Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: literatura argentyńska

czwartek, 02 stycznia 2014

  Tytuł: Okładka książki Abaddon - Anioł ZagładyAbaddon - Anioł Zagłady

  Autor: Ernesto Sábato 

  Wydawnictwo: Znak

  Liczba stron: 487

  Cena: 44,90 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

Każdy człowiek posiada sprawy, które go dręczą. Wieloma kwestiami zamartwiamy się tylko chwilowo szybko o nich zapominając. Ale są rzeczy, które nie chcą nas opuścić, powracając do nas niczym bumerang. Spychane na sam margines świadomości zdają się układać do niespokojnego snu. Niekiedy milkną, nie dając o sobie znać, ale już sama głęboka, niczym nie zmącona pewność ich bytu jest dręcząca. Zresztą zawsze przychodzi moment, w którym opuszczają one piwnice umysłu i wyłaniają się na jego powierzchnię. Powoli, ale sukcesywnie wychodzą z otchłani niebytu, przywdziewając coraz realniejsze szaty, doprowadzając ludzi do szaleństwa. W końcu człowiek dociera na skraj, nie wytrzymuje, pęka i zaczyna mówić o tym, co go trapi. W takich sytuacjach albo słyszymy krzyk szaleńca, któremu nie potrafimy (lub boimy się) pomóc albo widzimy symfonię treści, którą, pragnąc nadać ramy racjonalności, ogłaszamy arcydziełem, tak jak miało to miejsce w przypadku Ernesto Sábato i jego Abaddona – Anioła Zagłady.

Urodzony w 1911 roku Ernesto Sábato to argentyński artysta, pisarz, eseista i malarz. W swoim dość burzliwym i długim życiu (zmarł w 2011 roku), był między innymi aktywistą komunistycznym. W 1933 jako sekretarz generalny młodzieżowych organizacji komunistycznych w Argentynie wyruszył na kongres w Brukseli przeciwko wojnie oraz faszyzmowi. Będąc w Europie przekonał się jak wygląda komunizm w wykonaniu radzieckim i od tej pory Sábato stał się zadeklarowanym wrogiem stalinizmu. Pobyt na Starym Kontynencie przeciągnął się dość znacznie, jako że młody Argentyńczyk rozpoczął pracę w Paryżu jako fizyk jądrowy – dane mu było działać wspólnie z Irène Joliot-Curie, córką Marii Skłodowskiej Curie. Sábato był świadkiem rozszczepienia uranu, z miejsca uświadamiając sobie jak niebezpieczna broń trafi wkrótce w ręce nieodpowiedzialnej ludzkości. Od 1940 roku Sábato pracował jako profesor fizyki na Uniwersytecie La Plata. W 1943 roku ostatecznie zakończył naukową karierę, poświęcając się pisarstwu oraz malarstwu. Jeśli chodzi o dokonania na polu literackim, to Ernesto Sábato, autor licznych esejów, jest także twórcą Tunelu (1948), O bohaterach i grobach (1961) oraz Abaddona - Anioła Zagłady (1974).

Ostatnia powieść Ernesto Sábato przytłacza już od początku lektury. Zamiast liniowo poprowadzonej fabuły z grupą bohaterów, czytelnik otrzymuje skomplikowaną, poszatkowaną mieszankę, w której fikcja w sposób nierozerwalny plącze się z niektórymi faktami z życia autora. Narrator z jednej strony stara się dopowiedzieć to, czego nie udało mu się chwycić w karby słów w poprzednich dziełach, z drugiej zaś strony powieść jest ambitną próbą wyrażenia wszystkiego, co wchodzi w skład współczesnego człowieka.

Czytając Abaddona – Anioł Zagłady nietrudno o uczucie, że świat, czy raczej ludzkość, którą mylnie utożsamiamy z całym globem, czy wręcz Wszechświatem (jakby to właśnie homo sapiens stanowił jego istotę) znajduje się na krawędzi zagłady. Człowiek poznał już zabójczo skuteczną moc płynąca z rozszczepienia jąder atomów, narodowi wybranemu zafundowano śmierć na skalę masową, prowadzoną z mechaniczną precyzją i skrupulatnością, a kolejne konflikty targają wieloma regionami kuli ziemskiej. Czyżby literacka fikcja, zrodzona z najbardziej mrocznych zakamarków umysłu pisarza przestała, zgodnie z tym co uważa Sábato, sprawdzać się w roli wentyla bezpieczeństwa dla zdrowia psychicznego społeczeństwa? Śledząc choćby prozę argentyńskiego pisarza właśnie, widać, że jest ona coraz bardziej rachityczna – tworom wyobraźni coraz częściej zaczyna towarzyszyć rzeczywistość transponowana do powieści na surowo. Czy zatem chaos odnajdywany na kartach powieści jest pochodną coraz większego zamętu, którego Sábato doświadcza w codziennym życiu, czy też jego źródłem?

Wydaje mi się, że właśnie pytanie o siłę sprawczą słowa pisanego jest kluczową kwestią w prezentowanej powieści. Sábato stawia wiele hipotez, prezentuje wiele faktów zarówno za jak i przeciw, bezsilnie miotając się i nie potrafiąc udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Bo skoro słowo ciałem się stało chociaż raz, to dlaczego nie można by tego wyczyny powtórzyć? Co stoi na przeszkodzie temu, by tylko w Jego doskonałości spróbować naśladować wielkoliterowego Boga? Rzecz jasna, nie każdy urodził się, by zostać rewolucjonistą, który negując zastany porządek rzeczy, pragnie go równocześnie zmieniać, ulepszać, poprawiać, nakierowywać na odpowiednie tory. Pewnym jest natomiast fakt, że twórca nie może przejść obojętnie wobec takiej jednostki, a już na pewno nie twórca, który swoją sztukę pragnie określać mianem rewolucyjnej.

Idąc typ tropem, Sábato momentami bardziej otwarcie, momentami ciut mniej stwierdza, że pisarstwo rewolucyjne powinno w jakikolwiek sposób wesprzeć Nowego Człowieka, przygotować dla niego grunt. Zatem warto pisać choćby po to, by uwiecznić coś godnego, coś, co zasługuje na pamięć – szczerą i bezinteresowną miłość, bezprecedensowy akt braterstwa, autentyczne uniesienia, popychające do czynów heroicznych, etc. Oczywiście każdy artysta sam musi zmierzyć się z fundamentalnym pytaniem dotyczącym celu swojej twórczości. Także do niego należy wybór tematu, któremu warto się poświęcić, chociaż wiadomo, że nie jest to rzecz łatwa – spośród całego grona zagadnień, po każdym ponownym przejrzeniu zawsze znajdzie się coś ważniejszego, istotniejszego, służącego bardziej wzniosłej idei – ale co jeszcze gorsze, nawet gdy już podejmiemy w naszym mniemaniu najlepszą decyzję, zawsze trafi się ktoś, dla kogo prezentowana kwestia nie będzie miała wielkiego znaczenia. Kogo mogą interesować np. zagadnienia możliwości poznawczych naszego aparatu umysłowego, jeśli nad jego głową wybuchają bomby? Zresztą trudno, szczególnie na pierwszy rzut oka, zaobserwować wyraźny wpływ literatury na nasze codzienne życie. Ile razy potęga słowa okazała się wystarczająca, by powstrzymać rozlew krwi? Ile razy pokarm duchowy był w stanie zaspokoić fizyczny głód? Rodzi się zatem pytanie – czy pisarz, albo bardziej ogólnie artysta, może czy też powinien odczuwać wyrzuty sumienia z powodu tego, że jego dzieło nie przysłużyło się w żaden sposób temu, by choć jedno dziecko na świecie nie umarło z głodu?

Ale zaraz, skąd takie wymagania względem literatury, skoro nawet nauka rzadko kiedy wykorzystuje cały wachlarz swoich nieprzeciętnych możliwości, by przysłużyć się ludzkości. W końcu mimo ciągłego rozwoju, mimo poszerzania granic naszej wiedzy, której macki zdają się penetrować każdy aspekt naszej egzystencji, człowiek nadal cierpi, posiada pragnienia niemożliwe do realizacji, odczuwa trudny do uśmierzenia ból psychiczny. Ba, oświaty kaganek, czyli potężna jasność rozświetlająca pomroki dziejów często trafia na usługi ślepej nienawiści, która pod płaszczykiem różnych idei nakazuje torturować, niszczyć, zabijać, eliminować bliźniego, który ośmiela się posiadać odmienne zdanie od naszego. Widzimy zatem, że zarówno dzieło sztuki jak i owoc nauki mogą przysłużyć się wyłącznie jako tępe narzędzia do rozłupania czaszki opornego oponenta. Sábato jest więc kolejnym, który dochodzi do smutnej konstatacji, że jako ludzkość, z punktu widzenia rozwoju naszej duchowości, mentalności nadal tkwimy na etapie naszych praprzodków, którzy większość konfliktów rozwiązywali za pomocą bicia się maczugami po głowie. Dziś, przy piorunującym tempie rozwoju technologii, potrafimy jedynie sprawniej pozorować konieczność naszych okrutnych działań, ale doświadczone oko szybko dostrzeże i zapłacze nad duchową nędzą współczesnej cywilizacji.

Ale co zabawniejsze, pomimo sztuki, kultury, nauki wciąż umieramy i nadal zadajemy sobie pytanie – dlaczego? Wielki i wszechmocny człowiek, którego z taką ochotą umieszczamy na samym szczycie ewolucyjnej drabiny w dalszym ciągu nie potrafi poradzić sobie z tym pozornie łatwym zagadnieniem. Są rzecz jasna sposoby, by odsunąć tę niewygodną kwestię. W społeczeństwie konsumpcyjnym uczestniczymy w obłąkańczym wyścigu szczurów, redukując ziemskie bytowanie do czystej fizjologii, z rzadka tylko skażonej instynktami wyższymi. Kluczowe jest jedzenie, sranie, ruchanie, ewentualnie wyszukane onanizowanie się w towarzystwie plastików o znamionach istot ludzkich, które w połączeniu z pracą, karierą, awansami oraz resztą trosk doczesnego życia, do których należą kredyt, sztuczne cycki i atrakcyjny wygląd pozwalają odczuwać przynajmniej pozorne poczucie sensu egzystencji, którą prowadzimy szybko, na złamanie karku, by przypadkiem nie zacząć dłużej nad nią rozmyślać. Ale pomimo tego raka kultury masowej, który toczy już niemal całą współczesną cywilizacją, nadal możemy natknąć się na ludzi, którzy spokój ducha odnaleźli w fakcie, że możliwa jest jeszcze śmierć w imię CZEGOŚ. I podobnie jak religia, tak literatura stara się zbliżyć do tajemnicy tego ABSOLUTU, na ołtarzu którego potrafimy złożyć własne życie.

Przeraża zatem wizja twórcy, którą roztacza przed nami Sábato, szczególnie dla osobników, którzy tym mianem pragną się określać. Bowiem dla argentyńskiego pisarza, obowiązkiem artysty dojrzałego i świadomego zarówno własnego talentu jak i odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże jest szeroko rozumiana służba drugiemu człowiekowi. Dowolna historia – klęski, upadków oraz wzlotów, wielkiej nadziei – może przecież obejmować zmagania ze swoimi słabościami całej ludzkości. Dzieło prawdziwie wielkie, proza monumentalna może służyć poszukiwaniom sensu istnienia, być pocieszeniem w niedoli, kierunkowskazem, wreszcie przeczyć słowom samego Sábato, że literatura może być wyłącznie świadkiem, bezsilnym świadkiem. Z tego względu twórczość nie może, absolutnie nie może być zawężana tylko do wartości estetycznych – wówczas staje się tylko pustą i bezproduktywną błazenadą. Sam artysta nie powinien także szukać poklasku, tworzyć z niskich pobudek. W przypadku pisarzy, za pióro winni chwytać jedynie Ci, którzy mają do przekazania coś wartościowego.

Wymagania stawiane przez profesora Sabato wydają się dość przytłaczające, ale jeśli pobieżnie rzucimy okiem na literaturę iberoamerykańską z tego okresu, to szybko uzmysłowimy sobie, że właśnie w tym duchu tworzyli tacy mistrzowie słowa jak Julio Cortázar czy Llosa. Ich proza to głośny sprzeciw wobec społecznej niesprawiedliwości, krzyk oburzenia wobec nieludzkich metod łamania oporu, do którego uciekały się prawicowe junty wojskowe, wspierane finansowo przez USA. To właśnie lewicowi artyści z Ameryki Łacińskiej skrupulatnie ujawniali absurdy amerykańskiej demokracji i jej opaczne umiłowanie wolności, które objawiało się w traktowaniu napalmem wietnamskich wiosek, linczach na czarnoskórych obywatelach USA, posądzonych o niemoralny kontakt z białą kobietą, łożeniu ogromnych kwot na konta wojskowych dyktatorów, którzy ochoczo podejmowali krwawe działania, by powstrzymać rozprzestrzenianie się komunistycznej zarazy.

Proza Sábato jest równie mocna, szczera i bezkompromisowa. Czytelnik otrzymuje zatem szczegółowy i wyczerpujący (nie tylko ciekawość ale i psychikę) opis tortur, którym poddawano klienta podejrzanego o współpracę z lewicową partyzantką, precyzyjne wyjaśnienie na czym polega mordercza skuteczność napalmu, gęstej oleistej cieczy, która w zetknięciu z człowieczą skórą spala ją na wiór, czy metodyczną charakterystykę ciała, czy raczej tego co z niego zostało, po godzinach fizycznego znęcania się, tarzania w fekaliach oraz rażeniu prądem. W obliczu wszystkich prezentowanych okropności, coraz trudniej wątpić w fascynującą teorię doktora Alberto J. Gandulfo, której nie będę zdradzać – wspomnę jedynie, że posiada ona pewne cechy wspólne z ideami prezentowanymi przez noblistę José Saramago na łamach powieści Ewangelia wg Jezusa Chrystusa i idealnie tłumaczy całe szaleństwo, które ogarnęło świat, odkąd pojawił się na nim człowiek.

Reasumując, Abaddon – Anioł Zagłady to lektura tyleż znakomita, co wymagająca. Książka, często określana jest mianem zapisu niepokojów dręczących pisarza, jego obsesji i szaleństw. Ujawnia się to szczególnie w warstwie stylistycznej powieści, która pod tym względem stanowi prawdziwy misz-masz. Pojawia się zarówno pierwszo- jak i trzecioosobowy narrator, wydarzenia oglądane są z perspektywy kilku różnych bohaterów, akcja rozciągnięta jest na przestrzeni kilkunastu lat, często cofa się, po czym wykonuje gwałtowne skoki do przodu. Nie brakuje wspomnień, retrospekcji, notatek z pamiętnika samego Ernesto Che Guevary, wycinków z prasy popularnej, listów do redakcji serialowych tasiemców z prośbą o takie a nie inne potraktowanie głównego bohatera, etc. Z tego powodu bardzo łatwo o poczucie zagubienia. Lekturę dodatkowo utrudnia fakt, że pojawiają się w niej odwołania do dwóch wcześniejszych powieści Sábato, Tunelu oraz O bohaterach i grobach. Ich znajomość nie jest co prawda konieczna, ale przypuszczam, że niektóre kwestie ujrzane pod innym kątem, mogłyby okazać się ciut bardziej zrozumiałe. Ale nawet tylko na podstawie Abaddona – Anioła Zagłady, Ernesto Sábato jawi się jako twórca nieprzeciętny, który urodził się z klątwą niegodzenia się z rzeczywistością, w której przyszło mu żyć.

P.S. Wspomniane powyżej wymagania wobec prawdziwej literatury wiążą się rzecz jasna także z krytyką płodów, które w mniemaniu narratora (wydaje mi się, że śmiało możemy go utożsamiać z samym Ernesto Sábato) na to miano nie zasługują, a roszczą sobie takie prawa. W ten właśnie sposób oberwało się m.in. Robbe-Grilletowi, Henry’emu Millerowi czy samemu Joyce’owi. Poniżej kilka fragmentów:

Raz na zawsze pozostańmy sobą. Niechaj pan Robbe-Grillet nie poucza nas, jak należy robić powieść. Niech nas zostawi w spokoju.

Od kiedy hołota może czytać po hiszpańsku Joyce’a i Henry’ego Millera i stwierdziła, że owi geniusze popuścili cugli na całego, nastąpiło ogólnie rozwydrzenie i uwierzyli, że wszystko jest tylko kwestią przeniesienia na papier całych ścian klozetów publicznych Buenos Aires (…). Przy pomocy długopisu i kartki papieru (wystarczy umieć czytać i pisać) albo japońskiego magnetofonu ustawionego w jakiejś pizzeria de faubourg opiszesz z najdrobniejszymi szczegółami, jak to na jakimś podwórku w Villa Soldati pieprzyli narzeczoną, i puścisz sobie znakomitą powieść, która stanie się jednym z najgłośniejszych bestsellerów ostatnich pięćdziesięciu siedmiu minut.

 Cóż mam powiedzieć. Facet [Joyce] sobie wynalazł coś na kształt odrzutowca i w ciągu następnych pięćdziesięciu lat sto tysięcy pisarzy coraz mniejszego kalibru poświęcało się wprowadzaniu zmian do popielniczek i kapelusików stewardes. Nazywają to Uczestnictwem w Rozwoju Współczesnego Lotnictwa. (…) Nieskończona ilość rachitycznych spadkobierców Joyce’a powiązanych więzią krwi poprzez synów i kuzynów, wnuków, bratanków i prawnuków tego rozpłodowego ogiera.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Okładka książki Niespodziewane stronice

  Tytuł: Niespodziewane stronice

  Autor: Julio Cortázar

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 286

  Cena: 39,99 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Śmierć. Jakaż to fatalna przypadłość, która ciągle trapi wszystkie żywe organizmy, również te, mające się za najdoskonalsze, tj. istoty ludzkie. Każdy biologiczny byt ma swój początek oraz kres, do którego nieuchronnie się zbliża. Śmierć, w przeciwieństwie do człowieka i jego ideałów głoszących równość wszystkich ludzi, jest konsekwentna do bólu i nikogo nie wyróżnia. Prędzej, czy później wszyscy trafią w jej czułe objęcia, niezależnie od tego, co sobą reprezentują. O wiele bardziej trwałe niż ludzie są za to twory ich umysłu. Dla przykładu, istnieją książki, które liczą sobie dobre kilka pokoleń ludzkich i przynajmniej na razie, w dalszym ciągu mają się całkiem dobrze. W przypadku śmierci pisarza, często w różnych konfiguracjach powtarza się zdanie, że artysta nie umarł zupełnie, dopóki jego twórczość została zachowana przez rodzaj ludzki. Jednak marna jest to pociecha, szczególnie w odniesieniu do naszych ulubionych pisarzy. Ich odejścia bolą najbardziej. Na własne oczy przekonujemy się o kruchości ludzkiej egzystencji, a co gorsza, towarzyszy nam świadomość, że ten oto konkretny osobnik, którego dzieła darzymy taką estymą, na którego kolejne teksty nerwowo oczekiwaliśmy, nigdy już niczego więcej nie stworzy. Pisarz zatem żyje w naszej świadomości oraz pamięci, ale pozostaje bezpłodny. Na szczęście, żywot ludzki to suma przypadków. Dzięki różnym zbiegom okoliczności, od czasu do czasu świat obiega sensacyjna wiadomość o cudownym odnalezieniu manuskryptów wielkich twórców, po których nie mieliśmy oczekiwać prawa niczego nowego. W 2009 roku pojawia się Oryginał Laury, przez lata trzymany w banku w Montreux, który miał zostać spalony. W tym samym roku, w czasie przeglądania archiwów Lema na światło dzienne wychodzi Sknocony kryminał. Natomiast w 2006 roku w paryskim mieszkaniu Aurory Bernárdez, wdowy po Julio Cortázarze, z szuflad komody wyłaniają się Niespodziewane stronice, czyli teksty Julio Cortázara, które do tej pory nigdy nie były publikowane w formie książki, a część z nich w ogóle po raz pierwszy została zaprezentowana szerokiej publiczności. Czy dla miłośnika Gry w klasy, Wielkich wygranych oraz Książki dla Manuela może być lepsza wiadomość niż komunikat, że oto Niespodziewane stronice trafiają na polski rynek?

Julio Cortázar, rocznik 1914, zmarły w 1984 roku, uchodzi za jednego z czołowych przedstawicieli realizmu magicznego. Urodzony w Brukseli Argentyńczyk, który większość swojego życia spędził w Paryżu, pozostawił po sobie bogatą spuściznę, która dzięki Aurorze Bernárdez została powiększona o kilkaset stron. Niespodziewane stronice to gatunkowy miszmasz, w którym znajdziemy opowiadania, eseje, szkice, alternatywne czy też dodatkowe rozdziały ważniejszych powieści, teksty publicystyczne, krótkie analizy najważniejszych dzieł oraz autowywiady. Od razu muszę wyjaśnić pewną nieścisłość – otóż całkiem sporo ze zgromadzonym w tym zbiorze tekstów pojawiało się już na łamach hiszpańskojęzycznej prasy, tyle, że nigdy nie znalazły się one w żadnym z dotychczasowych wydań książkowych. Nie jest zatem tak, że cały zbiór to absolutne novum, rojące się wyłącznie od pereł przez lata skrywanych przed ludzkim spojrzeniem. Nie zmienia to oczywiście faktu, szczególnie z punktu widzenia polskiego czytelnika, że o wiele wygodniej jest mieć utwory zebrane w jednym tomie, niż poszukiwać ich, rozsypanych po wszelakiej maści czasopismach, by finalnie głowić się jeszcze nad ich tłumaczeniem.

Teksty, jak już wspominałem, charakteryzują się dość sporą różnorodnością. Zarówno, jeśli chodzi o gatunkową rozpiętość jak i chronologię. Najstarsze płody pochodzą z roku 1938, natomiast ostatnie z 1984 roku, a więc z okresu tuż przed śmiercią artysty. Różnice znajdziemy także w kwestii prezentowanego poziomu. Jeśli chodzi o dzieła pisane prozą, to sporo z nich przeszło przez mój mózg bez większego echa. Dominują raczej słowne igraszki, przywodzące na myśl ćwiczenie słowa pisanego, próby okiełznania, przygięcia liter, wyrazów i zdań, tak, by posłuszne były myśli wielkiego kreatora. Jeśli chodzi o treść jest już zdecydowanie gorzej. Króluje forma i tylko z rzadka trafia się obiecujący zalążek, którego rozwój z chęcią chciałoby się śledzić. Największe wrażenie zrobiły na mnie Koty, które ze swoimi nielogicznie postępującymi bohaterami przypominały mi nieco Wielkie wygrane, czy Grę w klasy. W podobnym tonie fatalistycznej miłości, uczuciowego zaplątania, błąkania utrzymana jest Ciao, Werona, która także zawładnęła moją uwagą na dłużej.

Jeśli chodzi o utwory wczesne, z początków twórczości, to wypadałoby zapewne napisać, że dzięki nim możemy śledzić rozwój artystyczny Julio Cortázara, że w tych pierwocinach znać zalążki geniuszu, że utwory mimo pewnej toporności, nie oszlifowania, czy czego tam jeszcze, jasno sygnalizują z jak wielkim kalibrem będziemy mieć w przyszłości do czynienia. Będąc jednak szczerym, głównie wobec samego siebie, przyznaję, że początkowo zbyt wiele realizmu magicznego, z którego słynął Cortázar w tych pierwszych płodach nie dostrzegłem. Przypominają one bardziej warsztatowe treningi, próby, odkrywanie możliwości, jakie daje słowo, czyli są to dzieła typowe dla wczesnej twórczości niemal każdego pisarza. Zrozumiałe jest dla mnie również, że gdyby Julio nie był uważanego za jednego z czołowych przedstawicieli prozy iberoamerykańskiej, twórcę legendarnego i kultowego, to nikt pewnie nie robiłby tak wielkiego szumu wokół odnalezionych tekstów, a wiele z nich zapewne w dalszym ciągu spoczywałoby sobie spokojnie w przytulnym mroku szuflady.

Kończąc jednak z tą nadmierną i być może nieco przesadną krytyką, chciałbym wspomnieć o tym, co stanowi prawdziwy skarb Niespodziewanych stronic. Są to eseje, autowywiady oraz proza publicystyczna. Z form tych odzywa się dojrzały Cortázar, który jako pisarz, wychodzi bardzo daleko poza ramy prowadzonej przez siebie działalności artystycznej. Przede wszystkim Cortázar całkowicie (bezwstydnie, aż ciśnie się na usta) obnaża swoją socjalistyczną naturę. Odcina się on co prawda od komunizmu, przyznaje, że bliżej mu do Marksa. Jest przy tym głęboko i pewnie nieco naiwnie przekonany, że socjalizm to jedyny system, który może kiedyś skierować człowieka ku jego autentycznemu przeznaczeniu, natomiast celem marksizmu jest dostarczenie ludzkiemu rodzajowi narzędzi do osiągnięcia wolności i godności, które nie są mu trwale przynależne. Wreszcie socjalizm – a nie zapowiadana przez poetę i Kościoły nieokreślona wieczność – zdolny jest przekształcić człowieka w człowieka właśnie. Idee piękne, które niestety człowiek jak zawsze, przy próbie wprowadzenia ich w życie, przekształcił w piekło. W tym miejscu wypadałoby również zaakcentować, że socjalizm Cortázara, przynajmniej w mojej opinii, to w ogromnej mierze wybór podyktowany szczerą i nieskrywaną niechęcią do północnoamerykańskiego imperializmu, który przez niemal cały XX wiek bezduszne drenował Amerykę Łacińską. Socjalizm, który przecież krzewił się bujnie w całej Ameryce Południowej to odpowiedź na junty wojskowe, bezpardonowo traktujące politycznych przeciwników, których obfite budżety w ogromnej mierzy wspierane były przez Stany Zjednoczone. A o tym, ile istnień ludzkich pochłonęły rządy krwawych generałów, jak wymyślne tortury stosowały, można dowiedzieć się choćby z Książki dla Manuela Cortázara, czy Święta Kozła noblisty Vargasa Llosy.

Należy także zaznaczyć, że Julio Cortázar, niestrudzony wojownik idei, wzorem wielu pisarzy latynoamerykańskich traktował swoją twórczość bardzo poważnie oraz przede wszystkim świadomie. Pisarstwo nie jest zawodem, pracą, za odbębnienie której oczekuje się stosownego wynagrodzenia. Chwycenie pióra za dłoń wiąże się z odpowiedzialnością, świadomością społeczną, koniecznością upominania się, a nawet walki o prawa słabszych, ukazywanie wszelkich niesprawiedliwości. I pewnie właśnie z tego przeświadczenia bierze się ogromne zaangażowanie w życie polityczne, które jest naturalną konsekwencją w zaangażowania w sprawy ludzkie. Rolą pisarza jest walka z błahym zapomnieniem, z kartkowaniem historii przez jej czytelników, z obojętnością i nieczułością, zainteresowaniem, trwającym dokładnie tyle czasu, przez ile o danej sprawie wspomina się w mediach. Fascynujące jest również to, że sprawę ludzką Cortázar stawiał o wiele wyżej niż świat literatury. Wg niego funkcja książek sprowadzała się bardziej do roli służebnicy człowieka, która powinna chronić go przed popełnianiem głupstw.

Pokłosiem wyznawanych prawd jest surowa i ostra krytyka kapitalizmu, jego zakłamania, obłudy skrywanego za demokratyczną maską, która w świetle ostatnich wydarzeń związanych z system PRISM jest niezwykle aktualna. Kolejnym tematem, który poruszał Julio Cortázar, a który trawi m.in. polskie media, jest fatalna jakość oraz szkodliwość podawanej informacji. Argentyński twórca protestuje przeciwko biernej i bezrefleksyjnej konsumpcji, nawołując nas, tj. konsumentów informacji do żądania od środków masowego przekazu zaprzestania dyktatury agencji oraz dziennikarzy, manipulujących tworzonymi oraz otrzymywanymi materiałami. Minęło prawie 30 lat od śmierci pisarza, a można by podejrzewać, że pisze on o wydarzeniach wczorajszych, tegorocznych.

Oczywiście Niespodziewane stronice to nie tylko polityka oraz początki twórczości. Znajdziemy także utwory, których bohaterem jest Łukasz oraz kronopie. Dowiemy się również, jak to jest być owym sławetnym, ciekawskim świata kronopiem (to być pod włos, pod światło, kontrpowieścią, kontredansem, kontrawszystkim, kontrabasem, kontrafagotem, straszliwie wbrew każdego dnia przeciw każdej rzeczy, którą inni uznają i która ma moc prawa). Ale przede wszystkim, uzmysłowimy sobie, że Cortázar to zaprawdę oko, które potrafi widzieć. Pisarz jest niestrudzonym obserwatorem rzeczywistości, bezwstydnym podglądaczem codzienności, który niemal każdemu, nawet najbłahszemu wydarzeniu, potrafi wykraść jego metafizyczne akcenty i przetransponować je na literacką materię – strukturalną magię, która w jakiś sposób przenika z książek do życia. Objawia się to zarówno w esejach jak i niektórych opowiadaniach.

Z kolei Julio Cortázar jako człowiek na co dzień jawi się jako typowy kronopio – niezmordowany buntownik, pokroju bohaterów Książki dla Manuela. Jest to zatem typ burzyciela prawd, niszczyciela przesądów, skłonnego i skorego do przekraczania uspokajających granic normalności. Podpieranie chybocącego się stołu skórką od chleba, czy wspólna lektura książki w pociągu, polegająca na wyrywaniu przeczytanej strony i podawania jej towarzyszce podróży, która to z kolei przeczytaną kartkę ekspediowała przez okno, bezwiednie przywodzi na myśl działania członków Draki, takie jak krzyczenie w kinie w trakcie seansu, czy też jedzenie na stojąco w bardziej szanujących się restauracjach.

Krótko reasumując, Niespodziewane stronice to zbiór tyleż różnorodny, co nierówny. Dominują jednak pozycje dobre oraz bardzo dobre, które sprawiają, że całość czyta się z ogromnym zainteresowaniem, a momentami sporym zdumieniem. Mnie szczególnie zaskoczyła poezja Cortázara, która prezentuje naprawdę niezły poziom. Na tle wszystkich tekstów, rozpiętych na przestrzeni blisko 50 lat, artysta jawi się jako osoba ogromnie ciekawa świata, pragnąca poznawać kolejnych ludzi, dla której pisarstwo jest najważniejszym, a przy tym ogromnie odpowiedzialnym zajęciem. Do tego buntownicze zacięcie, zdecydowany sprzeciw wobec kłamstwa oraz wszelkich nierówności sprawiają, że Julio Cortázar to Wielki Kronopio, potrafiący łowić chwilę i cieszyć się nią,

Bo wczoraj jest nigdy,

a jutro to jutro.

 

P.S. Mała ciekawostka. Tuż po ukazaniu się informacji, że oto na łamach wydawnictwa MUZA S.A. pojawią się Niespodziewane stronice, a jeszcze przed oficjalną premierą książki, cena powieści na stronach księgarni Matras wynosiła 29,99 zł. Osobom, które zdecydowały się nabyć lekturę w przedsprzedaży, przysługiwał ponadto 20 % rabat. W ten oto cudowny sposób książkę, której obecna cena okładkowa to 39,99 zł, udało mi się nabyć za 23,99 zł.

P.S.2 Tak się szczęśliwie złożyło, że powyższy tekst został doceniony w konkursie na recenzję tygodnia za okres 2 - 7 lipca na portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję za to spore wyróżnienie.

Lubimy Czytać

poniedziałek, 03 września 2012

Książka dla Manuela

  Tytuł: Książka dla Manuela

  Autor: Julio Cortázar

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 448

  Cena: 39,90 zł



 

 

 

 

 

 

 

Na okładkach książek Julio Cortázara, których kolejna już edycja ukazała się nakładem wydawnictwa Muza S.A., możemy przeczytać, że argentyński pisarz to Wielki Kronopio, patrzący na świat zdziwionymi oczami dziecka, erudyta, meloman, wybitny intelektualista i Obywatel, a zarazem jeden z twórców realizmu magicznego. Śmiało rzec można, że żaden z tych pochwalnych peanów nie jest przesadzony, a jeśli jesteśmy z tych, co to nie wierzą ludziom na słowo, to nic prostszego jak przekonać się o wielkości Cortázar osobiście, np. przez lekturę powieści Książka dla Manuela, o której to słów kilka chciałbym napisać.

Już sam tytuł rodzi pytanie, które w sposób nieskrępowany wypływa z odmętów naszych myśli: kim mianowicie jest/był ów Manuel i cóż takiego wielkiego uczynił, że zasłużył sobie na całą książkę i to w dodatku takiego giganta literatury, jakim niewątpliwie jest Cortázar?

Zanim rozwikłam tę nurtującą kwestię, pozwolę sobie wcześniej wspomnieć czasach, o które zahaczymy w trakcie wędrówki po tej ciekawej lekturze. Akcja powieści rozgrywa się w głównej mierze w latach 70’ XX wieku, a więc w okresie niepokojów, które targały wówczas kontynentem południowoamerykańskim: wzmożona aktywność organizacji lewicowych, liczne manifestacje robotnicze oraz studenckie, nierzadko tłumione siłą, operacja Kondor (prowadzona przez państwa Ameryki Łacińskiej, przy wymiernym wsparciu USA, której celem była eliminacja jednostek buntujących się przeciw rządzącej klasie politycznej, jej bilans to 50 tysięcy ofiar śmiertelnych, 30 tysięcy osób zaginionych oraz 400 tysięcy ludzi, którzy wtrąceni zostali do więzienia, gdzie często byli bici oraz torturowani), etc. Sama fabuła snuta jest w roku 1970, chociaż gęsto poprzecinana jest retrospekcjami, w Paryżu, gdzie mieszkają główni bohaterów, którzy w zdecydowanej większości pochodzą z krajów Ameryki Południowej. Co ciekawe, wśród tej mozaiki osobowości, natrafimy na polski akcent – aktorkę paryskich teatrów, pochodzącą z Krakowa Ludmiłę, zwaną pieszczotliwie Ludlud lub Poleczką. Za sprawą pióra Cortázara śledzimy losy grupy przyjaciół, emigrantów, którzy bezustannie negują zastały porządek rzeczy: światowy system rządów, niesprawiedliwość społeczną, pustą propagandę, prześladowania, które dotykają opozycję w ich ojczystych krajach. W trakcie nieustannych dyskusji, wymian poglądów, spostrzeżeń, gęsto podlewanych mate oraz grappą, przyjdzie nam w końcu poznać Susanę oraz Patricio, rodziców Manuela, dla którego pisana, czy raczej tworzona jest książka. Okazuje się być ona zbiorem wszelakiej maści artykułów, tekstów, reklam, danych statystycznych, wycinanych z gazet i wklejanych do zeszytu. Głównym architektem książki jest Susana, ale dzielnie sekundują jej w tym przyjaciele, dzięki czemu prezent, który w przyszłości otrzyma Manuel charakteryzuje się nieprzeciętną oryginalnością, niepowtarzalnością oraz różnorodnością. Wszystkie wklejki są jednocześnie wycinkami małej części duszy, czy też życia codziennego osoby, który wybrała fragment w danej chwili dla niej najistotniejszy, najważniejszy, najbardziej godny uwagi.

Muzyka nie obojętna

Warto wspomnieć, że opisywani bohaterowie nie prowadzą jedynie pustej retoryki. Swoje poglądy, czy raczej niezadowolenie, starają się manifestować. Stąd organizacja, do której należą – Draka, której celem jest ogólnoświatowa rewolucja. Początkowe akcje przeprowadzane przez buntowników są dość niewinne, by nie rzec naiwne – sprowadzają się do łamania ogólnie przyjętych wzorców zachowań, kontestacji powszechnych norm oraz zwyczajów, jak krzyk w kinie podczas seansu, czy jedzenie w dystyngowanej restauracji na stojąco. Z czasem jednak kaliber działań znacząco rośnie, aż wreszcie dochodzi do draki z prawdziwego zdarzenia, o której opowie już jednak niezrównany Julio Cortázar.

Na uwagę zasługuje również sposób prowadzenia narracji w Książce dla Manuela. Uczciwie trzeba przyznać, że dla czytelnika z pewnością nie jest ona łatwa i wbrew zapewnieniom wydawcy, ociera się jednak o magię oraz oniryzm. Przede wszystkim narrator powieści jest zmienny i mam tu na myśli zarówno formę (uraczymy zarówno pierwszo- jak i trzecioosobową odmianę) oraz samą osobę narratora. Najprościej rzecz ujmując, można stwierdzić, że raz po prostu wchodzimy w myśli kolejnych bohaterów, niekiedy przysłuchujemy się dialogom z perspektywy bezstronnego widza, a czasami jesteśmy świadkami monologu wypowiadanego przez daną postać. Ową zmienność punktu czytania podkreślają też zabiegi pisarza w postaci urwanej myśli, niedokończonej wypowiedzi, równoczesnej percepcji tego samego wydarzenia z odmiennych punktów widzenia, czy płynności w przeskoku z formy pierwszo- w trzecioosobową. Stąd poczucie oniryzmu, o którym wspominałem – momentami czujemy, że umysł nasz tonie w oparach alkoholu, obraz nakreślony przez Cortázara staje się coraz bardziej niewyraźny oraz zamglony.

Osobną kwestią jest pytanie, kim jest ten, co to wiesz, o którym regularnie wspominają bohaterowie książki. Z niewyraźnych oraz niepełnych wzmianek można próbować utożsamiać go z samym Cortázarem. W końcu ten, co to wiesz, jest świadkiem niemal każdego wydarzenia, mimo, że rzadko kiedy bierze w nim czynny udział – najczęściej jest słuchaczem, widzem, obserwatorem. Ponadto tworzy on fiszki (krótkie notatki mające ukazać jak funkcjonuje Draka?, opisy wydarzeń, w których biorą udział jego przyjaciele?, schematy fabularne tworzonej powieści? próby sprecyzowania pewnych rzeczy, pozwalających z różnych punktów widzenia spojrzeć na krótką, lecz burzliwą historię Draki oraz ludzi pokroju Marcosa, Patricia lub Ludmiły?). Możemy mniemać, że ten, co to wiesz jest, czy też próbuje być, pisarzem.

Gazetowe wycinki

Kolejną rzeczą, która rzuca się w oczy jest swoisty dualizm świata przedstawionego. Z jednej strony uczestniczymy w rewolucji, do której próbują doprowadzić bohaterowie, obserwujemy ich kolejne posunięcia, przysłuchujemy się racją, które wysnuwają w odpowiedzi na przeczytane w gazecie codziennej kolejne doniesienia na temat wybryków lewicy. Z drugiej strony Cortázar otwiera przed nami fascynujący oraz nieco perwersyjny świat życia prywatnego, który w największej mierze dotyczy Andrésa Fava oraz jego trójkątnego związku z Francine i Ludmiłą. Andrés buntuje się przeciw systemowi na swój własny, egoistyczny sposób. Nie należy on do Draki, jest osobą bardziej w typie tego, co to wiesz. Woli prowadzić niekończące się dyskusje przy winie oraz papierosie z Ludmiłą, czytać ambitne książki, czy słuchać muzyki pokroju tej proponowanej przez Karlheinza Stockhausena oraz łamać obyczajowe morale poprzez współżycie z dwoma kobietami na raz.

Równie interesującą postacią jest Lonstein, Żyd argentyńskiego pochodzenia, który w Paryżu pracuje w prosektorium, zajmując się przygotowaniem trupów do ich ostatniej podróży. Uwagę zwraca charakterystyczny język, którym się posługuje, pełen neologizmów, gier słownych, intelektualnych szarad oraz obsesyjne wręcz spowiadanie się z onanizmu każdemu, kto tylko napatoczy się do dyskusyjnego kręgu. W końcu, w trakcie długiej nocnej debaty z tym, co to wiesz, Lonsteinowi udaje się wyłuszczyć wszystkie racje, które nakazują mu obnosić się ze swoją perwersją seksualną, chociaż wcale nie jest zboczeńcem, a mówienie o masturbacji innym w ogóle nie sprawia mu przyjemności. Lonstein to po prostu następny wojownik z formą – zwraca on uwagę, że onanizm to w dalszym ciągu temat tabu, chociaż w rzeczywistości dotyczy on niemal każdego mężczyzny, a nie tylko podlotków, którzy nie zasmakowali jeszcze kobiecego łona. Poprzez obnażanie kolejnego zakłamania, Lonstein stara się stworzyć w murze drobny wyłom, który być może z czasem doprowadzi do runięcia całej konstrukcji obyczajowego kłamstwa.

Na koniec, krótko reasumując, wspomnieć można, że Książka dla Manuela jest niejako książką dla całego, młodego pokolenia, które stanie się naturalnym spadkobiercą idei, o jakie walczyli ludzie pokroju Cortázara. To swoisty traktat moralno-polityczny, w którym wyraźnie powiedziane jest, że obowiązkiem każdego człowieka jest reagowanie na niesprawiedliwość społeczną, to równocześnie świetne studium, ukazujące, do czego prowadzi ludzka nienawiść, ślepy nacjonalizm, wspierany przemocą oraz agresją. Język prezentowany przez argentyńskiego pisarza z pewnością nie jest łatwy – autor często wodzi czytelnika za nos prowadząc z nim gierki słowne pełne koślawej semantyki, bawi się powieściowymi schematami, wplatając w fabułę wątki kryminalne, erotyczne czy dygresyjne. O wyjątkowości powieści decydują z pewnością liczne wstawki, które się w niej pojawiają. Wycinki z prasy codziennej, towarzysząca głównym bohaterom, wśród której przeczytamy m.in. wywiady z amerykańskimi żołnierzami opowiadającymi o torturach prowadzonych na wietnamskich więźniach, doniesienia dotyczące ruchów lewicowych w państwach Ameryki Łacińskiej oraz bieżących wydarzeń politycznych, czy wstrząsające relacje osób przetrzymywanych oraz torturowanych przez przedstawicieli organów państwowych w Ameryce Południowej. Książka może i nie jest łatwa, ale z pewnością warto podjąć trud, by zapoznać się z jej treścią.

 

P.S. W Matrasie recenzowana pozycja do nabycia za jedyne 19,90 zł.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Szalona geometria miłości

  Tytuł: Szalona geometria miłości

  Autor: Susan Guzner

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 448

  Cena: 39,90 zł



 

 

 

 

 

 

Urodzona w 1944 r. Susana Guzner to argentyńska pisarka, lesbijka i wojująca feministka. Od roku 1976, kiedy to jej siostra zginęła z rąk działaczy Antykomunistycznego Sojuszu Argentyńskiego (Alianza Anticomunista Argentina, określanego mianem Triple A), ultraprawicowej grupy paramilitarnej, przebywa na emigracji w Hiszpanii. Najpierw przez 20 lat mieszkała w Madrycie, by następnie osiąść w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. W swoim burzliwym oraz frapującym życiu, Guzner, z zawodu psycholog i psychoterapeutka, pracowała jako doradca reklamowy w hiszpańskich firmach, felietonistka i recenzentka w czasopismach oraz gazetach codziennych (Ozone, Women, Art Pencil International, Era, El Faro de Vigo, Medios de Comunicación Social, Amigos del Teatro del Teatro Juan Bravo de Segovia), tworzyła także scenariusze seriali telewizyjnych. Co najciekawsze, Susana Guzner jako pisarka zadebiutowała dopiero w wieku 57 lat, wydaną w 2001 roku Szaloną geometrią miłości.

Główna bohaterka Maria, to 30-letnia Hiszpanka, tłumaczka języka włoskiego. Podobnie jak i autorka książki, Maria jest lesbijką, ma za sobą 4-letni, bardzo udany, ale zakończony tragicznie związek z ukochaną Lisą – partnerki zostały rozdzielone przez raka, który pożarł Lisę. Żyjąca od kilku lat przeszłością, dość nieszczęśliwa Maria, wracając z Włoch, gdzie właśnie odebrała egzemplarz najnowszej książki, którą zamierza wziąć na swój translatorski warsztat, na rzymskim lotnisku spotyka królewnę z bajki. Nasza bohaterka poznaje kobietę swoich snów, nieziemsko seksowną i zmysłową Evę. Przypadkowe spotkanie, którego z równą intensywnością oczekiwała zarówno Maria jak i Eva, przerodzi się w miłosny żar, popielący wszystko na swej drodze. Czytelnik stanie się świadkiem przemożnej oraz szalenie skomplikowanej geometrii miłości.

Crazy geometry

W książce szczególny nacisk położono na związki homoseksualne. Za sprawą Marii, prowadzącej w powieści pierwszoosobową narrację, poznajemy jej paczkę przyjaciół, wśród których dominują oczywiście geje i lesby, że pozwolę sobie użyć tytułu piosenki grupy Żywioły. Esteban to młody i atrakcyjny żurnalista, który mimo bezgranicznej miłości do swojego partnera, Félixa, nie zawsze potrafi odmówić sobie seksualnych zbliżeń z przypadkowymi facetami. Silvia oraz jej towarzyszka Marga to ogień oraz woda – Marga to kobieta balsam, pełna pokładów spokoju, miłości oraz dobroci, z kolei Silivia to typowa feministka-lesbijka, a jej poglądy nierzadko graniczą z fanatyzmem, którego nie powstydziliby się nawet faszyści. Bezgranicznie gardzi kobietami, które zdecydowały się związać z mężczyznami, stąd jej nieprzychylne nastawienie do kolejnej przyjaciółki Marii, Alicji. Ta ostatnia to jedyna z całego kręgu osoba heteroseksualna. Jej związek małżeński z adwokatem Paco jest najmniej udany – jednak mimo częstych kłótni, które nie raz przeradzały się w fizyczną przemoc, Alicja nie potrafi zerwać się z miłosnej smyczy. Warto zwrócić uwagę, że autorka kreując relacje pomiędzy dwoma istotami ludzkimi, koncentruje się głównie na problemach wynikających ze wspólnego życia, pragnąc wyraźnie pokazać, jak trudna jest egzystencja dwojga ludzi, nawet tych zakochanych w sobie na zabój. Różnice w poglądach, zupełnie inne, nierzadko przeciwstawne charaktery, do tego zazdrość, czy nieufność – nagle okazuje się, że homoseksualiści borykają się dokładnie z takimi samymi kłopotami, jak standardowe heteroseksualne pary.

O ile same sylwetki bohaterów nakreślone są jeszcze dość ciekawie, to zdecydowanie słabiej prezentują się dialogi, które prezentowane są na łamach powieści. Wspaniałe portrety psychologiczne, żywe i soczyste dialogi to już niestety tylko eufemizm wydawcy, który karmi nas tym hasłem na okładce książki, a który z rzeczywistością ma niewiele wspólnego. Zdania, padające z ust bohaterów są momentami mocno sztampowe, niekiedy rażąco patetyczne, a czasami po prostu drętwe i sztuczne. Z pewnością nie jest to mowa codzienności. Brakuje również ciekawych tematów, poruszanych w dyskusjach prowadzonych przez przyjaciół Marii - w zasadzie rozmowy nie wychodzą poza obręb starć homo kontra hetero, przez co w pewnym momencie stają się dość schematyczne oraz nużące.

1950 'Geometrics

Perełką w powieści jest miłość głównej bohaterki, czyli tajemnicza Eva Zamorano. Podobnie jak i Maria, niewiele o niej wiemy – to znawczyni sztuki, zatrudniona w jednej z madryckich galerii, która dotychczas miłosne uczucia kierowała jedynie ku mężczyznom. W trakcie rozwijającej się akcji, przekonujemy się wraz z Marią, że Eva to osoba niezwykle skryta, które niechętnie mówi o sobie i skrzętnie skrywa wszystkie swoje sekrety, reagujące wręcz histerycznie na wszelkie próby wyciągnięcia od niej większej ilości informacji. Ponadto Eva buzuje wręcz energią, kipi seksem, a swoim erotyzmem rozpala Marię do czerwoności. Do tego cechuje ją chorobliwa wręcz zazdrość oraz zaborczość – od swojej nowej partnerki żąda bezwzględnego podporządkowania, zaufania oraz całkowitego zerwania z przeszłością, z tym ze wspomnieniami ukochanej Lisy. Eva wparowując znienacka do życia Marii przewraca je do góry nogami, a przy okazji co rusz obija fabułę powieści o ściany absurdu. Jej coraz dziwaczniejsze zachowania zostaną wyjaśnione dopiero na ostatnich kartach powieści, której zakończenie przywodzi na myśl końcówki rodem z thrillerów – łzawe wyznania, krzyk, płacz i zgrzytanie zębami, zawiła fabuła, tragiczne motywy działań – a wreszcie wszystko okryte zostanie kurzem i dymem bitewnym. Będzie się działo.

Krótko reasumując, Szalona geometria miłości z nie jest książką, która na zawsze wryje się w naszą psychikę, pozostawiając w niej niezatarty ślad. Niekiedy sprawia wrażenie nieco przegadanej, niektóre wątki są kompletnie zbędne, przychodzą momenty zwątpienia, czy naprawdę jest co czytać na ponad 400 kartkach powieści. Mimo wszystko, uważam, że warto poświęcić jej nieco czasu i przeczytać ją w całości. Znajdziemy tutaj ciekawe oraz całkiem świeże spojrzenie na kwestię homoseksualizmu, który w naszym kraju ciągle postrzegany jest w kategorii problemu, czy zboczenia, a nie zwykłej drogi życiowej, której wybór przysługuje absolutnie każdemu. Przekonamy się również, że także na Zachodzie odmienna orientacja seksualna często zmusza do egzystencji na uboczu spraw publicznych, że nierzadko miłość do tej samej płci musi być skrzętnie ukrywana by nie narazić się na społeczny ostracyzm. Dodatkowym atutem przemawiającym za lekturą Szalonej geometrii miłości są malownicze opisy Wenecji oraz Madrytu, które odwiedzimy przy okazji miłosnych eskapad głównych bohaterek. Analizując raz jeszcze wszystkie za oraz przeciw, uważam, że debiut Susany Guzner godny jest polecenia. Miłej lektury!

 

P.S.

Byłbym zapomniał. Książka do nabycia w Matrasie za 14,90 zł lub w Składzie tanich książek w Krakowie na Grodzkiej za 9,90 zł. Wydaje mi się, że może to być kluczowa informacja dla osób, które wciąż wahają się, czy warto nabyć tę szaloną powieść.

sobota, 28 kwietnia 2012

Okładka książki Wielkie wygrane

  Tytuł: Wielkie wygrane

  Autor: Julio Cortázar

  Wydawnictwo: MUZA S.A.

  Liczba stron:  444

  Cena: 39,99 zł



 

 

 

 

 

 

 

Julio Cortázar, argentyński pisarz ogromnego kalibru. Twórca książki o legendarnym statusie „Gra w klasy”, która przez wielu uważana jest/była za biblię intelektualistów. Powieść to o tyle przewrotna, ze możemy ją formować sami, w dowolny sposób. Autor daje nam możliwość czytania jej wg kolejności rozdziałów, ponadto zdradza nam klucz wg którego również możemy przystąpić do lektury. Jakby tego było mało, równie dobrze możemy zdać się na przypadek i czytać kolejne rozdziały na chybił trafił.

Jako, że fascynującą zabawę, z której można ułożyć kilka powieści mam już za sobą, postanowiłem skusić się na inne pozycje argentyńskiego autora. W sposób wielce wymowny pomogła mi w tym księgarnia Matras, w której natrafiłem na „Wielkie wygrane” oraz „Książkę dla Manuela” z 50 % rabatem. Na pierwszy ogień poszły „Los premios”, o których pragnąłbym napisać teraz słów kilka.

Bohaterami powieści są szczęśliwcy, którzy wygrali bilety w państwowej loterii na wycieczkę luksusowym statkiem „Malcolm”. Początkowo akcja rozwija się leniwie, spokojnie chłoniemy kolejne karty powieści, na których prowadzona jest krótka charakterystyka uczestników rejsu. Siedząc z bohaterami w kawiarni London w Beunos Aires, w której czekają na dalsze instrukcje, od razu zdajemy sobie sprawę, że podróż na pewno dostarczy nam wielu wrażeń, choćby ze względu na ludzi, z którymi przyjdzie się nam spotkać. Mamy bowiem do czynienia z przekrojem całego argentyńskiego społeczeństwa. Jest i typowa rodzina z dwójką dzieci, samotna matka z synem, dwoje przedstawicieli ciała pedagogicznego, dentysta, korektor, czy milioner poruszający się na wózku inwalidzkim. Mozaika charakterów, przypadkowa zbiorowość, których połączył przewrotna fortuna, zsyłając im bilety na niezapomniane morskie wojaże.

Nie chciałbym zdradzać więcej szczegółów co do wydarzeń, które zajdą na statku, rzeknę jedynie, że będzie dość tajemniczo i ciekawie. Po pierwsze cały czas nie wiadomo, dokąd właściwie płynie statek „Malcolm”. Po drugie, tuż po odpłynięciu od nabrzeża okazuje się, że wśród załogi wybucha epidemia – wirus tyfusu 224 powoduje, że pasażerowie nie mogą wejść na rufę statku, gdzie znajdują się chorzy członkowie załogi. W dodatku kontakt z obsługą jest bardzo ograniczony, a jakby tego było mało, wysłani do uspokojenia sytuacji i wyjaśnienia całej sprawy oficerowie wcale nie są zbyt wylewni i nie chcą przedstawić jak maluje się obraz sytuacji.

W ten oto sposób, poprzez kategoryczny zakaz, ale połączony z niedomówieniem oraz mgłą tajemnicy, rufa staje się pojęciem mistycznym, owocem zakazanym, rajem, do którego bramy pozostają ciągle zamknięte. Konsekwencje nie trudno sobie wyobrazić. Dość szybko spośród pasażerów wyłania się grupa Argonautów, która postanawia wyruszyć po złote runo, wyjaśniając opornym, że tyfus to na pewno tylko przykrywka, wymówka, by ukryć coś znacznie bardziej poważniejszego.

Ale naprawdę kończąc już z dalszym wyjawianiem arcyciekawej fabuły muszę oddać autorowi, że oprócz świetnej opowieści, mamy do czynienia z dobrze nakreślonymi postaciami, charakteryzującymi się autentycznością, wręcz namacalnością. Nie są to bohaterowie tekturowi, stereotypowi, zaskakują nas swoim postępowaniem. Fascynujące jest śledzenie interakcji, które zachodzą pomiędzy tymi przypadkowo zestawionymi ze sobą ludźmi. Jeszcze większego smaku dodaje fakt, że na okręcie znajdują się osoby, które same zajmują się analizują sytuacji, w jakiej zostały postawione. Znakomicie zdają sobie sprawę, że chociaż wyprawa na rufę wydaje się im tak kusząca, tak niezbędna, to jednak nie można spodziewać się po niej niczego wielkiego, nie obiecują sobie zbyt wiele po przekroczeniu tej mistycznej bariery. Nie przeszkadza im to jednak w poszukiwaniu byle pretekstu, który pozwoli im wyruszyć na wyprawę ku rufie oraz jej sekretom.

Wydaje się, że autor pokazał jak łatwo jest wywołać u człowieka poczucie dyskomfortu, izolacji, zamknięcia. Dopóki nie ogranicza się pasażerów żadnymi obostrzeniami, zdaje się nie przeszkadzać im świadomość, że przez kilka miesięcy będą zamknięci w metalowej puszce (bo czymże innym wydaje się potężny liniowiec wobec niekończącego się bezmiaru fal), którą będą dryfować przez kilka miesięcy po bezkresnym oceanie. Dopiero, gdy okazuje się, że pewna część pokładu, z przyczyn przecież nie prozaicznych, zostanie wyłączona z użytku, część świeżo upieczonej mikrospołeczności, mimo nieograniczonego dostępu do baru, basenu, sali gimnastycznej, czy fachowej obsługi, zaczyna dopatrywać się grozy nowego położenia i czuć się niczym szczury w klatce („Jesteśmy w Zoo, tylko że to nas oglądają”). Ta wzburzona grupa nie może spokojnie egzystować ze świadomością, że ograniczono ich swobodę poprzez zakaz poruszania się po absolutnie całym statku. Rufa wręcz puchnie od domysłów, rozrastając się do absurdalnych rozmiarów. Ponadto Cortázar obnażył bezwstydnie naszą ludzką, nie dającą się poskromić ciekawość, która zawsze wiedzie nas ku nieznanemu, każąc nam rozwiązywać wszelakie zagadki, wyjaśniać tajemnice, jakie pojawią się na naszej drodze życia. A o tym, czy owa ciekawość to rzeczywiście pierwszy stopień do piekła, czy też do poznania, czytelnik będzie musiał rozstrzygnąć już sam.

Podczas lektury nasunęło mi się również pytanie czym właściwie jest szczęście, rozumiane potocznie jako fart. Na pierwszy rzut oka wszystkich, którzy wylosowali bilety na państwowej loterii można nazwać szczęściarzami. W końcu nie na co dzień wygrywa się trzymiesięczny rejs luksusowym statkiem. Jednak morska podróż nie dla wszystkich skończy się szczęśliwie. Wielu podróżnych pragnie odmienić swoje dotychczasowe życie, a rejs traktuje jako pierwszy rozdział czegoś nowego, lepszego. Trudno jednak powiedzieć, by któraś z tych prób zakończyła się spektakularnym sukcesem. Życie po raz kolejny okazuje się tylko sumą szczęśliwych splotów wypadków oraz równie pechowych incydentów, które doświadczają każdego bez wyjątku.

P. S.

Jak już wspominałem w poprzednim wpisie, książkę "Wielkie wygrane" można nabyć w księgarniach Matras w cenie 19,90 zł. Wydaje mi się, że to naprawdę rewelacyjna okazja.

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita