Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo MG

środa, 13 marca 2013

Okładka książki Spijając filiżankami słońce

  Tytuł: Spijając filiżankami słońce

  Autor: Magdalena Starzycka

  Wydawnictwo: MG

  Liczba stron: 236

  Cena: 29,90 zł

  Oprawa: miękka



 

 

 

Wiadomo dobrze, że ludzi nie powinno oceniać się po wyglądzie. Podobnie jest zresztą z książkami – to nierozsądne wydawać wyroki na temat treści oraz jakości lektury, uczyniwszy to wyłącznie na podstawie okładki. Wszyscy jednak zdajemy sobie doskonale sprawę jak głęboki rozdźwięk panuje pomiędzy tego typu hasłami a rzeczywistością. Ludzie to w zdecydowanej większości wzrokowcy, więc naturalne jest, że pierwsze wrażenie przy styczności z nową osobą lub rzeczą, zawdzięczamy naszym oczom. A, że mało kto z nas może poszczycić się spojrzeniem na tyle przeszywającym, by dowiedzieć się coś na temat charakteru innej osoby, czy też prześwidrować treść danej powieści, często zdarza się, że jesteśmy zaskakiwani, a nasze wcześniejsze predykcje okazują się zupełnie błędne. Nie inaczej było w moim przypadku, kiedy po raz pierwszy ujrzałem książkę Spijając filiżankami słońce. Spodziewałem się klasycznego czytadła, piejącego z zachwytu nad życiem za granicą, gdzie szczęśliwie zostały odnalezione miłość, wyciszenie, wewnętrzny spokój, etc. Na szczęście promocyjna cena 5 zł na dłużej przykuła moją uwagę i zobligowała mnie do przeczytania słów kilku o tej pozycji – zdania subiektywny opis zanurzania się Polaka w obcym środowisku portugalskim; akcja powieści rozpoczyna się w latach osiemdziesiątych, a kończy obrazem Polski przechodzącej transformację; autorka współpracuje z czasopismami „Tygiel Kultury” oraz „Kronika Miasta Łodzi” brzmiały bardzo kusząco. Na dokładkę patronat medialny wortalu literackiego granice.pl. Zostałem pokonany – przekonany.

Lata osiemdziesiąte XX wieku. Świat nie jest jeszcze globalną wioską. W Europie wciąż znajdują się kraje, o których pozostali mieszkańcy kontynentu wiedzą bardzo niewiele, albo zgoła nic. W dodatku Europę dzieli gruby mur (chociaż zaczynają pojawiać się w nim coraz większe wyrwy) – jedną jej część zamieszkują szczęśliwe oraz hołubiące pracę i poświęcenie w imię wyższych idei demoludy, drugą, tę bardziej zgniłą moralnie, kraje Zachodu, liberalni konformiści wyznający bezkrytyczną wiarę w kapitalizm. Kapitaliści oraz komuniści nie znają się wzajemnie zbyt dobrze – niemal cała wiedza oparta jest na stereotypach, domysłach oraz wyobrażeniach. Nic zatem dziwnego, że w owym czasie Portugalia dla Polaka była równie zagadkowa jak Polska dla Portugalczyka. PRL jawiła się jako kraina leżąca gdzieś za Żelazną Kurtyną. Interesujący się nieco polityką kojarzyli jeszcze, że to dość biedny kraj z wiecznie pustymi półkami. Z kolei kibice piłki nożnej wiedzieli, że wąsaty bramkarz FC Porto z nazwiskiem nie do wymówienia, Józef Młynarczyk to Polak. A co z Portugalią? Kraj na samym krańcu Europy, z którego wyruszali wielcy odkrywcy, tacy jak Marco Polo, czy Vasco da Gama, ojczyzna znanego pisarza José Saramago. To chyba tyle. Upraszczając do maksimum fabułę powieści, można rzec, że książka traktuje właśnie o tej wzajemnej obcości, jaką odczuwali wobec siebie mieszkańcy obu krajów za czasów, kiedy flaga z sierpem i młotem powiewała nad połową kontynentu.

Uliczki Lizbony

Pretekstem do porównana obu krajów jest postać głównego bohatera i równocześnie narratora powieści – pracownika naukowego, który otrzymuje szansę legalnego wyjazdu do Portugalii i podjęcia pracy na jednym z lizbońskich uniwersytetów w charakterze nauczyciela egzotycznego języka polskiego. Co warte podkreślenia, lektura książki nie jest jedynie zapisem wrażeń z pobytu w Portugalii. Owszem, w książce znajdziemy sporo intrygujących oraz żywych i plastycznych opisów malowniczych zakątków Lizbony oraz portugalskiej prowincji. Narrator zapozna nas z legendarnym gatunkiem muzycznym, pięknym i melancholijnym fado – portowym bluesem tworzonym w biednych dzielnicach portugalskich miast. Uraczeni zostaniemy nie jedną ciekawą historią oraz anegdotą. Przyjrzymy się bliżej życiu codziennemu Portugalczyków, przy czym spotkamy zarówno przedstawicieli młodszego pokolenia jak i ich rodziców, piewców tradycji i starych obyczajów. Zagościmy w niejednym lokalu i za sprawą znakomitych opisów, przynajmniej w wyobraźni zakosztujemy kilku tradycyjnych potraw z portugalskiego stołu. Jednakże charakterystyka Portugalii u schyłku XX wieku, jej historii oraz społeczeństwa to tylko część wielkiej budowli, na którą składa się cała powieść.

Książka to bowiem wielka rzeka wspomnień głównego bohatera, to swoiste rozliczenie się z czasu spędzonego na ziemskim padole. To równocześnie pieczołowity zapis zmian, które dokonywały się w Polsce, szczególnie intensywnie po roku ’89. Dzięki temu, że narrator na co dzień zamieszkuje obcy i dość odległy kraj, transformacja ustrojowa zachodząca w naszej ojczyźnie obserwowana jest z innej perspektywy, z zachowaniem odpowiedniego dystansu, który pozwala na szersze ogarnięcie tematu. Można pokusić się o stwierdzenie, że Portugalia, która przecież wcale nie została potraktowana po macoszemu, jest pretekstem do prezentacji Polski w jej dwóch obliczach: tej peerelowskiej oraz postkomunistycznej z raczkującym dzikim kapitalizmem.

Portugalia, co zrozumiałe, staje się również materiałem porównawczym. Jest to sprawa dość oczywista, bowiem naturalnym odruchem każdego człowieka, a w szczególności obywatela ZSRR albo któregoś z jego państw satelickich, po przekroczeniu Żelaznej Kurtyny i znalezieniu się w kompletnie innym otoczeniu jest porównanie zastanego stanu rzeczy do miejsca, które zdecydowaliśmy się opuścić. Rzecz jasna, PRL nawet przy niezbyt bogatej wówczas Portugalii wypada niesamowicie blado, czy raczej szaro i buro. Szokujący jest przede wszystkim szalejący dobrobyt – w każdym sklepie napotyka się półki, które uginają się wręcz od bogactwa wystawianego na nich towaru. Człowiek może spędzić godzinę na zakupach, a i tak nie nabyć tego, co zaplanował, bowiem wybór proponowanego asortymentu jest tak szeroki, że aż trudno się na cokolwiek zdecydować. Do tego dochodzi obfitość książek, podręczników, brak cenzury, wolność słowa oraz pieniądze. Niby te ostatnie szczęścia nie dają, ale kiedy pensja pracownika naukowego w PRL-u warta jest 6 dolarów, to na życie zaczyna się patrzeć inaczej, gdy zaczyna zarabiać się wielokrotność tej kwoty.

Jednak wyjazd do Portugalii, szczególnie w okresie, gdy czerwony wielki brat rozciągał swe miłościwe oko na wszystkie zaprzyjaźnione narody, nie był rzeczą łatwą. Problem zaczynał się już z samą nauką języka portugalskiego. Narrator, by go w pełni opanować musiał wykazać się ogromną niezłomnością i uporem, jeśli chodzi o samokształcenie. Jako mieszkaniec Łodzi nie mógł oczekiwać żadnych kursów, czy indywidualnych zajęć z nauczycielem. Ponoć był kiedyś romanista znający portugalski, ale wszelkich słuch po nim zaginął. Pozostawały jedynie skrypt dla warszawskich studentów portugalistyki. Sęk w tym, że książki nie można było przetrzymywać w nieskończoność. Co prawda istniała opcja skopiowania podręcznika, ale była to jedynie ewentualność teoretyczna. W okresie stanu wojennego kserokopiarka uchodziła za narzędzie równie niebezpieczne i groźne, co karabin maszynowy. Dostęp do niej był ściśle ograniczony, a zaszczyt korzystania z niej przypadał nielicznym wybrańcom. A nawet, jeśli zrządzeniem losu oraz dzięki determinacji w pokonywaniu kolejnych przeszkód natury formalnej, kserokopiarka została udostępniona, to przecież zawsze istniała obawa, że akurat zabranie papieru... Polak to jednak istota ze wszech miar kreatywna – nie inaczej jest w przypadku głównego bohatera, który do szlifowania zdolności językowych wykorzystywał wszelakiej maści towary, przesyłane od kuzyna, zamieszkałego w Brazylii. Kompendium wiedzy zostały zatem etykiety z mydeł, proszków do prania, czekolady, czy suszonego mięsa. Powieść w ogromnej mierze ukazuje tego typu absurdy, które były przecież codziennością w komunistycznej Polsce. Owe skrajności stają jeszcze bardziej jaskrawe i widoczne, kiedy bohater zestawi je z rzeczywistością zastaną w Portugalii.

Historia głównego bohatera obejmuje również Polskę wyzwoloną, czyli tę, w której obecnie przyszło nam żyć. Akt jej narodzin niósł ze sobą wiele nadziei oraz oczekiwań, które jednak w ogromnej mierze nie spełniły się. Starzycka, jak wielu współczesnych polskich pisarzy, dobitnie pokazuje, że na transformacji ustrojowej najwięcej skorzystały farbowane lisy, które szybko potrafiły odnaleźć się w nowej rzeczywistości, oportuniści, umiejący błyskawicznie zmieniać swoje polityczne zapatrywania oraz zwykli przestępcy i złodzieje. Smutne jest to, że współczesna klasa polityczna w większości wywodzi się właśnie z tego typu środowisk. Nowa Polska, demokratycznopodobny twór jest zatem ogromnym rozczarowaniem, za które nikt, przynajmniej na razie, nie zamierza wziąć odpowiedzialności.

Na szczęście lektura nie jest tylko melancholijnym narzekaniem na naszą ojczyznę. Główny bohater, za czasów PRL-u będący jedną z niewielu osób w kraju znających język portugalski, był często zatrudniany przez wszelakiej maści instytucje jako tłumacz. Poznany w ogromnych trudach język okazał się więc nie tylko przepustką pozwalającą chociaż na chwilę wyrwać się z szarej polskiej rzeczywistości, ale również początkiem wielu fascynujących i zabawnych przygód związanych z wizytami Portugalczyków bądź Brazylijczyków w kraju wielkiego fiata.

Reasumując rzeknę raz jeszcze, że Magdalena Starzycka wielce zaskoczyła mnie swoją książką. To wspaniała historia człowieka, który poprzez ogrom wyrzeczeń oraz samozaparcie zrealizował swoje marzenia. To także interesujące spojrzenie na Polskę przed transformacją ustrojową oraz po obaleniu komunizmu, spojrzenie przez pryzmat Portugalii. Oprócz ciekawego porównania obu krajów autorka zapoznaje nas z wieloma faktami na temat mieszkańców zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego – pani Starzycka bardzo zaimponowała mi znajomością kultury oraz obyczajów Portugalczyków, w których to nie brakuje i polskich akcentów. Powieść polecam zatem z czystym sumieniem, tym bardziej, że w księgarni Matras można nabyć ją za jedyne 5 polskich złotych. Na pewno nie jest to wygórowana cena za tak przyjemną lekturę.

środa, 02 stycznia 2013

Okładka książki Zygmuntowskie czasy

  Tytuł: Zygmuntowskie czasy

  Autor: Józef Ignacy Kraszewski

  Wydawnictwo: MG

  Liczba stron: 418

  Cena: 36,00 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Józef Ignacy Kraszewski często określany jest mianem człowieka instytucji. Rzuciwszy okiem na zakres jego działalności, trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Kraszewski był zarówno pisarzem jak i wydawcą, publicystą, historykiem jak również działaczem społecznym i politycznym. W swoim długim życiu (1812 – 1887) spłodził 232 powieści. Ta zawrotna liczba pozwala mu piastować palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę wydanych dzieł w całej historii polskiej literatury. Niestety ilość nie zawsze idzie w parze z jakością. U Kraszewskiego obok dzieł bardzo dobrych, do których zaliczam Starą baśń, spotkać można pozycje zdecydowanie słabsze, jak np. Zygmuntowskie czasy.

Akcja Zygmuntowskich czasów, książki historyczno-przygodowej, rozgrywa się w XVI wieku, u zmierzchu panowania króla Zygmunta Augusta. Z pewnością nie był to najspokojniejszy okres w historii Polski. Na północy dopiero, co zakończyła się wojna o Inflanty (1570 r.). W Królestwie wrzało, ponieważ król znajdujący się już na łożu śmierci był bezdzietny, a dynastia Jagiellonów właśnie wygasała. Do tego dochodziły kłopoty z szerzącą się reformacją, którą sam Zygmunt August, jeszcze do roku 1564, popierał. Na dokładkę, południowo-wschodnie rubieże Rzeczpospolitej żyły w ciągłym strachu przed najazdami Tatarów.

Nie był to z pewnością dobry czas do długich, samotnych podróży. A wtedy to właśnie w grodzie Kraka zjawia się młodziutki chłopiec Maciek Skowronek, jak sam uważa, sierota, bez grosza przy duszy. Wkrótce, dzięki wymiernej pomocy przyjaciół poznanych już w mieście, dołącza on do braci żakowskiej. Okazuje się, że Maciek nie jest do końca tym, za kogo się podaje. Na jego życie dyba całkiem liczne grono nieprzyjaciół oraz wrogów. Życie w Krakowie zamienia się bezustanną gonitwę oraz ciągłą walkę o życie. Bystry czytelnik, chłonąc kolejne karty powieści od razu zaczyna zastanawiać się, dlaczegóż to, tyle osób czyha na życie biednego sieroty.

Rycina XVI-wiecznego Krakowa

Niemal w tym samym czasie poznajemy księżną Annę Beatę, która przeżywa prawdziwy rodzinny dramat. Ożeniwszy się potajemnie, w momencie, gdy jej ukochany mąż ginie, zostaje oskarżona o niewierność. Dziecko jej uważane jest przez wuja (brata zmarłego) za bękarta, który w dodatku niesłusznie rości sobie prawa do rodzinnego majątku. Stryj, całkiem słusznie kalkulując, dąży do zgładzenia owocu plugawej miłości, by pozbyć się tym samym konkurenta do spadku. W zaistniałych okolicznościach zrozumiała jest rozpacz Anny Beaty, które ciągle wypatruje duchownego, wysłanego z Rzymu, mającego potwierdzić zawarcie przez nią związku małżeńskiego.

Ta dość banalna, nieco dramatyczna historia jest dobrym pretekstem do zaprezentowania bogatej panoramy XVI-wiecznego Krakowa. Dzięki giętkiemu pióru pisarza poznajemy zatem życie codzienne mieszkańców grodu Kraka. Będziemy mogli oglądać je zarówno z perspektywy bogatej szlachty jak i rynkowych przekup. Bardzo precyzyjnie zostało również odmalowane środowisko uniwersyteckie. Kraszewski skrzętnie odnotowuje wszelakie zwyczaje oraz tradycje braci żakowskiej. Będziemy zatem świadkami otrzęsin głównego bohatera, weźmiemy udział w walkach kogutów, obchodzonych na pamiątkę św. Gawła (mnich benedyktyński zwany też Gallusem, co znaczy kogut). Wreszcie pisarz szczegółowo przedstawi nam stroje żaków, przedstawi ich prozę dnia codziennego.

Będąc już w Krakowie, Kraszewski nie omieszka wspomnieć o jego żydowskiej części, tj. Kazimierzu. Pewnie nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale obecna dzielnica Krakowa, w tym czasie była osobnym miasteczkiem, które sąsiadowało z grodem Kraka. Zamieszkiwane było oczywiście przez mniejszość Żydowską i Kraszewski bardzo ciekawe opisuje kontakty, jakie panowały pomiędzy wyznawcami obu religii. Można się co prawda czepiać, że Żyd został zaprezentowany raczej symbolicznie, tj. jako osobnik chciwy, żądny jedynie bogactw oraz pieniędzy, ale pewne niedociągnięcia trzeba po prostu przełknąć.

Warto w ogóle podkreślić, że Kraszewski posiadał bardzo rozległą wiedzę historyczną i z tą wiedzą chętnie dzieli się z czytelnikiem. Mnie najbardziej spodobał się bardzo wyczerpujący obraz tatarskiej niewoli. Za sprawą jednego z bohaterów, który trafił do tatarskiego jasyru, dowiemy się jak wyglądało życie więźniów, w jakich warunkach przyszło im egzystować. Kraszewski wyjaśni także, dlaczego Tatarzy tak chętnie brali jeńców, na jakie korzyści liczyli z tego tytułu oraz ile warte było w tych czasach ludzkie życie.

Wisienką na torcie całej historii jest z pewnością świetne odtworzenie atmosfery, panującej na dworze dogorywającego króla Zygmunta Augusta. Za sprawą Kraszewskiego zostaniemy wciągnięci w dworskie intrygi, których celem był również królewski majątek, a przynajmniej jakaś jego godziwa część. Przekonamy się, jak liczne gremium kochanek posiadał monarcha, którego ciągle walczyły o jego łaski oraz że król w ostatnich chwilach swojego żywota nie stronił od medycyny, nawet jak na owe czasy, niekonwencjonalnej.

Zygmuntowskie czasy to z pewnością książka interesująca, ale akcja jest momentami bardzo przewidywalna. Zdaje się ona wędrować po sznurku aż do szczęśliwego zakończenia losów głównych bohaterów. Brakuje realizmu oraz nutki szarości, bowiem praktycznie wszystkie postacie są przerysowane, albo czarne, albo białe, w zależności od tego, jaka rola przypadła im w udziale. Z pewnością nie jest to życiowe dzieło Józefa Kraszewskiego, ale mimo wszystkich niedociągnięć i niedoskonałości, chyba warto się z nim zapoznać, głównie przez wzgląd na starannie odwzorowaną panoramę społeczną oraz całkiem sporą dawkę interesujących faktów historycznych.

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita