Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo Agora

czwartek, 17 stycznia 2013

Okładka książki Solaris

  Tytuł: Solaris

  Autor: Stanisław Lem

  Wydawnictwo: Agora

  Liczba stron: 240

  Cena: 19,99 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Stanisław Lem wielkim pisarzem był. Pisząc te zdania czuję się dokładnie jak ferdydurkowski Bladaczka. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas w zdecydowanie różny sposób odbiera rzeczywistość, a dokonując jej oceny, stosuje sobie tylko znane kryteria. Świadomość ta powinna mi wyraźnie pomóc w uzmysłowieniu sobie faktu, że sądy obiektywne na temat jakości książek, literatury, etc. nie mogą istnieć, w związku z czym wypowiadanie zdań, tego typu, od którego rozpocząłem recenzję jest absolutnie bezsensowne. Stwierdzenie takowe jest subiektywne i będzie, niezależnie od tego jak wielu ludzi jest w stanie podpisać się pod moją sentencją. Dlaczego zatem piszę w ten sposób? Dlaczego powielam schemat, który od dawna dominuje w naszej kulturze, mimo, że uważam, iż jest to coś złego? Dlaczego wreszcie ludzie tak bardzo kochają mieć rację? Odpowiedzi na te pytania raczej nie znajdziecie w jednej z powieści Lema, Solaris, ale z pewnością wyczytacie w niej całkiem sporo na temat ludzkiej psychiki.

W wydanej w 1961 roku książce, przetłumaczonej na kilkanaście języków, Stanisław Lem prezentuje nieudaną próbę kontaktu ludzkości z solaryjskim oceanem. Zacznijmy jednak od początku. Główny bohater Kris, to psycholog, który zostaje wysłany na stację badawczą krążącą wokół planety Solaris, by zbadać, co przydarzyło się jej członkom, wykazującym poważne zaburzenia natury psychicznej. Szybko jednak przekonuje się, że jego praca będzie dość niezwykła. Okazuje się, że planeta jest zamieszkała. Posiada jednego mieszkańca, którym jest rozumny ocean. Nie można się z nim jednak porozumieć w żaden sposób. Wielka, plazmatyczna, na pozór bardzo milkliwa galareta posiada za to specyficzne właściwości. Potrafi ona zmaterializować najskrytsze marzenia mieszkańców stacji. Jednak ocean jako istota przez długie lata jedyna i samotna na ogromnej planecie nie zna znaczenia słowa my. Czytając w mózgach ludzi jak w otwartej księdze, nie potrafi on rozeznać się w strukturze zawartych tam treści. Obce mu jest poczucie taktu czy przyzwoitości, mimo swej mądrości technicznej nie ma pojęcia jak niewiele prywatnych ludzkich marzeń nadaje się do ujawnienia.

Stacja kosmiczna na tle planety Solaris

Pewnej nocy, Krisa budzi Harey, jego ukochana, która 20 lat wcześniej, porzucona przez niego popełnia samobójstwo. Kris stosunkowo szybko uświadamia sobie, że jego najdroższa to tylko fantom – replika, neutrinowy twór, owoc działalności solaryjskiego oceanu. Oprócz tego, że ciągle jest piękna i młoda cechuje ją również … nieśmiertelność. O tej ostatniej cesze bohater przekona się empirycznie, próbując w akcie desperacji zgładzić koszmar, narodzony z odmętów jego wspomnień. Dwaj pozostali naukowcy nie mają tyle szczęścia co Kirs – oni w darze od oceanu otrzymują rzeczy wydobyte z najwstydliwszych zakamarków ich umysłów. Marzenia skrywane nawet przed samym sobą, stają się dla nich rzeczywistością. Dostają w prezencie ucieleśnioną własną małość i podłość, która przybrawszy formę materialną doprowadza ich na granicę obłędu.

Oto jedna z wielu warstw powieści: studium człowieka, który znalazł się w sytuacji absolutnie wyjątkowej, bo nie mającej żadnych odniesień do ziemskich doświadczeń. Wydaje się, że konfrontacja z nieznanym stanowi ulubiony temat powieści science fiction autorstwa Stanisława Lema. Pojawiają się i mnożą pytania: czy uczucie, jakie finalnie wywiązało się między Krisem a Harvey można nazwać miłością? Czy możliwe jest by człowiek kochał obcą formę życia, czy też własne, zmaterializowane wspomnienie? Wreszcie czy Harvey jest istotą ludzką? Bo co właściwie o tym stanowi? Materia, z jakiej jest stworzona, fakt urodzenia przez matkę, biologiczną istotę, czy może ludzkie odczuwanie? Zatem kimże, bądź czymże jest Harvey? Jakie wzorce moralne wobec niej zastosować? Jakie kryterium dla niej obrać? W jakich kategoriach rozpatrywać w ogóle jej byt, bo przecież Harvey posiada świadomość własnej egzystencji.

Książka to również ambitna próba ustalenia granic ludzkiego poznania. To uświadomienie nam, jak mało wiemy na temat możliwych obcych form życia. Według autora, ludzkość nie ma czego szukać w Kosmosie, tak jak i jego mieszkańcy nie mają po co przybywać na Ziemię, ponieważ porozumienie i tak nie jest możliwe. Owa niemożność kontaktu wynika z wzajemnej obcości, którą Lem znakomicie uwypukla plastycznymi i żywymi opisami form, tworzonych przez Ocean. Naukowcy, których całe rzesze przewinęły się przez planetę Solaris, mimo lat żmudnej pracy ciągle nie są dokładnie ich zbadać, czy raczej w pełni zrozumieć ich znaczenia. Potrafią jedynie porządkować, katalogować owe formy, nadawać im pozostające bez znaczenia, wymyślone nazwy, które skrywają jedynie pustkę i bezsilność. Całość przypomina próbę opisania kolorów osobie niewidomej od urodzenia – to wyraz bezradności naszego intelektu.

Idąc dalej, utwór możemy rozpatrywać również jako swoistą transgresję od porządku ludzkiego, dobrze nam znanemu ku temu, co obce, nieludzkie. Pisarz zabiera nas w fascynującą wędrówkę w nieznane. Czytelnik ciągle musi operować na granicy dwóch światów – pomiędzy tym, co zrozumiałe, oswojone, a tym, co niepojęte. Przy czym otchłań obcości rozpościera się nie tylko w kosmosie, ale również w samym człowieku. Lem posługując się myślącym oceanem jako wykładnią, uzmysławia nam, jak ogromne, dziewicze i niezbadane obszary znajdują się w naszych własnych umysłach. Istota ludzka okazuje się tylko cienką warstwą sensu, pokrytą licznymi tajemnicami materii, psychiki. Przesłanie płynące z książki jest zatem proste. Zanim zdecydujemy się na podbój Kosmosu, powinniśmy dokładnie poznać siebie samych, jako istoty ludzkie.

Wielce ciekawy jest również odbiór powieści przez wszelakiej maści krytyków. Sam Stanisław Lem w wywiadzie rzece Tako rzecz Lem przyznał, że czytał omówienia Solarisa tak uczone, że mało co z nich zrozumiał (a kogo jak kogo, ale pana Staszka do ułomków umysłowych z pewnością zaliczyć nie można). Książka odczytywana była z użyciem klucza m.in. freudowskiego. Pojawiały się również sugestie, że to manifest antykomunistyczny. Rolę ZSRR miał odgrywać solaryjski ocean, z którym żadnej nici porozumienia nie mogły osiągnąć pozostałe państwa, czyli badacze ze stacji. Co jeszcze bardziej interesujące, mnogość odczytań dzieła Solaris, dowolność krytyki literackiej, stały się bodźcem dla Stanisława Lema do napisania Filozofii przypadku, opasłego eseju (moje wydanie posiada prawie 600 stron!), poświęconego teorii literatury.

Podsumowując Solaris nie możemy analizować tylko na jednej płaszczyźnie. Książka zawiera w sobie elementy psychologiczne, filozoficzne, opisuje problem kontaktu z obcą cywilizacją, pojawia się również wątek romantyczny, przez co jej lektura okazuje się niezwykłym doświadczeniem. Lem zwraca także uwagę, że aby móc poznać coś radykalnie nowego, obcego, kompletnie innego, człowiek musi najpierw dokładnie zrozumieć sam siebie. I niekoniecznie pomogą mu w tym owoce najnowszych technologii.

P.S.

Zdecydowana większość recenzji, z wyjątkiem przydługawego wstępu i kilku wstawek, pochodzi z mojej pracy maturalnej, w której rozwodziłem się na temat fascynacji nowoczesnością w kulturze i sztuce w XIX i XX wieku. Co ciekawe Solaris to także mój powrót do Lema po dobrych 10 latach. Jako młody berbeć, gdzieś na początku szkoły podstawowej byłem zmuszany przez mamę do czytania. Jako, że nie przejawiałem ku temu zbytnich chęci, mama postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i wypożyczyła dla mnie Opowieści o pilocie Pirxie. Pamiętam, że wówczas książka wydawała mi się koszmarnie nudna. Byłem tak zły brnąc przez kolejne jej strony, że po prostu się gotowałem. Nie mogłem zrozumieć, jakim prawem ta pozycja w ogóle egzystuje. Książka, w której w Kosmos lata się za pomocą pojazdów przypominających pociski to relikt, a nie żadna tam literatura science fiction. Tak wówczas sądziłem, nie bacząc na inne spektra pierwszego opowiadania, na którym poprzestałem lekturę. Na szczęście czas leczy rany i gdy sięgnąłem po Lema powtórnie, z własnej woli, po tych 10 latach, okazało się, że wpadłem bezpowrotnie. W chwili obecnej przeczytałem prawie wszystkie pozycje tego wyjątkowego pisarza, w tym oczywiście nieszczęsnego Pilota Pirxa. Ale jak widać, do niektórych lektur trzeba po prostu dojrzeć, a przymus nie jest najlepszą metodą do pozyskiwania kolejnych czytelników.

piątek, 04 maja 2012

Okładka książki Powrót z gwiazd

  Tytuł: Powrót z gwiazd

  Autor: Stanisław Lem

  Wydawnictwo: Agora

  Liczba stron:  242

  Cena: 24,99 zł



 

 

 

 

 

 



Powrót z gwiazd” jest kolejnym filarem podpierającym kopułę genialnego dorobku Stanisława Lema. W moim prywatnym odczuciu, jest równocześnie bardzo istotnym elementem całej, misternej budowli, bez którego twórczość tytana polskiej science-fiction byłaby po prostu niekompletna.

Książka opowiada o losach astronauty Hala Bregga, który po wyprawie do odległego Fomalhaut powraca wreszcie na Ziemię. Oczywiście fizyka sprawia mu niemiłego, acz oczekiwanego psikusa, relatywny upływ czasu sprawił, że bohater trafia do zupełnie innego świata, niż ten z którego wyruszył. Na Ziemi upłynęło już ponad sto lat od jego wylotu, podczas gdy dla Hala minęło ich raptem kilka. O astronautach, którzy opuszczali glob w glorii chwały i powszechnego szacunku oraz ich poświęceniu, którego się podejmowali dla dobra nauki, niesieni spienioną falą entuzjazmu poznawczego, nikt na dobrą sprawę już nie pamięta i nie chce pamiętać. W chwili obecnej są oni raczej lokalną ciekawostką, a nawet zbędnym balastem, niewygodnym reliktem przeszłości, którym należy się opiekować i przystosować jakoś do życia i funkcjonowania w normalnym społeczeństwie. Hal i jego kamraci są jedynie zabytkiem z czasów, kiedy ludzkość znała jeszcze z autopsji pojęcia szaleństwa i brawury, pojęcia z których jednak już dawno wyrosła.

Powrót na macierzysty glob nie jest dla gwiezdnych rozbitków łatwy. Naturalnie nie ma już na nim starych przyjaciół, rodziny, znajomych. Jednak co gorsze, całe społeczeństwo jest zupełnie obce. Kosmiczni bohaterowie, zdobywcy i zarazem tułacze nie są witani kwiatami, wiwatami, działań ich nie opiewa blask chwały. Skąd ta diametralna zmiana postawy ludzkości, która zawsze czciła odwagę i męstwo, a nabuzowanych testosteronem olbrzymów-gladiatorów uważała za najwyższą formę rozwoju? Otóż okazuje się, że ludzie zostali poddani procesowi betryzacji, czyli zabiegowi usunięcia z psychiki ludzkiej skłonności do agresji. Pokłosiem zabiegu jest bardziej racjonalna i stabilna egzystencja, powszechny dobrobyt, światowy pokój. Jednak w efekcie ludzkość traci też cały zapał poznawczy, który wiąże się przecież ze zbyt dużym ryzykiem. Nikogo nie pociągają już dalekiej gwiezdne wyprawy, dlatego astronauci nie mogą odnaleźć zrozumienia dla podjętych przez nich działań.

Książka to kolejny, fantastyczny eksperyment myślowy przeprowadzony przez Stanisława Lema. Powieść opowiada bowiem o losach jednostek, mikrospołeczności, która opuszcza swoją wspólnotę i przez kilkaset lat egzystuje w zupełnej izolacji. Co prawda astronauci wracają na Ziemię, z pewnością jednak ciężko im powiedzieć, by zawitali do domu. Okazuje się, że nawet osobnicy tego samego gatunku (ludzie), których dzieli odpowiednio długa bariera czasu, mogą stać się dla siebie nawzajem osobnikami całkowicie obcymi, z którymi praktycznie niemożliwe jest nawiązanie nici porozumienia. Przekonujemy się, jak ważnym elementem scalającym nas wzajemnie, jako społeczność jest wspólny wycinek czasu, w którym przyszło nam egzystować. Przy nawiązywaniu kontaktów z drugim człowiekiem, często nie jesteśmy w stanie wyjść poza ciasne ramy przyjętych konwenansów, utartych zwyczajów, które przecież zmieniają się dość szybko wraz z kolejnymi epokami. Po odpowiednio długim czasie, definicja pojęcia słowa ludzkość zmienia się na tyle, że nie potrafimy dostrzec w człowieku z przeszłości istoty ludzkiej, a jedynie relikt i pieśń lat dawno przebrzmiałych, które najchętniej umieścilibyśmy w muzeum, zamiast w zdrowym, dobrze funkcjonującym społeczeństwie. Rodzi się przy okazji kolejne pytanie: W jaki sposób możemy nawiązać kontakt z diametralnie obcymi nam istotami (kosmitami, obcymi), skoro mamy tak ogromne problemy z porozumieniem się z przyszłymi pokoleniami ?

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o wspaniałym warsztacie pisarskim Stanisława Lema, który i tutaj przyjdzie nam podziwiać w pełnej krasie. Lem po raz kolejny okazuje się mistrzem opisu tego co nieznane, obce, tak inne, że wręcz niewyobrażalne. Już na samym początku książki pojawia się niesamowity opis portu ziemskiego, który oglądamy z punktu widzenia bohatera i podobnie jak on, czujemy się po prostu kompletnie zagubieni. Racząc się otaczającą nas feerią barw, mnogością przedmiotów o nieznanym nam przeznaczeniu, wyglądzie i kształcie, możemy mieć wątpliwości, czy rzeczywiście trafiliśmy już na Ziemię, czy też może znajdujemy się jeszcze gdzieś w Kosmosie, podziwiając po prostu dokonania obcej cywilizacji. Atakuje nas cała paleta barw, zalewa nas ogrom urządzeń i zwyczajów, o których nie mamy zielonego pojęcia. Jedyną kotwicą w tym strasznym, nowym świecie okazuje się miłość, którą udaje się odnaleźć głównemu bohaterowi.

 P. S.

Wydaje mi się, że przytoczona pozycja, obok „Fiaska” jest jedną z najbardziej niedocenianych książek w bogatej twórczości Lema. Mało się o niej słyszy, rzadko gdzie się o niej wspomina, niewielu pieje nad nią z zachwytu. Uważam jednak, że jest to powieść na tyle przewrotna – w końcu zaczyna się dokładnie tam, gdzie większość książek o kosmicznych wojażach się kończy – że naprawdę warto po nią sięgnąć i zagłębić się w jej lekturę. Polecam szczególnie osobom, które czują się wyalienowane i obce w świecie, w którym przyszło im żyć.

środa, 02 maja 2012

Okładka książki Pokój na Ziemi

  Tytuł: Pokój na Ziemi

  Autor: Stanisław Lem

  Wydawnictwo: Agora

  Liczba stron:  224

  Cena: 29,99 zł



 

 

 

 

 

 



"Pokój na Ziemi" to kolejne fantastyczne dzieło polskiego tytana science-fiction, filozofia, etyka i myśliciela, Stanisława Lema. Fabuła książki osnuta jest wokół trwającego na Ziemi wyścigu zbrojeń, osiągającego rozmiaru absurdu, czyli formy w której Lem się lubował i której to można śmiało nazwać go mistrzem. Skoro jest i absurd, pojawić się musi i jego nieodzowny lemowy towarzysz, czyli Ijon Tichy, egoman ekscentryk i gwiezdny podróżnik, doskonale znany z powieści: „Wizja lokalna”, „Dzienniki gwiazdowe” oraz „Kongres futurologiczny”. Jak już wspomniano, na Ziemi walka o zbrojną dominację trwa w najlepsze. Konstrukcja wszelakich machin do zadawania bólu bliźniego, rozwój technologii mających na celu uprzykrzenie życia, osiągają taki kunszt, że nie sposób już rozstrzygnąć, czy ciągle padający deszcz, przeplatany huraganami to dzieło złośliwego sąsiada, czy też zwyczajny kaprys pogody. Świat zaczyna z wolna przypominać jedną wielką bombę, minę, na którą lada chwila ktoś nadepnie, nie pozostawiając ani grama ludzkiej tkanki na całej kuli ziemskiej. Arsenał jest już tak potężny, że biedną planetę matkę można by kilka razy obrócić w pył, a i tak zostałoby jeszcze całkiem sporo. Mocarstwa mają się zatem w ciągłym szachu, ciągle jednak muszą dbać o rozwój swoich broni, by móc szachować przeciwnika, by nie wypaść z obiegu, by mieć nadzieję, że sąsiad nie odważy się na wymianę ciosów, skoro jesteśmy w stanie odpowiedzieć mu równie silnym łupniem. Jednakże zbrojenia pochłaniają coraz większą liczbę gotówki, pojawia się też coraz więcej przeciwników rozwiązań siłowych, jednym słowem machina wojenna zaczyna ciążyć każdemu z uczestników wyścigu.

 Ludzie, jako rasa na wskroś kreatywna, znajdują wyjście i z tej jakże trudnej sytuacji. Decyzją wszystkich, podpisana zostaje nowa konwencja genewska, na mocy której państwa decydują się przenieść całych swój arsenał na Księżyc. Biały glob zostaje podzielony na stosowne sektory, należące do każdego z krajów, w których to można umieścić dowolną ilość wojskowego sprzętu własnej produkcji. Co jednak najciekawsze, sprzęt ten zdolny jest do samodoskonalenia się oraz powielania się. Nad wszystkim, swoim czujnym okiem, czuwa specjalnie na tę okazję powołana Lunar Agency. Do niej też należy się również zwrócić w przypadku, jeśli chcielibyśmy sprawdzić stan naszego uzbrojenia, czy też użyć jednej z naszych zabawek. Dzięki takiemu zabiegowi, całkowicie wyeliminowana zostaje możliwość ataku z zaskoczenia, zatem Blitzkrieg staje się już historycznym hasłem, o którym możemy jedynie poczytać we wszelakiej maści księgach historycznych.

Idea piękna, jednak jak to z ludzkimi pomysłami bywa, coś musiało pójść nie tak i całość nie działa aż tak dobrze, jak to sobie zaplanowaliśmy. Chociaż będąc upartym, za całe zamieszanie obwiniać można, ba, nawet należy jedynie czynnik ludzki. Niedługo po zakończeniu całej, skomplikowanej operacji, w umysłach co poniektórych jawić się zaczęły wątpliwości, czy aby na pewno rozwiązanie sprawy w ten, a nie inny sposób było słuszne. Wątpliwości te w sposób sprytny były podsycane przez producentów broni, którzy jak na to nie spojrzeć, na całej akcji stracili zdecydowanie najwięcej. Za ich to przyczyną, świat zaczęły obiegać niepokojące informacje, jakoby wojskowe systemy księżycowe zbuntowały się przeciwko całej sytuacji, a bunt swój chciałyby przypieczętować dosadnie, czyli w najlepszym, iście filmowym stylu, tj. rebelią na bezbronną, pozbawioną jakiejkolwiek osłony, Ziemię. Pikanterii całemu zamieszaniu dodawał fakt, że sondy wysłane przez Lunar Agency, które miały zbadać całą sytuację, nie wróciły.

Wydaje się, że jest to znakomity moment, by przerwać toczącą się opowieść i zachęcić czytelnika, by z dalszą częścią zapoznał się sam. Rzec można jeszcze jedynie, że oczywiście możliwe jest tylko jedno rozwiązanie całej sprawy i rozwiązanie to zostanie wcielone w życie. Na bezstronnego ambasadora ludzkości, nie zamieszonego w żadne polityczne gierki, zostaje wybrany Ijon Tichy i jemu to przypada misja zbadania całej, jakże niepokojącej sprawy. Zdradzę jeszcze tylko, że uda mu się rozwiązać zagadkę tego, co wydarzyło się na Księżycu, jednak na skutek trafienia laserem, pada on ofiarą kallotomii, czyli rozcięcia wielkiego spoidła łączącego obie półkule mózgowe. Tajemnica wydarzeń, jakich Tichy był świadkiem znajduje się w prawej półkuli mózgowej, z którą jednak nijak nie może się on dogadać. Na skutek tego, sporządzenie raportu informującego o sytuacji na Księżycu staje się niemożliwe, a niepokój rządów, ich wywiadów oraz kontrwywiadów, osiąga zawrotne wyżyny. Całość kończy się dość zaskakująco, ale bardzo pomysłowo, dlatego absolutnie nie zdradzę jak.

Osobiście uważam także, że na książkę możemy również patrzeć przez pryzmat zainteresowań Lema na zjawisko wspomnianej kallotomii. Po raz kolejny, bohaterowi powieści Lema stają do konfrontacji ze zjawiskami absolutnie nowymi, niecodziennymi, w obliczu których należy diametralnie zmodyfikować ramy naszego postrzegania świata. Kallotomia to kolejna metafizyczna zagwozdka, ale przedstawiona w sposób satyryczny, by nie rzec swojski (jak choćby, gdy prawa ręka Tichy’ego nie może dogadać się z lewą, co prowadzi do wybuchu kłótni, którą dość bezradnie próbuje przerwać sam Ijon). Nie mniej jednak, pomimo całej komicznej otoczki, pytania o naszą ludzką naturę, transcendentalność naszej świadomości (kimże bowiem jest Tichy, po kallotomi – bytem jednym, czy cudownie rozmnożonymi bytami dwoma? czy należy utożsamiać go bardziej z lewą półkulą, która jest w stanie artykułować swoje myśli za pomocą słów, czy bardziej z prawą, porozumiewającą się ze światem zewnętrznym dopiero za pomocą gestów, których zresztą nauczy ją lewa półkula?), niejako same cisną się do naszej głowy.

Na koniec warto chyba jeszcze wspomnieć, że Stanisławowi Lemowi przyszło żyć w okresie Zimnej wojny i to właśnie na bazie doświadczeń z niej wyniesionych mógł budować podwaliny pod świat, znany nam z „Pokoju na Ziemi”. Dość łatwo, a przy tym celnie i logicznie wypunktował on wyścig zbrojeń, ukazując, że ciągłe rozwijanie potencjału zbrojeniowego, w końcu doprowadzi do jego wzrostu ekspotencjalnego, czego efektem będzie jedynie ciągły lęk, towarzyszący światowym przywódcom w obawie, że byle kichnięcie może doprowadzić do końca świata.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Okładka książki Pamiętnik znaleziony w wannie

  Tytuł: Pamiętnik znaleziony w wannie

  Autor: Stanisław Lem

  Wydawnictwo: Agora

  Liczba stron:  212

  Cena: 24,99 zł



 

 

 

 

 

 

 

W przedostatnim wpisie wspominałem o konkursie „Książka za recenzję”, związanym z twórczością Stanisława Lema, w którym kiedyś brałem udział. Regulamin polegał na napisaniu recenzji wybranego dzieła pana Lema oraz opublikowaniu jej na oficjalnym forum (http://forum.lem.pl). W przypadku przewagi ocen pozytywnych nad negatywnymi, zebranych od użytkowników forum, zyskiwało się jedną wybraną pozycję z bogatej twórczości naszego genialnego futurologa. Ponadto zwycięzca, tj. osobnik który uzyskał najwięcej przychylnych opinii otrzymywał komplet 33 książek z wydawnictwa Gazety Wyborczej.

Chciałbym się pochwalić się moją recenzją „Pamiętnika znalezionego w wannie”, za którą udało mi się nabyć „Filozofię przypadku” i przy okazji zareklamować tę fascynującą lekturę. Oto ona:

 

Stanisław Lem był dzieckiem wyjątkowym i nikt, kto zapoznał się z jego biografią nie może mieć co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Jako młody chłopiec, syn Samuela Lema, okazał się jednym z najgenialniejszych dzieciaków w południowej Polsce. Na przestrzeni lat, mały Stanisław miał wiele zainteresowań. Jednym z etapów jego dziecięcych lat, była obsesja na punkcie własnoręcznie wytwarzanych legitymacji. Młody Lem, jako, że niezbyt interesowały go lekcje, urozmaicał sobie czas pobytu na nich poprzez tworzeniem specjalnych dokumentów, legitymacji. W efekcie żmudnej i ciężkiej pracy, powstało prawdziwe legitymacyjne imperium. Minął jednak szczęśliwy czas młodości i wydawać by się mogło, zabawa się skończyła. Jeśli jednak weźmiemy do ręki książki „Pamiętnik znaleziony w wannie” i dodatkowo zdecydujemy jeszcze się ją przeczytać, to okaże się, że legitymacyjny moloch Lema wcale nie zdematerializował się tak całkowicie z wyobraźni genialnego pisarza.

Chociaż sam twórca wzbrania się przed taką trywializacją sprawy, trzeba sobie rzec, że czytając Pamiętnik, śledząc poczynania głównego bohatera, który prowadzi wędrówkę po Gmachu, bezskutecznie błądząc od drzwi do drzwi, kontaktując się z kolejnymi urzędnikami, oficjelami, bohatera, który z każdym krokiem coraz mocniej zaplątuje się w pajęczynę tajności, trudno jest odgonić wrażenie, że Lem już kiedyś takie tło akcji stworzył.

Podobnie, jak bohater pokoju, na który opiewała przepustka, nie mógł znaleźć, tak i my możemy mieć spore trudności z wyczytaniem wszystkich treści ukrytych w książce. Ale w końcu dzieło to jest prawdziwą księgą szyfrów, zresztą, jakże by mogło być inaczej, skoro opowieść rozgrywa się w świecie szpiegów. Dlatego też każde zdanie, każde słowo, posiadać może sens głębszy i jeszcze głębszy, niż na pozór nam się to wydaje. I tak, dzięki uprzejmości kapitana Prandtla, na podstawie krótkiego fragmentu Romea i Julii, dowiadujemy się, że Szekspir żywił prawdopodobnie nieprzyjemne uczucia do osobnika nazwiskiem Mathews. Drugą informacją, którą raczy nas miły kapitan, jest fakt, wszystko co nas otacza jest szyfrem. Jakby tego było mało, okazuje się, że rozłamany szyfr, jest nadal szyfrem, jest niewyczerpalny. Tajność, tajność, wszystko tajność. Jakakolwiek próba porozumienia się, kontaktu z pracownikami Gmachu kończy się zazwyczaj ogromnym fiaskiem, ewentualnie efektownym samobójstwem. Jedynym, który zdaje się co nie co rozumieć tułaczą męczarnię bohatera jest agent spotykany w łazience – jest on jednak niczym złośliwy chochlik. Posiadając nieco dłuższy staż błądzenia po Gmachu, przekonuje jedynie bohatera, że próżno są jego zmagania, bowiem i tak nic z nich nie wyniknie.

Swoistym sanatorium, przyjemnym chłodem marmuru dla rozgrzanego czoła trawionego gorączką, panaceum na wszelkie prześladowcze paranoje okazuje się wspomniana łazienka, gdzie gość znajdzie zarówno brzytwę, która oprócz poczucia świeżości, zawsze towarzyszącemu dopiero co ogolonej twarzy, zapewni również czas potrzebny na pozbieranie myśli i uporządkowania tej gmatwaniny wniosków w coś na wzór całości oraz wannę, w której to, utrudzony po przebrnięciu przez labirynty korytarzy Gmachu wędrowiec, będzie mógł zasnąć snem sprawiedliwego. Och, któż po przejściu tylu okropności, wstrząśnięty taką dozą przeżyć, całkowicie szalonych i zwichrowanych nie zechce przynajmniej na chwilę spocząć w tej oazie chłodnego i uporządkowanego myślenia, w tym kontemplatorium, tej rozpaczliwej próbie racjonalizacji naszych myśli, działań i poczynań.

Wychodząc jednak z tego sanktuarium trzeźwości, warto wspomnieć o tragedii, która spotkała ludzkość i która sprawiła, że tytułowy pamiętnik znaleziony w wannie stał się jednym z niewielu dokumentów, pozwalających na badanie życia codziennego ludzi żyjących w tym okresie. Papyroliza (rozpad papieru), bo o niej mowa jest moim zdaniem kolejną maską, przebraniem dla problemu, któremu Lem przyglądał się już od swoich najwcześniejszych utworów – problemu związanego z ograniczeniem przepustowości przepływu informacji. Mistrz był zdania, że ewolucja biologiczna człowieka pozostaje coraz bardziej w tyle za spłodzoną sztucznie ewolucją techniczną. Człowiek, twórca i konstruktor w miarę upływu czasu coraz słabiej jest w stanie objąć, a co dopiero kontrolować, swoje dzieła. Pisarz po raz kolejny przejawia swoje obawy i wątpliwości co do tego, czy ludzkość jest gotowa gromadzić i przechowywać otaczającą ją informację, przy założeniu, że owa ilość informacji rośnie w sposób wręcz eksponencjalny. Aby przekonać się, że owa kwestia nigdy nie przestała dawać Mistrzowi spokoju, wystarczy sięgnąć po jedne z jego ostatnich przemyśleń – choćby nawet po dzieła zebrane w Molochu. Roi się tam od artykułów krytykujących Internet jako sieć bezrozumną i bezproduktywną, która nie może i nie ma takich możliwości, by stać się Sztuczną Inteligencją. Bardzo ciekawy jest tok rozumowania Lema, który uważa, że Sztuczna Inteligencja może narodzić się niejako przypadkiem, przy próbie skonstruowania inteligentnych kontrolerów sieci, którzy byliby w stanie przesiewać informacje istotne od zwykłego chłamu i śmiecia, które to już teraz zalewają Internet. Wydaje się, że nie grozi nam póki co katastrofa na miarę papyrolizy, jednak Lem ciągle na kolejnych kartkach swoich książek, esejów czy artykułów przestrzega nas, że nadmiar informacji może być równie szkodliwy co jej brak (w sposób karykaturalny problem z przesytem informacyjnym został przedstawiony w książce „Wizja Lokalna”).

Wracając jednak do samego Pamiętnika znalezionego w wannie, osobiście, lubię odczytywać go jako wielką metaforę naszego życia – podobnie jak główny bohater, przez większość naszej ludzkiej egzystencji, błąkamy się bez celu, sami nie zdając sobie sprawy czego tak właściwie od życia oczekujemy, a gdy przychodzi nam już umrzeć (bohater Pamiętnika różni się od nas o tyle, że miał on możliwość opuszczenia Gmachu, nie był jednak zobligowany by to uczynić, śmierć nasza jest natomiast nieodwołalna i nie możemy z niej zrezygnować, czy też nagle się z niej rozmyślić), nagle okazuje się, że życie jest nam bardzo miłe, cenne i za żadne skarby świata nie mamy zamiaru opuszczać ziemskiego padołu, na którym przytrafiło się nam tyle nieszczęść.

 

P. S.

Warto również dodać, że znalazł się odważny, który spróbuje przenieść tę pozycję na duży ekran. Efekty starań pana Rogera Christiana (który święcił też sukcesy jako scenograf: Gwiezdne Wojny, Obcy - 8. pasażer Nostromo) będziemy mogli podziwiać w okolicach 2013 roku. Więcej szczegółów tutaj:

http://www.culture.pl/kalendarz-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/L6vx/content/ekranizacja-pamietnika-lema

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita