Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo Czytelnik

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Okładka książki Dom schadzek

  Tytuł: Dom schadzek

  Autor: Alain Robbe-Grillet

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 198

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Nowa powieść, czyli gatunek literacki, który narodził się w latach 50’ XX wieku we Francji miał być swoistą łaźnią. Obmywszy się z niej z tradycyjnego psychologizmu, czy egzystencjalizmu, które przywarły do literatury niczym brud, powieść miała przerodzić się w powieść obiektywną, zwaną też powieścią fenomenologiczną, kontynuując w ten sposób swój rozwój po latach zastoju. Twórcy nouveau roman podnosili szumne hasła o odnowie gatunku, o zerwaniu z dotychczasową wtórnością, etc. Narzędzia, które miały posłużyć renesansowi wybrano dość oryginalne – głęboki subiektywizm podmiotu lirycznego, towarzyszące mu zaburzenia chronologiczne fabuły, wreszcie rezygnacja z ciągów przyczynowo-skutkowych, zgodnie z którymi jedno wydarzenie jest następstwem uprzedniego. Jeśli połączyć to z mało przejrzystą narracją oraz specyficznymi bohaterami, którzy byli pozbawieni głębszych cech osobowościowych to nietrudno o skojarzenie ze swoistym kolażem, do którego coraz bardziej zaczynała upodabniać się nowa powieść – kompozycja literacka formowana była dość przypadkowo, przy zastosowaniu równie przypadkowych materiałów i tworzywa. Mimo ambitnych zapowiedzi i całkiem pokaźnej ilości interesujących dzieł idea nouveau roman samoczynnie wygasła jeszcze w latach 70’ ubiegłego stulecia. Oczywiście do dziś widnieją po niej ślady – o antypowieści wspomina się na studiach humanistycznych na przedmiotach związanych z historią literatury, istnieje też dość pokaźne grono książek, które pozostawili po sobie w spadku twórcy nouveau roman, do których zalicza się także Alain Robbe-Gillet.

Antypowieść zainteresowała również naszego rodzimego artystę, Stanisława Lema, kojarzonego głównie jako pisarza science fiction. Ale redukowanie działalności literackiej Lema wyłącznie do fantastyki naukowej to działanie tyle krzywdzące, co nieprawdziwe. Polski geniusz zajmował się także filozofią oraz literaturoznawstwem. Dokonując analizy kilku utworów z nurtu nouveau roman, Lem zaproponował bardzo oryginalne podejście, do którego zaprzągł matematykę. Rozumowanie polskiego literata opierało się na fakcie, że dotychczasową rolą powieści było powiadamianie czytelników o zdarzeniach, które zaszły – ich odwzorowanie (lepsze lub gorsze) oraz skomentowanie. Książki stanowiły więc swoistą wiadomość. Antypowieść zamiast transponować rzeczywistość w literacką fikcję, samodzielnie kreowała niezależny układ, autonomiczny system ze znaków. Zatem nouveau roman tak jak matematyczny model*, nie odnosiła się do rzeczywistości, do jej cech, a koncentrowała się na samej sobie, składając się z pewnych znaków oraz reguł definiujących metody ich używania, łączenia, czy przekształcania.

Kolejną powieścią z nurtu nouveau roman, które dane było mi poznać był Dom schadzek autorstwa Alaina Robbe-Gilleta. Utwór powstał w 1965 roku, jest to więc dzieło znacznie późniejsze w stosunku do Gum (1953 rok) oraz Żaluzji (1957 rok). Jednak gdybym wszystkie trzy pozycje miał umiejscawiać na osi, której grot zwrócony byłby w kierunku powieści fenomenologicznej, Dom schadzek znalazłby się pomiędzy Gumami a Żaluzją. Gumy posiadają zdecydowanie najwięcej punktów stycznych z klasyczną powieścią. To historia agenta specjalnego, przybywającego do niewielkiej mieściny, w której gościł już w dzieciństwie, próbującego rozwiązać zagadkę tajemniczej zbrodni. Śledztwo utrudnia fakt, że brakuje ciała ofiary, a sam detektyw z biegiem czasu zaczyna coraz bardziej upodabniać się do rzeczonego mordercy. Pod tym względem Gumy to tradycyjna powieść, do której jednak wpleciono elementy nouveau roman. Fabuła ulega zaciemnieniu – na równych prawach ukazane zostają przez narratora fakty oraz domysły, tak, że w danej chwili nie wiemy, czy mamy do czynienia z projekcją wyobraźni, czy z rzeczywistością. Ponadto całość spięta jest efektowną klamrą – akcja rozpoczyna się w momencie, kiedy zatrzymuje się zacinający się zegarek głównego bohatera (wskazuje godzinę, w której popełniono zbrodnię) i rusza dokładnie 24 godziny później, gdy przestępstwo rzeczywiście zachodzi. Zgoła inaczej prezentuje się Żaluzja, która zdecydowanie bardziej przypomina kolaż niż powieść. To plątanina zdarzeń, czy raczej krótkich scen, odtwarzanych z różnych ujęć, w różnej sekwencji, z której praktycznie niemożliwe jest wyciągnięcie wyraźnego wątku fabularnego. Zamiast obrazu, który jest kompletnie nieczytelny otrzymujemy jego fakturę.

Dom schadzek sytuuje się gdzieś pośrodku. To także utwór posiadający znamiona kryminału. Dochodzi do zabójstwa i trwają poszukiwania winnego. Przedmioty oraz ich drobiazgowy opis przytłaczają akcję, która jest jednak na tyle dynamiczna, że nie zostaje zupełnie zduszona, jak miało to miejsce w przypadku Żaluzji. W Domu schadzek fabuła również jest poszatkowana, ale na większe kawałki, dłuższe sekwencje. Ciekawym zabiegiem Robbe-Gilleta jest swoiste zapętlenie – każda scena wynika płynnie z poprzedniej. Przy czym te same ujęcia są często powtarzane, wraca się do nich, ale ich ponowne wyświetlenie odbywa się z innej perspektywy. Z tego względu czytelnik zauważa nowe szczegóły, o których nie wspominano wcześniej albo następuje umieszczenie tego samego motywu w zupełnie innym kontekście. Poszczególne sceny zlewają się ze sobą, wspomniane płynne przejście często utrudnia, albo wręcz uniemożliwia czytelnikowi zorientowanie się, czy obserwuje on nowy obraz sytuacyjny, czy wciąż tkwi przy tym samym. Dla przykładu na początku razem z narratorem oglądamy wystawę sklepową z manekinem wyobrażającym kobietę, wyprowadzającą psa na spacer. W następnym ujęciu mamy już do czynienia z rzeczywistą kobietą, sunącym zdecydowanym krokiem przez ulicę z wielkim psiskiem. Na chodniku intensywnie pracuje zamiatacz, pod miotłę którego trafia magazyn, na którym widnieje obraz kobiety z psem na spacerze, która przybywa pod kamienicę, z której wychodzi z tajemniczą paczką. Następna perspektywa ujawnia, że dziewczyna z psem znajdują się na scenie teatru, odgrywając rolę w przedstawieniu, itd., itd.

Co jeszcze bardziej intrygujące, powtórzone sceny rzeczywiście charakteryzują się większą ilością detali, ale nierzadko nowy obraz okazuje się sprzeczny z poprzednim. I tak na początku widzimy czerwoną kanapę, później żółtą kanapę, dalej kanapę w żółto-czerwone pasy, itd. Podobna niekonsekwencja, o zgrozo, została użyta przy opisie zdarzeń. Z tego powodu ofiara zostaje zabita na kilka różnych sposobów, przez różnych sprawców (narrator nie omieszka podać motywów, którymi kierował się każdy z nich), w zupełnie innych okolicznościach. Co gorsza, nawet trup nie leży spokojnie, zmieniając swoje ułożenie, nie wiadomo również, kiedy dokładnie miało miejsce przestępstwo, bowiem tak jak i sceneria, zmienia się czas popełnianie zbrodni. Wszystko to wzmaga chaos i mnogość wypadków, które powtarzając się w różnych figurach i kombinacjach, przeplatają się, zazębiają i przenikają.

Zaskakujący jest również minimalizm w kreacji sylwetek bohaterów, w przypadku których nie może być mowy o jakichkolwiek rysach charakterologicznych. Postacie funkcjonują w antypowieści na tych samych prawach co przedmioty, poświęca się dokładnie tyle samo czasu i precyzji w ich opisie, co rzeczom martwym. Z tego względu bardziej sprawiają oni wrażenie tekturowych dekoracji niż realnych postaci. Ta swoista obojętność narracyjna, ostracyzm w prezentacji ludzi przejawia się niechlujnością, brakiem precyzji. Johnson, czy Jonstone, czy coś w tym rodzaju, Lauren zmieniająca imię w kolejnej scenie na Loraine, Marchand ewoluujący w Marchata, oto jak traktowani są bohaterowie. Niejasność wzmagają ponadto narracyjne sztuczki – zamordowany Manneret piszący tekst, który po chwili przeradza się w historię, której akcja rozgrywa się w kolonialnym domu schadzek, a w trakcie przyjęcia goście dyskutują nad świeżo zasłyszaną wiadomością na temat zamordowania itd., itd. Pierwszoosobowa narracja przeradza się chwilami w bezosobową relację, a kilka razy podmiotem snującym całą historię wydaje się sam Johnson, czyli główny podejrzany o zbrodnię. Nazwiska artystów, których rzeźby, obrazy przewijają się w powieści zawsze okazują się nazwiskami któregoś z bohaterów. Dodatkowo często dochodzi do pomieszania przyczyny ze skutkiem i tak dla przykładu raz dowiadujemy się, że Lauren zostaje luksusową prostytutką z powodu samobójczej śmierci narzeczonego Marchanda, innym razem okazuje się, że Marchand odbiera sobie życie, bowiem nie może zdobyć serca Lauren, pensjonariuszki tytułowego domu schadzek.

Utwór to zatem wspaniały model literacki (na pozór matematyczny) misternie skonstruowany z elementów wchodzących ze sobą w różnorakie interakcje, których swoboda przekształceń i operacji zostaje ograniczona pewnymi regułami. Na dobrą sprawę zasady te sprowadzają się do realności, czy możliwości zajścia poszczególnych zdarzeń. W Domu schadzek nie występują żadne zjawiska nadprzyrodzone, fantastyczne, które w wyraźny sposób łamałyby zasady fizyki. Na przykład mężczyzna zakochuje się w młodej prostytutce i pragnąć ją wykupić z luksusowego burdelu rozpoczyna gorączkowe poszukiwania gotówki. W opinii organów ścigania, zdesperowany kochanek posiada więc wystarczający motyw do popełnienia zbrodni na podstarzałym milionerze, którzy zajmuje się udzielaniem pożyczek. Cała historia mogłaby wydarzyć się w naszej rzeczywistości – zachłanna miłość popycha do czynów ostatecznych. Chociaż za sprawą subiektywnego narratora równie prawdopodobne są inne scenariusze, zgodnie z którymi staruszek ginie w innych okolicznościach, z rąk różnych morderców. Zatem osobnik snujący tę osobliwą opowieść w niczym nie pomaga czytelnikowi, wręcz przeciwnie, co rusz zaciemnia obraz, pozbawiając możliwości docieczenia prawdy, która jednak w szerszym kontekście traci jakiekolwiek znaczenie.

Badając nieco uważniej utwór można pokusić się o stwierdzenie, że Robbe-Grillet posłużył się w nim redukcją fenomenologiczną, czyli odrzuceniem wszelakiej maści założeń, teorii, bądź doktryn, które stosowane są przy analizie i postrzeganiu otaczającego nas świata (w tym przypadku świata przedstawionego). Następuje silna koncentracja na zjawiskach samych w sobie, a docieczenie ich sensu opiera się na ich dogłębnym poznaniu, czy zrozumieniu. Chociaż z tego ostatniego francuski twórca wyraźnie się wyłamuje, czy wręcz karykaturyzuje działania poznawcze – przed czytelnikiem stawia tyle możliwych wersji wydarzeń, że nie sposób ocenić, które z nich faktycznie zaszły, czyli są p-r-a-w-d-z-i-w-e. Ale parafrazując słowa jednego z bohaterów, który mówi Nazwisko, wie pan… Co znaczy w ogóle nazwisko?, można by zapytać Prawda, wie pan… Co znaczy w ogóle prawda, szczególnie w kontekście literackiej fikcji?

Dom schadzek można rozpatrywać na jeszcze jednej płaszczyźnie. Akcja utworu rozgrywa się w Hongkongu, który w momencie napisania utworu stanowił własność Korony Brytyjskiej (podobnie ma się rzecz z Żaluzją, gdzie bohaterowie są mieszkańcami jednej z [prawdopodobnie] francuskich kolonii). Lata 50’ oraz 60’ XX wieku to zdecydowanie wzmożenie ruchów dekolonizacyjnych, w Europie przetaczały się wówczas kolejne dyskusje na temat stosunku zachodnich mocarstw do swoich zamorskich posiadłości. Robbe-Grillet nie zajmuje w powieści żadnego wyraźnego stanowiska, nie pojawia się nawet jedno zdanie na ten temat, ale już sam sposób prezentacji życia codziennego w Hongkongu daje do myślenia. Miasto jest raczej zaniedbane, a pośród morza śmiecia wegetuje biedota, którą stanowią tubylcy. Chińczycy zajmują się sprzątaniem ulic, pełnią służbę w hotelach, zasiadają za kierownicami taksówek. Biali żyją w zamkniętych enklawach, w których oddają się wszelakiej maści uciechom. Palarnie opium, bary, wymyślne restauracje. Do tego luksusowe domy schadzek, w których pojawiają się żądni nowych wrażeń klienci – młode kobiety często biorą udział w ocierających się o sadyzm przedstawieniach, pojawiają się plotki o lokalach serwujących dziewczęce mięso, handlarze narkotyków oferują preparaty, po spożyciu których ofiara zupełnie traci świadomość, etc. Widać, że świat białych kojarzony jest głównie ze zgnilizną moralną – tworzą go ludzie przeżarci chciwością oraz najróżniejszymi dewiacjami, które są prawdopodobnie wynikiem metafizycznego znużenia, które w dodatku wzmacnia wiecznie panujący lepki od wilgoci upał.

Reasumując, wizyta w Domu schadzek Robbe-Grilleta okazała się bardzo zajmująca i przyjemna. Towar oferowany przez francuskiego literata to przednia marka, który zapewnia sporo tematów do rozmyślań. Podziwiam również konsekwencję i upór w tworzeniu kolejnych utworów w duchu nouveau roman, które nie są łatwe w odbiorze, a przez to liczba potencjalnych czytelników już z założenia jest raczej skromna. Przy tym do dzieła stanowiącego zaprzeczenie klasycznej powieści przemycono istotne oraz interesujące kwestie, czyniąc to w sposób nie naruszający zasad konstrukcji powieści fenomenologicznej. Wg mnie to sztuka nie lada i za to właśnie chapeau bas panie Robbe-Grillet!

P.S. Tak jak starałem się to ukazać w tekście poświęconym książce Abaddon – Anioł Zagłady autorstwa Sabato, Robbe-Grillet przez wielu uważany był za twórcę buńczucznego, który lubił dawać do zrozumienia, że wyprzedza swoją epokę, w której klasyczne powieści nadal święcą tryumfy. Francuski artysta zdaje się krzyczeć swoją twórczością, że wszystko co piszą inni jest wtórne, powtarzalne, a środki przekazu przestarzałe. Jeśli chodzi o pewność siebie nie inaczej jest także w przypadku wizji Hongkongu, prezentowanej na kartach Domu schadzek, która dla wielu może sprawiać wrażenie zbyt przejaskrawionej, zbyt demonicznej. Dla takich wątpliwców autor ma przygotowane kilka słów już na samym wstępie utworu, który pozwolę sobie przytoczyć:

Jeśli czytelnik, który bywał przejazdem na Dalekim Wschodzie, skłonny byłby sądzić, że opisane tu miejsca nie odpowiadają rzeczywistości, autor, który spędził w tej okolicy większą część życia, radziłby mu wrócić tam i patrzeć lepiej: rzeczy zmieniają się szybko w tamtym klimacie.

Na usta ciśnie się pytanie  jak szybko oraz jak rzeczy wyglądają teraz, niemal 50 lat po napisaniu utworu.

——————

* nie jest to jednak doskonały model matematyczny, o czym możemy przekonać się na podstawie lektury eseju Nowa powieść i matematyka, który znajduje się w książce Filozofia przypadku

środa, 18 września 2013

Okładka książki Długi sen

  Tytuł: Długi sen

  Autor: Richard Wright

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 666

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Pisarska dola rzadko kiedy usłana jest samymi tylko różami. Kariera związana z piórem w niektórych przypadkach rozwija się płynnie i statecznie, w innych zaś gwałtownie eksploduje, by na krótko zabłysnąć i zapaść się z powrotem w kłęby nicości. Świat idzie do przodu, rodzą się kolejni ludzie, spośród których część postanawia zostać literatami, ale jedynie garstka z nich będzie pamiętana po własnej śmierci. Ale nawet Ci, którym udało się na stałe zapisać w annałach literatury, nie zawsze zostają w pełni docenieni. Ogromną bolączką, która trapi wielu pisarzy jest tendencja, by ich twórczość postrzegać wyłącznie przez pryzmat największego dzieła. Jedna jedyna książka, uchodząca za ich szczytowe osiągnięcie decyduje o sukcesie, ale równocześnie zasnuwa swoim blaskiem pozostałe prace, skazując je na widmo niepamięci. Przez wielu Umberto Eco kojarzony jest tylko za sprawą Imienia róży, a przecież choćby Wahadło Foucaulta to również powieść niczego sobie. Rzadko który czytelnik potrafi wymienić inną pozycję Bułhakowa niż sławetną lekturę Mistrza i Małgorzaty, a warto zapoznać się np. z Białą gwardią, znakomicie oddającą nastrój rewolucji w Kijowie, o którego walki prowadzili bolszewicy z armią Pelury. Wreszcie Joyce to przede wszystkim Ulisses, chociaż wg mnie znajomość z prozą Irlandczyka lepiej rozpocząć od zdecydowanie lżejszych gatunkowo Dublińczyków. Podobna przypadłość spotkała Richarda Wrighta, amerykańskiego literata, nieco słabiej kojarzonego w naszym kraju, którego twórczość zawężana jest najczęściej do wybitnego Syna swego kraju. Po lekturze tej powieści obiecałem sobie, że sięgnę jeszcze po inne dzieło Wrighta, by naocznie przekonać się, czy deprecjonowanie pozostałych książek pisarza na rzecz Syna swego kraju jest uzasadnione. Trudno było mi uwierzyć, że tak bystry i inteligentny pisarz potrafił spłodzić tylko jedno dzieło godne uwagi. Goszcząc w miejskiej bibliotece natknąłem się na Długi sen, książkę z 1958 roku, spłodzoną zatem już we Francji, 18 lat po napisaniu Syna swego kraju.

Richard Wright, urodzony w 1908 roku w stanie Missisipi, a więc w samym sercu Południa, słynącego z głębokiego rasizmu, uchodzi za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli prozy murzyńskiej. Wright, mimo braków w wykształceniu, które nadrabiał na własną rękę, zdołał uzyskać posadę dziennikarza w 1934 roku, po przenosinach na Północ, do Chicago. Trzy lata później zadebiutował jako pisarz, a w 1947 roku, pozbawiony złudzeń co do własnej ojczyzny, opuścił USA i przeniósł się do Paryża. Krótką biografię Wrighta przedstawiłem przy okazji omawiania Syna swego kraju. Teraz tylko pokrótce ją przypomniałem, ponieważ odgrywa ona bardzo dużą rolę w kontekście jego twórczości. Wright, murzyn urodzony na początku XX wieku w Missisipi to człowiek, który na własnej skórze odczuł niesprawiedliwość rasową, znający problem rasizmu z własnego doświadczenia. Upust złości, wywołanej nierównym traktowaniem oraz niesłuszną segregacją ze względu na kolor skóry, dał w swoich książkach, obracających się wokół tematu dyskryminacji czarnej mniejszości w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Bohaterem Długiego snu, podobnie jak i Syna swego kraju jest młody, czarnoskóry chłopak. Rex Ryba Tucker jest synem Tyree’a Tuckera, przedsiębiorcy pogrzebowego. Czytelnik śledzi losy Ryby przez cały okres jego dojrzewania, aż do osiągnięcia pełnoletności. Młody Tucker, podobnie jak i wszyscy Murzyni z Clintonville, zamieszkuje Czarną Dzielnicę. Białych zna tylko z opowieści kolegów oraz z przestróg ojca, by odnosić się do nich z szacunkiem. Na obszary zamieszkałe przez białych nigdy się nie zapuszcza, instynktownie czując, że nie byłby tam pożądanym gościem. W miarę dorastania, przed Rybą odmalowuje się świat, który tylko na pierwszy rzut oka wydawał się prosty i zrozumiały. Pogardliwe traktowanie ze strony przypadkowo spotkanych białych, przekonywanie starszego kolegi, że murzyni to obywatele drugiej kategorii, czy wreszcie lincz na czarnoskórym młodzieńcu, który spotykał się z białą kobietą, boleśnie ukazują jak skomplikowana jest otaczająca rzeczywistość. W innym świetle zaczyna prezentować się również ojciec, który jako właściciel wielu domów czynszowych oraz burdeli, okazuje się jednym z najbardziej wpływowych czarnych w mieście. Spotkania z kochanką oraz wzbudzająca u Ryby przerażenie i wstyd służalczość w kontaktach z białymi odsłaniają przed synem prawdziwy obraz Tyree’a Tuckera.

Pierwszym nauczycielem Ryby, który stara się uzmysłowić, jak bardzo niesprawiedliwe jest społeczeństwo, w którym obaj egzystują, jest Sam, o kilka lat starszy przyjaciel z podwórka. Jego ojciec walczy o równouprawnienie murzynów, a syn przejmuje poglądy rodziciela, które głosi wśród znajomych. Sam wyłuszcza przed Rybą choćby kwestie przynależności czarnej mniejszości w USA – czy powinni czuć się oni prawowitymi obywateli Ameryki Północnej, czy też są to po prostu potomkowie niewolników, a więc Afrykańczycy, siłą wyrwani z własnej ziemi, na którą powinni wrócić? Okazuje się, że murzyn nie jest ani Amerykaninem, bowiem odbiera mu się pełnię obywatelskich praw i swobód, ani Afrykańczykiem – Czarny Ląd opuścili jego przodkowie, pod przymusem, a nierzadko siłą, a współczesny potomek nie zna niemal wcale ani historii, ani kultury wspólnoty afrykańskiej, z jakiej się wywodzi. Sam, gniewnie oskarżając swoich kolegów o ignorancję problemu, stara się ich przekonać, że jako czarni są nikim – egzystują w próżni pomiędzy niewolniczymi korzeniami swoich przodków, a współczesnym rasizmem i ostracyzmem, wykluczeni poza społeczny nawias. Poruszają się środkami komunikacji publicznej z wydzielonym miejscem dla czarnych. Jadają w restauracjach dla czarnych. Uczęszczają do szkół dla czarnych. Wreszcie już po śmierci trafiają do zakładów pogrzebowych, również dla czarnych, by spocząć na cmentarzu dla czarnych. Granice ich bytności są starannie wydzielone – jasno określona jest linia, której absolutnie nie wolno przekroczyć – świat czarnych nie może wchodzić w głębsze relacje ze światem białych, powinien zostać od niego starannie odseparowany. Wśród powszechnego morza niechęci oraz uprzedzeń pozostają niewielkie enklawy czarnych, których życie przypomina bardziej wegetację. To smutna proza kolejnych dni i braku zasadności snucia marzeń na temat poprawy własnego losu. Możliwość zmian skutecznie blokuje cywilizacjach białych, nienawidzona za doznane krzywdy, a równocześnie podziwiana za nieosiągalne zdobycze i luksusy.

Swoistym symbolem, który jasno i wyraźnie unaocznia traktowanie czarnych przez białych jest biała kobieta. Rasistowski patriarchat traktuje instrumentalnie białe przedstawicielki płci żeńskiej, wykorzystując je często jako pretekst do wywoływania zamieszek, które cichną dopiero w momencie zlinczowania murzyna, oskarżonego o niemoralne kontakty z białą damą. Podniesienie oczu na białą, która w społeczeństwie amerykańskich również nie posiada jeszcze pełni praw, traktowane jest jako zbrodnia najcięższego kalibru, jaką tylko może popełnić czarny mężczyzna. Biała kobieta staje się więc wyłącznie lalką, za dotknięcie której grożą surowe konsekwencje. Z jednej strony redukowana jest ona do roli nietykalnego przedmiotu, z drugiej zaś nienawidzona jako swoiste przekleństwo, fatum, z którym wszelkie kontakty wiążą się z karą okrutnej, poprzedzoną torturami śmierci. Widać więc wyraźnie, że ubezwłasnowolnione zostały również białe kobiety, którym stanowczo zabrania się wchodzić w jakiekolwiek interakcje z czarnymi mężczyznami – wtłacza się je w role świętych krów, posągów, uosabiających czystość i cnotę, które jednak nie mają nic do powiedzenia w kwestii własnej uczuciowości. Dla czarnych natomiast symbolizują one pokusę, otuloną w ryzyko ceremonialnego linczu.

Najważniejszym nauczycielem Ryby zostaje jego ojciec Tyree. Początkowo chłopak nie może zaakceptować roli, w jaką wciela się rodziciel, kiedy przychodzi do kontaktów z białymi. Służalcza postawa, tępy uśmiech, wzrok spuszczony w podłogę, przygarbione plecy połączone z potulnym potakiwaniem oraz milczeniem, gdy nie jest się proszonym o zdanie wywołują u Ryby poczucie piekącego zaciekle wstydu. Młodzieniec doskonale zdaje sobie sprawę z pobudek, które każą ojcowi zachowywać się w ten sposób, ale mimo to nie potrafi zaakceptować Tyree’ego płaszczącego się przed białymi ludźmi, z którymi załatwia swoje szemrane interesy. Z czasem jednak Ryba dostrzega korzyści, płynące z trudnej, wymagającej poniżenia współpracy z białymi. Ale szybkie pieniądze, płynące z czynszów oraz burdeli unaoczniają jednocześnie nędzę czarnej społeczności. Nędzę, którą bezlitośnie pogłębia Tyree. Jako właściciel kamienic czynszowych zdziera wygórowane opłaty ze swoich lokatorów, nie okazując im cienia litości. Pieniądze albo bruk – wybór jest prosty. Wpływy pochodzące z domów publicznych, w których często pracując młode, czarnoskóre kobiety, nie potrafiące zarobić na życie w innych sposób, również budzą moralne wątpliwości. Cały interes kręci się dzięki białemu komendantowi policji, panu Cantleyowi, który jest uosobieniem białego diabła z Południa. To rasista z krwi i kości, który czarnych traktuje jako zwierzęta – z najsprytniejszym z nich, Tyree’m Tuckerem załatwia interesy, pobierając połowę doli, uzyskanej z nielegalnej działalności. Do momentu, gdy wszystko kręci się tak jak należy, ojciec ryby pozostaje starym, dobrym Tyree’m. Jednak, gdy tylko grunt zaczyna palić się pod nogami i machlojki Cantleya mogą ujrzeć światło dzienne, Tyree staje się zwykłym czarnuchem, który powinien mieć głowę na karku, jeśli nie chce jej stracić. Cantley nie rozumie i absolutnie nie stara się zrozumieć postępowania czarnych, bowiem nie potrafi dostrzec w nich człowieka. Stara mierzyć ich zamiary różnorakimi wzorcami, a zapomina o tym najprostszym – czysto ludzkim. Z tego powodu czarni, którzy przecież przytakują mu gorliwie, że równość rasowa to kompletna bzdura, o jakiej wcale nie marzą, stanowią dla niego zagadkę, a przez to i zagrożenie.

Richard Wright dobitnie pokazuje, że czarni mimo zniesienia niewolnictwa, w dalszym ciągu nie byli pełnoprawnymi obywateli USA. Segregacja rasowa w miejscach publicznych, dzielnice przeznaczone dla kolorowych to tylko wierzchołek góry lodowej. Kiedy Tyree trafia do więzienia, okazuje się, że na jego procesie sędzią będzie człowiek, który należy do Ku Klux Klanu. Wymiar sprawiedliwości jest więc pustym frazesem. Sędzią, a więc funkcjonariuszem publicznym, który powinien pozostawać bezstronny, jest człowiek, który z racji wyznawanego światopoglądu, nie może podejmować obiektywnych wyroków w przypadku czarnoskórych obywateli. Przecież dla niego czarny jest już winny z racji posiadanego koloru skóry! Zatem w przypadku kolorowych, pojęcie prawa, czy sprawiedliwości jako wartości immanentnych, występujących a priori nie występuje. Murzyni według własnego mniemania mogą jedynie w miarę możliwości finansowych owe wartości nabyć za odpowiednią kwotę od białej rasy panów. Ale niesprawiedliwość przejawia się już znaczenie wcześniej, w znacznie błahszych kwestiach. W Clintonville wszyscy płacą podatki, bez względu na rasę, ale służby sprzątające ograniczają swoją działalność wyłącznie do białych dzielnic. Zatem czarni skazywani już na starcie. Brak środków publicznych, by utrzymywać czystość, dotować szkoły, czy kulturę z miejsca stawiają białych w uprzywilejowanej pozycji, pogłębiając tylko nierówności. Świat białych jest niczym zakazany owoc – świeci fałszywym blaskiem, obiecując dostatek i szczęście. Czarne dzielnice kojarzone są natomiast wyłącznie z brudem i ubóstwem. Stąd wielu młodych czarnych, obok nienawiści do białych, żywi również głęboką urazę do swoich ziomków – za to, że są tak słabi i bezwolni. Biali, wszechwładni niczym Bóg, tyle, że o wiele mniej miłosierni, doprowadzają czarną mniejszość do stanu apatii – murzyni, znużeni i zależni od białej łaski, pozbawieni życiowego celu, wykazują zawężony wachlarz reakcji emocjonalnych, ograniczających się najczęściej do płciowości, religii oraz alkoholu.

Długi sen, będący niekończącym się koszmarem, z którego nie może uwolnić się Ryba, to wspaniała i przejmująca powieść Richarda Wrighta. Chociaż przyznać trzeba, że jej lektura jest bardzo gorzka – trafnie prezentuje ona, jak spaczone, obrzydliwe i lepkie od fałszu były również wzajemne relacje pomiędzy czarnymi. Murzyni wykorzystujący swoich współplemieńców, płaszczący się przed białymi, z którymi łączył ich biznes, próbujący za wszelką cenę uszczknąć swoją dolę, żarliwie zapewniający, że nie w głowie im podobne głupoty jak równość społeczna, czy sprawiedliwe traktowanie to bolesny obraz tego, jak nisko może upaść człowiek, jeśli tylko dostarczyć odpowiednią ilość negatywnych bodźców ze środowiska. Przerażająca jest również samodyscyplina czarnych, którzy nawet przy utyskiwaniu na komunistów, wcielonych diabłów, których winno się z miejsca eliminować, zastrzegają, że oczywiście nigdy nie ośmieliliby się choćby tknąć białego czerwonego. Strach przed posiadaczami jasnego koloru skóry, mylony często z szacunkiem, determinuje niemal każdy krok czarnego człowieka.

Richard Wright w swojej ostatniej powieści, napisanej 2 lata przed śmiercią poruszył bardzo ważną kwestię, której próżno szukać w Synu swego kraju. Wright dobitnie prezentuje czytelnikowi fakt, że status ofiary, nie zwalnia czarnoskórych obywateli USA z obowiązków moralnych. Mimo, że w większości to biali ludzie odpowiadają za ucisk oraz niesprawiedliwość mniejszości, to jednak w niczym nie tłumaczy to bezwzględnego postępowania murzynów, którzy przy sprzyjającej okazji traktowali swoich ziomków dokładnie tak jak biali. Środowisko, w których dochodzi do takich patologii to dzieło białych, ale prawdziwy człowiek, zdający sobie w pełni sprawę z istoty człowieczeństwa, nigdy nie powinien wykorzystywać swojej uprzywilejowanej pozycji społecznej, by gnębić, czy wykorzystywać innych. Widać tu wyraźną zmianę myślenia zaprezentowanego w Synu swego kraju. Tam czarny chłopiec, sprawca zbrodni zaprezentowany został wyłącznie jako ofiara systemu, stworzonego przez białych oprawców, który nie powinien ponosić konsekwencji popełnianych czynów. Ryba potrafi dostrzec błędy w takim myśleniu i w końcu się go wyrzec i na tym polega wielkość bohatera oraz książki Wrighta.

Reasumując, uważam, że zdecydowanie niesłusznie Richard Wright kojarzony jest głównie za sprawą powieści Syn swego kraju. Długi sen, to książka podejmująca podobną tematykę, tyle, że zaprezentowano w niej dojrzalszy punkt widzenia na sprawy rasizmu. Wydaje się, że Richard Wright celowo uczynił młodego, dorastającego chłopca głównym bohaterem swojej powieści. Dopiero wkracza on w świat, który posiada niedostrzegalne dotąd kurtyny oraz bariery. Społeczność białych to swoiste terra incognita, jedynie mgliste skojarzenia i niedopowiedziane historie. Chłopiec, którego aparat poznawczy oraz zmysły obserwacji zaczynają działać coraz sprawniej, poznaje białych, traktowanych dotychczas jako temat tabu. Razem z Rybibrzuchem czytelnik wkracza na niebezpieczne terytorium, gdzie prowadzona jest bezlitosna walka na śmierć i życie pomiędzy obiema rasami.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Okładka książki Gumy

  Tytuł: Gumy

  Autor: Alain Robbe-Grillet

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 271

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Pisząc o nowej powieści (z francuskiego nouveau roman), zwanej też powieścią obiektywną, powieścią fenomenologiczną lub antywpowieścią, nie sposób jest nie wymienić nazwiska Alaina Robbe-Grilleta. Podobnie, wspominając o tym francuskim artyście, niemożliwe jest uniknięcie nawiązania do nouveau roman. Obie rzeczy – człowiek i idea – wzajemnie się przeplatają i są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Antypowieść, o której założeniach wspominałem szerzej przy okazji omawiania sztandarowego utworu tego nurtu, Żaluzji, charakteryzuje się silną koncentracją na opisie przedmiotów, rozmyciu wątków fabularnych. Świat przedstawiony budowany przez narratora, pozbawiony jest jakichkolwiek elementów filozoficznych, czy osądów moralnych. Zdarzenia są często odtwarzane z mechaniczną precyzją, przypominającą oko kamery, dlatego, przynajmniej pozornie, posiadają one znamiona obiektywizmu. W toku dalszej lektury łatwo się jednak przekonać, że już sam wybór przedstawianych faktów, sposób ich suchej i beznamiętnej prezentacji jest, bo przecież być musi, subiektywny. Prezentując dane wydarzenia, odtwarzając wybraną historię w ten a nie inny sposób, narzuca się schemat myślowy, zgodnie z którym najprościej jest odczytać przyswajane dane. W przypadku Żaluzji, mamy ponadto do czynienia z niemiłosiernym szatkowaniem fabuły, mieszaniem jej, przywoływaniem jej fragmentów w przypadkowej kolejności. Innym popularnym zabiegiem jest wykorzystanie rozwiązań literackich, znanych powszechnie z romansów, czy kryminałów, tak jak ma to miejsce w innej powieści Robbe-Grilleta, Gumy.

Gumy, to na pierwszy rzut oka klasyczna proza detektywistyczna. Agent specjalny Wallas zostaje wysłany do niewielkiej, portowej mieściny, aby rozwikłać zagadkę śmierci miejscowego notabla, Daniela Duponta, który prawdopodobnie jest kolejną ofiarą anarchistycznej organizacji, eliminującej persony ważne dla życia ekonomicznego oraz gospodarczego kraju. W toku całej powieści nie dowiemy się, czym dokładnie kieruje się ugrupowanie, jego ideologia cały czas owiana jest mgłą tajemnicy. Można zatem odnieść wrażenie, że anarchiści są jedynie kolejnym elementem dekoracji, to trupa aktorska, która ma do odegrania swoje role, by następnie zniknąć i odejść w niebyt.

Domniemane morderstwo zostało popełnione o godzinie 7.30 wieczorem. Wallas rozpoczyna śledztwo rano i trwa ono cały dzień, aż do godziny 7.30. Akcja powieści rozgrywa się zatem w przeciągu jednej doby – zamknięcie fabuły następuje w momencie, gdy zegarek Wallasa, który zaciął się i stanął na 7.30, rusza dokładnie 24 godziny później. Całość przypomina zatem koło – zamknięty cykl, który powtarza się w nieskończoność.

Sprawa, która przypadła w udziale Wallasowi nie należy do najłatwiejszych. Początkowo dochodzenie prowadził miejscowy komendant policji, który na wyraźne polecenie władz, zaprzestał wszelkich działań i oddał się do dyspozycji Wallasa. Trudno jednak mówić o jakiejkolwiek pomocy, szczególnie w przypadku, gdy na miejscu zbrodni nie zastano ciała – wg zeznań doktora, ranny Dupont zdołał wezwać pomoc i zmarł dopiero w szpitalu, na skutek odniesionej rany postrzałowej. Śledztwo ma zatem charakter stricte poszlakowy. Niby jest trup, chociaż ciało widział jedynie lekarz, prywatnie znajomy Duponta. Jest również motyw – Dupont, na co dzień profesor ekonomii, uznany specjalista, którego śmierć w pewnym stopniu zdestabilizowałaby gospodarkę kraju, idealnie wpasowuje się w profil osobowości, mordowanych uprzednio przez anarchistów. Jest również i zabójca – widać dość nieostrożny i trochę niedoświadczony – na miejscu zbrodni pozostały odciski palców oraz wyraźne ślady cudzej obecności. Dlaczego zatem dochodzenie jest takie trudne i mozolne?

Agent Wallas był już w mieście, do której teraz wezwały go sprawy zawodowe. Jako dziecko odwiedził je z matką, jednak wspomnienia z podróży są bardzo mgliste i niewyraźne. Wallas, miłośnik spacerów, większość wizyt, niezbędnych w toku prowadzonego śledztwa, odbywa na piechotę. Ale miasto wydaje się mało przyjazne i bardzo niechętnie odkrywa swoje tajemnice. Ulice, budynki, skrzyżowania – wszystko jest do siebie bardzo podobne, zlewa się tak, że Wallas bez przerwy błąka się i co rusz gubi drogę. Od czasu do czasu, ale bardzo niechętnie, Wallas, który nie chce ujawniać ani swojej tożsamości ani misji, jaka przywiodła go do miasta, pyta o wskazówki miejscowej ludności. Wyjaśnienia jak dotrzeć do poszczególnych budynków, instytucji, czy osób okazują się najczęściej bezużyteczne, tak, że agent ciągle miota się bezsilnie po obcym mieście, które z biegiem czasu zaczyna przypominać skomplikowany labirynt, chciwie wysysający siły i energię z uwięzionej w nim ofiary. Wallas coraz bardziej przypomina elektron – pozornie wolny i swobodny, ale krążący po z góry ustalonym orbitalu, którego absolutnie nie jest w stanie opuścić.

Zapętlone miasto ze swoimi bliźniaczo podobnymi ulicami nie jest jedyną zmorą Wallasa. W miarę postępowania dochodzenia, poprzez zeznania kolejnych przesłuchiwanych, okazuje się, że agent specjalny jest zaskakująco podobny do sprawcy przestępstwa. Tożsamość coraz bardziej znużonego Wallasa zaczyna się powoli rozpływać, tak, że staje się ona bezkształtną masą, gotową przyjąć dowolną formę. Osobowość Wallasa zostaje zdominowana przez obezwładniającą siłę miasta, która wzmaga u agenta bierność oraz apatię. Śledztwo zaczyna toczyć się coraz wolniej, kolejne kroki zdają się nie przynosić oczekiwanych rezultatów. Wallas zaczyna marnować czas na mało istotne szczegóły, których rozwikłanie nie może zbliżyć go do rozwiązania zagadki. Ciąg przyczynowo skutkowy przypomina ten znany z gombrowiczowskiego Kosmosu. Niby poszczególne wydarzenia, które sprawiają wrażenia ważnych dla prowadzonego śledztwa, splatają się ze sobą wzajemnie, pozostając w pewnych koneksjach, jednak zebrane do kupy, nie tworzą niczego poza chaotyczną i bezładną mieszaniną, której sens pozostaje nieuchwytny. Zatem prowadzący śledztwo musi wziąć sprawy w swoje ręce i uzupełnić schemat, w którym ciągle widnieje poważna luka.

Narrator prowadzi z czytelnikiem swoistą grę. Śledztwo, które z biegiem czasu zdaje się mieć coraz mniejszy sens, bezładne i niezorganizowane przeplatane jest z geometrycznym ładem i porządkiem, jaki objawia się w słynnych opisach francuskiego pisarza. Szczegółowy rozkład pokoju Duponta, precyzyjny opis krzeseł rozstawionych w kawiarni jest konfrontowany z coraz bardziej nielogicznym postępowaniem czynnika ludzkiego, który reprezentuje agent specjalny Wallas.

Krótko reasumując, przyznam szczerze, że Gumy w pełni zaspokoiły moje oczekiwania, które zostały bardzo mocno rozbudzone po lekturze Żaluzji. Gumy to druga książka w dorobku francuskiego artysty i widać, że styl nouveau roman nie rozkwitł w niej jeszcze w pełnej krasie. Akcja powieści rozprowadzona jest dość płynnie, tak, że czytelnikowi stosunkowo łatwo jest za nią podążać, chociaż momentami pojawiają się fragmenty, które stanowią domniemany przebieg wydarzeń. Zabiegi znane z Żaluzji, a więc odtwarzania tych samych wydarzeń z różnych perspektyw, bardzo swobodne dysponowanie czasem akcji, są stosowane w Gumach w zdecydowanie mniejszym stopniu. Mimo wszystko, książka pozostaje lekturą absorbującą sporo czytelniczej uwagi, tak, że należy się przy niej dość mocno skoncentrować. Robbe-Grillet chętnie bawi się z czytelnikiem, puszczając do niego oko czy to poprzez nawiązania do klasyki kryminalnego gatunku, odwołania do mitów, czy słowne zabawy, której najlepszym przykładem jest sam tytuł – bohater Gum, agent Wallas, przy okazji prowadzonego śledztwa, z niewyjaśnionych w powieści przyczyn, szuka w mijanych sklepach papierniczych profesjonalnej gumki do mazania.

niedziela, 05 maja 2013

  Tytuł: Barbarzyńca w ogrodzieOkładka książki Barbarzyńca w ogrodzie

  Autor: Zbigniew Herbert

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 266

  Cena: 15,00 zł

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

Zbigniew Herbert kojarzony jest w naszym kraju głównie jako poeta. Powszechnym uznaniem, chociaż z bezpośrednią znajomością jest już pewnie znacznie gorzej, cieszą się zbiory Hermes, pies i gwiazda, czy cykl o Panu Cogito. Niestety styczność z Herbertem najczęściej ogranicza się do murów placówki oświatowej i zapoznania się raptem z kilkoma jego utworami. Tymczasem Zbigniew Herbert to nie tylko wybitny wyznawca i sługa muzy Erato. Nasz polski wieszcz spłodził genialne dramaty (jak choćby Jaskinię filozofów, którą przeniesioną na teatralne deski możemy podziwiać w Teatrze Nowym w Krakowie z Edwardem Linde-Lubaszenką w roli głównej) oraz równie znakomite eseje. Teksty pisane prozą są pokłosiem podróży, które to Herbert uprawiał namiętnie i zaskakująco często, biorąc pod uwagę, że przyszło mu żyć w komunistycznej Polsce oraz że nie był gorącym zwolennikiem wcielenia idei Marksa oraz Engelsa w życie.

Twórczość Zbigniewa Herberta w ogromnej mierze odwołuje się do przeszłości, historii. Wątki mitologiczne są często wplatane w jego dzieła, przy czym zaznaczyć trzeba, że nie są to puste peany na cześć czasów minionych oraz złorzeczenie nad teraźniejszością. Herbert z ogromnym znawstwem prezentuje nam antycznych herosów, często odwołując się do ich ludzkich słabości oraz ułomności. Są to zatem ludzie z krwi i kości, którzy popełniają błędy, błądzą, ulegają codziennym pokusom. Godne podziwu są natomiast ich starania w dążeniu do doskonałości, nieustanna praca nad sobą, która winna stać się udziałem człowieka współczesnego.

Język, którym posługuje się Herbert, zarówno jako poeta jak i eseista, to język prosty i zrozumiały, który niezwykle umiejętnie miesza ze sobą rzeczy małe i duże: patos osiąga niemal idealną symbiozę z gorzką ironią, a obok pytań fundamentalnych miejsce znajdują rzeczy na pozór ważkie i błahe. Wszystko bez żadnych zgrzytów czy tarć. Nic zatem dziwnego, że szczególnie wiersze Zbigniewa Herberta cieszyły się ogromną popularnością, a ich walory zarówno artystyczne jak i edukacyjne, potrafili docenić także zagraniczni fachowcy. Owocem tego uznania był cały szereg nagród, które stały się głównym źródłem finansowym umożliwiającym realizację jednej z największych pasji Herberta, czyli podróży. Pierwszą zagraniczną wyprawę poeta odbył w 1958 roku. Doszła ona do skutku dzięki stypendium Związku Literatów Polskich wysokości 100 dolarów. Za tę kwotę Herbert zwiedził m.in. Francję oraz Włochy. Do kraju powrócił on w 1960 roku, a dwa lata później nakładem wydawnictwa Czytelnik ukazał się Barbarzyńca w ogrodzie, zbiór 10 esejów, napisanych pod wpływem bezpośredniego zetknięcia z kulturą basenu Morza Śródziemnego.

W opinii samego autora, Barbarzyńca w ogrodzie to zbiór szkiców oraz sprawozdanie z dwóch podróży. Pierwszej, realnej, która obejmowała zwiedzanie muzeów, miast oraz ruin. Drugiej, odbytej poprzez książki na temat widzianych miejsc. Herbertowi należy oddać, że owoc obu tych wypraw jest po prostu znakomity. Książkę, która przesączona jest ogromną i rozległą historyczną wiedzą, dzięki temu, że brak w niej bibliografii, przypisów, indeksów, etc., czyta się niezwykle przyjemnie i płynnie. Jest to jedna wielka opowieść, traktująca zarówno o miejscach i znajdujących się w nich budowlach jak i historiach i wydarzeniach z nimi związanymi. Zebrane eseje charakteryzują się dość dużym rozrzutem czasowym, jeśli brać pod uwagę epoki, które się w nich pojawią oraz sporą różnorodnością. Wspólną podróż z Herbertem zaczniemy od wyprawy do jaskini Lascaux, w której znajdują się jedne z pierwszych dowodów artystycznej działalności człowieka. Na ścianach krasowej pieczary widnieją malowidła wykonane w okresie paleolitu. Następnie artysta chociaż na chwilę postara się wskrzesić ruiny dawnej kolonii greckiej, Paestum. Będzie do dla Herberta świetny pretekst, aby opowiedzieć czytelnikowi o technikach architektonicznych starożytnych budowniczych. W Arles, dawnym mieście papieży, wyruszymy na wspólnie poszukiwania śladów wielkiego mistrza Van Gogha, przy okazji poznając bogatą historię Prowansji oraz jej najznamienitszego barda, Frédérica Mistrala. Dalej odwiedziny Orvieto, które pyszni się swoją monumentalną katedrą, będącą przykładem włoskiego renesansu. Goszcząc w Sienie poznamy burzliwe dzieje tego miasta, a Herbert przybliży nam sylwetkę malarza Duccia nie omieszkawszy przy tym wspomnieć o jego dziełach. W następnym szkicu miłość polskiego artysty do francuskiego gotyku objawi się w całej krasie. Odwiedzając kolejne katedry, Herbert wyjaśni nam sporo na temat technikami stawiania Bożych przybytków. Dowiemy się niemal wszystkiego, począwszy od źródeł finansowych tych przedsięwzięć, a na miejscu wydobycia kamienia oraz ewolucji stanowiska architekta skończywszy. Oprócz relacji z odwiedzanych miejsc, Herbert uraczy nas również interesującymi faktami. Z mroków zapomnienia wyłoniona zostanie sekta albigenesów, z którą bezlitośnie rozprawiła się Święta Inkwizycja. Następnie Herbert przeprowadzi znakomitą obronę Templariuszy, podając solidne argumenty, z powodu których Filip Piękny postanowił zgładzić ten potężny zakon. Dwa ostatnie eseje to oddanie hołdu ulubionemu malarzowi, Pierro della Francesce oraz melancholijna podróż po zabytkach, czy raczej ruinach Valois.

Jak widać ogród, do których zawitał tytułowy barbarzyńca jest rozległy oraz niezwykle obfity, a Zbigniew Herbert w pełni potrafi docenić wszystkie jego uroki. Patrząc na erudycję polskiego poety, jego rozległą wiedzę historyczną, znajomość całej masy faktów, stylów malarskich oraz architektonicznych, nietrudno uzmysłowić sobie jak przekorny jest tytuł tej książki. Oto bowiem okazuje się, że barbarzyńca, czyli człowieka zza Żelaznej Kurtyny, który dostąpił łaski goszczenia w ogrodzie sztuki zachodniej kultury, znakomicie potrafi się w tym przybytku odnaleźć, a ze swoją niepospolitą wiedzą mógłby spokojnie wcielić się w rolę przewodnika.

Ale Barbarzyńca w ogrodzie to nie tylko relacja z odwiedzanych zabytków oraz zgrabnie wplecione uwagi obejmujące historię sztuki. Herbert w swoich szkicach jawi się jako znakomity obserwator, który w sposób mistrzowski potrafi oddać prozę dnia codziennego miasteczek, w których gości. Polski podróżnik umiejętnie odmalowuje klimat i nastrój zwiedzanych miejsc, tak, że widzimy wręcz ludzi, z którymi zetknął się poeta, czujemy potrawy i wina, których zakosztował. Co ciekawe autor nie skupia się na pojedynczych osobnikach, niemal zawsze prezentując człowieka jako integralną część architektonicznego krajobrazu. Wyjątek stanowią turyści, na których Herbert nie pozostawia suchej nitki, krytykując ich zajadle za bezduszne zwiedzanie. Wychodzę prawym wejściem z katedry na rozgrzany i oślepiający plac. Przewodnicy krzykliwie poganiają stada turystów. Spoceni farmerzy z dalekiego kraju filmują każdy kawałek muru, który wskazuje objaśniacz, i posłusznie wpadają w ekstazę dotykając kamieni sprzed wieków. Nie mają zupełnie czasu na oglądanie, tak bardzo pochłonięci są fabrykowaniem namiastek. Włochy zobaczą wtedy, gdy będą u siebie, kolorowe, ruchome obrazy, które nie będą w niczym odpowiadały rzeczywistości. Nikt nie ma ochoty studiować rzeczy bezpośrednio. Mechaniczne oko niezmordowanie płodzi cienkie jak błona wzruszenia. Niestety, ale przez pół wieku, które upłynęło od publikacji książki niewiele zmieniło się w tej kwestii. W dalszym ciągu zdecydowana większość społeczeństwa woli postawić na wygodne wycieczki objazdowe, by zgodnie z regułą tanio, dużo i szybko, zwiedzić możliwie jak najwięcej (oczywiście w grę wchodzą jedynie lokalizacje polecane, znane i lubiane), po możliwie najniższych kosztach i w przeciągu kilku dni, bowiem praca, praca, praca. To smutne, ale mało kto może sobie dzisiaj pozwolić na komfort niespiesznego delektowania się sztuką, historią, czy kulturą miejsc, w których gościmy. Pewnie tym właśnie objawia się postęp ludzkości.

Barbarzyńca w ogrodzie to książka nietuzinkowa. Herbert w swoich pozornie luźno powiązanych 10 esejach udowadnia, że historia ludzkości to następujące po sobie, ale pozostające w ścisłym związku przemiany – kolejne, nowe gałęzie na wielkim i grubym pniu ludzkiego bytu. Widać tu zatem wyraźną opozycję do szkolnego systemu nauczania, który oparty jest na chirurgicznym wręcz dzieleniu historii na poszczególne epoki i style, trwające od roku A do roku B. Herbert uzmysławia czytelnikowi, że historia to jeden wielki ciąg zdarzeń, które wzajemnie na siebie wpływają i zazębiają się, tworząc jedną wielką niepodzielną całość. W swoich esejach, Herbert, podziwiający sztukę antyczną, średniowieczną, czy renesansową, staje się również surowym krytykiem współczesnych artystów. Poprzez prezentację geniuszu minionych epok, obnaża on równocześnie warsztatowe braki współczesnych twórców.

Reasumując krótko, Barbarzyńca w ogrodzie jest świetną lekturą. Herbert daje się poznać jako rewelacyjny eseista oraz erudyta. Jego wiedza historyczna, którą umiejętnie dzieli się z czytelnikiem jest wręcz przytłaczająca. Słusznie zauważył Miłosz, że jego przyjaciel zawsze miał w sobie coś z historyka sztuki. Wydaje się, że gdyby w tym podobnym tonie utrzymane były wszystkie książki historyczne, to absolutnie nikogo nie trzeba byłoby zmuszać do ich czytania. Ponadto muszę przyznać, że nieco zaskoczyła mnie dość często pojawiająca się ironia, którą Herbert niezwykle sprawnie się posługuje. Jest ona dobrze dozowana, tak, że nie można oskarżyć autora o żadne złośliwości. W książce nie zabrakło również czytelniczych smaczków, aluzji do włoskich oraz francuskich artystów. Najbardziej przypadło mi do gustu określenie mianem mistrza inwentarza Alaina Robbe-Grilleta, autora Żaluzji. Herbert często cytuje antycznych poetów, płynnie komponując ich słowa w opisywaną, współczesną rzeczywistość, wykazując w ten sposób, że owi twórcy stanowią integralną część naszej kultury. Całość napisana jest przyjemnym i lekkim językiem, wobec czego Barbarzyńca w ogrodzie staje się cudowną gawędą mistrza Herberta, z którą naprawdę warto zapoznać się osobiście.

wtorek, 05 marca 2013

Okładka książki Żaluzja

  Tytuł: Żaluzja

  Autor: Alain Robbe-Grillet

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 155

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Powieść Żaluzja autorstwa Alaina Robbe-Gilleta to w opinii wielu ekspertów programowy utwór nurtu literackiego określanego mianem nouveau roman (nowa powieść, zwana też antypowieścią lub powieścią fenomenologiczną). Noveau roman miała być odpowiedzią na wyczerpanie się, przynajmniej w opinii twórców tego awangardowego kierunku (za których uważa się Claude’a Simona, Roberta Pingeta oraz Alaina Robbe-Grilleta), możliwości powstawania wartościowych dzieł spod znaku klasycznej formy prozy. Powieści tradycyjnej oberwało się za wszechobecnego oraz wszechwiedzącego narratora, który był równocześnie demiurgiem – świat przedstawiony był wyłącznie jego dziełem i nie mógł w żadnym wypadku wyjść poza ściśle ustalone przez tegoż narratora ramy. Niemile widziane były także wszelkie formy psychologizmu – egzystencjalizm, na czele z Kafką, Dostojewskim czy Kierkegaardem powinien odejść precz. Zamiast człowiekiem, jego problemami, pojmowanymi z punktu widzenia jednostki, literatura winna skupiać swoje wiązki na kwestiach możliwości poznawczych powieści – istotne były zatem metody odwzorowania rzeczywistości oraz wpływ narzędzi literackich, stosowanych przez pisarzy na formowanie się tej rzeczywistości. Takie postawienie sprawy wiązało się z wprowadzeniem autotematyzmu, czyli sytuacji, kiedy literackie dzieło zawiera rozważania na swój temat. A żeby było jeszcze bardziej awangardowo, refleksje te nie mogły być zbyt bezpośrednie i widoczne. Autotematyzm musiał być więc zawoalowany, pozostawał jednak kluczem do zrozumienia całego utworu.

Co jeszcze kryło się pod hasłem nouveau roman? Co jeszcze miało trafić na literacki stos, wysłane na niego przez antypowieściową inkwizycję? Najprościej rzecz ujmując, można rzec, że wszystko zostało wywrócone do góry nogami. W opinii Robbe-Grilleta ludzie w utworach literackich mieli takie same prawa jak przedmioty – tzn. stanowili oni jedynie elementy świata percepcji. Ponadto rezygnowano z chronologicznego porządku fabuły, postacie pozbawione zostały cech charakterystycznych (często byli bezimienni). Zaburzony zostawał ciąg przyczynowo-skutkowy – brakowało logicznej kolejności zdarzeń. Narracja prowadzona była chaotycznie, a świat przedstawiony bazował na subiektywizmie narratora – ukazywany był tak, jak aktualnie widział go, najczęściej bezosobowy, podmiot, który rejestrował wszystko niemal wyłącznie za pomocą wzroku. W Żaluzji, fabuła jest bezlitośnie poszatkowana, czas zdaje się nie odgrywać żadnej roli, wydarzenia często odtwarzane są wielokrotnie, tylko z różnych ujęć. Lektura powieści przypomina bardziej odczyt ułożonych w przypadkowej sekwencji obrazów, zarejestrowanych przez czujne oko kamery.

Robbe-Grillet

Skąd jednak tak agresywne podejście do klasycznej formy prozy? Sporo do powiedzenia w tej kwestii miał Gérard Genette, który opis w powieściach realistycznych określał mianem ancilla narrationis, czyli „służebnicy narracji”. Wynikało to z faktu, że w tego typu dziełach, z góry określony jest pewien cel, sens, który to opis ma właśnie przedstawiać. Opis jest zatem wyłącznie tworem wtórnym, podrzędnym, podporządkowanym pewnej idei, której służy. Brzmi to może dość absurdalnie (bo w końcu opis z samej nazwy stosowany jest do opisywania czegoś), ale zwolennicy nowej powieści dążyli do wyzwolenia opisu z literackich oków i postulowali o jego samodzielny byt. Stąd też pomysł budowania narracji wyłącznie w oparciu o zmysł wzroku – poprzez ten zabieg, poznawanej przez czytelnika rzeczywistości zostaje amputowana wszelka głębia – usuwa się z niej pierwiastki transcendentne, psychologiczne, etc. W ten sposób opis staje się bytem samym w sobie i zostaje wyzwolony z pęt narracji. Brzmi pięknie, ale co z tego wyszło?

Fabuła Żaluzji jest bardzo skromna, by nie rzec uboga, sprowadzona została do absolutnego minimum. W książce dzieje się naprawdę niewiele, a patrząc na nią z punktu widzenia współczesnego czytelnika, oczekującego gnającej na złamanie karku akcji, soczystych dialogów, pełnych ikry i dobrego dowcipu, bohaterów pretendujących do miana idoli, czy autorytetów i tego wszystkiego, z czym kojarzona jest obecnie dobra książka, można wręcz powiedzieć, że w powieści nie dzieje się absolutnie nic! Cóż więc skrywa się na tych kilkudziesięciu stronach powieści?

Daleka kolonia. Bliżej nie nazwana, nieokreślona, ale prawdopodobnie francuska. Plantacja bananów. Dom. Bohaterka A... oraz Frank, właściciel sąsiedniej plantacji. Kolacje, na których regularnym gościem jest Frank. Plany A... i Franka dotyczące wspólnej wyprawy do miasta. Dyskusja na temat książki, którą Frank pożyczył A... . Akcja powieści rozgrywa się w kolonialnej Afryce. Stonoga (jadowita, niejadowita?) pojawiająca się na ścianie, zabita przez Franka. Regularne rozmowy na temat awaryjności ciężarówki Franka. Problemy żony Franka z nieznośnym upałem. Wymiana pali, wchodzących w skład mostu, prowadzona przez czarnych robotników.

Tak mniej więcej przedstawia się fabuła Żaluzji, którą zdradzam z czystym sumieniem, bowiem nie odgrywa ona żadnej znaczącej, czy nadrzędnej roli. Jest tylko kolejnym elementem, wchodzącym w skład całej powieści, nie pełni ona przy tym żadnej funkcji dominującej. Co interesujące, wydarzenia są często powtarzane, oglądane wielokrotnie, ale z różnych perspektyw. W tekście brak także jakichkolwiek zaznaczeń, że dana scena jest odtwarzana, co szczególnie na początku lektury, sprawia czytelnikowi nie lada kłopot, wymuszając na nim czujność oraz koncentrację. Wydaje się, że niektóre wydarzenia są jedynie wytworem wyobraźni tajemniczego narratora, czy też podmiotu rejestrującego, ale oczywiście jest to niemożliwe do stwierdzenia ze stuprocentową pewnością.

Pogarda dla fabuły w moim mniemaniu zaznacza się najlepiej w drobiazgowych opisach scenerii, która w danej chwili jest widoczna – z ogromną pieczołowitością odtwarzana jest gra światła oraz światłocień (Teraz cień filaru, filaru, który podpiera południowo-zachodni narożnik dachu, rozdziela na dwie równe części narożnik tarasu), struktura domu (Ów taras to szeroka, kryta galeria, otaczająca dom z trzech stron. Ponieważ szerokość tarasu w części środkowej jest taka sama jak w jego bocznych skrzydłach, linia cienia rzucanego przez filar sięga dokładnie do narożnika domu, lecz tu się urywa, gdyż słońce stoi jeszcze zbyt wysoko na niebie i oświetla tylko kamienne płyty), czy układ drzewek bananowych (Jeden z rzędów, ukośny, zaczyna się na prawo przy mostku z pali i sięga lewego skraju ogrodu. Licząc wzdłuż składa się z trzydziestu sześciu drzew. Sadzenie drzew w szachownicę sprawia, że widać je tak, jak gdyby biegły w trzech różnych kierunkach: prostopadle do wybranego za podstawę szeregu, ale również wzdłuż dwóch innych prostych, także do siebie prostopadłych i krzyżujących się z dwoma poprzednimi pod kątem 45 stopni. A więc te dwa szeregi są, każdy z osobna, równoległe i prostopadłe do osi doliny i dolnego skraju ogrodu). Precyzyjnie odmalowane są ruchy oraz gesty bohaterów (A... sama poszła po napoje, wodę mineralną i koniak. Stawia na stoliku tacę z dwiema butelkami i trzema dużymi szklankami. Po odtworzeniu butelki koniaku, odwraca się i patrząc na Franka, napełnia jednocześnie jego szklankę. Ale Frank, zamiast śledzić podnoszący się poziom alkoholu, kieruje wzrok nieco wyżej, patrząc w twarz A...), ale same słowa zdają się już znaczyć niewiele, albo zgoła nic. Nie przywiązuje się do nich większej wagi, traktowane są z taką samą atencją jak szum dobiegający z podwórka, wygwizdywana melodia, czy odgłosy dzikich zwierząt.

Okazuje się, że zabieg fotograficznego przedstawienia tła wydarzeń, na pozór obiektywny opis wszystkiego, co w danej chwili stanowi scenerię, pogrąża w zupełnym chaosie fabułę powieści. Całość zaczyna jawić się jako obraz, których został przybliżony w tak dużym stopniu, że przestajemy już dostrzegać podmiot obrazu. Zamiast niego wyłania się faktura dzieła, która z oglądanej perspektywy jest jednak wyłącznie bezładną plątaniną plam, kolorów oraz kresek. Zatem zbyt szczegółowe odtwarzanie rzeczywistości prowadzi do jej zaciemnienia – wielość możliwych interpretacji danej sceny jest tak przytłaczająca, że jakakolwiek nadanie znaczenia i sensu stają się zadaniami ponad miarę czytelnika. Można zatem śmiało rzec, że zostaliśmy oszukani przez język opisu, który winien ułatwiać nam literacką percepcję. Tymczasem uniemożliwia on jakąkolwiek deskrypcję zapisanych w ten sposób wydarzeń.

A jeśli już przy języku jesteśmy i powoli dobijamy do brzegu tajemniczej wyspy o nazwie semantyka, to godny uwagi jest sam tytuł powieści. Żaluzja, a w oryginale La Jalousie, w języku francuskim oznacza zarówno żaluzję jak i zazdrość. Oba słowa zdają się idealnie pasować do tego dzieła. Wydarzenia często obserwowano są niejako z ukrycia, zza żaluzji, która staje się atrybutem podglądacza, kurtyną, zza której nasz obiekt śledzi poczynania A... oraz Franka. Sposób prowadzenia narracji, pozornie bezstronny oraz wyprany z wszelkich emocji, mimo wszystko zdaje się sugerować, że pomiędzy rzeczonymi A... oraz Frankiem istnieje pewna nić porozumienia, uczucie, rodzaj erotycznej gry, trudne do wychwycenia seksualne napięcie, które powinno znaleźć gdzieś ujście, tj. osiągnąć moment kulminacyjny. Nic takiego jednak nie następuje, przez co możemy czuć się oszukani przez siłę sugestii tajemniczego narratora (psychopatycznego zazdrośnika, wmawiającego sobie rzekomy romans żony z sąsiadem?) – jest to przy tym znakomity przykład postulowanego subiektywizmu.

Krótko reasumując, przyznaję, że lektura Żaluzji okazała się bardzo zajmująca oraz piekielnie interesująca. Mimo, że książka pozbawiona jest niemal wszystkich cech, które powinny decydować o atrakcyjności powieści, posiada swoisty, nieodparty urok. Sprawia wrażenie pewnego rodzaju intelektualnego wyzwania, gry, na którą wyzywa nas Robbe-Grillet. Żaluzja posiada liczne literackie smaczki, intrygująca jest sama historia jej powstania oraz idee, która ma w założeniu nieść. Jako ciekawostkę można dodać, że Żaluzja została napisana w 1957 roku w okresie wzmożonych ruchów dekolonizacyjnych, które właśnie na przełomie lat 50. i 60. XX wieku najbardziej przybierały na sile. Być może (prawdopodobne) umiejscowienie akcji w któreś z francuskiej kolonii to także głos w dyskusji, jaka przebiegała wtedy przez Europę?

P.S. Rzecz niezwykła, rzecz niebywała, ale powyższy tekst został zwycięzcą w konkursie na recenzję tygodnia za okres 13 - 19 maja na portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję za to ogromne wyróżnienie.

Lubimy Czytać

 
1 , 2
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita