Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo Świat Książki

sobota, 18 stycznia 2014

Okładka książki Smak młodych dziewcząt

  Tytuł: Smak młodych dziewcząt

  Autor: Dany Laferrière

  Wydawnictwo: Świat Książki

  Liczba stron: 304

  Cena: 29,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Dorosłość to trudny do zdefiniowania stan, po osiągnięciu którego człowiek zaczyna uchodzić za istotę samodzielną, w pełni świadomą własnych czynów i ich konsekwencji, potrafiącą korzystać ze swojego bagażu życiowego. Niemożliwe jest jednak precyzyjne wyznaczenie granicy przekroczenia progu dorosłości i bezpowrotnego porzucenia swojego dzieciństwa, chociaż w praktyce podobne idee próbuje się realizować, np. poprzez ustanowienie sztywnej wartości wiekowej, oznaczającej pełnoletność. Zaskakujące są również bardzo usilne starania wielu nastolatków, by bramy dorosłego świata sforsować możliwie jak najwcześniej. Ale w takich przypadkach nierzadko dochodzi do swoistej groteski, czy wręcz makabry – młodzi ludzie naśladując dorosłych, bardziej lub mniej świadomie powielają głównie negatywne wzorce. Ważne są: seksualna inicjacja, przy czym seks to najczęściej mroczne terra incognita, na której dominuje przesąd, ciemnota i niewiedza, spożywanie używek bez realnej wiedzy na temat ich wpływu na zdrowie, język, ubogi w polszczyznę, a skrzący się od wulgaryzmów, czy pogardliwe traktowanie innych, szczególnie tych niżej sytuowanych na drabinie społecznej. Dojrzałości biologicznej towarzyszy zatem zupełna niedojrzałość emocjonalna, która często okazuje się labiryntem z wieloma odnogami, z którego ciężko jest wybrnąć. O takim właśnie błąkaniu się po własnej, kształtującej się psychice w pewnym sensie opowiada książka Smak młodych dziewcząt, autorstwa Dany’ego Laferrière.

Dany Laferrière, urodzony w 1953 roku w Port-au-Prince, to pochodzący z Haiti pisarz, reżyser oraz dziennikarz. Okres jego dojrzewania przypadł na lata siedemdziesiąte, kiedy to krajem rządzili dyktatorzy, najpierw François Duvalier, znany jako Papa Doc, a następnie jego syn, Jean-Claude Duvalier, określany mianem Baby Doc. Laferrière podjął się pracy żurnalisty, jednak ze względu na prześladowania polityczne zdecydował się na emigrację do Kanady. Ojczyzna Laferrière’a, Haiti, niewielkie państwo w Ameryce Środkowej leżące na wyspie Haiti, którą dzieli wspólnie z Dominikaną to była kolonia francuska, która niepodległością cieszy się od 1804 roku. Jednak za wywalczoną wolność należało zapłacić straszliwą cenę – Francuzi, którzy stracili swoje plantacje cukru oraz kawy zażądali od Haiti astronomicznej rekompensaty, której pełna spłata nastąpiła dopiero w 1947 roku, czyniąc przy okazji to niewielkie państwo jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. Ponadto Haiti w latach 1915 – 1934 było okupowane przez Stany Zjednoczone, które stały również za wyniesieniem na piedestał władzy Françoisa Duvaliera – sprawował on rządy od 1959 roku do swojej śmierci w 1971 roku. Ten ekscentryczny przywódca, który m.in. upodabniał się do jednego z bóstw voodoo oraz uważał się za fizyczne ucieleśnienie narodu, zawdzięczał poparcie USA temu, że otwarcie deklarował niechęć wobec komunizmu – dla dyplomacji Stanów Zjednoczonych posiadanie sojusznika w rejonie Ameryki Środkowej, stanowiącego przeciwwagę dla komunistycznej Kuby było niezmiernie ważne. Dzięki tej swoistej czerwonej histerii François Duvalier, którego polityka zagraniczna przypominała balansowanie na cyrkowej linie, zdołał wywinąć się od sankcji nałożonych na jego kraj przez USA. Władzę w państwie sprawował dzięki terrorze, za który odpowiedzialne były oddziały jego prywatnej milicji, zwanej Tonton Macoute. Prowadząc politykę wewnętrzną nie przebierał w środkach – groźby, morderstwa, zastraszenia, etc. Szacuje się, że za czasów jego panowania zginęło ponad 30 000 ludzi. Co ciekawe, Duvalier który wyraźnie ożywił kult voodoo w kraju, zdołał przekonać Watykan do podpisania konkordatu w 1966 roku, na mocy którego dane mu było przyzwanie nominacji katolickich hierarchów na Haiti.

Właśnie w tym krwawym, ale i mocno zwariowanym rozdziale historii Haiti toczy się akcja utworu Dany’ego Laferrière, zatytułowanego Smak młodych dziewcząt. Główny bohater o imieniu Dany jest, podobnie jak autor, emigrantem, który opuścił ojczyznę i swój żywot wiedzie na obczyźnie. Świeżo wydana książka oraz informacje o dawno nie widzianych przyjaciółkach stają się pretekstem do projekcji przeszłości, wysnucia wizji, przypominającej scenariusz filmowy, w której zatapiamy się z głównym bohaterem, towarzysząc mu w wędrówkach po jego wspomnieniach. Wydarzenia, które na trwałe zapisały się w psychice Dany’ego, a których obraz natychmiast wyłania się, gdy tylko myśli wędrują w stronę Haiti, rozegrały się w pewien kwietniowy weekend 1971 roku.

15-letni Dany jest jedynym mężczyzną w domu, w którym mieszka razem z matką oraz licznym gronem ciotek. Na co dzień to przykładny uczeń, rzetelnie wywiązujący się ze swoich szkolnych obowiązków, który wolne chwile spędza z przyjacielem Gégé. Chłopak stanowi idealne przeciwieństwo Dany’ego, co jednak nie przeszkadza im zawiązać szczerych relacji koleżeńskich. Zabawy z Gégé są dosyć niebezpieczne, ale za to piekielnie interesujące oraz jeszcze bardziej ekscytujące. Jeden z kolejnych wygłupów kończy się jednak dość tragicznie – chłopcy zadarli z morświnem, jak popularnie określani są członkowie Tonton Macoute. Dany jest przekonany, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo – tortury, więzienia, etc. – jedynym bezpiecznym schronieniem wydaje się być dom położony naprzeciw jego własnego. Mieszka w nim młoda, dwudziestoletnia dziewczyna Miki, utrzymanka wpływowego i bogatego człowieka, który tylko sporadycznie korzysta z towarzystwa swojej atrakcyjnej partnerki.

Dany regularnie obserwował z okna swojego pokoju dom Miki. Dzięki temu doskonale wiedział, czego może spodziewać się zarówno po lokatorce, u której przyszło mu się schronić oraz jej przyjaciółkach. Ale rzeczywistość i tak przerosła oczekiwania. W ciągu kilku dni, Dany przekonuje się, że cała paczka dojrzewających dziewcząt to kipiący wulkan seksu. Bezpruderyjność, swoboda obyczajów, brak jakiejkolwiek wstydliwości, seksualne rozpasanie – oto obraz jaki wyłania się po zaledwie kilku godzinach. Życie nastolatek to na pozór hedonizm rozciągnięty do granic możliwości – ciągłe, kończące się dopiero nad ranem imprezy, współżycie z zamożnymi, często znacznie starszymi mężczyznami, wypady na plażę, by zażyć słonecznych kąpieli – oto jak prezentuje się codzienna egzystencja dziewcząt, ogarniętych szaleńczą pasją życia, z którego zdają się wyciskać ostatnie soki.

Sprawa wygląda nieco inaczej, jeśli spojrzymy na nią z perspektywy Marie-Michèle, jednej z nastolatek należącej do tej niezwykłej grupy. Autor książki zdecydował się na oryginalne rozwiązanie poprzez wprowadzenie dodatkowej narracji za sprawą dziennika, prowadzonego właśnie przez Marie-Michèle, dziewczynę wywodzącą się z haitańskich wyższych sfer. To typowa panna z porządnego domu, której pozornie nigdy niczego nie brakowało, a jej życie opływało w luksusy. Co ciekawe, Marie-Michèle mogła liczyć jedynie na przedmioty, które posiadają materialną wartość. Nie dane jej jednak było poznać miłości rodzicielskiej, za co szczególnie obwinia swoją matkę, bogatą snobkę, zapatrzoną wyłącznie w samą siebie. Dziennik Marie-Michèle koncentruje się na dwóch rzeczach. Z jednej strony analizuje ona postępowanie swoich koleżanek, bada więc środowisko do którego dobrowolnie się przyłączyła, ale nie stanowi jego integralnej części. Zawsze trzyma się nieco na uboczu, koncentrując się głównie na obserwacji, dzięki której płyną interesujące wnioski na temat zachowania przyjaciółek oraz motywacji, jakie nimi kierują. Drugą kluczową sprawę, której poświęcone są refleksje Marie-Michèle stanowi środowisko, z jakiego się wywodzi. Warto w tym miejscu nadmienić, że za czasów rządów Papy Doca haitańskie społeczeństwo uległo ogromnemu rozwarstwieniu. Czarna większość, na którą składali się głównie potomkowie afrykańskich niewolników żyła na skraju ubóstwa. Natomiast mulaci, wywodzący się od białej rasy panów, która krzyżowała się z czarnymi służącymi tworzyli swoistą arystokrację, będącą zamkniętą enklawą – ludność Haiti przypominała wysepki bogaczy powiązanych z reżimem, rozsiane po oceanie nędzy. Marie-Michèle bezwzględnie obnaża hipokryzję, obłudę oraz egoizm własnej klasy, która żyje i obraca się we własnym świecie, nieczuła na krzywdę, jaka wyrządzana jest pozostałej części ludności.

Marie-Michèle, buntując się przeciw matce oraz środowisku, jakie reprezentuje, ucieka od salonowych gierek, wyrafinowanych rozmów o niczym, pajęczyny kłamstw. Szukając wytchnienia trafia do paczki Miki – okazuje się przy tym, że dziewczęta również prowadzą wszelakiej maści intrygi. Ale ich gra wynika z chęci prowadzenia życia na poziomie, życia, które nie jest wyłącznie wegetacją. Ponadto seks nie jest tylko zabawą, czy sposobem na zapewnienie sobie gotówki. To także narzędzie, które służy do manipulowania, rządzenia, czy wręcz władania mężczyznami – za jego sprawą dziewczęta, które czczone są niczym boginie, przynajmniej chwilowo, mogą poczuć własną wartość.

Powieść to także interesująca panorama Haiti pod panowaniem Papy Doca. Po ulicach, przy których pochylają się rozlatujące się, prowizoryczne domostwa jeżdżą zdezelowane, podstarzałe samochody. W powietrzu panuje nieznośny upał, który przytłacza. A mimo to od rana do wieczora na chodnikach panuje istny tłum, który tryska energią. Ludzie starają się nie przejmować warunkami, w jakich przyszło im egzystować, które zmuszają do bezwzględnej walki o przetrwanie, próbując łapać każdą chwilę szczęścia. Władzę sprawuje co prawda bezwzględny dyktator, na mieście co rusz można natknąć się na jego siepaczy, ale mimo to ludzie bawią się, a także na swój sposób buntują. Następuje wysyp awangardowych zespołów – pojawiają się nawet reporterzy ze Stanów Zjednoczonych, by robić wywiady z ich członkami. W klubach trwa nieustanne szaleństwo, alkohol leje się strumieniami, a na parkiecie panuje istna orgia. Świat staje na głowie, ale najważniejsza jest dobra zabawa. I tylko czasem cała równowaga zostaje brutalnie zachwiana – kiedy ktoś z bliskich trafi do więzienia, gdy przyplącze się jakaś poważna choroba, kiedy nadepnie się na odcisk jakiemuś morświnowi.

Powieść Dany’ego Laferrière to swoisty koktajl, w skład którego wchodzą głównie hormony. Nie jest to jednak wulgarna powieść, koncentrująca się wyłącznie na kolejnych seksualnych przygodach głównych bohaterek. Laferrière serwuje o wiele dogłębniejsze, bardziej wyrafinowane spojrzenie na seksualność – za sprawą autora kobieta urasta do rangi tajemniczej, zmysłowej bogini, która umiejętnie potrafi zawładnąć mężczyzną, wykorzystując do tego jego żądze oraz fantazje. Okazuje się przy tym, że większość bohaterek traktuje seks jako swoiste narzędzie, złudne zresztą i mylące, dzięki któremu przynajmniej pozornie można osiągnąć cele nawet niemożliwe.

Reasumując Smak młodych dziewcząt to książka, która znakomicie oddaje upalny klimat Ameryki Środkowej oraz gorący temperament jej mieszkańców. Laferrière w interesujący sposób przedstawia pułapkę, jaką dla młodych ludzi stanowi seks. Postrzegany on jest w wielu barwach – jako przyjemna rozrywka, jako przedmiot podporządkowywania sobie drugiego człowieka, magnetycznego oddziaływania na niego, wreszcie jako forma zarobku. Dramat bohaterów polega na tym, że współżycie staje się wartością samą w sobie i rozpatrywane jest wyłącznie jako akt fizycznego zespolenia, któremu nie towarzyszy głębsza więź duchowa. Oczywiście, jak przystało na książkę z dość dużym ładunkiem erotycznym, nie mogło w niej zabraknąć nawiązań do klasyków gatunku – stąd obecność książek autorstwa m.in. de Sade’a, czy Choderlosa de Laclosa. Sam bohater ze swoimi dosyć zabawnymi perypetiami jawi się jako swoisty Odys, który znalazł się pomiędzy Scyllą świętoszkowatych ciotek a Charybdą zepsutych do cna młodych dziewcząt.

niedziela, 13 października 2013

  Tytuł: Czarnobyl - zapis faktówOkładka książki Czarnobyl - zapis faktów

  Autor: Paul Piers Read

  Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 

  Liczba stron: 443

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Mało kto kojarzy dzisiaj Czarnobyl za sprawą rośliny bylicy pospolitej, zwanej po ukraińsku czornobyl, od której wywodzi się nazwa tego ukraińskiego miasta. Aktualnie Czarnobyl to przede wszystkim katastrofa elektrowni atomowej, która miała miejsce 26 kwietnia 1986 roku. Wielu z nas zna, albo chociaż kojarzy tę datę, ale chyba tylko garstka wie, co dokładnie zaszło owej feralnej nocy i w jaki sposób doszło do najgroźniejszej w historii awarii elektrowni atomowej. Chociaż całe wydarzenie miało miejsce ponad 20 lat temu, wydaje mi się, że tematyka samych elektrowni atomowych jest ciągle aktualna, szczególnie w świetle przyszłych planów naszego rządu, który czyni ogromne starania, by tego typu obiekt przemysłowo-energetyczny zaczął funkcjonować również w Polsce. Wydaje mi się, że nauka na błędach poprzedników to dobra szkoła, która przy solidnej analizie oraz staranności może w dużym stopniu pomóc uniknąć powielania podobnych, nawet najdrobniejszych niedopatrzeń, które w kwestiach tak delikatnych, jakimi są niewątpliwie prace z substancjami rozszczepialnymi, są po prostu niewybaczalne, bowiem rozrastają się do niesamowitych rozmiarów.

Piers Paul Read, brytyjski pisarz, twórca powieści, literatury faktu oraz biografii, jako pierwszy autor zachodni stworzył opracowanie, w którym postarał się wyjaśnić przyczyny katastrofy w Czarnobylu oraz odtworzyć jej dokładny przebieg. Książka pt. Czarnobyl – zapis faktów ukazała się w 1996 roku, 10 lat po awarii. Już na wstępie trzeba przyznać autorowi, że podjął się on zadania bardzo trudnego – zaczął on zbierać materiały do książki na początku lat 90’, w okresie niestabilności i przemian, w którym byłe republiki radzieckie odzyskiwały utraconą niepodległość i na nowo tworzyły zręby struktur państwowych. Ponadto autor starał się pozostać bezstronny, pragnąc uzyskać możliwie jak najbardziej obiektywną relację, co w świetle faktów przytoczonych w dalszej części tekstu będzie wydawało się wprost niemożliwe do osiągnięcia.

Autor podzielił swoje dzieło na trzy zasadnicze części. W pierwszej, zatytułowanej Nowa cywilizacja przybliża ona czytelnikowi rozwój atomistyki w ZSRR. Wydaje mi się, że dla wielu pewnym zaskoczeniem będzie fakt, że mimo iż to USA jako pierwsze państwo skonstruowało bombę atomową, której zresztą nie zawahało się użyć i sprawdzić jej skuteczności w warunkach bojowych, to jednak ZSRR przez długi okres dzierżyło palmę pierwszeństwa w kwestii pokojowego wykorzystania energii atomowej. To właśnie w kraju Stalina powstała pierwsza elektrownia atomowa w zakładach Majak. Piers Read szczegółowo przedstawia ojców rosyjskiej energetyki atomowej, wymieniając najważniejszych naukowców, którym przynajmniej częściowo udało ujarzmić się promieniotwórcze pierwiastki i zaprząc je to wytwarzania energii. Co ciekawe, autor ujawnia, że Czarnobyl nie był pierwszą katastrofą atomową, która miała miejsce w Rosji. Awarie zdarzały się już wcześniej, właśnie w zakładach Majak. W roku 1957 doszło do eksplozji wysuszonych odpadów radioaktywnych, w efekcie czego skażone zostało 250 000 akrów (ok. 1000 km2) żyznej gleby, a ewakuacją objęto ponad 10 000 ludzi. W latach późniejszych przytrafiły się jeszcze dwa dosyć groźne wypadki, ale o żadnym z tych wydarzeń ówczesna władza nie wspominała, traktując je jako wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. Jak się później okaże, takie metodyczne i bardzo przykładne ukrywanie faktów przed własnymi obywatelami oraz pracownikami innych elektrowni atomowych, będzie miało bardzo brzemienne skutki. Metodą prób i błędów, radzieckim uczonym udało się skonstruować w miarę stabilny i na pozór niezawodny reaktor typu RBMK (Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj, Reaktor Kanałowy Wielkiej Mocy), czyli lekkowodny, wrzący reaktor atomowy z moderatorem grafitowym o mocy elektrycznej rzędu 1000 MW (dla porównania najpotężniejsza elektrownia cieplna w Polsce, opalana węglem brunatnym – Bełchatów, posiada moc ponad 4400 MW). Aż do katastrofy w Czarnobylu twórcy reaktora twierdzili, że jest to najbezpieczniejszy reaktor atomowy, któremu nie grozi żadna poważna awaria. Interesujące jest jednak, że mimo tych zapewnień już podczas konferencji w 1976 roku poświęconej zagadnieniom bezpieczeństwa reaktorów typu RBMK, sugerowano poprawę konstrukcji. Zmiany zatwierdzono, zaakceptowano modyfikacje projektu, ale korekt nigdy nie wcielono w życie – wnioski zaginęły gdzieś w potężnej biurokratycznej machinie ZSRR. Być może spory udział w tym nieszczęśliwym pobłądzeniu miały wysokie koszty, z jakimi wiązałyby się przeróbki reaktorów. W pierwszej części książki autor wspomina również o pierwszej awarii elektrowni atomowej, o której usłyszała opinia publiczna. W roku 1979 w amerykańskiej elektrowni Three Mile Island doszło do częściowego stopienia prętów paliwowych. Stosunkowo niewielka ilość radioaktywnych odpadów wydostała się do atmosfery, ale za sprawą mediów oraz premiery filmu Chiński syndrom, opowiadającego o katastrofie atomowej, która miała miejsce kilka dni wcześniej, na wyspie wybuchła panika, a tysiące mieszkańców zostało ewakuowanych. W konsekwencji zaufanie do energetyki atomowej w Stanach Zjednoczonych znacznie spadło.

Część druga dokumentu to zdecydowane meritum. Autor przybliża w skrócie historię powstania elektrowni w Czarnobylu, której budowa również nie pozostaje bez wpływu na wydarzenia z kwietnia 1986 roku. Piers Read ujawnia wszelkie niedociągnięcia, jakich dopuszczono się przy wznoszeniu bloków energetycznych w Czarnobylu. Wielu części wyspecyfikowanych w dokumentacji projektowej po prostu nie udało się zdobyć. Zastąpiono je tańszymi zamiennikami. Dla przykładu dach nad reaktorem został wykonany z materiałów łatwopalnych. Ponadto sam reaktor RBMK, który zastosowano w elektrowni posiadał szereg wad konstrukcyjnych, o których wiedziało jedynie wąskie grono naukowców w ZSRR. Zwykli pracownicy nie mieli o nich najmniejszego pojęcia. W tym miejscu, próbując wczuć się w rolę laika, który nie posiada żadnej wiedzy na temat działania reaktorów atomowych, chciałbym zaznaczyć, że od strony autora zdecydowanie zabrakło mi prostego wyjaśnienia, na czym dokładnie polega praca elektrowni atomowej. Wydaje mi się, że w jeszcze większym stopniu pozwoliłoby to cieszyć się dalszą częścią lektury. Pozwolę sobie zatem na skrótowe wprowadzenie. Elektrownie jądrowe, pokroju tej, jaka pracowała w Czarnobylu, działają na podobnej zasadzie jak konwencjonalne elektrownie zasilane węglem. Woda, będąca nośnikiem ciepła, za sprawą energii pochodzącej z rozszczepiania jąder atomowych (bądź ze spalania węgla, w przypadku elektrowni konwencjonalnych) przechodzi w parę wodną. Para wodna trafia na łopatki turbiny parowej, której wał napędza generator, wytwarzający energię elektryczną. Reasumując, energia cieplna uwalniana z reakcji rozszczepienia, bądź spalania węgla konwertowana jest w energię elektryczną. Nieco bardziej skomplikowana jest praca reaktora RBMK. Podstawą reaktora jest betonowa studnia, w której umieszczone są bloki grafitu. Grafit pełni w reaktorze rolę moderatora – do jego zadań należy spowalniania (mówiąc po fizycznemu: obniżania energii kinetycznej) neutronów. Im wolniejsze są neutrony, tym reakcja rozszczepiania jąder w paliwie jądrowym zachodzi efektywniej. W blokach grafitowych znajdują się kanały paliwowe – to rurki o średnicy ok. 9 cm, które wykonane są ze stali niobu oraz cyrkonu (pierwiastki dzięki swoim właściwościom pełnią funkcję deflektorów neutronów – dzięki nim powstałe neutrony kierowane są do rdzenia reaktora). W kanałach umieszczone są pręty paliwowe, opakowane dodatkowo koszulkami cyrkonowo-niobowymi. Pastylkę paliwową stanowi dwutlenek uranu UO2, wzbogacony do 1,8 %. Gwoździem programu, kluczową częścią reaktora są pręty kontrolne, które wykonane są z węgliku boru. Materiał ten posiadana zdolność pochłaniania neutronów, zatem wygasza on reakcję rozszczepiania. Manipulując prętami kontrolnymi, wsuwając bądź wysuwając odpowiednią ich ilość, operator jest w stanie sterować mocą i zachowaniem się reaktora. Pręty kontrolne używane w reaktorach RBMK miały jednak poważną wadę, o której rzecz jasna nie mieli pojęcia pracownicy elektrowni – aby upłynnić operację wsuwania prętów, ich końcówki pokryte były grafitem, który przecież przyspiesza reakcję rozszczepiania jąder. Zatem w pierwszym momencie, gdy pręty kontrolne są wsuwane do rdzenia, następujące wzrost mocy reaktora, a dopiero po chwili jej spadek. To kolejny puzzel, który okazał się bardzo ważny w katastrofalnej układance.

Bardzo intrygujące są również same okoliczności katastrofy. Radziecka myśl techniczna u wielu budzi uśmiech politowania, ale trzeba uczciwie przyznać, że sporo jej rozwiązań stosowanych jest do dziś, a radzieccy specjaliści byli prawdziwymi fachowcami, którym przyszło jednak egzystować w wyjątkowo niesprzyjających dla nauki warunkach. Reaktory atomowe posiadały zabezpieczenie na wypadek awarii. Cały układ sterowania reaktorem napędzany był energią pochodzącą z elektrowni. Zawsze jednak mogła zajść sytuacja, w której należałoby zatrzymać pracę reaktora, w efekcie czego układ sterowania, pompy odpowiadające za obieg wody, etc., musiały posiadać zapasowe źródło energii. Uruchomienie agregatów prądotwórczych, które stosowano pierwotnie, trwało zbyt długo, dlatego układ postanowiono poddać drobnej modyfikacji. Zmianie uległa konstrukcja turbin, które przed zatrzymaniem się w momencie, gdy przestała dopływać do nich para wodna z reaktora, na skutek dogasającego ruchu obrotowego powinny wyprodukować odpowiednią ilość energii dla awaryjnego zasilania elektrycznego sterowania reaktorem. Testy, czy założenia teoretyczne pokrywają się z rzeczywistością, powinny zostać przeprowadzone przed oddaniem bloku do użytku (które nastąpiło w 1983 roku), ale z racji gnających na złamanie karku terminów, niemożliwe okazało się ich przeprowadzenie w wymaganym czasie. Zdecydowane się na nie dopiero w kwietniu 1986 roku. W dalszej części książki autor zabiera nas do sterowni reaktora nr 4, gdzie wspólnie z operatorami możemy raz jeszcze przeżyć feralnie przeprowadzony eksperyment oraz zostać świadkami jednej z najpoważniejszych w dziejach katastrof atomowych.

Przed czytelnikiem wyłania się dość makabryczny obraz. Największe wrażenie robi przy tym specyfika pracy w ZSRR. Tak jak wspominałem, pracownicy elektrowni atomowej nie posiadali wszystkich niezbędnych danych na temat konstrukcji reaktorów. Ponadto pierwotny termin próby, która miała odbyć się na I zmianie został nieoczekiwanie przełożony na zmianę III. Operatorzy, którzy przyszli na nocną zmianę nie spodziewali się, że przyjdzie im w udziale przeprowadzić test. Już po wybuchu (najpierw gwałtownie rozprężającej się pary a potem mieszaniny wodoru i tlenu), pracownicy nie wiedzieli do końca, co właściwie zaszło, ani co było źródłem wybuchu. Dostępne liczniki Geigera posiadały zbyt małą skalę, by zasygnalizować, że nieodwracalnie uszkodzony został reaktor, a radioaktywne cząstki na skutek wybuchu zostały uwolnione i wyrzucone do atmosfery. Dopiero rzut oka na szczątki reaktora pozwolił operatorom przekonać się, że ziścił się najczarniejszy scenariusz. Promieniowanie po eksplozji było olbrzymie, ale nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Strażacy przybyli na miejsce zdarzenia zostali poinformowani o pożarze dachu hali reaktora nr 4, kompletnie nie będąc świadom śmiertelnego zagrożenia, jakie wiązało się z walką z pożarem.

Tragedia bezwzględnie obnażyła słabości sowieckiego państwa. Nawet, gdy wiedziano już, że doszło do katastrofy na niespotykaną dotąd skalę, władze ZSRR zwlekały z ujawnieniem informacji. W końcu byłoby to przyznanie się do klęski. Dotychczas ZSRR uchodziło za pioniera przemysłowego wykorzystania energii atomowej. Nie lepiej było w trakcie dochodzenia, które miało ustalić przyczyny wypadku. Całą winę i odpowiedzialność starano się zrzucić na operatorów, których oczerniano przy każdej nadarzającej się okazji. Powstawały nawet powieści, w której pracownicy elektrowni przedstawiani byli jako ludzie gnuśni i leniwi, nie mający nic wspólnego z prawdziwymi radzieckimi robotnikami. Kampania oczerniania miała oczywiście na celu odwrócenie ukrycie wrodzonych wad reaktora RBMK, do których nawet w obliczu gorbaczowskiej polityki pierestrojki (przebudowy) i głasnosti (jawności), państwo sowieckie nie miało zamiaru się przyznać. Wiązałoby się to z nieuchronną utratą prestiżu na arenie międzynarodowej, szczególnie w dziedzinie atomistyki. Z drugiej jednak strony autor przyznaje, że całkiem szybka i sprawna ewakuacja Prypeci, a więc robotniczego miasta, w którym mieszkali pracownicy elektrowni wraz z rodzinami, nie byłaby możliwa w warunkach zachodnich, gdzie żądne sensacji media natychmiast wzbudziłby nie dającą się opanować panikę. Swoją drogą Piers Read skierował również sporo krytycznych uwag właśnie pod adresem zachodniej prasy, która po czarnobylskiej katastrofie wyolbrzymiała ofiary w ludziach ponad miarę, starając się nadać awarii odcień prawdziwej hekatomby.

Książka Piersa Paula Reada ukazuje Związek Radziecki późnych lat 80’ jako molocha, nieuchronnie sunącego ku zagładzie. Autor dość udanie prezentuje mechanizmy sprawowania władzy w komunistycznym ustroju, odsłaniając wszelkie słabości i niedociągnięcia, które pośrednio doprowadziły również do awarii w Czarnobylu. W mojej opinii Readowi świetnie udało oddać się nastrój stagnacji, zastoju oraz marazmu, który zapanował w tym potężnym państwie, które z dnia na dzień okazywało się coraz bardziej niewydolne. Autor w sposób bardzo ciekawy zaprezentował również wszelkie konsekwencje płynące z czarnobylskiej katastrofy, która stała się swoistą kartą przetargową w walce o niepodległość Ukrainy. Awaria przyczyniła się również do ogromnego spadku zaufania radzieckiego społeczeństwa do władzy, które jeszcze przed całą tragedią było niewielkie. W ostatniej części zatytułowanej Radiofobia, Read udanie ukazał sidła, w które wpakowała się radziecka władza – opinia publiczna okłamywana sukcesywnie przez całe dziesięciolecia przestała wierzyć w jakiekolwiek oficjalne komunikaty władzy. Doszło do absurdalnej sytuacji, w której oficjalnego stanowiska ZSRR musiały bronić zagraniczne, zachodnie autorytety, przekonując zdesperowanych mieszkańców zamieszkałych na terenach zagrożonych skażeniem, że w wielu miejscach zanieczyszczenia rzeczywiście nie były tak poważne, jak tego pierwotnie oczekiwano.

Na podstawie lektury Reada wyłania się również dość interesujący obraz Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), organizacji pracującej na rzecz bezpiecznego i pokojowego wykorzystania energii jądrowej. Czytając dokument autorstwa Piersa Reada widać wyraźnie, że członkom MAEA podobnie jak i władzy radzieckiej zależało na minimalizowaniu skutków katastrofy. W końcu zaprezentowanie elektrowni atomowych jako obiektów niestabilnych, nieprzewidywalnych a przez to bardzo niebezpiecznych mogłoby okazać się fatalne dla energetyki atomowej w przyszłości. MAEA zajęła się przypadkiem katastrofy czarnobylskiej, ale trudno odnieść wrażenie, że zupełnie bezstronnie podeszła do tego problemu. Wydaje mi się, że również z tego powodu zbieranie materiałów do książki nie było rzeczą prostą – wychodzi na to, że wielu stronom zależało na tym, by awarię elektrowni atomowej w Czarnobylu przedstawić jako sumę nieszczęśliwszych splotów okoliczności, których prawdopodobieństwo powtórnego zajścia jest wręcz nieprawdopodobnie małe.

Natomiast po lekturze całej książki przyznaję, że chociaż energetykę atomową uważam za niemal nieodzowną alternatywę dla naszych dotychczasowych źródeł energii, szczególnie w obliczu fatalnej polityki rządu, który zaakceptował unijne pakiety klimatyczno-energetyczne, to budowę i funkcjonowanie elektrowni atomowej w polskich warunkach postrzegam za rzecz ogromnie ryzykowną. Wydaje mi się, że prosperowanie tego typu obiektu w naszym kraju, w którym bylejakość, improwizacja oraz bardzo luźne podejście do wszelakiej maści przepisów bezpieczeństwa są na porządku dziennym, mogłoby się zakończyć nie mniejszą katastrofą niż ta, która miała miejsce w Czarnobylu. W naszym kraju nie brakuje fachowców oraz ekspertów, którzy spokojnie poradziliby sobie z tego typu wyzwaniem, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, by wszyscy oni znaleźli zatrudnienie w takiej elektrowni. W pierwszej kolejności trafili by pewnie do niej ludzie posiadający odpowiednie poparcie. Obawiam się, że znajomości grałyby znacznie większą rolę niż faktyczne kwalifikacje – w końcu w przemyśle atomowym nie zarabia się marnych groszy i z pewnością znalazłoby się wielu kandydatów, chętnych do pracy w elektrowni atomowej. A w tego typu dziedzinie pracy nie można pozwolić sobie ani na rutynę, ani na niedopatrzenia, ani na najprostsze błędy, bowiem skutki mogą być naprawdę tragiczne.

Kończąc, rzeknę tylko, że Czarnobyl – zapis faktów, to dobra książka, którą mimo sporego natłoku informacji, relacji, nazwisk oraz suchych faktów czyta się bardzo płynnie, z niesłabnącym zainteresowaniem. W sporej mierze jest to zasługa autora, który umiejętnie zestawia ze sobą różne opinie, syntezując z nich wartościowy obraz, pozwalający zapoznać się z dokładnym przebiegiem katastrofy. Piers Read w ramach wstępu w ciekawy sposób streszcza także historię rosyjskiego przemysłu atomowego, a pod koniec lektury bardzo trafnie ukazuje całą gammę skutków, jakie wywołała czarnobylska katastrofa. Jedyna rzecz, do której mógłbym mieć pewne zastrzeżenia to brak krótkiego i rzeczowego wyjaśnienia funkcjonowania reaktora atomowego. W polskim przekładzie zabrakło natomiast tłumaczenia rozwijanych skrótów (dla przykładu reaktor RMBK to Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj i nic więcej). Mimo tych drobnych uchybień książkę gorąco polecam wszystkim zainteresowanym kulisami awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Można dowiedzieć się z niej wielu bardzo interesujących faktów.

Opisując reaktor RMBK korzystałem z materiałów zawartych na stronie: Awaria Elektrowni Jądrowej w Czarnobylu

sobota, 20 lipca 2013

Okładka książki Malowany pocałunek

  Tytuł: Malowany pocałunek

  Autor: Elizabeth Hickey

  Wydawnictwo: Świat Książki

  Liczba stron: 304

  Cena: 32,99 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Pocałunek, obraz zdobiący okładkę książki Malowany pocałunek to jedno z najpopularniejszych dzieł austriackiego artysty Gustava Klimta. Postać klęczącej kobiety, która z przymkniętymi oczami nerwowo obejmuje składającego pocałunek na jej policzku mężczyznę, widnieje na niejednym przedmiocie powszechnego użytku. Pracując w dawnym Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki, czyli aktualnym Empiku, natknąłem się na całą serię zeszytów, utrzymanych w artystycznej konwencji, okraszonych kopią Pocałunku właśnie. Jednak dopiero niedawno, za sprawą Elizabeth Hickey, amerykańskiej autorki i historyczki z wykształcenia, dowiedziałem się nieco więcej na temat samego Klimty.

Gustav Klimt, żyjący na przełomie XIX i XX wieku twórca, uważany jest za najznamienitszego przedstawiciela secesji oraz przywódcę wiedeńskiego modernizmu. Klimt wywodził się z rodziny o artystycznym zacięciu – ojciec był złotnikiem-grawerem, sztuką zajmowali się również jego bracia Ernst oraz Georg. Młody Gustav otrzymał solidne, akademickie wykształcenie w Wiedeńskiej Szkole Rzemiosł Artystycznych, które pozwoliło mu dostawać zlecenia na różnorakie prace dekoracyjne publicznych budynków. Klimt wyrobił sobie bardzo specyficzny, indywidualny, nie zawsze podobający się klientom styl, jednak dopiero w wieku 35 lat Gustav oficjalnie odrzucił kanony sztuki akademickiej i razem z innymi artystami założył Stowarzyszenie Artystów Austriackich – sławetną Secesję, z którą był związany do 1905. Jak każdy wielki twórca, nie mieszczący się w ciasnych horyzontach myślowych ludzi ze swojej epoki, Klimt płodził dzieła wykraczające poza proste schematy akademickich koncepcji, które do dzisiaj cieszą się ogromną popularnością.

Wydaje się, że w tym momencie należy uprzedzić potencjalnego czytelnika, że wielu z przytoczonych faktów, nie dowiemy się na podstawie lektury książki Malowany pocałunek. Bowiem książka w żadnym wypadku nie jest biografią Gustava Klimty. Powieść jest historią skomplikowanego związku pomiędzy artystą a Emilie Louise Flöge, austriacką projektantką mody i businesswoman w pełnym tego słowa znaczeniu, która uważana jest za życiową towarzyszkę Klimty. Ponadto Malowany pocałunek to powieść historyczna, która nie zawsze bazuje na prawdziwych wydarzeniach, o czym wspomina sama autorka – w posłowiu przyznaje ona, że niektóre postacie, nie wnoszące nic interesującego do fabuły zostały pominięte (nie zatem mowy o Georgu Klimcie, czy bracie Emilie), a część znanych faktów została zmodyfikowana, tak by lepiej odpowiadały one kreowanemu przez autorkę portretowi psychologicznemu Emilie. Pani Flöge to do dzisiaj postać dosyć tajemnicza, jej biografia nie jest dokładnie znana i wszystkie te luki, białe plamy występuje w życiu Emilie, Elizabeth Hickey próbowała zapełnić własną wyobraźnią. W rezultacie otrzymaliśmy dziełko, które zdaje się być przejawem fascynacji osobą Emilie Louise Flöge, w którym niestety prym wiedzie często domysł i fantazja.

Emilie Flöge [http://artmodel.wordpress.com]

Postać Gustava Klimty poznajemy z perspektywy Emilie Flöge, która jest pierwszoosobową narratorką powieści. Historia rozpoczyna się, gdy Emilie, najmłodsza spośród trzech siostrzyczek Flöge, jest jeszcze dojrzewającą dziewczynką. Rodzice ufni w talent swojej latorośli posyłają ją na lekcje rysunku do uznanego już malarza, znajomego ojca, Gustava Klimta. Młoda Emilie już od pierwszego spotkania z Gustavem, który gościł u państwa Flöge w celu sportretowania dziewczynek, odczuwa niewytłumaczalny pociąg oraz ciekawość wobec dość tajemniczego jegomościa. Gustav, brodaty, niedbale ubrany mężczyzna odznacza się bardzo nieszablonowym sposobem myślenia, ponadto potrafi słuchać z uwagą oraz powagą słów nastoletniej uczennicy, na której natychmiast wywiera spore wrażenie. Z biegiem czasu Emilie odwiedza Klimta nie tylko podczas lekcji rysunku, a ich relacja uczeń-mistrz zaczyna zmierzać w zdecydowanie innym kierunku niż zaplanowali rodzice (w rzeczywistości Gustav oraz Emilie poznali się znacznie później niż ma to miejsce w powieści, podczas ślubu Helene Flöge, siostry Emilie oraz Ernsta Klimta, brata Gustava).

Gustav Klimt był typowym kobieciarzem. Niektórzy biografowie wspominają nawet o dość imponującej liczbie 14 nieślubnych dzieci. Klimt często sypiał ze swoimi modelkami, które portretował w różnych, niezwykle przesyconych erotyzmem pozach. Co ciekawe, artysta nie ograniczał się wyłącznie do współpracy z młodymi przedstawicielkami płci pięknej. Klimt malował również kobiety ciężarne, których uroda nierzadko zdołała już wyblaknąć z uwagi na trudy prowadzonej na skraju ubóstwa egzystencji. Powieściowy Klimta nie jest zatem do cna zepsutym rozpustnikiem – potrafi on czuć chociaż odrobinę odpowiedzialności za swoje seksualne ekscesy. Z tego względu daje on pracę ciężarnym modelkom, które w stanie błogosławionym nie mogłyby liczyć na zarobek u innych artystów. Niby to niewiele, ale zawsze więcej niż porzucenie i zostawienie delikwentki na pastwę mało litościwego losu.

Elizabeth Hickey starała się odmalować niełatwe relacje, jakie łączyły Klimtę z Emilie Flöge. Autorka opisuje najgłośniejsze romanse malarza, przybliża postacie najsłynniejszych kochanek, Adeli Bloch-Bauer oraz Almy Schindler, ale wyraźnie zaznacza, że za każdym razem Klimt niczym pies z podkulonym ogonem wracał do Emilie, którą traktował jako powierniczkę, przyjaciela, pełnowartościowego oraz równorzędnego partnera w dyskusji. Wydaje się, że Hickey próbuje tłumaczyć Klimtę, że ten celowo nie związał się z Emilie Flöge, będąc świadom własnych słabostek, wad i niedoskonałości, nie chcąc krzywdzić najbliższej mu osoby. Z kolei panna Flöge wyłaniająca się z kart powieści jawi się jako osoba niezbyt pewna własnej atrakcyjności, dosyć słaba, która potrafi jedynie biernie oczekiwać na powrót najdroższego mężczyzny, któremu potrafi niemal wszystko wybaczyć. Ta bezwolność i apatyczność Emilie, wyraźnie koliduje z jej samodzielnością i niezależnością, przejawiającą się w prowadzeniu do spółki z siostrami domu mody. Emilie Flöge, projektantka i wizjonerka, śmiało tworzy kreacje, które nijak mają się do tradycyjnych kanonów. Na pozór jest to zatem feministka pełną gębą – niezależna finansowo, posiadająca własny biznes, żyjąca w wolnym związku kobieta o niezłomnej woli i własnym zdaniu. Przyznam, że książka wzbudziła we mnie spore zainteresowanie, jak naprawdę układały się stosunki pomiędzy Klimtem a panną Flöge. Szkoda, że Elizabeth Hickey postawiła na własną wyobraźnię, a nie wnikliwsze zbadanie problemu.

Zbyt duża dawka fikcji oraz modyfikacje faktów to nie jedyne zarzuty, które można skierować pod adresem autorki. Elizabeth Hickey, z wykształcenia historyk, zaskakująco mało uwagi poświęca Wiedniowi, który szczególnie na przełomie XIX oraz XX wieku wydaje się być bardzo wdzięcznym tematem. Nie ma co liczyć na wskrzeszenie atmosfery artystycznej bohemy, czy żywe i plastyczne opisy zaułków tego wyjątkowego miasta. Sam klimat epoki, przełom wieków, który charakteryzował się przecież ogromnymi nadziejami oraz oczekiwaniami, również jest ledwie odczuwalny.

Reasumując krótko, Malowany pocałunek nie jest pozycją wybitną. To z pewnością książka aspirująca do miana ciekawego dzieła o niebanalnym artyście, która jednak w znacznym stopniu z tymi oczekiwaniami się rozmija. Postacie, która autorka postanowiła wpleść w snutą przez siebie opowieść odmalowane zostały całkiem starannie, ale efekt zdecydowanie psują rażące sztucznością oraz nienaturalnością dialogi. Ponadto akcja powieści toczy się dosyć leniwie i momentami książka po prostu wieje nudą. Przyznając szczerze, nie rozumiem również tendencji autorki do częstego ingerowania w biografie Klimta oraz Emilie Flöge. Wyszło tak, jakby Elizabeth Hickey próbowała stworzyć alternatywną historię tych obojga, a to chyba nie było jej pierwotnym zamiarem. W rezultacie działania pisarski przypominają mi postępowanie producentów tych wszystkich zeszytów, kubków, filiżanek z dziełami Klimty, które najczęściej niewiele wspólnego mają z artystycznym zacięciem, a mają po prostu zagwarantować sprzedaż towaru na przyzwoitym poziomie.

czwartek, 08 listopada 2012

Okładka książki Chłopiec z Salskich Stepów

  Tytuł: Chłopiec z Salskich Stepów

  Autor: Igor Newerly

  Wydawnictwo: Świat Książki

  Liczba stron: 222

  Cena: 24,90 zł

  Oprawa: twarda





 

 



 

 

Pisząc co nie co o książce Igora Newerlego Zostało z uczty bogów, wspominałem, że autor był postacią nietuzinkową, który w życiu imał się niejednego zawodu (stolarz, dyrektor Instytutu Produkcji, nauczyciel robót ręcznych, osobisty sekretarz Janusza Korczaka, redaktor pisma Mały Przegląd, szklarz) i który niejedno przeżył (rewolucję w Rosji, aresztowanie przez Gestapo oraz wizytę na Pawiaku, czy pobyt w Majdanku oraz Oświęcimiu). Swoje młodzieńcze przygody autor opisał we wspomnianej pozycji Zostało z uczty bogów, które akcja kończyła się wraz z dotarciem Newerlego, przez płonącą w ogniu rewolucji Rosję, do granic II Rzeczpospolitej. Powieść Chłopiec z Salskich Stepów, którą chciałbym dziś nieco przybliżyć, opowiada o znacznie późniejszych doświadczeniach, tych nabytych w trakcie pobytu w Majdanku. Głównym bohaterem powieści, w której zawarto historię niemal całego życia tytułowego chłopca nie jest jednak Newerly, a jego bliski przyjaciel, doktor, zwany Ruskim Doktorem, poznany w obozie zagłady w Majdanku.

Na wstępie należy od razu wyjaśnić kilka kluczowych rzeczy. Igor Newerly przebywając w obozie zagłady w Majdanku, poznał radzieckiego lekarza Diegtiariewa, z którym bardzo szybko się zaprzyjaźnił. Ruski Doktor, zwany też Doktorem Wową opowiedział Newerlemu praktycznie całe swoje życie, począwszy od wczesnego dzieciństwa, a na walkach z Niemcami w trakcie II Wojny Światowej, skończywszy. Newerly słuchał całkiem uważnie swojego przyjaciela, ale chyba nie przypuszczał, że kiedyś przyjdzie mu spisać te opowieści – uczynił to dopiero 4 lata później, gdy wojenne piekło się zakończyło. Książka powstała nieco z przypadku, wynikała bardziej z potrzeby chwili niż z przemyślanego działania. Newerly, poproszony o napisanie swoich wspomnień obozowych, z których miały powstać kolejne odcinki radiowego słuchowiska, sprezentował kilka tekstów, w których głównym bohaterem był właśnie Ruski Doktor. Z czasem teksty zaczęły pęcznieć, a całość rozrosła się na tyle, że wydawnictwo Czytelnik zaproponowało wydanie książki. Trzeba wspomnieć o jednej istotnej kwestii – owe 4 lata, które upłynęły od toczonych przez Diegtiariewa opowieści do publikacji książki, dały się nieco we znaki Igorowi Newerlemu, który część rzeczy skradzionych przez ulotną pamięć, dopowiedział sam, a część nieco podkoloryzował. W efekcie otrzymaliśmy powieść, która w ogromnej mierze bazuje na historii życia Diegtiariewa, nie jest jednak w żadnym wypadku jej wiernym odwzorowaniem.

Majdanek - obóz śmierci

Newerly zmienił nawet nazwisko (na Diergaczow) swojego głównego bohatera. Było to działanie celowe, zamierzone i głęboko przemyślane – w przypadku, gdyby Diegtiariew vel Diergaczow przeżył obozowe piekło, groziło mu realne niebezpieczeństwo ze strony Wujka Stalina, który do więźniów obozów koncentracyjnych nie pałał zbyt wielką miłością. Obywatela ZSRR, który żywcem trafił do wrogiej niewoli często traktowało się jak zdrajcę. Przezorny Newerly, wiedzący przecież całkiem sporo o sowieckiej Rosji, ukrył swojego przyjaciela pod zmyślonym nazwiskiem. W tym konkretnym przypadku, była to jednak niedźwiedzia przysługa, wyświadczona przez Newerlego. Ruski Doktor, którego zresztą nasz polski pisarz próbował bezskutecznie odnaleźć, by w końcu stwierdzić, że wojny prawdopodobnie nie przeżył, zgodnie z obawami Newerlego musiał odpowiedzieć za wizytę w obozie koncentracyjnym. Nie został na szczęście zesłany do łagru, trafił za to na wygnanie – przez kilka lat pracował jako weterynarz na Salskich Stepach. Taki stan rzeczy trwał, dopóki uparta tłumaczka powieści na język rosyjski, Zinaida Szatałowa, nie odnalazła wreszcie tytułowego chłopca. Dzięki temu, w roku 1957, a więc prawie 10 lat od momentu publikacji Chłopca z Salskich Stepów, Diegtiariew z dnia na dzień z osoby wyklętej, wyrzuconej z partii, wegetującej poza nawiasem społeczeństwa, stał się bohaterem narodowym. Wszystko to oczywiście za sprawą powieści Igora Newerlego, który celowo przekręcił nazwisko Diegtiariewa, by chronić go przed gniewem Stalina – typowa ironia losu, który spłatał niemiłego figla obu panom.

Na podstawie kilku przytoczonych faktów, widzimy jak na dłoni, że same losy książki, jej bohaterów, autora, etc., to wspaniały materiał na napisanie następnej powieści. Newerly po tylu latach jałowych poszukiwań w końcu spotyka swojego bliskiego przyjaciela, którego zaliczył już w poczet ofiar wojny, wspólnie podróżują po Polsce, wygłaszając cykl wykładów, wreszcie też Newerly dopytuje Diegtiariewa o kwestie, które nurtowały go, gdy pisał książkę, a których nie mógł sobie do końca przypomnieć – przy okazji polski pisarz przekonuje się, o jak wielu interesujących rzeczach w ogóle nie wspomniał, jak wiele przekłamań wkradło się do jego literackiego dzieła. Świetna historia ze szczęśliwym zakończeniem, będąca żywym dowodem na prawdziwą polsko-radziecką przyjaźń.

A co do samej książki, o której właściwie mógłbym już chyba nic nie pisać, to z pewnością jest to lektura żywa, ciekawa i wielce interesująca. Napisana plastycznym językiem, z którego promieniuje ciepło wspomnień osoby Ruskiego Doktora, przeplatana pięknymi opisami przyrody, niebanalnymi dialogami, ze starannie odmalowanymi ludzkimi charakterami, stanowi godzien uwagi zapis na temat historii II Wojny Światowej, czy obozowej codzienności. W domyśle słuchowisko, w oparciu o które powstała powieść, skierowane było pod adresem ludzi młodych, stąd też Chłopiec z Salskich Stepów nie jest lekturą przerażającą, straszną, budzącą grozę, czy wstręt. Newerly bardzo umiejętnie sportretował okropności, do których jest w stanie posunąć się człowiek, zrobił to jednak w taki sposób, że czytelnikowi nie odbiera się do końca wiary w ludzi. Na tle obozowego piekła, szczególnym blaskiem świeciły wartości humanitaryzmu, czy głębokiego altruizmu, których można było doszukać się u całkiem sporej rzeszy uwięzionych. Wydaje mi się, że za to należy się szczególny szacunek dla Newerlego – przeszedł on przez prawdziwe piekło na ziemi, był świadkiem największego upodlenia gatunku ludzkiego, a mimo to nigdy nie epatuje tym faktem, nie stara się na siłę szokować czytelnika. Oczywiście Newerly nie posuwał się do trywializacji sprawy i prezentowania czarno-białego obrazu, w którym to hitlerowski żołnierz jest zawsze oprawcą, a więzień szlachetnym człowiekiem, znoszącym wszystkie okropności. Polski pisarz zwraca uwagę, że często gorszym oprawcą oraz katem od niemieckiego wojaka okazywał się rodak. Niekiedy to właśnie essesman występował w roli sprawiedliwego, który nie dopuszczał do rozlewu krwi. Newerly wyraźnie podkreślał, że w czasie wojny to nie narodowość decydowała o postępowaniu człowieka, a jego moralna odporność na palącą żądzę przeżycia, nawet kosztem innych, była kwestią siły charakteru i ludzkiej szlachetności.

Reasumując, Chłopiec z Salskich Stepów to bardzo ładna książka, będąca żywym świadectwem Igora Newerlego. Jest to również pozycja ważna, jeśli weźmie się pod uwagę stale rosnące tendencje do przekłamywania historii, negowania istnienia obozów zagłady, czy modnych w dalszym ciągu polskich obozów śmierci. Wreszcie jest to powieść, która przypomina, że to człowiek powinien być przedmiotem i podmiotem postępu, a nie urządzenia, czy technologie, które z powodzeniem można zastosować w niesieniu zagłady.

środa, 27 czerwca 2012

Okładka książki Zostało z uczty bogów

  Tytuł: Zostało z uczty bogów

  Autor: Igor Newerly

  Wydawnictwo: Świat Książki

  Liczba stron:  432

  Cena: 34,90 zł





 

 

 

 

 

Igor Abramow-Newerly to z pewnością postać nietuzinkowa. Tylko takie zdanie przychodzi mi do głowy, gdy w kilku krótkich słowach pragnę przedstawić sylwetkę tego polskiego twórcy. Bo jak inaczej można wyrazić się o pisarzu, z pewnością wybitnym, który należał do PZPR, jego Pamiątka z Celulozy to klasyczny przedstawiciel socrealizmu, a w swoim życiu wykonywał całe spektrum zawodów, począwszy od pracy stolarza i szklarza, na stenografie skończywszy.

Jeśli znamy chociaż trochę Newerlego, czy to jako autora dojrzałego poprzez jego utwory, czy jako repatrianta, bądź więźnia obozów koncentracyjnych, czy też jako osobistego sekretarza Janusza Korczaka, to z pewnością ogromną przyjemność przyniesie nam lektura jego ostatniej powieści „Zostało z uczty bogów”, napisanej rok przed śmiercią, w której Newerly zabiera nas w podróż po swoim życiu.

Recenzowana pozycja to autobiografia pisarza, zgrabnie wtłoczona w ramy dobrej beletrystyki. Autor koncentruje się przede wszystkim na swoim okresie młodzieńczym, który przypadał na bardzo niespokojne czasy. Chociaż początki zdecydowanie przemawiały za tym, że życie młodego Newerlego, wnuka Josefa Nevrli, mającego czeskie korzenie, carskiego łowczego w Puszczy Białowieskiej, upłynie leniwie i spokojnie, pod znakiem rutyny, głównie rodzinnej w Białowieży. Przekorny los sprawił jednak, że stało się zupełnie inaczej. Cały świat, w tym również egzystencja Newerlego, stanął na głowie, gdy wybuchła I Wojna Światowa. Niedowierzanie, lekceważenie wojennej zawieruchy, które z kolei przerodziło się w przekonanie, że wszystko z pewnością ucichnie w najbliższym czasie. Niewielu ze współczesnych spodziewało się, że oto zaczyna się konflikt zbrojny, którego ofiary po raz pierwszy będzie się liczyć nie w tysiącach, a w milionach, w którym użyte zostaną nowe, jeszcze bardziej śmiercionośne niż dotychczas maszyny, a ludzie będą tępić się wzajemnie niczym szkodniki za pomocą gazów bojowych. Z kolei dla Newerlego całe to zamieszanie to z pewnością początek jego wielkiej wędrówki, czy raczej wędrówek, w których przemierzył ogromną część Rosji oraz zanurzył się w zakamarkach własnej duszy.

Igor Abramow-Newerly

Śledząc poczynania głównego bohatera, podróżując z nim, jesteśmy świadkami zmian zachodzących w myśleniu młodego człowieka, na bieżąco obserwujemy proces dojrzewania oraz kształtowania się i docierania jego osobowości, przekonań, światopoglądu i życiowej filozofii. Widzimy równocześnie, że już jako 11-latek (rocznik 1903), Newerly wszedł w dorosłe życie, kiedy to jako jedyny mężczyzna w rodzinie pomagał mamie w ewakuacji swoich młodszych sióstr do Penzy, rodzinnego miasta swojego ojczyma. Jako 14-letni ucznia zaskoczyła go swoim wybuchem rewolucja, najpierw lutowa, a następnie październikowa. Początkowo Newerly był jedynie świadkiem następujących po sobie wystąpień kolejnych przedstawiciel wszelakiej maści stronnictw, starających się pozyskać popleczników i głosy, w wyborach do konstytuanty – zgromadzenia narodowego, które miało określić ustrój nowej Rosji. Z czasem jednak, w młodym umyśle poczęły kiełkować pierwsze zapatrywania polityczne – przedstawiani dotychczas w negatywnym świetle bolszewicy, diabły wcielone i zło nie z tej ziemi, w osobie kilku żywych egzemplarzy okazali się jednostkami zdeterminowanymi, silnymi, w sposób zdecydowany dążącymi do realizacji wyznaczonych celów. Wizyta w Czeka, z której Newerly wyszedł bez szwanku, zarówno na ciele jak i na umyśle, młody komisarz, który za uczciwą pracę załatwił miejsce w pociągu, wreszcie postać Wasilija Dmitrycza, prostego acz zaradnego zduna, wszystko to w pewnym sensie sprawiło, że komunistyczna ideologia z wolna znalazła sobie przytulne miejsce w umyśle Newerlego.

Dalej, wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Odpowiednia literatura, w połączeniu z młodzieńczym zapałem dała piorunujące efekty. Newerly, z głową nabitą wzniosłymi ideałami, całkowicie zachłysnął się bolszewizmem. Młody chłopak wziął odpowiedzialność za swoje czyny i sam wybrał pozycję, którą należy zająć w obliczu nadchodzącego przełomu. Bolszewizm okazał się odpowiedzią na wszystkie pytania, skondensowaną wiedzą świata, złotym środkiem. Bucharin i jego „Elementarz komunizmu”, Komsomoł (Kommunisticzeskij Sojuz Mołodioż - Komunistyczny Związek Młodzieży) oraz działalność z nim związana, praca bibliotekarza na prowincji, który kształcił oraz nakierowywał politycznie napływające masy rówieśników – po latach, z perspektywy czasu Newerly przyznał, że nigdy później nie doznał już takiej iluminacji, zrozumienia celowości wszelakich działań oraz wykładni życiowych, bazujących rzecz jasna na bolszewizmie.

Komsomoł

 Z biegiem czasu ogromny optymizm zaczął stygnąć, zapał powoli wygasał, gdy nastąpiła konfrontacja z rzeczywistością, która okazała się szara oraz obdarta z ideałów. Nic nie wskazywało na to, żeby awangarda proletariatu, czyli partia, zamierzała oddać władzę w ręce bezklasowego społeczeństwa. Newerly w oparciu o własne doświadczenia, szybko przekonał się, że kreowana przez bolszewików rzeczywistość jest jedynie ułudą i mirażem. Pisarz jednak nie wyłamał się z kręgu myślenia socjalistycznego. Po Komsomole przyszedł jeszcze czas na młodzieżówkę mieńszewicką, która zaprowadziła go prosto w ramiona GPU (Państwowy Zarząd Polityczny - następcy Czeka). Po tułacze, odwiedzinach kolejnych więzień, Newerlemu udało się w końcu wrócić do Polski, gdzie tuż po nielegalnym przekroczeniu granicy został osadzony w areszcie, tym razem polskim.

 Należy podkreślić, że wspomnienia Newerlego zostały przedstawione w naprawdę znakomitej formie. Książka pozbawiona jest suchych faktów. Autor operuje językiem żywym, w sposób plastyczny opisuje przyrodę, ze sporą dozą humoru przedstawia kolejne wydarzenia, których był uczestnikiem. Równocześnie, z perspektywy czasu który upłynął, stara się dokładnie zanalizować swoją osobę, tj. dojrzewającego młodzieńca przez pryzmat kolejnych życiowych doświadczeń. Wspólnie zagłębiamy się w meandry jego psychiki, myślenia, mozolnego i trudnego procesu budowania własnego światopoglądu, sposobu wyrażania swojego „ja”, obserwujemy nabywanie tożsamości politycznej. Autor nie wzbrania się przed wspominaniem o rzeczach błahych, mniej istotnych, które jednak w sposób znaczący przyczyniły się do kształtowania się osobowości.

 Niejako przy okazji, oprócz bildunsromanu, czyli powieści o formowaniu się własnej osobowości, Newerly serwuje nam znakomite studium zmian, które dotknęły Rosję. Upadek caratu, krwawa i okrutna wojna domowa, dojście bolszewików do władzy. Pisarz jest znakomitym obserwatorem i dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami, dzięki czemu zdarzenia, które miały miejsce w tym gorącym okresie zmian znamy praktycznie z pierwszej ręki. Pojawiają się liczne dywagacje na temat siły oraz przyczyn tryumfu bolszewików. Autor snuje liczne dociekania, choć sam nie jest do końca pewny, co zdecydowało o tym, że mimo braku odpowiedniego zaplecza, ba, mimo żadnych widocznych oznak, czy to kulturowych, czy też ekonomicznych, czy wreszcie politycznych, nastąpił tak gwałtowny przeskok od ustroju monarszego, tj. od caratu do komunizmu.

 Reasumując, trzeba uczciwie przyznać, że Newerly w sposób znakomity oddał proces dojrzewania młodego umysłu, gdy biała kartka przekonań zostaje zapisana wzniosłymi ideałami, które zapewniają ogromny zapał do pracy, do życia, do walki. Autor świetnie przedstawił zaślepienie, któremu łatwo może ulec człowiek niedojrzały, formujący swoją tożsamość, niedoświadczony przez brutalny oraz rojący się od oszustw świat. Rewelacyjnie ukazano również Rosję, ogarniętą rewolucyjnym szaleństwem, pisarz wybornie odmalował szaleństwo, któremu ulega świat pogrążony w chaosie przemian.

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita