Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo Znak

czwartek, 02 stycznia 2014

  Tytuł: Okładka książki Abaddon - Anioł ZagładyAbaddon - Anioł Zagłady

  Autor: Ernesto Sábato 

  Wydawnictwo: Znak

  Liczba stron: 487

  Cena: 44,90 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

Każdy człowiek posiada sprawy, które go dręczą. Wieloma kwestiami zamartwiamy się tylko chwilowo szybko o nich zapominając. Ale są rzeczy, które nie chcą nas opuścić, powracając do nas niczym bumerang. Spychane na sam margines świadomości zdają się układać do niespokojnego snu. Niekiedy milkną, nie dając o sobie znać, ale już sama głęboka, niczym nie zmącona pewność ich bytu jest dręcząca. Zresztą zawsze przychodzi moment, w którym opuszczają one piwnice umysłu i wyłaniają się na jego powierzchnię. Powoli, ale sukcesywnie wychodzą z otchłani niebytu, przywdziewając coraz realniejsze szaty, doprowadzając ludzi do szaleństwa. W końcu człowiek dociera na skraj, nie wytrzymuje, pęka i zaczyna mówić o tym, co go trapi. W takich sytuacjach albo słyszymy krzyk szaleńca, któremu nie potrafimy (lub boimy się) pomóc albo widzimy symfonię treści, którą, pragnąc nadać ramy racjonalności, ogłaszamy arcydziełem, tak jak miało to miejsce w przypadku Ernesto Sábato i jego Abaddona – Anioła Zagłady.

Urodzony w 1911 roku Ernesto Sábato to argentyński artysta, pisarz, eseista i malarz. W swoim dość burzliwym i długim życiu (zmarł w 2011 roku), był między innymi aktywistą komunistycznym. W 1933 jako sekretarz generalny młodzieżowych organizacji komunistycznych w Argentynie wyruszył na kongres w Brukseli przeciwko wojnie oraz faszyzmowi. Będąc w Europie przekonał się jak wygląda komunizm w wykonaniu radzieckim i od tej pory Sábato stał się zadeklarowanym wrogiem stalinizmu. Pobyt na Starym Kontynencie przeciągnął się dość znacznie, jako że młody Argentyńczyk rozpoczął pracę w Paryżu jako fizyk jądrowy – dane mu było działać wspólnie z Irène Joliot-Curie, córką Marii Skłodowskiej Curie. Sábato był świadkiem rozszczepienia uranu, z miejsca uświadamiając sobie jak niebezpieczna broń trafi wkrótce w ręce nieodpowiedzialnej ludzkości. Od 1940 roku Sábato pracował jako profesor fizyki na Uniwersytecie La Plata. W 1943 roku ostatecznie zakończył naukową karierę, poświęcając się pisarstwu oraz malarstwu. Jeśli chodzi o dokonania na polu literackim, to Ernesto Sábato, autor licznych esejów, jest także twórcą Tunelu (1948), O bohaterach i grobach (1961) oraz Abaddona - Anioła Zagłady (1974).

Ostatnia powieść Ernesto Sábato przytłacza już od początku lektury. Zamiast liniowo poprowadzonej fabuły z grupą bohaterów, czytelnik otrzymuje skomplikowaną, poszatkowaną mieszankę, w której fikcja w sposób nierozerwalny plącze się z niektórymi faktami z życia autora. Narrator z jednej strony stara się dopowiedzieć to, czego nie udało mu się chwycić w karby słów w poprzednich dziełach, z drugiej zaś strony powieść jest ambitną próbą wyrażenia wszystkiego, co wchodzi w skład współczesnego człowieka.

Czytając Abaddona – Anioł Zagłady nietrudno o uczucie, że świat, czy raczej ludzkość, którą mylnie utożsamiamy z całym globem, czy wręcz Wszechświatem (jakby to właśnie homo sapiens stanowił jego istotę) znajduje się na krawędzi zagłady. Człowiek poznał już zabójczo skuteczną moc płynąca z rozszczepienia jąder atomów, narodowi wybranemu zafundowano śmierć na skalę masową, prowadzoną z mechaniczną precyzją i skrupulatnością, a kolejne konflikty targają wieloma regionami kuli ziemskiej. Czyżby literacka fikcja, zrodzona z najbardziej mrocznych zakamarków umysłu pisarza przestała, zgodnie z tym co uważa Sábato, sprawdzać się w roli wentyla bezpieczeństwa dla zdrowia psychicznego społeczeństwa? Śledząc choćby prozę argentyńskiego pisarza właśnie, widać, że jest ona coraz bardziej rachityczna – tworom wyobraźni coraz częściej zaczyna towarzyszyć rzeczywistość transponowana do powieści na surowo. Czy zatem chaos odnajdywany na kartach powieści jest pochodną coraz większego zamętu, którego Sábato doświadcza w codziennym życiu, czy też jego źródłem?

Wydaje mi się, że właśnie pytanie o siłę sprawczą słowa pisanego jest kluczową kwestią w prezentowanej powieści. Sábato stawia wiele hipotez, prezentuje wiele faktów zarówno za jak i przeciw, bezsilnie miotając się i nie potrafiąc udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Bo skoro słowo ciałem się stało chociaż raz, to dlaczego nie można by tego wyczyny powtórzyć? Co stoi na przeszkodzie temu, by tylko w Jego doskonałości spróbować naśladować wielkoliterowego Boga? Rzecz jasna, nie każdy urodził się, by zostać rewolucjonistą, który negując zastany porządek rzeczy, pragnie go równocześnie zmieniać, ulepszać, poprawiać, nakierowywać na odpowiednie tory. Pewnym jest natomiast fakt, że twórca nie może przejść obojętnie wobec takiej jednostki, a już na pewno nie twórca, który swoją sztukę pragnie określać mianem rewolucyjnej.

Idąc typ tropem, Sábato momentami bardziej otwarcie, momentami ciut mniej stwierdza, że pisarstwo rewolucyjne powinno w jakikolwiek sposób wesprzeć Nowego Człowieka, przygotować dla niego grunt. Zatem warto pisać choćby po to, by uwiecznić coś godnego, coś, co zasługuje na pamięć – szczerą i bezinteresowną miłość, bezprecedensowy akt braterstwa, autentyczne uniesienia, popychające do czynów heroicznych, etc. Oczywiście każdy artysta sam musi zmierzyć się z fundamentalnym pytaniem dotyczącym celu swojej twórczości. Także do niego należy wybór tematu, któremu warto się poświęcić, chociaż wiadomo, że nie jest to rzecz łatwa – spośród całego grona zagadnień, po każdym ponownym przejrzeniu zawsze znajdzie się coś ważniejszego, istotniejszego, służącego bardziej wzniosłej idei – ale co jeszcze gorsze, nawet gdy już podejmiemy w naszym mniemaniu najlepszą decyzję, zawsze trafi się ktoś, dla kogo prezentowana kwestia nie będzie miała wielkiego znaczenia. Kogo mogą interesować np. zagadnienia możliwości poznawczych naszego aparatu umysłowego, jeśli nad jego głową wybuchają bomby? Zresztą trudno, szczególnie na pierwszy rzut oka, zaobserwować wyraźny wpływ literatury na nasze codzienne życie. Ile razy potęga słowa okazała się wystarczająca, by powstrzymać rozlew krwi? Ile razy pokarm duchowy był w stanie zaspokoić fizyczny głód? Rodzi się zatem pytanie – czy pisarz, albo bardziej ogólnie artysta, może czy też powinien odczuwać wyrzuty sumienia z powodu tego, że jego dzieło nie przysłużyło się w żaden sposób temu, by choć jedno dziecko na świecie nie umarło z głodu?

Ale zaraz, skąd takie wymagania względem literatury, skoro nawet nauka rzadko kiedy wykorzystuje cały wachlarz swoich nieprzeciętnych możliwości, by przysłużyć się ludzkości. W końcu mimo ciągłego rozwoju, mimo poszerzania granic naszej wiedzy, której macki zdają się penetrować każdy aspekt naszej egzystencji, człowiek nadal cierpi, posiada pragnienia niemożliwe do realizacji, odczuwa trudny do uśmierzenia ból psychiczny. Ba, oświaty kaganek, czyli potężna jasność rozświetlająca pomroki dziejów często trafia na usługi ślepej nienawiści, która pod płaszczykiem różnych idei nakazuje torturować, niszczyć, zabijać, eliminować bliźniego, który ośmiela się posiadać odmienne zdanie od naszego. Widzimy zatem, że zarówno dzieło sztuki jak i owoc nauki mogą przysłużyć się wyłącznie jako tępe narzędzia do rozłupania czaszki opornego oponenta. Sábato jest więc kolejnym, który dochodzi do smutnej konstatacji, że jako ludzkość, z punktu widzenia rozwoju naszej duchowości, mentalności nadal tkwimy na etapie naszych praprzodków, którzy większość konfliktów rozwiązywali za pomocą bicia się maczugami po głowie. Dziś, przy piorunującym tempie rozwoju technologii, potrafimy jedynie sprawniej pozorować konieczność naszych okrutnych działań, ale doświadczone oko szybko dostrzeże i zapłacze nad duchową nędzą współczesnej cywilizacji.

Ale co zabawniejsze, pomimo sztuki, kultury, nauki wciąż umieramy i nadal zadajemy sobie pytanie – dlaczego? Wielki i wszechmocny człowiek, którego z taką ochotą umieszczamy na samym szczycie ewolucyjnej drabiny w dalszym ciągu nie potrafi poradzić sobie z tym pozornie łatwym zagadnieniem. Są rzecz jasna sposoby, by odsunąć tę niewygodną kwestię. W społeczeństwie konsumpcyjnym uczestniczymy w obłąkańczym wyścigu szczurów, redukując ziemskie bytowanie do czystej fizjologii, z rzadka tylko skażonej instynktami wyższymi. Kluczowe jest jedzenie, sranie, ruchanie, ewentualnie wyszukane onanizowanie się w towarzystwie plastików o znamionach istot ludzkich, które w połączeniu z pracą, karierą, awansami oraz resztą trosk doczesnego życia, do których należą kredyt, sztuczne cycki i atrakcyjny wygląd pozwalają odczuwać przynajmniej pozorne poczucie sensu egzystencji, którą prowadzimy szybko, na złamanie karku, by przypadkiem nie zacząć dłużej nad nią rozmyślać. Ale pomimo tego raka kultury masowej, który toczy już niemal całą współczesną cywilizacją, nadal możemy natknąć się na ludzi, którzy spokój ducha odnaleźli w fakcie, że możliwa jest jeszcze śmierć w imię CZEGOŚ. I podobnie jak religia, tak literatura stara się zbliżyć do tajemnicy tego ABSOLUTU, na ołtarzu którego potrafimy złożyć własne życie.

Przeraża zatem wizja twórcy, którą roztacza przed nami Sábato, szczególnie dla osobników, którzy tym mianem pragną się określać. Bowiem dla argentyńskiego pisarza, obowiązkiem artysty dojrzałego i świadomego zarówno własnego talentu jak i odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże jest szeroko rozumiana służba drugiemu człowiekowi. Dowolna historia – klęski, upadków oraz wzlotów, wielkiej nadziei – może przecież obejmować zmagania ze swoimi słabościami całej ludzkości. Dzieło prawdziwie wielkie, proza monumentalna może służyć poszukiwaniom sensu istnienia, być pocieszeniem w niedoli, kierunkowskazem, wreszcie przeczyć słowom samego Sábato, że literatura może być wyłącznie świadkiem, bezsilnym świadkiem. Z tego względu twórczość nie może, absolutnie nie może być zawężana tylko do wartości estetycznych – wówczas staje się tylko pustą i bezproduktywną błazenadą. Sam artysta nie powinien także szukać poklasku, tworzyć z niskich pobudek. W przypadku pisarzy, za pióro winni chwytać jedynie Ci, którzy mają do przekazania coś wartościowego.

Wymagania stawiane przez profesora Sabato wydają się dość przytłaczające, ale jeśli pobieżnie rzucimy okiem na literaturę iberoamerykańską z tego okresu, to szybko uzmysłowimy sobie, że właśnie w tym duchu tworzyli tacy mistrzowie słowa jak Julio Cortázar czy Llosa. Ich proza to głośny sprzeciw wobec społecznej niesprawiedliwości, krzyk oburzenia wobec nieludzkich metod łamania oporu, do którego uciekały się prawicowe junty wojskowe, wspierane finansowo przez USA. To właśnie lewicowi artyści z Ameryki Łacińskiej skrupulatnie ujawniali absurdy amerykańskiej demokracji i jej opaczne umiłowanie wolności, które objawiało się w traktowaniu napalmem wietnamskich wiosek, linczach na czarnoskórych obywatelach USA, posądzonych o niemoralny kontakt z białą kobietą, łożeniu ogromnych kwot na konta wojskowych dyktatorów, którzy ochoczo podejmowali krwawe działania, by powstrzymać rozprzestrzenianie się komunistycznej zarazy.

Proza Sábato jest równie mocna, szczera i bezkompromisowa. Czytelnik otrzymuje zatem szczegółowy i wyczerpujący (nie tylko ciekawość ale i psychikę) opis tortur, którym poddawano klienta podejrzanego o współpracę z lewicową partyzantką, precyzyjne wyjaśnienie na czym polega mordercza skuteczność napalmu, gęstej oleistej cieczy, która w zetknięciu z człowieczą skórą spala ją na wiór, czy metodyczną charakterystykę ciała, czy raczej tego co z niego zostało, po godzinach fizycznego znęcania się, tarzania w fekaliach oraz rażeniu prądem. W obliczu wszystkich prezentowanych okropności, coraz trudniej wątpić w fascynującą teorię doktora Alberto J. Gandulfo, której nie będę zdradzać – wspomnę jedynie, że posiada ona pewne cechy wspólne z ideami prezentowanymi przez noblistę José Saramago na łamach powieści Ewangelia wg Jezusa Chrystusa i idealnie tłumaczy całe szaleństwo, które ogarnęło świat, odkąd pojawił się na nim człowiek.

Reasumując, Abaddon – Anioł Zagłady to lektura tyleż znakomita, co wymagająca. Książka, często określana jest mianem zapisu niepokojów dręczących pisarza, jego obsesji i szaleństw. Ujawnia się to szczególnie w warstwie stylistycznej powieści, która pod tym względem stanowi prawdziwy misz-masz. Pojawia się zarówno pierwszo- jak i trzecioosobowy narrator, wydarzenia oglądane są z perspektywy kilku różnych bohaterów, akcja rozciągnięta jest na przestrzeni kilkunastu lat, często cofa się, po czym wykonuje gwałtowne skoki do przodu. Nie brakuje wspomnień, retrospekcji, notatek z pamiętnika samego Ernesto Che Guevary, wycinków z prasy popularnej, listów do redakcji serialowych tasiemców z prośbą o takie a nie inne potraktowanie głównego bohatera, etc. Z tego powodu bardzo łatwo o poczucie zagubienia. Lekturę dodatkowo utrudnia fakt, że pojawiają się w niej odwołania do dwóch wcześniejszych powieści Sábato, Tunelu oraz O bohaterach i grobach. Ich znajomość nie jest co prawda konieczna, ale przypuszczam, że niektóre kwestie ujrzane pod innym kątem, mogłyby okazać się ciut bardziej zrozumiałe. Ale nawet tylko na podstawie Abaddona – Anioła Zagłady, Ernesto Sábato jawi się jako twórca nieprzeciętny, który urodził się z klątwą niegodzenia się z rzeczywistością, w której przyszło mu żyć.

P.S. Wspomniane powyżej wymagania wobec prawdziwej literatury wiążą się rzecz jasna także z krytyką płodów, które w mniemaniu narratora (wydaje mi się, że śmiało możemy go utożsamiać z samym Ernesto Sábato) na to miano nie zasługują, a roszczą sobie takie prawa. W ten właśnie sposób oberwało się m.in. Robbe-Grilletowi, Henry’emu Millerowi czy samemu Joyce’owi. Poniżej kilka fragmentów:

Raz na zawsze pozostańmy sobą. Niechaj pan Robbe-Grillet nie poucza nas, jak należy robić powieść. Niech nas zostawi w spokoju.

Od kiedy hołota może czytać po hiszpańsku Joyce’a i Henry’ego Millera i stwierdziła, że owi geniusze popuścili cugli na całego, nastąpiło ogólnie rozwydrzenie i uwierzyli, że wszystko jest tylko kwestią przeniesienia na papier całych ścian klozetów publicznych Buenos Aires (…). Przy pomocy długopisu i kartki papieru (wystarczy umieć czytać i pisać) albo japońskiego magnetofonu ustawionego w jakiejś pizzeria de faubourg opiszesz z najdrobniejszymi szczegółami, jak to na jakimś podwórku w Villa Soldati pieprzyli narzeczoną, i puścisz sobie znakomitą powieść, która stanie się jednym z najgłośniejszych bestsellerów ostatnich pięćdziesięciu siedmiu minut.

 Cóż mam powiedzieć. Facet [Joyce] sobie wynalazł coś na kształt odrzutowca i w ciągu następnych pięćdziesięciu lat sto tysięcy pisarzy coraz mniejszego kalibru poświęcało się wprowadzaniu zmian do popielniczek i kapelusików stewardes. Nazywają to Uczestnictwem w Rozwoju Współczesnego Lotnictwa. (…) Nieskończona ilość rachitycznych spadkobierców Joyce’a powiązanych więzią krwi poprzez synów i kuzynów, wnuków, bratanków i prawnuków tego rozpłodowego ogiera.

czwartek, 16 maja 2013

  Tytuł: Okładka książki Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopiiCzarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii

  Autor: John Gray

  Wydawnictwo: Znak

  Liczba stron: 368

  Cena: 35,90 zł

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

 

John N. Gray, urodzony w 1948 roku, to znany angielski filozof, zajmujący się również politologią oraz publicystyką. Uchodzi za jednego z najpopularniejszych współczesnych myślicieli, a za jego nauczycieli, uważa się sir Isaiaha Berlina oraz Michaela Josepha Oakeshotta. W tym miejscu pragnąłbym zaznaczyć, że John N. Gray nie ma absolutnie nic wspólnego z Amerykaninem Johnem Grayem, autorem bestsellerowej książki Mężczyźni są z Marsa, Kobiety z Wenus. Przypadkowa zbieżność wynikająca z ogromnej popularności imiona John oraz nazwiska Gray po obu stronach oceanów (w samym tylko XX wieku narodziło się około 20 Johnów Grayów na tyle sławnych, że wspomina o nich źródło wiedzy wszelakiej - Wikipedia).

Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii to znakomity esej Johna N. Graya, będący przenikliwą analizą myślenia utopijnego, które w mniemaniu autora odpowiedzialne jest za największe tragedie, jakie dotknęły ludzkość.

Utopia (z języka greckiego ou - "nie", topos - "miejsce", czyli "miejsce, którego nie ma") to projekt idealnego ustroju politycznego, który funkcjonuje na zasadach sprawiedliwości, solidarności oraz równości, gdzie wszyscy obywatele cieszą się wolnością oraz szeroko rozumianym szczęściem. Termin ten został ukuty przez Tomasza Morusa, autora dzieła pt. Utopia, opublikowanego w 1516 roku (co ciekawe dzieło Morusa tłumaczone jest niekiedy jako eutopia, gdzie eu oznacza dobry, pomyślny). Jednak korzenie utopii są znacznie starsze – już platonowskie Państwo poszukuje rozwiązań harmonijnego funkcjonowania społeczeństwa. Utopijną ideą jest także Królestwo Niebieskie, głoszone przez Jezusa oraz jego uczniów. W mniemaniu autora, nauczanie Jezusa, szczególnie z etycznego punktu widzenia, tj. broniące słabszych oraz wyrzutków, jest bezprecedensowe oraz godne uwagi. Jednocześnie jednak Jezus nauczający o powstaniu z martwych oraz przeniesieniu się do królestwa, w którym nie ma chorób fizycznych, psychicznych oraz całego doczesnego zła jest wieszczem eschatologii, tj. sposobu myślenia o historii ludzkiej jako rzeczy skończonej, ostatecznej. Wg Jezusa nadejście Królestwa Niebieskiego jest bliskie – nastąpi koniec świata w jego obecnej formie i zostanie on zastąpiony bytem lepszym i doskonalszym. Historia ludzka nie jest zatem postrzegana ani jako koło, cykl powtarzających się wydarzeń, ani jako relacje przyczyna-skutek, ale jako proces, który ma zarówno swój początek, jak i finisz, do którego nieuchronnie zmierza. Stąd właśnie bierze się myślenie apokaliptyczne, które jest podwaliną całej zachodniej myśli filozoficznej, a echa tej idei sięgają naszych czasów. Właśnie na tej po części obrazoburczej dla chrześcijan tezie został oparty cały esej Johna N. Graya, w którym autor przedstawia zagrożenia oraz niebezpieczeństwa wynikające z myślenia utopijnego.

Chrześcijaństwo, to w mniemaniu autora pierwsza religia, twierdząca, że historia to proces teleologiczny. Życie człowieka, czy może ogólnie, egzystencja całej ludzkości ma z góry ustalony cel, po osiągnięciu którego nastąpi definitywny koniec, rozumiany jako przeznaczenie, destynacja. Dla wybranych będzie wiązało się to ze zbawieniem i życiem wiecznym, dla reszty będzie to ostateczne i nieodwołalne potępienie. Diametralnie inną filozofię charakteryzuje szczególnie myśl wschodnia. W religiach hinduistycznych, czy buddyzmie, życie ludzkie rozumiane jest wyłącznie jako krótki moment w nieskończonym, kosmicznych cyklu, odpowiednikiem zbawienia jest natomiast wyzwolenie się z pęt powtarzających się reinkarnacji. Byt człowieczy nie jest w żadnej mierze lepszy niż byt jakiegokolwiek innego stworzenia. Wg autora cała współczesna filozofia zachodnia w głównej mierze ukształtowana została przez chrześcijaństwo na czele z eschatologią, natomiast fundamentem obecnych kultur wschodnich są prądy buddyjskie. O tym, że religie Wschodu oraz Zachodu różnią się znacząco można się przekonać śledząc ich wpływ na konflikty zbrojne. Otóż buddyści nie wszczęli żadnej wojny na tle religijnym – zgodnie z ich koncepcją zło jest cechą immanentną zastanego świata, której nie można pozbyć się definitywnie. Dobre życie polega na tym, by tego zła nie powiększać, by go unikać, o ile to możliwe. Jako działanie pozytywne rozpatrywane jest takie, które nie powoduje eskalacji zła. Religia chrześcijańska opiera się natomiast na założeniu, że zło, to czynnik, który jest możliwy do wyeliminowania, wykorzenienia. Człowiek jest z natury istotą dobrą i powinien on podejmować trudy i starania, by zło usunąć ze swojego życia. Wydaje się, że Św. Augustyn, który początkowo był wyznawcą manichenizmu, systemu religijnego opartego w ogromnej mierze na dualizmie, tj. tezie, że świat to arena bezustannej walki światła i ciemności, a więc dobra ze złem, poprzez wprowadzenie pojęcia grzechu pierworodnego ograniczył nieco chrześcijańską eschatologię, ale i tak nie wiązało się to z wykorzenieniem przekonania o konieczności rozszerzania religijnych wpływów. Chrześcijaństwo, które głosi, że celem człowieka jest zbawienie, stara się zanieść dobrą nowinę do każdego. Wiara w możliwość definitywnego wyplenienia zła wiąże się z potrzebą działalności misyjnej, tj. nawracaniem niewiernych. W średniowieczu, czy za czasów Inkwizycji, wszelkie odstępstwa od wiary były bezlitośnie tępione. Tak naturalne i oczywiste wręcz pozbawianie życia heretyków nierozerwalnie wiązało się z przekonaniem, że lepiej jest zginąć na ziemskim padole, niż nie nawrócić się i cierpieć wieczne męki w piekle.

Myśl chrześcijańską cechuje również oczekiwanie na bliski koniec czasów, świata, etc. Idea te jest szczególnie silna wśród millenarystów, tj. chrześcijan wierzących, że Jezus powróci na ziemię, by władać nią przez tysiąc lat (milenium). Wg Graya to właśnie połączenie obu tych przekonań, tj. wiary, że historia to proces teleologiczny, a ludzkość rozwija się nie tylko z technologicznego, ale i z duchowego punktu widzenia oraz ufność, że nadejście nowego, lepszego świata można przyspieszyć oraz, że taki lepszy świat jest w ogóle możliwy, jest podwaliną do myślenia utopijnego. Autor bardzo błyskotliwie wykazał, że niemal wszystkie współczesne prądy polityczne, określane przez niego mianem świeckich religii, czy też religii politycznych, jedynie przetwarzały wierzenia millenarystyczne, starając się im nadać naukowy charakter. Wg Graya religią polityczną był czy też jest jakobinizm, bolszewizm, nazizm a nawet neoliberalizm.

Równie interesujące są rozdziały, w których autor rozlicza się z wojną rozpętaną w Iraku za czasów George’a Busha. Trzeba przyznać, że Gray poddaje bezlitosnej krytyce niemal wszystkie działania, które podjęła ówczesna administracja byłego już prezydenta USA. Natomiast sama próba zbrojnej interwencji oraz towarzyszące jej przekonanie, że Irak można w ciągu zaledwie kilku lat przekształcić w demokrację liberalną na wzór amerykańskiego odpowiednika, to w mniemaniu autora właśnie przejaw myślenia millenarystycznego. Na przykładzie Iraku, kraju, który po zbawiennej akcji Amerykanów stał się państwem balansującym na krawędzi anarchii, Gray znakomicie uwypukla wszelkie zagrożenia oraz ograniczenia, którego wynikają oraz wiążą się z myśleniem millenarystycznym.

Reasumując, Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii to bardzo obszerny i rzetelny esej czołowego brytyjskiego myśliciela Johna N. Graya. Tezy przedstawione przez autora są momentami dość zaskakujące oraz bardzo oryginalne, nie brakuje również twierdzeń odważnych (jak choćby wiązanie oświecenia z nazizmem). Należy jednak oddać Grayowi, że dał on popis akrobatycznych wręcz umiejętności argumentacji i w sposób klarowny oraz zrozumiały przedstawił dowody, na potwierdzenie swoich teorii. Przyznaję, że autor zaimponował mi erudycją oraz rozległą wiedzą, zarówno historyczną jak i dotyczącą wydarzeń współczesnych. Gray w swoim eseju przywołuje m.in. cytaty Hellera, czy Miłosza, pisząc na temat komunizmu. Ponadto pojawia się wiele adresów stron internetowych, na których możemy znaleźć przemówienia, czy pisma, do których się odwołuje. Pozytywnie zaskoczyło mnie również samo zakończenie. Mimo nieprzychylności wobec myślenia millenarystycznego oraz podkreślanego ateizmu, Gray jednoznacznie stwierdza, że z życia ludzkiego nie można wyeliminować religii, która jest tak samo ważna jak i nauka. Zwraca natomiast uwagę, że religia powinna być postrzegana bardziej jako akceptacja tajemnicy, niż próba wyjaśnienia absolutnie wszystkiego.

Przesłanie, które niesie ze sobą Czarna msza jest w gruncie rzeczy dość oczywiste i zaskakująco proste. Człowiek to istota ułomna oraz niedoskonała. Niemożliwe jest zatem, aby stworzenie to było w stanie stworzyć królestwo wiecznej szczęśliwości. Odpuśćmy sobie próby wprowadzenia utopii do naszego świata – dzięki temu życie nasze oraz w szczególności życie naszych bliźnich będzie o wiele szczęśliwsze.

P.S.

Książkę Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii miałem przyjemność przeczytać dzięki Dadzie. Pozycję wygrałem w jednym z organizowanych przez niego konkursów.



poniedziałek, 17 grudnia 2012

Okładka książki Trafny wybór

  Tytuł: Trafny wybór

  Autor: J.K. Rowling

  Wydawnictwo: Znak

  Liczba stron: 504

  Cena: 39,99 zł

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

 

Po oszałamiającym sukcesie Harry’ego Pottera, brytyjska pisarka J.K. Rowling ponownie chwyciło za pióro i wydała na świat książkę, która ani z Hogwartem, ani nawet z magią nie ma absolutnie nic wspólnego. Do Trafnego wyboru, bo taki nosi tytuł najnowsze dzieło Rowling, początkowo podchodziłem bardzo sceptycznie. O mojej niechęci decydowała przede wszystkim medialna otoczka, wytworzona wokół powieści, bezustanne bombardowanie reklamami, zapewnieniami, że mamy do czynienia z arcydziełem, bestsellerem wszech czasów. Nie wiem czy w ogóle zdecydowałbym się na lekturę tej książki, ponieważ kieruję się zasadą, że im coś bardziej medialne, tym słabsze, gdyby po raz kolejny z odsieczą nie przyszedł portal lubimyczytac.pl. Otrzymałem propozycję moderowania dyskusji na temat Trafnego wyboru, na co przystałem, za co otrzymałem egzemplarz powieści. Dziś już wiem, że mój wybór był słuszny  (powinienem chyba rzec trafny) i bardzo się cieszę, że zapoznałem się z historią opowiedzianą przez panią Rowling.

Wydarzeniem, które zapoczątkuje całą fabułę jest śmierć Barry’ego Fairbrothera, członka Rady Gminy, mieszkańca małego miasteczka Pagford. W owej niewielkiej mieścinie, gdzie wszyscy w mniejszym lub większym stopniu się znają, sporo się dzieje ostatnimi czasy. Głównym tematem dyskusji, ogniskiem zapalnym sporów jest patologiczne osiedle Fields, w którym królują narkomani, prostytutki oraz zdegenerowana młodzież. Fields, symbol wszelkiego zła, traktowane jest jako niechciana narośl, rak pożerający zdrową i piękną tkankę sielankowego obrazka Pagford. Ponieważ nie lubiane osiedle znajduje się na granicy z innym miastem, Yarvil, zdecydowana większość członków Rady Gminy dąży do tego, aby pozbyć się zbędnego balastu poprzez przyłączenie Fields do Yarvil. Barry Fairbrother, wywodzący się z owej jaskini zła, należał do mniejszościowej frakcji, która opowiadała się za pozostawieniem Fields w obrębie Pagford oraz świadczeniem realnej pomocy mieszkańcom osiedla poprzez terapie odwykowe oraz szeroko pojętą resocjalizację. Śmierć Barry’ego powoduje, że w Radzie Gminy pojawia się tymczasowy wakat (The casual vacancy, to oryginalny, angielski tytuł powieści). Dla przeciwników Fields to idealna okazja, aby raz na zawsze pozbyć się kolebki plugastwa, z kolei zwolennicy radnego Fairbrothera, głównie przez wzgląd na jego charyzmatyczną postać, czują się odpowiedzialni za kontynuację ambitnego dzieła zmarłego przyjaciela. Jednym słowem rozpoczyna się walka o upragniony wakat, walka, która dotknie praktycznie każdego z mieszkańców Pagford.

J.K. Rowling

Rowling bardzo starannie wykreowała postacie kolejnych bohaterów, których w całej powieści jest całkiem sporo. Co ważne, wszyscy odznaczają się dużą dozą autentyzmu, motywy ich działań zostały drobiazgowo przedstawione, tak, że nie traktuje się ich jak papierowych postaci, a po prostu ludzi, ze swoimi marzeniami, uprzedzeniami, sposobem myślenia, którzy dążą do osiągnięcia swoje prywatnego szczęścia. Rowling znakomicie oddała również małomiasteczkowy klimat, panujący w Pagford. Brak poczucia anonimowości, plotki, ploteczki, stanowiące główną rozrywkę starszych mieszkańców, uczucie ciasnoty oraz chęć wyrwania się w przypadku młodych. Do tego lęk i nieufność przed nieznanym, podejrzliwie i początkowo wrogie traktowanie obcych bądź nowo przybyłych, którzy muszą wkupić się w łaski najbardziej szacownych obywateli, by zostać w pełni zaakceptowanym. Wreszcie drobne sekrety, skrywane za zamkniętymi drzwiami ciche tragedie rodzinne, czy podwójna moralność świetnie uzupełniają cały obraz. Przekonujemy się, że w powieści brakuje postaci nieskazitelnych, wybielonych, dobrych do szpiku kości. Nie ma też typowych czarnych charakterów, dzięki czemu bohaterowie nie są utrzymani w czarno-białej konwencji. Trzeba jednak przyznać, że Rowling skupiła się głównie na bardziej mrocznych stronach osobowości, szczególnie podkreślając słabości oraz wady, przez co wielu bohaterów sprawia wrażenie niesympatycznych. Wyjątkiem jest postać zmarłego Barry’ego Fairbrothera, który na podstawie wspomnień przyjaciół jawi się jako uwielbiany przez wszystkich, szlachetny obrońca uciśnionych, posiadający gorącą wiarę w każdego człowieka. Ale nawet Barry nie jest idealny, o czym wspomina jego żona Marry, wypominając mu, że zbyt mało czasu poświęcał jej oraz córkom, zaniedbując przez to żar domowego ogniska.

Świat przedstawiony bogaty jest w bohaterów, należy przy tym podkreślić, że kluczową rolę w powieści odgrywają nastolatki. To na nich swoją uwagę koncentruje pisarka, prezentując brutalnie szczery obraz obecnego pokolenia. Nie ma tu mowy o żadnym koloryzowaniu, czy idealizowaniu. Ale trywialny i uproszczony obraz pt. wulgarność, seks oraz używki to na pewno nie coś, co zaserwowała nam Rowling. Na przykładzie Sukhvinder Parminder, córki hinduskich imigrantów, widzimy jak trudne jest życie z przypiętą łatką odmieńca, jak bezlitośni potrafią być rówieśnicy prześcigający się w wyśmiewaniu cichej i nieśmiałej nastolatki. Dzięki Sukhvinder widzimy również mechanizmy myślenia młodych ludzi, dla których Internet jest integralną częścią rzeczywistości. Sukhvinder, gdy na jej facebookowym profilu zaczynają się pojawiać obraźliwe fotografie i komentarze, nie bierze nawet pod uwagę najprostszej opcji, aby zamknąć swoje konto, kładąc w ten sposób kres działalności cyberprzestępcy. Stuart Fats to szkoleniowy egzemplarz konformisty, znudzonego wygodnym życiem, jakie przypadło mu w udziale. Prowadząc, zahaczające w niewielki stopniu o filozofię, rozważania, próbuje odnaleźć w swojej egzystencji znamiona autentyzmu. Prowadzi to jednak do samych wynaturzeń, które tłumaczy za pomocą moralności wymyślanej na potrzebę chwili. Przyjaciel Fatsa, Andrew Price to nieco skryty i zakompleksiony pryszczaty młodzieniec, który żyje w cieniu swojego znienawidzonego, agresywnego i nadpobudliwego ojca Simona. Głowa rodziny Price’ów, życiowy nieudacznik i odludek, nie cierpi, kiedy świat działa mu na przekór, a jedynym sposobem, by wyładować złość jest bezmyślna przemoc, która dotyka szczególnie najbliższych.

Ale nie tylko Andrew nie przepada za swoim rodzicielem. Konflikt na linii młodego pokolenia oraz rodziców to równie ważny temat powieści. Swojej córki, Sukhvinder, nie potrafi zrozumieć matka, Jawanda. Członkini Rady Gminy, lekarka, żona przystojnego i czarującego chirurga Vikrama nie może znieść myśli, że jej pociecha nie jest tytanem intelektu. Do głowy nie przychodzi jej, że córka może nie pójść na studia, marnując życie w uwłaszczającej pracy. Stąd bezustanna krytyka oraz ogromne wymagania stawiane przed Sukhvinder, które zasłaniają matce dramat, jaki przeżywa córka. Najbardziej wyrazista bohaterka książki, Krystal Weedon, szkolny postrach grzecznych dziewczynek, nie cierpi swojej matki narkomanki, którą nie bezpodstawnie zresztą oskarża o to, że nigdy nie miała szansy wychowywać się w normalnej rodzinie. Autorka nie omieszka jednak wspomnieć i o dzieciństwie Terri, matki Krystal. Przekonujemy się, że Terri jest również ofiarą swoich rodziców, której po prostu zabrakło sił do dalszej walki o godne życie. Wreszcie Stuart regularnie kpi z własnego ojca, szkolnego wicedyrektora, cierpiącego na nerwicę natręctw. Fats uważa go za słabego, lękającego się życia, bezradnego staruszka, a całą sytuację niepotrzebnie komplikuje żona i matka Tessa, szkolna pani pedagog, która nie potrafi poradzić sobie z własnym życiem rodzinnym.

Poprzez szczegółowe ukazanie relacji panujących pomiędzy oboma pokoleniami, Rowling obnaża całą obłudę, fałsz i hipokryzję, w których pławi się świat dorosłych, ludzi starających się uchodzić za autorytety, podczas, gdy nie potrafią nawet przyznać się do popełnianych przez siebie błędów. Okazuje się, że dzieci większość swoich negatywnych zachowań czerpią właśnie od swoich rodziców, niekiedy bezwiednie powielając ich błędy, przejmując od nich pewne schematy myślowe, podejście do danych zagadnień i problemów. Niedomówienia, brak chęci wzajemnego zrozumienia, uprzedzenia stają się zarzewiem konfliktów, które wstrząsają Pagford.

Pagford, przez jednych uwielbiane i traktowane jako ziemski odpowiednik Raju, przez innych nie cierpiane zostało przedstawione jako mikrocywilizacja. Rowling świetnie uchwyciła interakcje, w które wchodzą mieszkańcy tej niewielkiej mieściny, rozpuściła kilka wątków fabularnych, które pod koniec książki efektownie spina w logiczną całość. Z wielką wprawą oddała również małomiasteczkowy klimat Pagford, w którym często, tak jak w przypadku rodziny Mollisonów, panuje ksenofobia, lęk przed nieznanym, przed obcymi, przed innymi kulturami. Odruchem obronnym okazuje się brak poszanowania oraz poczucie wyższości wobec wszystkiego, co w jakikolwiek odbiega od ustalonego schematu. Należy zaznaczyć, że pisarka skoncentrowała się głównie na negatywnych cechach tego typu mikrospołeczności, których uosobieniem w powieści jest Shirley Mollison, żona przewodniczącego Rady Gminy Howarda. Odrażająca staruszka, mściwa, spragniona plotek, złakniona wieści o cudzych niepowodzeniach, fałszywa, nie rejestrująca faktów, które nie odpowiadają jej wizji rzeczywistości, reprezentuje sobą, to co najgorsze w Pagford. Niejakim przeciwieństwem wydaje się być zmarły Barry, cieszący się wśród mieszkańców ogromną estymą, dusza towarzystwa, trener szkolnej drużyny wioślarskiej, znakomity pedagog, potrafiący dotrzeć nawet do najtrudniejszych dzieciaków, do których z pewnością należy zaliczyć Krystal. Fairbrother momentami bardziej przypomina ideę, symbol, drogowskaz, który udowadnia, że kontakt z dorastającym pokoleniem jest możliwy, a życie dzieci oraz rodziców, uczniów i nauczycieli, nie musi upływać na ciągłej walce i konfliktach.

Trafny wybór to z pewnością pozycja bezkompromisowa, która ośmiesza i demaskuje nas, na co dzień praworządnych mieszkańców swoich miasteczek, osiedli, blokowisk, skrywających w domowych zaciszach swoje wstydliwe sekrety. Łatwo wysnuć przypuszczenie, że Rowling stara się nam uświadomić, że wszyscy w mniejszym lub większym stopniu jesteśmy pagfordczykami. Jednocześnie podkreśla, że to od nas zależy w ogromnej mierze zależy, jak będzie wyglądać nasza egzystencja. Proza, którą zaprezentowała pisarka jest dojrzała, a obraz małego miasteczka tak uniwersalny, że bez problemu możemy szukać podobieństw pomiędzy nim, a naszą codziennością. Równocześnie Rowling zwróciła uwagę, że mimo rzekomego, cywilizacyjnego postępu, nadal nie jesteśmy w stanie zagwarantować wszystkim równego startu w życiu. Wielu ludzi, pokroju Krystal czy Terri, z góry skazanych jest na niepowodzenie i porażkę, na egzystencję pełną bólu i przemocy.

Jednym słowem, J.K. Rowling ogromnie mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się po niej, że może ona napisać tak dobrą i wielopłaszczyznową książkę. Nie wiem jak wam, ale mnie bardzo przypadł do gustu Trafny wybór i z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła pióra pani Rowling.

środa, 12 grudnia 2012

Okładka książki Święto kozła

  Tytuł: Święto kozła

  Autor: Mariano V. Llosa

  Wydawnictwo: Znak

  Liczba stron: 524

  Cena: 34,00 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 Śledząc nieco baczniej historię poszczególnych krajów Ameryki Łacińskiej, można dojść do przekonania, że nie ma praktycznie państwa na tym kontynencie, którego ludność nie doświadczyłaby wątpliwej przyjemności znalezienia się w obszarze władzy dyktatorskiej. Sympatyzujący z nazistowskimi Niemcami, udzielający schronienia samemu doktorowi Josefowi Mengelemu, Alfredo Stroessner Matiauda sprawował przez 35 lat władzę w Paragwaju; Jorge Rafael Videla Redondo, za którego rządów w Argentynie zniknęło jakieś 30 tysięcy osób w latach 1976 – 1981 piastował urząd prezydenta; Augusto José Ramón Pinochet Ugarte mogący pochwalić się nie lada kreatywnością, za przykład której może posłużyć przemianowanie głównych stadionów w Chile, w tym słynnego Estadio Nacional de Chile na obozy koncentracyjne, przez 16 lat był prezydentem kraju. I tak dalej, i tak dalej. Można by jeszcze długo wymieniać kolejne nazwiska oraz dopisywać do nich zasługi. Każdy z tych przypadków jest na swój sposób wyjątkowy, niepowtarzalny, ale jeśli na działania poszczególnych dyktatorów spojrzy się z perspektywy czasu, oceni się ich dokonania, to widać, że mechanizmy sprawowania władzy, stosunek do politycznych oponentów, podejście do kwestii takich jak wolność słowa, czy humanitaryzm, są w gruncie rzeczy bardzo podobne. W swojej książce Święto kozła, peruwiański pisarz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury z roku 2010, Mario Vargas Llosa zaserwował nam rzetelne studium życia codziennego obywateli najróżniejszych klas oraz politycznych opcji w takim dyktatorskim okresie. Napisana w 2000 roku powieść traktuje o krwawych i brutalnych rządach dyktatora Republiki Dominikańskiej, Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny.

Urania Cabral, córka Augustina Mądrali Cabrala, jednego z najważniejszych dygnitarzy w rządzie Trujillo Moliny, po ponad trzydziestu latach postanawia powrócić na rodzinną wyspę, którą opuściła w wieku 19 lat. Jest to jej próba konfrontacji z przeszłością, rozliczenia się z nią oraz pojedynek z własnymi fobiami sprzed lat. To także swoiste katharsis, ponieważ rodzina Uranii nareszcie dowie się, co tak mocno wpłynęło na psychikę bardzo młodej podówczas dziewczyny, że z dnia na dzień zdecydowała się ona porzucić bez pożegnania wszystko, co znała i kochała – dom, ojca, krewnych oraz całkiem wygodne życie, które do tej pory prowadziła.

Plakat wyborczy Trujillo

Llosa nie byłby jednak sobą, gdyby fabułę całej książki spłycił jedynie do retrospektyw Uranii, pozostając przy tym jednym wątku. Pisarz z rozmachem oraz pieczołowitością tworzy bardzo wierny obraz dyktatury Trujillo Moliny, w skład którego wchodzi bardzo wiele wydarzeń oraz postaci. W efekcie poznajemy cały panteon dominikańskiej władzy w tamtym okresie, najwierniejszych sług reżimu, do których należeli m.in. ojciec Uranity, Augustin Mądrala Cabral, Chiniros Moczymorda Konstytucjonalista, marionetkowy prezydent republiki Balaguer, czy okrutny i bezduszny, nie cofający się przed niczym w zwalczaniu politycznych oponentów, szef aparatu bezpieczeństwa Garcia Abbes. Llosa znakomicie wniknął w te struktury władzy, ukazując, jak Trujillo Molina, zwany popularnie Szefem bądź Generalissimusem potrafił kontrolować wszystkich swoich podwładnych w niemal każdym aspekcie życia. Przekonujemy się, że to właśnie Szef był jedyną i prawdziwą władzą na Dominikanie. Był niczym wszechpotężny Bóg, który uwielbiał osądzać i karać, a także prowadzić misterne gierki, mające na celu utrzymanie w stanie ciągłego konfliktu swoich ludzi. To od niego zależała kariera każdego polityka, działacza, wojskowego. To za jego pozwoleniem jego podwładni mogli się bogacić, oszukiwać, czy kraść. Trujillo bardzo lubił manifestować swoją wszechmoc poprzez regularne testy lojalności swoich podwładnych, wyciągając swoje brudne ręce po to, co stanowiło dla nich największy skarb.

Llosa prezentuje nam również drugie oblicze tyrana, który za jego sprawą wreszcie zaczyna jawić się nam jako człowiek z krwi i kości z mnóstwem wad, słabości oraz kompleksów. Pisarz bardzo udanie portretuje Trujillo Molinę i serwuje nam historię, która moglibyśmy z powodzeniem przypisać niemal każdemu dyktatorowi. Dojście do władzy na fali niezadowolenia społecznego za rządów poprzedniej władzy, okres nadziei i oczekiwań, całkiem szczere i raczej dobre chęci wydźwignięcia kraju z recesji oraz utworzenia stabilnego i niezależnego państwa, zdecydowane, niekiedy brutalne działania skierowane w opozycję, ale nadal jeszcze zrozumiałe i po części akceptowalne, jeśli weźmie się pod uwagę osiągnięty dzięki nim sukces ekonomiczny i wreszcie czas, kiedy władza zaczyna powoli stawać się celem samym w sobie, a wszelkie działania dyktatorskie mają na celu jedynie utrzymanie się na stołku. Llosa pięknie opowiedział historię upadku kolejnego tyrana, udowadniając po raz kolejny, że każdy rodzaj władzy deprawuje, a władze absolutna niszczy w człowieku ludzkie instynktu w stopniu najwyższym.

Dzięki książce poznamy również sylwetki zamachowców, którzy 30 maja 1961 roku podjęli udaną próbę usunięcia Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Dowiemy się zarówno o przebiegu przygotowań, będziemy także świadkami wydarzeń, które doprowadziły Antonio Imberta, Octavio De la Mazę, Amadito Garcię oraz Salvadora Estrellę Sahdala to podjęcia tak dramatycznych kroków, przekonamy się także, że praktycznie każdy mieszkaniec Dominikany był zależny od reżimu Trujillo w mniejszym lub większym stopniu. Przed nami rozciągnięta zostanie skomplikowana panorama codziennej rzeczywistości Dominikany, na tle której zdecydowanie łatwiej będzie nam zrozumieć pobudki, którym kierowali się zabójcy.

Samochód, w którym Trujillo został zamordowany

Książkę Llosy, która w ogromnej mierze oparta jest na faktach, czyta się znakomicie. Wiarygodności opisywanych wydarzeń dodają tematy trudne, których peruwiański pisarz wcale nie zamierza omijać. Z przerażającą starannością opisuje on tortury, którym zostali poddani zamachowcy oraz wszyscy inni ludzie, podejrzani o jakikolwiek udział w zamordowaniu Generalissimusa, wśród których wielu niesłusznie straciło życie. Nie zabraknie również historycznych ciekawostek, nie sformułowanych jawnie, ale dość czytelnych oskarżeń, m.in. pod adresem USA, które do czasu nieudanego zamachu na prezydenta Wenezueli, było jednym z kluczowych sojuszników Dominikany. Llosa odsłoni również przed czytelnikami czarne karty historii tej małej wysepki, wspominając o idei hispanidad, odnoszącej się do kultywowania tradycji hiszpańskiej i podkreślania europejskich korzeni Dominikańczyków, która w rzeczywistości była wykorzystywana jako pretekst do wybielania ludności dominikańskiej i usuwania poza nawias społeczny czarnoskórej mniejszości haitańskiej. Jej efektem była m.in. masakra (wg niektórych źródeł: 10 tysięcy) haitańskich imigrantów, zbieraczy trzciny cukrowej.

Reasumując krótko, Święto Kozła to kolejna cegiełka w twórczości Mariano Vargasa Llosy, która przyczyniła się do zdobycia, w pełni zasłużonej, literackiej nagrody Nobla. Pisarz bez owijania w bawełnę opowiedział historię krwawego okresu rządów Trujillo Moliny, ukazując sposób działania machiny dyktatorskiego terroru oraz prezentując jak wiele ludzkich żyć zostało w efekcie spustoszonych. Niejako w tle, autor sportretował również ciągle żywą w Ameryce Łacińskiej  postawę machismo, zarysowując w ten sposób nadal aktualny problem instrumentalnego traktowania kobiet, czy domowej przemocy. Jak widać Llosa, na kilkuset stronach powieści potrafi poruszyć ogromną liczbę wątków, czyniąc opowiadaną historię jeszcze atrakcyjniejszą.

sobota, 23 czerwca 2012

Okładka książki Niewinność zagubiona w deszczu

  Tytuł: Niewinność zagubiona w deszczu

  Autor: Eduardo Mendoza

  Wydawnictwo: Znak

  Liczba stron:  136

  Cena: 29,90 zł



 

 

 

 

 

 

 

Niewinność zagubiona w deszczu to tytuł polskiego tłumaczenia książki El ano del diluvio, hiszpańskiego pisarza, erudyty, prawnika, byłego tłumacza ONZ, Eduardo Mendozy. W Polsce kojarzony jest głównie jako autor trylogii o detektywie lumpie, w skład której wchodzą: Sekret hiszpańskiej pensjonarki, Oliwkowy labirynt oraz Przygoda fryzjera damskiego. Serię tę charakteryzuje niezwykły humor, absurdalność oraz groteska – dla wielu czytelników, styl Mendozy nieodzownie łączy się z wymienionymi cechami, przez co Hiszpan postrzegany jest niekiedy mylnie jako pisarz lekkiego pióra, płodzący błahe i zabawne historie (od razu zaznaczam, że wrażenie to jest mylne, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, ale póki co, nie będę się z nim rozprawiać). Istnieje również drugi Mendoza, autor powieści, w których humor sączy się w znacznie mniejszych ilościach, lub praktycznie wcale oraz twórca przedstawień teatralnych, dramatów. Czytelnicy nasyceni lekturą Mendozy pierwszego, przypadkiem trafiając na Mendozę drugiego, często przeżywają szok oraz niedowierzanie, że mają do czynienia z jednym i tym samym autorem, a przez to, że książka nie spełnia ich oczekiwań, to znaczy nie wzbudza na każdym kroku salw śmiechu, odczuwają zawód i rozczarowanie. Dlatego od razu podkreślam, że „Niewinność zagubiona w deszczu” to zdecydowanie Mendoza numer dwa, nie mniej jednak dzieło to jest warte przeczytania oraz polecenia.

Na wstępie warto zaznaczyć, że sam tytuł to praktycznie samodzielne dzieło polskiej tłumaczki, Zofii Wasitowej, bowiem oryginał El ano del diluvio oznacza dokładnie Rok potopu (pod takim to zresztą szyldem książka pojawiła się w Polsce po raz pierwszy w roku 1997). Nowy, polski tytuł przypadł zresztą do gustu samemu Mendozie, który na spotkaniu ze swoimi czytelnikami w Krakowie w listopadzie 2011 roku w związku z otwarciem Instytutu Cervantesa w Krakowie (w którym to miałem ogromną przyjemność uczestniczyć osobiście), żartobliwie stwierdził, że chyba poprosi swojego hiszpańskiego wydawcę o zmianę nazwy książki na Niewinność zagubiona w deszczu, licząc na to, że nowy, hiszpański tytuł ponownie zostanie wzięty na warsztat polskiej tłumaczki i powstanie kolejny, równie piękny i poetycki.

Niewinność zagubiona w deszczu to bardzo krótkie opowiadanie traktujące o losach młodej przeoryszy, siostry Consuelo, która trafia w sidła samego diabła, czyli katalońskiego Casanovy, don Augusta. Ambitna i energiczna siostrzyczka, dyrektorka szpitala, pragnie stworzyć dom opieki dla starców. Jej wizje nie mogą jednak ziścić się bez pieniędzy, wyrusza zatem na pielgrzymkę, której celem jest odnalezienie sponsorów. Z takim właśnie zamierzeniem trafia do dworu Augusto Aixela de Collbato, starego utracjusza oraz wytrawnego myśliwego, który bezwzględnie wykorzystuje naiwność siostry Conuseli, jej brak doświadczenia w sprawach sercowych, prowadząc prosto do jaskini grzechu.

Siostra zna opinie, jakie panują na temat starego kawalera, jednak nie do końca daje im wiarę. Ponadto zdaje się wznosić ponad te sprawy, słusznie zauważając, że jej zadaniem jest służba Bogu oraz pomoc potrzebującym. Zgubnym okazuje się dla niej fakt, że zapomina postrzegać siebie w kategoriach ludzkich, jako istotę z krwi i kości z duchowymi oraz fizycznymi potrzebami.

Pierwotnie El ano del diluvio, jak zdradza nam Eduardo Mendoza w krótkim wstępie poprzedzającym utwór, miał być przedstawieniem teatralnym. Widać to dobrze w formie, jaki przybrała powieść – jest to ciąg zdań, poprzecinanych jedynie znakami interpunkcyjnymi, kropkami, przecinkami oraz średnikami. Brak jakichkolwiek myślników, czy akapitów. Według mnie taki sposób narracji dobrze oddaje ciąg wydarzeń, jakich jesteśmy świadkami – zachodząc on dość szybko, niejako jednym ciągiem, są naturalną koleją rzeczy.

Zamiast teatralnej sztuki, mamy natomiast do czynienia z melodramatem, można by śmiało rzec, że z melodramatem typowym i to do bólu kości. Mendoza bardzo starannie wplótł w fabułę wszystkie cechy, charakteryzujące tę formę. Począwszy od afektacji, sentymentalizmu, namiętności, silnego i gwałtownego uczucia, intryg, a na pogodzie skończywszy. W momencie rozpoczęcia akcji, Katalonię nawiedzają susze, które okazują się swoistą ciszą przed burzą, która rozpęta się także w sercach głównych bohaterów. Wydaje się, że takie przerysowanie wszystkich cech szczególnych wybranej konwencji literackiej to działanie celowe, pod którym Mendoza pragnął zamaskować też inne treści. Hiszpański mistrz pióra znany jest z tego, że lubi puszczać oko do czytelnika, wydaje się, że i tym razem postąpił podobnie.

Osobiście uważam, że w tym lekkim oraz krótki tekście zawarte zostało pytanie, czym właściwie jest grzeszna miłość oraz czy miłość w ogóle może być grzeszna. Skoro jest to uczucie piękne, wzniosłe, czyste, łączące i cementujące więź dwojga ludzi, jak często jest ona przedstawiana, to dlaczego pewne okoliczności nadają jej etykietę rzeczy niewłaściwej i niestosownej? Jak właściwie rozpatrywać całą sprawę w przypadku siostry Consueli, która zostaje uwiedziona, sromotnie oszukana i wykorzystana? Jak oceniać stosunek przeoryszy do tego co zaszło? Dowiadujemy się bowiem, że siostra Consuela, mimo, że swoje przewinienie wyjawiała wielokrotnie swoim spowiednikom, to jednak nigdy nie odczuwała pełni skruchy, nigdy do końca nie żałowała tego, co uczyniła.

Mendozie na zaledwie kilkudziesięciu stronach udało się wykreować całkiem ciekawą, niebanalną historię, noszącą znamiona realizmu, szybką w lekturze, która jednak skłania czytelnika do refleksji oraz zrewidowania przyjętych norm oraz konwenansów. Mimo, że hiszpańskiego pisarza poznałem poprzez trylogię o detektywie lumpie, Niewinność zagubioną w deszczu również uważam za pozycję bardzo dobrą oraz godną polecenia.

 
1 , 2
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita