacja z finansowego punktu widzenia nie przedstawia się zbyt różowo, bowiem gotówka pochodząc ze stypendium od opiekuna Lucjana jest już na wyczerpaniu, ale męska przyjaźń przecież zawsze zwycięża. Pieniądze zawsze się jakoś znajdą, ewentualnie pożyczy się je od kogoś – perspektywa, by zamieszkać ze znajomym jest zbyt kusząca i w ten oto sposób Lucjan Salis ląduje w tytułowym pokoju, który przyjdzie dzielić mu z wieloma interesującymi osobnikami.

Tak jak wspomniałem, publikacji utworu towarzyszył spory skandal, który ze szczególną mocą wybuchł w środowisku artystycznym, do którego w sporej mierze Wspólny pokój się odwołuje. W powieści pojawia się wielu bohaterów, którzy wzorowani są na autentycznych postaciach. Lucjan Salis to alter ego samego pisarza. Zygmunt Stukonis to Stanisław Ryszard Dobrowolski, Stanisław Krabczyński zwany Dziadzią to Stanisław Maria Soliński. W trakcie licznych eskapad po barach oraz knajpach, których główny bohater zdecydowanie sobie nie odmawia przewijają się również członkowie Kwadrygi oraz znani bywalcy popularnych warszawskich lokali, Lucjan Szenwald jako Kazio Werbel, Konstanty I. Gałczyński jako Klimek Paczyński, czy Władysław Sebyła jako Brocki. Zabieg zmiany autentycznych nazwisk na fikcyjne, do którego zresztą Uniłowski został zmuszony w trakcie publikacji powieści przez Sebyłę, ówczesnego redaktora Kwadrygi, jak żywo kojarzy mi się z prozą Jacka Kerouaca, który w swojej mocno autobiograficznej twórczości nie używał prawdziwych nazwisk swoich przyjaciół. Oczywiście nie to było przyczyną żywych emocji, które towarzyszyły wydaniu Wspólnego pokoju.

Powieść to w bardzo surowa ocena ówczesnej literatury oraz środowiska artystycznego. W książce pod lupę zostało wzięte pokolenie, które przeżyło wojnę, ale które dorastało już w wolnym i niepodległym kraju. Jednak piętno potężnego konfliktu okazało się na tyle trudne do przezwyciężenia, że wielu twórców tamtego okresu kojarzonych jest głównie z nihilizmem oraz pesymizmem. Uniłowski portretuje swoich rówieśników jako zblazowanych artystów, którzy po zerwaniu maski nonszalancji pozostawali puści i bezideowi, przerażająco wtórni i zupełnie pozbawieni kreatywności. Większość z literatów nie była w stanie wzbić się ponad pierwsze, obiecujące próby; nie potrafili rozwinąć skrzydeł i przekuć statusu zdolny w ceniony, uznany. Zbyt szybko obrastali w pióra, chełpiąc się osiągnięciami, które na zawsze pozostawały uwięzione wyłącznie w strefie marzeń. Z drugiej strony Uniłowski ukazał w jak trudnych warunkach przyszło egzystować artystycznej bohemie. Ustawiczna nędza, brak gotówki, chroniczne niedojadanie potrafiły złamać upór niejednego buntownika, który zamiast pisarskiej sławy wolał wybrać ciepłą i bezpieczną posadę urzędniczą, która oznaczała o wiele większą stabilizację życiową.

Towarzysze Lucjana Salina, mimo żarliwych dyskusji, prowadzonych przy szklance wysokoprocentowego trunku, na ogół pozostają bierni i apatyczni. Zapał, pobudzony przez alkohol szybko gaśnie. Koła literackie przypominają bardziej kółka wzajemnej adoracji, w których jednak tchnie sztucznością, stąd nerwowa atmosfera, nastrój jakby oczekiwania. Na co? Ano chyba na najgorsze, w obliczu czego żadna twórczość nie ma większego sensu. Uniłowski świetnie oddaje nastroje, również społeczne, jakie panowały w tamtym okresie w Polsce. Wieszczona przez mrocznych proroków nieuchronna wojna z Niemcami, obawa przed komunizmem, gwałtownie rosnące nastroje nacjonalistyczne. W powietrzu wyczuwalne było napięcie, niepokój.

W powieści Uniłowskiego namacalne są również kompleksy wobec światowej literatury. Lucjana Salisa boli fakt, że w Polsce tak mocno promowana jest twórczość zagranicznych autorów. Tymczasem próżno szukać polskich nazwisk, choćby na europejskich salonach. W rojeniach wynikających z nawrotu choroby, Salis tłumaczy się sam przed sobą, że polscy artyści owszem, są bardzo dobrzy, ale ich twórczość można odnieść jedynie do lokalnego podwórka. Poza granicami naszego kraju pozostają już niezrozumiali, bez odpowiedniego kontekstu kulturowego docenienie ich pracy staje się niemożliwe, stąd tak niskie notowania na zagranicznych rynkach.

Mocnym punktem Wspólnego pokoju jest z pewnością dosadny język, którym Uniłowski posługuje się z wyraźną wprawą. Jak na tamte czasy był on z pewnością mocno szokujący. Nie brakuje w nim kolokwializmów, wulgaryzmów, czy nawet obsceniczności. Jest on naturalistyczny do granic możliwości. Uniłowski nie pomija żadnej ludzkiej czynności. Opisane zostają wizyty w toalecie, wyniszczanie ciała przez chorobę, niecodzienne zgony czy seksualne akty. Zabawne są również dialogi, które prowadzą ze sobą lokatorzy tytułowego pokoju.

Reasumując, Wspólny pokój to wielopoziomowa oraz ciekawa lektura. Książka to na pewno interesujący obraz polskich środowisk intelektualnych międzywojennego dwudziestolecia. Przyznać trzeba, że Uniłowski dość okrutnie potraktował siebie oraz kolegów po fachu. W powieści nie brakuje m.in. dosadnego porównania artysty do intelektualnej kurwy, która w zamian za finansowe wsparcie zapewnia zamożnym snobom swoje jakże cenne towarzystwo oraz satysfakcję, płynącą z bezinteresownego wsparcia młodych oraz zdolnych. Powieść, rozpatrywana na zupełnie innej płaszczyźnie, to także wartościowe studium ludzi o zupełnie innych charakterach, którzy na skutek nie dających przezwyciężyć się czynników zmuszeni są do wspólnej egzystencji na bardzo niewielkiej powierzchni. Siłą rzeczy lokatorzy wchodzą ze sobą w ciągłe interakcje, ścierają się, konfrontują. Przy okazji dowiadujemy się jak wyglądał codzienny żywot w II Rzeczpospolitej, w której wielu obywateli żyło na skraju ubóstwa. Powieść to także dowód na to, że każda młodzież w opinii starszej części społeczeństwa jest zła, zdeprawowana i coraz gorsza. Niechciane ciąże, aborcje, seks bez zobowiązań, alkoholizm, narkotyki, hulacki tryb życia, prymitywizm i wulgarność. Skąd my to znamy? Wreszcie utwór można analizować na polu symboliki, którą w sobie ukrywa. Młody, pełen sił witalnych człowiek, który zostaje powalony przez chorobę i spędza całe dnie przykuty do łóżka często zestawiany jest z przedstawicielami sztuki, która także zdaje się powoli dogorywać. Ale czy będzie dane jej zdechnąć? Wydaje mi się, że jeśli regularnie pojawiać się będą twórcy tego kalibru co Zbigniew Uniłowski, to przynajmniej o losy literatury możemy być spokojni.

P.S. Serdecznie polecam intrygującą rozkminkę Pana Dziejaszka nad Wspólnym pokojem, w której utwór został zestawiony z dziełem Henry’ego Millera pt. Zwrotnik Raka. Jeśli interesuje was, co mogą mieć ze sobą wspólnego młody polski twórca oraz uznany amerykański pisarz, to zapraszam do lektury.

środa, 20 listopada 2013

Okładka książki Cienie i ślady

  Tytuł: Cienie i ślady

  Autor: Bogdan Białek

  Wydawnictwo: Charaktery

  Liczba stron: 260

  Cena: 29,90 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Są w naszym kraju kwestie, w przypadku których zabieraniu głosu na ich temat wymaga od zainteresowanego ogromnego wyczucia, porównywalnego wręcz do wyostrzonego zmysłu równowagi, umożliwiającego balansowanie na cieniutkiej linie, zawieszonej nad bezdenną przepaścią. Aby nie być gołosłownym, jako przykład można przytoczyć próby otwartej dyskusji na temat polskiego antysemityzmu, które mogą zakończyć się masową histerią. Wystarczy spojrzeć na podejście współczesnych Polaków do zbrodni popełnionej w Jedwabnem, żeby dobitnie przekonać się jak czarną breją, lepką od kłamstw i pokrętnych tłumaczeń jest nasz stosunek do Żydów. W przepastnych trzewiach Internetu można nawet doszukać się publikacji, które wyjaśniają, że Polacy nie mogli spalić żywcem w stodole ponad 300 Żydów, ponieważ w okresie wojennym nie posiadali niezbędnych zapasów benzyny. Mimo, że wina i udział polskich obywateli została udowodniona, cały czas próbuje się zaprzeczać rzeczywistości, traktując fakty jako kalumnie, prowokacje, oszczerstwa siane i propagowane przez wrogie siły, mające na celu rozbicie dumnego i szlachetnego narodu polskiego. Obraz Polaka w czasie II wojny światowej to wciąż schemat Polak-ofiara. Jako naród nie jesteśmy jeszcze dostatecznie dojrzali, żeby z pokorą przyjąć do wiadomości, że oprócz bohaterów, którzy dzielnie walczyli z niemieckim okupantem, czy z narażeniem życia starali się ocalić Żydów, istnieli także Polacy-oprawcy, którzy m.in. dopuszczali się zbrodni na Narodzie wybranym oraz rodakach, podejrzanych o pomoc Żydom. W powszechnej świadomości, od zawsze oprawcami byli Niemcy, naziści, hitlerowcy, czyli ludzie z drugiej strony barykady. Jakież zdziwienie moglibyśmy zatem przeżyć, goszcząc w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu, w którym ekspozycja dotycząca męczeństwa Żydów zakończona jest wspomnieniem Kielc i datą 4 lipca 1946 roku. To właśnie tego dnia w Rzeczypospolitej Polskiej, przemianowanej później na Polską Rzeczpospolitą Ludową, a więc kraju niepodległym, chociaż na pewno nie wolnym doszło do ostatniego zbrodniczego aktu na społeczności żydowskiej. Niedługo po wojnie do Kielc powróciło około 200 Żydów (przed wojną stanowili oni ok. 30 % mieszkańców, Niemcy wymordowali niemal wszystkich) z zamiarem wyemigrowania do Palestyny. Feralnego dnia 4 lipca 1946 roku zaginął chrześcijański chłopiec. W mieście natychmiast rozsiano plotkę, że został on porwany przez Żydów, którzy zamierzali użyć jego krwi do zrobienia macy. Na tę wieść wzburzony, rozszalały motłoch, żądny krwi i ofiar wybiegł na ulicę w poszukiwaniu Żydów. Bilans ofiar to 42 żydowskich istnień. Chłopiec odnalazł się kilka dni później w jednej z pobliskich wsi.

Właśnie temu straszliwemu wydarzeniu jest poświęcona pierwsza część książki Cienie i ślady, zawierająca wybrane przez Piotra Żaka teksty, publikacje oraz wystąpienia Bogdana Białka, polskiego dziennikarza, psychologa, redaktora czasopisma Charaktery oraz aktywisty społecznego. Pan Białek od wielu lat działa na rzecz pojednania polsko-żydowskiego oraz chrześcijańsko-żydowskiego. Można pokusić się o stwierdzenie, że jego misja rozpoczęła się właśnie od Kielc, od przypomnienia, co wydarzyło się w tym mieście tuż po wojnie, jak okrutnie zostali potraktowani Żydzi, ofiary Holocaustu przez Polaków, również ofiary niemieckich oprawców. Białek notorycznie przypomina nam Polakom bardzo trudną prawdę – że niektórzy z nas mordowali, a myśmy zwyczajnie milczeli. Na powierzchnię zostają wyłowione bardzo niewygodne fakty, dotyczące przede wszystkim solidarnego milczenia na temat kieleckiego pogromu. Nie wspominała o nim ani komunistyczna władza, ani kościół katolicki, ani szarzy obywatele. Do roku 1981, kiedy to w trakcie festiwalu Solidarności Białek zorganizował upamiętnienie krwawej masakry, sprawa mordu dokonanego na 42 Żydach praktycznie nie istniała w świadomości społecznej ani kielczan, ani Polaków. Teksty, które rozciągają się na przestrzeni kilkunastu lat pozwalają śledzić zmianę stosunku kielczan oraz Polaków do tego tragicznego wydarzenia. W latach ’80 żywe było przekonanie, że za mord na Żydach odpowiedzialna była komunistyczna władza, która podjudziła tłum do popełnienia tak niegodziwych czynów. Hołd złożony żydowskim ofiarom był bardziej antykomunistyczną manifestacją niż wynikiem zadumy i refleksji nad dokonaną przez Polaków zbrodnią. Tak naprawdę dopiero na przełomie XX i XXI wieku w wyniku długotrwałych, sukcesywnych oraz mozolnych wysiłków Bogdana Białka pogrom kielecki zaczął mienić się pełną paletą barw, wywołując całą gamę uczuć. Zdarzenie to stało się przedmiotem żywych dyskusji, a jego coroczne wspomnienie okazją do przemyśleń, choćby na temat skomplikowanej i nieodgadnionej natury ludzkiej.

W swoich tekstach Bogdan Białek uświadamia nam, że głośne, zdecydowane i otwarte mówienie o sprawach trudnych jest kluczem do budowy rzetelnego i wiarygodnego obrazu przeszłości, w którym nie będzie polskich obozów koncentracyjnych. Ale obok niemieckich obozów zagłady współistnieć muszą także polscy kolaboranci, czy polscy antysemici, pomagający w unicestwieniu Żydów. Białek przekonuje, że nie da się malować czarno-białego obrazu historii, w którym dokonuje się prostego podziału na ofiarę oraz oprawcę. Nie można ukrywać ciemnych plam, tj. przewinień oraz grzechów, których dopuszczali się także polscy obywatele. Oczywiście odgrzebywanie o tego typu spraw jest trudne i niewygodne, ale rany muszą być rozdrapywane, by w ich miejsce nie pojawiły się blizny niepamięci. Równie istotne jest uzmysłowienie sobie faktu, że my, tj. współcześni obywatele nie jesteśmy odpowiedzialni za zbrodnie dokonane przez naszych przodków, ale winniśmy za to strzec pamięci o tych tragicznych wydarzeniach, tak by nigdy się one nie powtórzyły.

Książka Bogdana Białka to także piękna lekcja na temat szeroko rozumianej różnorodności, m.in. kulturowej. Autor wspomina o konieczności uzmysłowienia sobie faktu, że każda kultura jest po prostu inna, ani lepsza, ani gorsza od naszej. Akceptacja tego faktu pozwala uniknąć wartościowania, od którego niedaleko jest do rywalizacji, od której już tylko o krok znajduje się walka. Pozwalając innym ludziom wyrażać siebie, nie próbując wtłoczyć ich w gotowe wzorce, wciskać w ciasne ramy norm, możemy stać się o wiele bogatsi w doświadczenie, czy życiową mądrość, oferowane przez różne kultury.

Białek serwuje także ciekawe uwagi na temat dość popularnych ostatnimi czasy festiwali kultury żydowskiej. Autor podkreśla, że często mamy do czynienia z pamięcią odrębności. Część inicjatyw tego typu zamiast zbliżać, pogłębia jedynie dystans pomiędzy oboma narodami, ukazując Żydów jako zupełnie obcą nację, z własną, odrębną tradycją, pomijając wzajemne przenikanie się historii Polaków oraz Żydów. Nie wspomina się, że Żydzi byli częścią społecznego krajobrazu przedwojennej Polski, panuje także zaskakujące milczenie na temat Holocaustu.  Budowany jest więc niepełny, a przez to fałszywy obraz, na którym Żydzi mienią się bardziej jako ciekawostka folklorystyczna niż żywy naród, ludzie z krwi i kości, którzy przez tyle lat zamieszkiwali nasze ziemie.

Książka Cienie i ślady zawiera także interesujące rozmowy, przeprowadzone przez Bogdana Białka z różnymi, niezwykłymi osobistościami polskiej kultury oraz nauki. Dzięki nim możemy bliżej poznać sylwetkę Marka Edelmana i przekonać się, co miał na myśli legendarny przywódca powstania z getcie warszawskim, mówiąc, że ludzie pozbawieni chęci czynienia zła, to jednostki zmutowane. Pani Barbara Engelking-Boni przybliży czytelnikowi wciąż niewyjaśniony i nie do końca poznany obraz wsi polskiej w okresie II wojny światowej. Buddysta Andrzej B. Krajewski obedrze zło z boskich szat, zdradzi także receptę na odnalezienie wyciszenia na oświęcimskiej ziemi. Duchowny Michael Lapsley, działający w RPA poruszy kwestie apartheidu, który tak tragicznie podzielił południowoafrykańskie społeczeństwo, którego skutki odczuwalne są do dziś. Czytelnicy będą mogli także spotkać się z legendą polskiego oraz światowego reportażu, tłumaczem kultur, Ryszardem Kapuścińskim. Moją uwagę zwrócił również wywiad przeprowadzony z profesorem Aleksym Awdiejewem, z którego dowiedziałem się, dlaczego rodziny nic nie jest w stanie zastąpić. Michał Płoski w pięknych słowach przypomniał, że ludzie wiary powinni wskazywać i wyszukiwać grzechu przede wszystkim w sobie samym, a nasz katolicyzm nie powinien być ostentacyjnym szyldem, zadaniem którego byłaby reklama nas samym, jako jednostek zdecydowanie lepszych od innych.

Reasumując, książka Cienie i ślady to bardzo różnorodna lektura, którą cechuje przede wszystkim ogromna dojrzałość autora. Bogdan Białek jawi się na jej podstawie jako pełnoprawny człowiek, świadomy faktu, że jego egzystencja podporządkowana jest przede wszystkim służbie drugiemu człowiekowi, walce o jego godność, o okazywanie mu należytego szacunku. Jako działacz na rzecz pojednania polsko-żydowskiego Białek jest osobnikiem, który w kontakcie z innym, a więc kimś obcym i nieznanym, nie stara się wyszukiwać dzielących ich różnic. Zamiast tego w każdym stara się dostrzec pobratymca, który oczekuje zrozumienia, pokojowego współżycia. Autor zdaje się być żywym symbolem i uosobieniem dialogu. Natomiast poprzez swoją pracę reporterską, Bogdan Białek prezentuje się jako dziennikarz rzetelny i dociekliwy, który swoim rozmówcom lubi stawiać pytania o rzeczy fundamentalne – czym jest mądrość, na czym polega miłość, co to jest zło i na podstawie jakich mechanizmów funkcjonuje, jak żyć. Wydaje mi się, że Białek ma czelność poruszać tego typu kwestie, bo doskonale wie, że jego interlokutorzy to osoby inteligentne, które będą wzbraniać się przed podaniem ścisłych, gotowych i hermetycznych definicji. W ten sposób wybitni intelektualiści, znawcy kultury, czy psychiki ludzkiej, mimo sukcesów osiąganych na wielu polach prowadzonej przez siebie działalności, pozostają ludźmi skromnymi, świadomymi własnych ograniczeń i niewiedzy, z pokorą podchodzącymi do zjawisk, które starają się zbadać, poznać, czy opisać. Odnoszę wrażenie, że w ten sposób Bogdan Białek uczy swoich czytelników, na czym polega istota człowieczeństwa. Ludzie prawdziwie wielcy, wybitni nigdy nie pozwolą traktować siebie jako mistrzów, czy nauczycieli. To jednostki, które chętnie dzielą się zdobytą wiedzą, doświadczeniem, ale które równie skore są do dalszej nauki, czy czerpania mądrości od innych. To także ludzie, którzy nie lubią pouczać, wskazywać na gotowe rozwiązania, którzy źle się czują w roli przewodników, prowadzących innych utartymi i dobrze znanymi szlakami.  Jestem przekonany, że jednym z takich osobników jest także Bogdan Białek.



Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości portalu:

Czytanie nie szkodzi

oraz wydawnictwa:

Wydawnictwo Charaktery

wtorek, 12 listopada 2013

Okładka książki Prowincje

  Tytuł: Prowincje

  Autor: Bogdan Białek

  Wydawnictwo: Charaktery

  Liczba stron: 135

  Cena: 19,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Ostatnimi czasy w naszym społeczeństwie można zaobserwować swoisty dysonans związany z wyborem miejsca do prowadzenia egzystencji. Na naszych oczach odbywa się wielka wędrówka ludów – następuje masowa migracja z terenów wiejskich do metropolii. Trend ten może być tłumaczy z faktem, że od wieków miasto kojarzone jest z szeroko rozumianą nowoczesnością, perspektywami rozwoju osobistego, wachlarzem szans na odniesienie zawodowego sukcesu. Patrząc jednak na miasta z innego punktu widzenia, można postrzegać je jako swoiste bezkresne pustynie, na których spotkanie człowieka w pełnym, a w szczególności moralnym tego słowa znaczeniu należy do coraz rzadszych zjawisk. Absurdalne, ale żyjąc w coraz większej gromadzie, istoty ludzkie stają się coraz bardziej wyobcowane. Nieufność, izolacja oraz wytwarzany wokół siebie dystans to oręż, którym człowiek stara się bronić przed bliźnim, po którym spodziewa się najgorszego. Ponadto dostrzegalna jest tendencja do otaczania się mnóstwem niepotrzebnych gadżetów, które mają świadczyć o wysokiej pozycji społecznej. Rzeczywiste ludzkie kontakty zastępowane są ich wirtualnymi substytutami. Prowadzony jest nieustanny wyścig szczurów, w którym każdy pragnie okazać się lepszym od pozostałych na wszystkich płaszczyznach. Ludzie starają się uchodzić za postępowych i otwartych na nowe idee, które co rusz wypluwa ze swoich trzewi coraz bardziej zwariowany świat. W tym szaleńczym pędzie ponad wszystko pogardzani są osobnicy, których podejrzewa się o zaściankowość, o ciasne horyzonty myślowe. Nie ma społecznego, czy raczej medialnego przyzwolenia dla prowincjonalizmu, który jest bezlitośnie linczowany, chociaż na dobrą sprawę ciężko doszukać się klarownej definicji tego słowa.

Z pewnością ciekawą interpretację proponuje redaktor Bogdan Białek, który w tekście otwierającym zbiór zatytułowany Prowincje, wydany z okazji 40-lecia pracy dziennikarskiej pisze:

Co to jest prowincja? Nie wiem. Wszystko jest prowincją. Niektóre miejsca są zaściankiem ze swoim charakterem, narracją, indywidualnością, inne są zadupiem, miejscami takimi, jak wszystkie inne, tylko o zmienionych dekoracjach.

Jak pisał Siegfried Lenz: prawdziwe metropolie są w nas. I prawdziwe prowincje też. Ostatecznie, jak powiada Tadeusz Słobodzianek, każdy ma taką prowincję, jaką sobie wybiera. Warto wiedzieć, gdzie w nas przebiega granica między metropolią a prowincją, zaściankiem a zadupiem. Ale to przecież inna opowieść.

Bogdan Białek, urodzony w 1955 roku w Białymstoku to dość barwna postać. W chwili obecnej pracuje jako dziennikarz, wydawca oraz psycholog. Jest także prezesem Stowarzyszenia im. Jana Karskiego, którego działalność skupia się na propagowaniu szacunku wobec mniejszości religijnych, etnicznych, etc. Białek w swojej karierze dziennikarskiej pisał dla Gazety Białostockiej, natomiast po przenosinach do Kielc stworzył pierwszy regionalny dodatek do Gazety Wyborczej. Po zakończeniu współpracy z GW zaczął wydawać magazyn psychologiczny Charaktery, a niedługo potem założył także Wydawnictwo Charaktery. Publicysta znany jest również z racji wymiernego wkładu w działanie na rzecz pojednania polsko-żydowskiego oraz chrześcijańsko-żydowskiego.

Prowincje to wybrany przez Piotra Żaka zbiór tekstów autorstwa Bogdana Białka, publikowanych na łamach różnych czasopism oraz gazet na początku lat 90’, czyli w okresie polskiej transformacji. Starannie wyselekcjonowane reportaże składają się na interesujący zapis zmian, które zaczęły zachodzić w Polsce po upadku systemu komunistycznego. Przy czym działanie potężnych trybów historii oglądane jest z perspektywy tytułowych prowincji, tzn. z dala od najwyższych szczebli władzy. Radom, Kielce, Białystok, Sandomierz, Starachowice czy Tarnobrzeg to miasta, którym pod każdym względem daleko do Warszawy, skupiającej wokół siebie ministrów, prominentnych polityków oraz największą uwagę opinii publicznej, ale również tam rozgrywają się wydarzenia, które są nieodzownym świadectwem nieodwracalnych przemian, związanych z narodzinami nowego państwa. Ponadto historyczne procesy, mające miejsce na prowincji zdają się być lepiej widoczne, bowiem jest na nich mniej pudru. Fakty są bardziej obnażone, wiele z nich trudniej jest zatuszować niż w stołecznym mieście, w którym na podorędziu pozostaje prasa czy telewizja. Być może z tego powodu wdrażania demokracji nie wygląda zbyt różowo.

Książka Bogdana Białka jest swoistym zapisem i świadectwem degeneracji zachodzącej w naszym kraju, która jest wynikiem skażenia politycznego środowiska u podstaw. Brak przeprowadzonej dekomunizacji, ideologiczne spory, wybuchające w Solidarności, przyczyniające się do jej osłabienia, będące zresztą niczym rana, jątrząca się do dzisiaj, okazały się przeszkodami, które skutecznie uniemożliwiły nawiązanie dialogu oraz podjęcie efektywnych działań, mających na celu ustabilizowanie zarówno polskiej gospodarki jak i sceny politycznej. W konsekwencji do władzy doszła dziwna mieszanina, złożona z byłych komunistów oraz skłóconych związkowców, której brakowało wyrazistej koncepcji na budowę niepodległego i silnego państwa polskiego. W reportażach Białka pojawiają się podejrzani biznesmeni, którzy współtworzyli dziki polski kapitalizm. Wielu z nich zostawało następnie politykami, przy czym karierę polityczną często łączyli z zajęciami biznesowymi. Efektem jest cała lawina głośniejszych i skuteczniej wyciszanych afer, które zresztą nadal przetaczają się przez III Rzeczpospolitą. Z kolei część politycznych biznesmenów po zakończeniu pracy w służbie narodu znajdowało zatrudnienie w firmach konsultingowych, czy otrzymywało ciepłe posady członków rad nadzorczych różnych prężnych spółek.

W jednym z reportaży Białek cytuje: Społeczeństwo jest rozbite, sprzeniewierzone, żyje bez wiary, bez entuzjazmu i bez nadziei, kryzys jest nie tylko polityczny i gospodarczy, ale też moralny. Przytoczone słowa Wiesławy Grochowi z 1989 roku są niestety nadal bardzo aktualne. Społeczeństwo wciąż pogrążone jest w beznadziei, z tą tylko różnicą, że obecnie kiepskie nastroje są zręczniej maskowane. Wiele popularnych mediów koloryzuje rzeczywistość, prezentując ją w o wiele jaśniejszych barwach. O realnych problemach trapiących przeciętnego Polaka solidarnie się milczy, nie podejmując niemal wcale tematów tak trudnych i niewygodnych jak plaga nepotyzmu, nękająca zakłady pracy oraz administrację, powszechna bieda i ubóstwo wielu polskich rodzin, ogromne koszty życia, nieproporcjonalnie duże w stosunku do innych krajów europejskich, wysokie podatki, czy brak politycznej kultury. Te uwierające kwestie są skrzętnie spychane na bok przez plastikową rzeczywistość, której symbolami są tania sensacja, blichtr, głupota oraz silikonowe piersi. Czytając rzeczowe, bardzo trafne, chociaż często pozbawione wyraźnego komentarza twórcy, reportaże autorstwa Białka, uzmysławiamy sobie także, że dzisiaj brakuje tego typu trzeźwego spojrzenia na postępowanie polskich polityków, zarówno tych z samej elity władzy, jak i tych lokalnych. Brakuje rzeczowych analiz, obiektywnej krytyki. Rzadkością jest również umiejętność kulturalnej wymiany opinii, czy sztuka prowadzenie sporów. Media pozostają stronnicze, nierzadko nawet nie siląc się na pozory obiektywizmu, a co gorsze w prowadzonych dyskusjach, którym nadawane są merytoryczne znamiona, powszechny jest prostacki ton oraz wulgarny język, czy obrażanie interlokutora.

Tym co rzuca się w oczy w przypadku pióra Białka jest również zwyczaj prezentowania nagich faktów. Autor często powstrzymuje się od komentowania przedstawianych wydarzeń, przez co zmusza czytelnika do przemyśleń oraz własnej interpretacji. Próżno szukać w tekstach Bogdana Białka ganienia, pouczania, propagandy, jedynie słusznego spojrzenia. Początkowo sprawiają one wrażenie suchych, ale dzięki temu pozostają one rzeczowe i bardzo interesujące. Autor ciekawie odmalowuje problemy, jakie niesie ze sobą zmiana ustroju. Opory milicji przed przyjmowaniem w jej szeregi byłych pracowników Służby Bezpieczeństwa, uzyskiwanie ogromnych wpływów politycznych przez kościół katolicki, kulawo działające sądy, zamykanie państwowych zakładów pracy oraz wyprzedawanie ich mienia za bezcen, skomplikowane sieci powiązań, układów oraz znajomości na różnych szczeblach władzy, uniemożliwiające skuteczną restrukturyzację przemysłu zbrojeniowego to tylko część tematów, podejmowanych przez Bogdana Białka. Co najważniejsze jest to przecież historia współczesna, która jednak coraz bardziej zaciera się i to na naszych oczach. Wiele faktów odchodzi w mroki niepamięci, wiele jest z niej wymazywanych. Reportaże zebrane w tomie Prowincje to zatem żywe świadectwo bolesnego procesu transformacji, przez który chyba ciągle przechodzi nasz kraj.

Reasumując, zbiór Prowincje to frapująca lektura, która skłania do głębokiej refleksji nad przemianami, które dokonały się w naszym kraju od 1989 roku. Teksty Bogdana Białka to relacja przejścia od komunizmu do demokracji, prowadzona wkrótce po rozpoczęciu tego procesu. Reportaże mogą stać się bodźcem do analizy tego, czego udało się nam, państwu oraz społeczeństwu przez ten czas dokonać. W moim przypadku odczucia nie są zbyt pozytywne. W mojej opinii w sporej mierze wynika to z faktu, że zbyt wielu ludzi sprawujących władzę przejawia objawy myślenia prowincjonalnego. Politycy często koncentrują się na własnych interesach, przypominając świnie, którym udało dorwać się do koryta władzy. Wzniosłe hasła wyborcze stanowią wyłącznie puste slogany, wyciągane z szuflad na czas wyborów, po przeprowadzeniu których odchodzą w niebyt. Dlatego mimo, iż reportaże Bogdana Białka przypadły mi do gustu, to nie napawają mnie one optymizmem.

Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości portalu:

Czytanie nie szkodzi

oraz wydawnictwa:

Wydawnictwo Charaktery

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita