Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Oficyna Literacka Noir sur Blanc

sobota, 22 czerwca 2013

Okładka książki Szlakiem wieloryba

  Tytuł: Szlakiem wieloryba

  Autor: Francisco Coloane

  Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc

  Liczba stron: 232

  Cena: 23,00 zł



 

 

 

 

 

 

 

 

Francisco Coloane (1910 – 2002 r.) to chilijski pisarz. Polski czytelnik może zaznajomić się z jego twórczością za sprawą wydawnictwa Noir sur Blanc. Na łamach tej oficyny literackiej ukazały się Opowieści z dalekiego południa, książka zawierająca trzy zbiory opowiadań chilijskiego artysty oraz powieść Szlakiem wieloryba. Twórczość Coloane zjednała sobie czytelników na całym świecie – jego proza przetłumaczona została na kilka języków, pojawiały się również adaptacje filmowe jego książek. Wdzięki oraz zalety stylu chilijskiego pisarza w pełni docenili Francuzi – w tym kraju wiele pozycji Coloane trafiały na pierwsze miejsca list bestsellerów, a sam twórca został uhonorowany tytułem kawalera Orderu Literatury i Sztuk. Coloane, co zrozumiałe, cieszył się również sporą popularnością we własnym kraju, który przyznał mu wiele odznaczeń i wyróżnień. W świetle nakreślonych faktów, aż dziw bierze, że w Polsce, Francisco Coloane to postać raczej anonimowa, a obie jego książki, które dostępne są na naszym rodzimym rynku, zakupiłem w śmiesznych cenach: 6,50 zł oraz 9,90 zł. Nie wiem, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy, ale na pewno nie odpowiada za to styl oraz jakość prozy serwowanej przez Chilijczyka, o czym postaram się pokrótce was przekonać.

Coloane urodził się na wyspie Chiloé, jest zatem rodowitym Chilotańczykiem. Chiloé położone jest tuż u wybrzeży Chile, ale obraz Chilotańczyków, który wyłania się na podstawie opisów Coloane, każe przypuszczać, że są to typowi, raczej surowi w obyciu wyspiarze, którzy dość mocno izolują się od szczurów lądowych, odczuwając względem nich delikatną pogardę, zabarwioną nutą wyższości. Sam Coloane był synem kapitana statku wielorybniczego. Młody Francisco, podobnie jak i ojciec, swój żywot związał z morzem – zajmował się połowem fok oraz wielorybów. Praca na statkach oraz kutrach pozwoliła zwiedzić mu rozległy obszar, rozciągający się od rodzimej wyspy, obejmujący dwa Oceany, Spokojny i Atlantycki, aż po zimne Morze Bellingshausena i lodowate wybrzeża Antarktydy. Wielorybnictwo to nie jedyne zajęcie Coloane – o jego bogatym życiorysie, wspominałem przy okazji Opowieści z dalekiego południa – poszukiwania ropy naftowej, hodowla owiec, zarządzanie estancją stanowiły znakomite podłoże dla płodnej wyobraźni autora, który na żyznej glebie wspomnień mógł tworzyć kolejne opowieści.

Głównym bohaterem powieści Szlakiem wieloryba jest Pedro Nauto, 13-letni Chilotańczyk, który w dramatycznych okolicznościach zostaje osierocony przez samotnie wychowującą go matkę. Młody człowiek, przywykły do samodzielności, za sprawą matki, charakteryzujący się niezłomnymi przekonaniami moralnymi, odrzuca pomoc oferowaną przez dziadka. Pedro nie może pogodzić się z bezwzględnością starego oraz chytrego właściciela rozległej estancji, który majątku oraz bogactwa dorobił się na krzywdzie wykorzystywanych robotników. W pierwszej części powieści pt. Na wyspie, Pedro zajmuje się odrabianiem dniówek, które jeszcze za życia zaciągnęła u sąsiadów jego matka. Chilotańczycy, w przypadku, kiedy nie wyrabiali się w pracy na roli, odwiedzali najbliżej położone domostwa z prośbą o dodatkowe ręce do pomocy. Przysługa nie wiązała się z żadnymi finansowymi gratyfikacjami, ale pożyczone dniówki dłużnik musiał później odpracować. W ten oto sposób Coloane rozpościera przed nami panoramę życia codziennego Chilotańczyków na początku XX wieku, kiedy to rozgrywa się akcja powieści. Pedro bierze udział w żniwach, wyrębie lasów, stawianiu płotów, wykopkach ziemniaków, czy wyciąganiu wodorostów na nawóz. Mimo, że świat jest już po rewolucji przemysłowej, Chilotańczycy większość prac wykonując własnymi rękami, mogą co najwyżej liczyć na pomoc zwierząt. Widać, że bezpośredni kontakt z Ziemią, której z takim trudem wydzierane są jej plony, uczy szacunku wobec surowej i obojętnej na losy ludzkie przyrody. A przyznać należy, że natura w tych okolicach nie jest zbyt łaskawa dla ludzkich drobinek. Oczywiście najwięcej respektu wzbudza bezmiar oceanu, który u skalistych wybrzeży Chile, chciwie wcina się w ląd. Nie brakuje wąskich przesmyków, zdradzieckich prądów morskich, niespodziewanych i gwałtownych sztormów, płycizn i mielizn. Każdy błąd ludzki jest bardzo srogi w konsekwencjach. Z tego powodu Chilotańczycy chętnie i gorliwie oddają się pod opiekę świętych oraz swoich patronów. Coloane w interesujący sposób przedstawia wierzenia miejscowych, w których wiara katolicka przeplata się mocno z pogańskimi zabobonami. Nieokiełznane siły natury, które są niekiedy autorami dość niezwykłych wydarzeń, są również źródłem legend wyspiarskiej społeczności. Największą zgrozę budzi Caleuche, okręt widmo, przeklęty statek z upiorną załogą. Według złośliwych plotek, Pedro Nauto jest owocem związku swojej matki z jednym z przeklętych marynarzy. Młody człowiek nie wie, kim jest jego prawdziwy ojciec, natomiast jedyna osoba, która znała ten sekret, zabrała go ze sobą do grobu.

Druga część powieści, Wieloryb na kursie!, rozgrywa się już na bezmiarach wód oceanów i mórz, czyli tam, gdzie ciągnie każdego Chilotańczyka. Wskutek serii splotów okoliczności, Pedro Nauto trafia na okręt wielorybniczy Lewiatan. Bohater powieści, podobnie jak i jej autor, bierze udział w łowach na największego ssaka żyjącego na Ziemi, płetwala błękitnego. Polowania u wybrzeży zimnej i niegościnnej Antarktydy, stały się dla Coloane pretekstem do ukazania ekstremalnie trudnego życia wielorybników. Zamknięty w dryfującej po morzu puszce, człowiek musi zmagać się nie tylko z siłami natury, które zawzięcie dążą do tego, by zatopić okręt. Miesiące izolacji to również okres walki z własnymi słabościami, z samym sobą. Załoga statku, liczące niewiele ponad tuzin osób to hermetycznie zamknięta społeczność. Łowcy wielorybów, skazani na bezustanną, wspólną egzystencję z biegiem czasu coraz trudniej znoszą własną obecność. Coloane odmalowuje załogę jako swoisty mikroświat, w którym wybuchają błahe konflikty, sprzeczki, niekiedy nawet bójki. Sytuacja ulega diametralnemu przeobrażeniu, kiedy z bocianiego gniazda rozlega się okrzyk Wieloryb na kursie!. Znikają wszelkie waśnie, zapominane są spory. Okręt oraz załoga stają się jedną, potężną, dobrze funkcjonującą i jakże śmiercionośną maszyną.

Coloane nie szafuje czytelniczymi uczuciami, oszczędzając ckliwych i patetycznych przemyśleń, mających na celu wyjaśnić relację, jaka łączy harpunnika oraz wieloryba. Szacunek, miłość, nienawiść, czy po prostu żądza zysku? Coloane nie stawia takich pytań, prezentując egzystencję wielorybników bez filozoficznego zacięcia. Autor koncentruje się natomiast na historiach poszczególnych marynarzy, przedstawiając różnorodne powody, dla których ludzie decydują się związać swoje losy z morzem. Wszystko przeplatane jest także licznymi wspomnieniami kapitana, dla którego Pedro Nauto staje się bodźcem do swoistego rozliczenia z własnym życiem. Ląd, kojarzony głównie z burdelami, płatną miłością, pijackimi ekscesami i hazardem, jawi się jako nieprzychylna przestrzeń, w której realizują się głównie szczury, biorące udział w niekończącym się wyścigu ku sławie, pieniądzom, tytułom. Alternatywą jest ciężka marynarska dola – życie na marginesie, trochę poza schematem, które upływa na ciągłym sprawdzaniu się, testowaniu własnej siły i wytrzymałości w obliczu potęgi natury.

Reasumując, Francisco Coloane po raz kolejny daje się poznać jako znakomity twórca. Dość prosta i momentami przewidywalna fabuła jest wyłącznie dodatkiem do wspaniałych opisów dzikiej i mało znanej polskiemu czytelnikowi, południowoamerykańskiej oraz antarktycznej przyrody. Proza Coloane przypomina malowanie piórem – opisywane obrazy stają jak żywe przed oczami czytelnika, pozwalając się w nich bez reszty zanurzyć. Na okładce książki, w krótkim tekście od wydawcy możemy przeczytać, że pisarz ukazuje czytelnikowi oblicze literatury południowoamerykańskiej odmienne, od tego, do jakiego przywykliśmy: realizmowi magicznemu Garcii Marqueza, Carpenteria czy Donoso przeciwstawia magię realizmu. Będąc świeżo po lekturze Niespodziewanych stronic Julio Cortázara, który także uchodzi za czołowego przedstawiciela realizmu magicznego, mogę śmiało stwierdzić, że Coloane na tle takiego mistrza pióra, rzeczywiście prezentuje się wybornie, podbijając czytelnicze serce w zupełnie odmienny sposób. Magia słów zostaje zastąpiona pokorną kontemplacją bezmiaru piękna i potęgi natury.

P.S. Tak jak wspominałem na początku wpisu, książka w sieci Dedalus dostępna jest za 6,50 zł. Wydaje się, że możliwość nabycia porządnej literatury za 5, 10, 15 zł staje się powoli normą w naszym kraju.

wtorek, 04 czerwca 2013

Okładka książki Faktotum

  Tytuł: Faktotum

  Autor: Charles Bukowski

  Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc

  Liczba stron: 230

  Cena: 25,00 zł

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

Postać Charles’a Bukowskiego przybliżyłem już nieco przy okazji omawiania Listonosza, Hollywood oraz Szmiry. Ten amerykański pisarz jest niewątpliwie postacią szalenie kontrowersyjną. Lapidarny styl, częste wulgaryzmy, bezpardonowe opisy scen seksu, prosty język dla jednych są wyznacznikami talentu Bukowskiego, dla innych wręcz przeciwnie. Interesujące jest to, że ów domniemany geniusz dostrzegli najpierw czytelnicy, a dopiero później zaakceptowała go również krytyka. Amerykański twórca do dzisiaj cieszy się ogromną popularnością, chociaż trzeba przyznać, że początki wcale nie były łatwe. I właśnie o tych trudnych początkach, o życiu na własnych rachunek po opuszczeniu rodzinnego domu traktuje książka Faktotum.

Bohaterem powieści jest znany doskonale z Hollywood oraz Listonosza Henry Chinaski. Faktotum jest zbiorem wybranych urywków z żywota tej poczciwej pijaczyny. Akcja rozgrywa się w USA w czasie, gdy świat pogrążony jest w walkach II wojny światowej. Wiedząc, że Bukowski urodził się w 1920 roku oraz mając na uwadze fakt, że Chinaski to alter ego swojego twórcy, można pokusić się o stwierdzenie, że bohater to młody, dwudziestokilkuletni człowiek. Opuszcza on rodzinne Los Angeles i rozpoczyna snucie się po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Początkujący artysta, który regularnie bombarduje swoimi opowiadaniami o dziwacznych tytułach liczne wydawnictwa, próbuje zahaczyć się gdzieś na dłużej. Los nie jest jednak łaskawy dla Chinaskiego. W każdym mieście, w każdym stanie, na każdym wybrzeżu, sytuacja wygląda bardzo podobnie. Bohater ląduje w obskurnym hotelu, bądź niewiele atrakcyjniejszym pokoju do wynajęcia. Następnie przychodzi pora na znalezienie pracy, która pozwoliłaby opłacić czynsz oraz zakupić kilka butelek alkoholu dziennie. Dobrze byłoby również, gdyby starczyło na trochę żarcia. Robota, do której udaje się załapać Chinaskiemu to najczęściej marnie płatna fucha, której chwytają się jedynie desperaci, pogrążeni w finansowych tarapatach. Cała przygoda kończy się, kiedy Chinaski wpada w kłopoty, które uniemożliwiają mu kontynuowanie kariery. Oczywiście w międzyczasie przewinie się jeszcze kobieta, czasem jedna, niekiedy kilka i w ten oto sposób kręci się koło życia Henry’ego Chinaskiego. Podróż, praca, alkohol, kobiety i kolejna, nowa lokalizacja, gdzie wszystko rozpoczyna się od początku.

Formuła pisarska przyjęta przez Bukowskiego wyklucza istnienie spójnej, tradycyjnie rozumianej fabuły. Powieść nie ma ani klasycznego początku, ani klasycznego zakończenia. Jeszcze trudniej jest mówić o jakiejkolwiek poincie utworu. Faktotum to zbiorowisko niezależnych scen, które rzadko kiedy wyraźnie się ze sobą zazębiają. Klamrą spinającą te na poły odrębne byty jest zatem postać Henry’ego Chinaskiego, który przez cały utwór jest niezmienny, niezatapialny.

Chinaski wyrusza w swoją podróż z Los Angeles i tutaj również ją kończy. Miasto Aniołów zdaje się przygarniać swojego syna marnotrawnego, po raz wtóry przyjmując go na swoje łono, w którym roi się od wykolejeńców, outsiderów oraz przegranych. Chinaski poprzez swoją wędrówkę po całym kraju, serwuje nam znakomity obraz Stanów Zjednoczonych. Prezentując smutne obrazy pośredniaków pracy, fabryk, magazynów, w których roi się od ludzi pozbawionych perspektyw, Bukowski brutalnie rozprawia się z narodowym etosem amerykańskiego snu. Wolność i równość redukują się najczęściej do możliwości korzystania z używek oraz zrównania w biedzie. Możliwość wyrwania się ze swojej klasy społecznej oraz osiągnięcie spektakularnego sukcesu okazuje się mitem i mrzonką. Ciężka praca nie zawsze przynosi oczekiwane efekty. Zdecydowanie częściej rezultatem jest ślepe, mechaniczne wręcz przywiązanie do uprawianego zajęcia oraz chorobliwy strach przez utratą nawet słabo płatnej roboty.

Chinaski, w swojej bierności oraz apatyczności, jest swoistym buntownikiem. Świadomie rezygnuje z kariery. Porzuca Los Angeles City College, gdzie studiował dziennikarstwo. Nie bierze udziału w wyścigu szczurów, zadowalając się ochłapami. Sprzątanie kibli, pakowanie towaru, produkcja ciastek, kierowca – oto typ zajęć, których ima się główny bohater. Praca, o której ojciec Chinaskiego potrafił gadać bez przerwy, na okrągło, w dzień i w nocy, dla syna jest tylko koniecznością, którą należy odbębnić, aby zdobyć pieniądze, niezbędne do przetrwania. Nie potrafi on wzorem swojego rodziciela przejmować się nią, poświęcać jej czas oraz atencję nawet po jej zakończeniu. Kariera, rozwój, samodoskonalenie się, ambicja to wyłącznie puste slogany, stosowane tylko w przypadku prób znalezienia kolejnego zajęcia. Rozmowy kwalifikacyjne to temat opanowany przez Chinaskiego do perfekcji. W końcu trening czyni mistrza, a rzucanie zajęcia po kilku dniach, czy w rzadkich przypadkach, tygodniach, sprzyja nabieraniu wprawy w tej dyscyplinie.

Można zaryzykować stwierdzenie, że Faktotum to studium człowieka, który wie tylko tyle i aż tyle, że nie chce prowadzić szarej, nudnej, standardowej egzystencji. Uporządkowane życie, codzienne rytuały, stała praca, rodzina, dom, dzieci, to wszystko rzeczy, których Chinaski starannie unika – na tyle starannie, że w swojej opowieści praktycznie wcale o nich nie wspomina. Wybór prowadzonego żywota, w którym dominują alkohol, przypadkowe kobiety, regularne wizyty na torze wyścigów konnych oraz dorywcza i często upokarzająca praca, to wybór przemyślany. Tak jakby bohater starał się udowodnić, że można inaczej, że wcale nie trzeba płynąć z prądem.

Oczywiście, Chinaskiego można postrzegać również w kategoriach mniej przychylnych. Z której strony by na niego nie spojrzeć to przecież typowy nieudacznik, tchórz, nie potrafiący zmierzyć się z życiowymi problemami oraz odpowiedzialnością. Zamiast konfrontacji, wybiera on ucieczkę. Co z tego, że obserwacje na temat otaczającej go rzeczywistości, którymi dzieli się z czytelnikiem, są bardzo trafne oraz ciągle aktualne, skoro w żaden znaczący sposób nie wpływa to na prezentowaną przez niego postawę. Chinaski to typ metafizycznego lenia, któremu nie za bardzo chce się spojrzeć w przyszłość i zastanowić się, dokąd właściwie zmierza jego żywot. Bohater zdecydowanie wyszedł poza ramy maksymy carpe diem, dosłownie tonąc w chwili, rozciągając ją do granic niemożliwości. Chinaski rezygnuje z każdej sposobności, którą zsyła mu los, by poprawić swoją egzystencję. Każdą pomocną dłoń odtrąca z jednakową obojętnością, każdą szansę permanentnie pieprzy i zaprzepaszcza. Ale czy taki niedorajda nie wzbudza choćby odrobiny sympatii?

Hank to także sztandarowy mizantrop. Przebywanie wśród ludzi to smutna konieczność, z którą należy się pogodzić. Samotność stanowi z kolei jeden z niewielu luksusów, na które Chinaski może sobie pozwolić. Byłem człowiekiem, któremu świetnie służy samotność. Rozkwitałem dzięki niej, a jej brak był dla mnie czymś tak uciążliwym jak dla innych brak wody czy pożywienia. Każdy dzień, w którym nie było mi dane jej zaznać, osłabiał mnie. Nie traktowałem tego jako powód do dumy; raczej jako formę uzależnienia. Zatem, do alkoholu, hazardu oraz kobiet, można dorzucić następną używkę.

Reasumując, Faktotum to typowe dzieło Charles’a Bukowskiego. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słynie amerykański pisarz. Nostalgiczne sceny z życia Hanka Chinaskiego przeplatane są absurdalnym humorem oraz solidną dawką ironii. Biografia autora zlewa się z biografią wykreowanego bohatera, tak, że trudno stwierdzić, które fakty i motywy Bukowski zaczerpnął bezpośrednio ze swojego życia, a które są już tylko wymysłem jego wyobraźni. Do tego bezkompromisowe, naturalistyczne wstawki, czyli szczegóły z odbywanych stosunków, które ocierają się o tanią pornografię (swoją drogą, Charles to twórca jednego z najobrzydliwszych opisów seksu oralnego, jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się przeczytać), czy oryginalne przemyślenia związane z wizytami w toaletach. Bukowski to ten typ pisarza, który przez usta swojego bohatera wspomina dosłownie o wszystkim, nie unikając żadnych tematów, nie pomijając niczego, co w całości składa się na naszą ludzką egzystencję. Można to oczywiście postrzegać zarówno jako zaletę jak i wadę. Wg mnie Bukowski to niezwykły oryginał i warto znać chociaż jedną z jego książek. Być może wasz wybór padnie właśnie na Faktotum.

P.S. W w Składnicy Taniej Książki w Krakowie, która należy do sieci Dedalus, udało mi się nabyć tę pozycję za 16,50 zł, czyli o 1/3 taniej niż sugeruje wydawca. Uważam, że dla fanów Bukowskiego taka cena to nie lada gratka.

niedziela, 28 kwietnia 2013

  Tytuł: Kochanie, zabiłam nasze kotyOkładka książki Kochanie, zabiłam nasze koty

  Autor: Dorota Masłowska

  Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc

  Liczba stron: 156

  Cena29,00 zł

  Oprawatwarda

 

 

 

 

 

 

 

Koty są dla mnie stworzeniami dość obojętnymi. Nie przywiązuję do nich zbyt dużej wagi. Jak dotąd, nie przygarnąłem ani jednego, nad żadnym z przedstawicieli tego gatunku nie testuję mojego rodzicielskiego instynktu. Za to zupełnie inaczej sprawy mają się z Dorotą Masłowską, autorką powieści Kochanie, zabiłam nasze koty, która swego czasu została okrzyknięta jedną z najzdolniejszych polskich pisarek młodego pokolenia. Jej debiutancka Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną zrobiła zawrotną karierę i doczekała się nawet ekranizacji. Ja osobiście bardzo przestraszyłem się tego całego szumu medialnego, który został wywołany wokół młodej wówczas artystki – ów szum zagłuszył chyba nawet dyskusję nad samą książką. Pani Masłowska nie zeszła jednak z orbity moich zainteresowań. Cały czas bacznie śledzę rozwój jej kariery. Do tej pory czyniłem to niejako z boku, zza kurtyny. Czytałem o kolejnych laurach i sukcesach, nie zapoznając się z jej twórczością osobiście. Sytuacja zmieniła się, kiedy pojawiła się okazja, by najnowszą powieść Doroty Masłowskiej nabyć z 20 % rabatem. Dodatkowym argumentem, który przekonał mnie do lektury Kochanie, zabiłam nasze koty jest fakt, że książka została opublikowana na łamach wydawnictwa Noir sur Blanc. Tę oficynę literacką cenię sobie bardzo mocno, bo w końcu to ona wydaje w Polsce dzieła Henry’ego Millera, Charles’a Bukowskiego, Blaise’a Cendrarsa, Francisco Colonae czy Jonathana Coe’a. Pojawienie się Doroty Masłowskiej w tak zacnym gronie wywołało u mnie impuls, by sprawdzić, czy młoda polska pisarska rzeczywiście zasłużyła na to wyróżnienie.

Kochanie, zabiłam nasze koty to na pierwszy rzut oka książka o niczym. Fabuła prosta jak drut. Dwie przyjaciółki Farah, oraz Joanne powoli dobijają do tej jakże niechcianej przystani zwanej trzydziestką. Obie to mieszkanki wielkiej, amerykańskiej metropolii, w której równie łatwo o anonimowość jak i o konanie na ulicy bez cienia zainteresowania przechodniów. Farah jest pracowniczką agencji reklamowej. Przepełnia ją lęk przed brudem, zarazkami, bakteriami i tym wszystkim, co może zdezynfekować swoim żelem antybakteryjnym. Fobia zawęża jej perspektywę postrzegania – Farah pogrąża się w izolacji, stroniąc od spotkań ze znajomymi, barykadując się w swoim mieszkanku, będącym oazą czystości i nijakości. Jej jedyna przyjaciółka, Joanne stanowi jej idealne przeciwieństwo. Na co dzień pracuje jako fryzjerka w salonie Hairdonism, ulokowanym w jednej z bardziej alternatywnych dzielnic miasta, w której czuć ducha artyzmu. Joanne jest typową przedstawicielką konsumpcyjnego społeczeństwa. Literatura ogranicza się dla niej do kolorowej i brukowej prasy, książki są już niezrozumiałym bełkotem jajogłowych. Telewizja jest źródłem wiedzy wszelakiej. Informacyjny kał płynący z odbiornika zalewa mózg Joanne, który wchłania wszystko jak leci. Umysł tego lekkoducha wyzbyty jest jakichkolwiek filtrów. Mimo ogromu różnic, obie przyjaciółki żyją ze sobą w idealnej symbiozie. Wspólne zakupy, zajęcia jogi, fascynacja buddyzmem oraz plotki i ploteczki – oto wszystkie składniki cementujące przyjaźń obu kobiet.

Nić porozumienia zostaje jednak brutalnie przerwana, kiedy w życiu Joanne pojawia się mężczyzna. Hungarysta, który chwilowo z racji braku wolnego etatu w instytucie, pracuje na posadzie sprzedawcy armatury (Krany na Tip-tap, kupujcie krany na Tip-tap) staje się kością niezgody pomiędzy obiema przyjaciółkami, które obiecały sobie, że w ich wspólnie prowadzonej, mającej pozory szczęśliwości egzystencji, nie znajdzie się już nigdy żaden chromolony chłopak. Farah pozostaje zatem z pustką, którą stara się jakoś zapełnić. Odpowiednim kandydatem na pewno nie jest sąsiad Albert, z którym dotychczas nie zamieniła ani słowa. Widać jednak wyraźnie, że młody samiec faszerujący się lekami uspokajającymi podejmuje wyraźne próby zwrócenia na siebie uwagi Farah. Z tego powodu, staje się on bodźcem dla Farah do wyprawy na wernisaż, wystawę sztuki współczesnej, na której dziewczyna poznaje Goszę, emigrantkę z Polski. Głośna, hałaśliwa, chaotyczna oraz mocno zakręcona Go jest dla Farah objawieniem, stąd usilne zabiegania o zdobycie uznania w jej oczach.

Całość przeplatana jest snami bohaterów, w których dominują morze i syreny. Nie są to jednak bajkowe wizje, bowiem ogromne masy wody roją się od śmiecia i całego badziewa, które produkuje ludzkość, by później pozbyć się go i zatopić w odmętach oceanu. Syreny są schorowanymi stworzeniami, które toczą różne przykre dolegliwości, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Za sprawą ludzi są one również uzależnione od alkoholu oraz tanich świecidełek. Poprzez ukazanie tego surrealistycznego świata Masłowska zdaje się prezentować naszą ludzką cywilizację głównie jako wytwórcę śmiecia i chłamu. Ludzkość w obecnej formie popadła w stagnację i zgnuśnienie. Cel naszego istnienia został przysłonięty przez różnego rodzaju substytuty, namiastki. Buddyzm znany jedynie z ustnych przekazów znajomych, czy wegetarianizm, od którego robimy chwilowe przerwy, by móc delektować się w pełni smakiem kebaba z baraniną. Do tego tanie poradniki typu Życie pełne cudów z radami pokroju uświadom sobie, ile szans codziennie zaprzepaszczasz; pogarda oddziela cię od sedna sprawy, czy rozpuść toksyczne uczucia w oddechu są dobitną diagnozą, jaką wystawia pisarka obecnej kondycji naszego społeczeństwa.

Powieść, w której doszukamy się taniego humoru oraz płytkiego absurdu sprawia wrażenie jednego głośnego westchnienia, rozgoryczenia. Plastikowe życie zdaje się być wózkiem, do którego wrzucamy różne niepotrzebne graty, pchanym bezmyślnie do przodu. Krok. Jeszcze jeden krok. I tak dalej. Ale po co właściwie? Tego nie wiemy, bowiem jakiekolwiek zagadnienia onkologiczne, od których przecież mogłaby rozboleć nas głowa lepiej zagłuszyć jest toną gadżetów. Ekologia, żywność naturalna, joga, facebook, plastik, kicz – jest tyle ciekawych tematów, których próbuje uchwycić się człowiek, by jakoś wykaraskać się z poczucia beznadziejności i bezcelowości żywota. Masłowska podjęła się tematu, który ostatnimi czasy jest mocno eksploatowany w literaturze. Było to z pewnością zagranie dość ryzykowne, bowiem siłą rzeczy następuje porównanie z innymi dziełami o tej tematyce, ale w moim mniemaniu polska pisarska całkiem zgrabnie poradziła sobie z tym zagadnieniem.

Z pewnością niepoślednią rolę odegrał tu język oraz styl pisarski. Pełen jest on słownej ekwilibrystyki oraz zabaw formą. Momentami przypomina on sztukę dla sztuki. Jest niczym maska, jedna z wielu, którą wkładamy na siebie, kiedy wchodzimy w interakcje z innymi ludźmi. Odpowiednia prezencja, niepowtarzalny styl, wyjątkowe poglądy, silenie się na oryginalność – o jakże często musimy grać w wielkim teatrze życia postacie, którymi wcale nie jesteśmy. Ale jak może być inaczej, skoro tak ciężko przychodzi nam komunikacja z drugim człowiekiem? Ileż rozmów przeprowadziliśmy w naszym życiu, które z czystym sumieniem możemy określić mianem dialogu, a nie wzajemną wymianą informacji, ale bez wysłuchiwania drugiej strony? Masłowska w swojej krótkiej powieści całkiem śmiało poczyna sobie również z groteską, wyolbrzymieniem i kpiną. Oczywiście w fabule nie mogło zabraknąć również samej pisarski, która w pewnym momencie zostaje sąsiadką Farah. Autorka nie omieszkała wspomnieć, ile trudów oraz wyrzeczeń kosztowało ją napisanie tej powieści, wyraźnie sygnalizując, że jej praca pisarska często przepełniona jest momentami twórczej niemocy. Nie wiem, czy akurat te fragmenty są niezbędne dla powieści, chociaż przyznać trzeba, że są one całkiem zgrabnie wplecione w całość.

Reasumując, najnowsze dzieło Doroty Masłowskiej nie jest tworem wybitnym. Posiada ono jednak wszelkie cechy, dzięki którym może pretendować do miana bardzo solidnej literatury. Interesująca tematyka, krytyka naszej codziennej ludzkiej głupoty oraz bogaty język, pełen słownych wygłupów dość dobrze maskują pewne niedociągnięcia, z których największym jest brak wyraźnie zarysowanej fabuły. Chociaż pewnie można się spierać, czy ta fabularna pustka nie jest zabiegiem celowym – odzwierciedleniem naszej niewyraźnej i niemrawej egzystencji. Wydaje mi się, że to książka odpowiednia szczególnie dla pokolenia twarzoksiążki, ukazanego tutaj w krzywym zwierciadle. Powieść w pełni ukazuje bezzasadność jakże powszechnego lansu i trendu bycia cool za wszelką cenę.

piątek, 19 kwietnia 2013

Okładka książki Szmira

  Tytuł: Szmira

  Autor: Charles Bukowski

  Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc

  Liczba stron: 204

  Cena: 23,00 zł

  Oprawa: miękka

 

 

 

 

 

 

Charles Bukowski, o którym wspominałem już nieco przy okazji omawiania Listonosza oraz Hollywood, to z pewnością autor nietuzinkowy. Trudny do zaszufladkowania jako pisarz, outsider i moczymorda na co dzień. Porównywany do Henry’ego Millera oraz Ernesta Hemingwaya, osobiście przyznający się do głębokiej fascynacji francuskim twórcą, Louisem-Ferdinandem Célinem. Znawca barów i szynków omijanych szerokim łukiem przez porządnych obywateli, bywalec burdeli oraz przytułków, lokator tanich kamienic, wreszcie pisarz samouk, który statusu artysty legendarnego doczekał się jeszcze za życia. Co ciekawe uznanie dla jego dzieł w najmniejszym stopniu nie wpłynęło na osobowość Bukowskiego. Podniósł się może nieco standard życia, nie trzeba było już tak usilnie kombinować z wyłuskaniem forsy na chlanie, a apartamenty były bardziej znośne do życia, ale Bukowski ciągłe pozostał tym samym starym, dobrym pijaczyną oraz surowym krytykiem otaczającej rzeczywistości. Trzymając się poza marginesem społeczeństwa, Bukowski bezwzględnie wytykał fałsz, obłudę oraz bezbrzeżną pustkę konsumpcyjnego stylu życia, radosnej, przesyconej pseudofilozoficzną treścią wegetacji. Zrozumiałe jest zatem, że Bukowski cały czas był nieufny wobec jednostki ludzkiej, sceptycznie się do niej odnosząc, ciągle jednak próbując nawiązać z nią nić porozumienia. Bukowski opuścił ziemski padół w 1994 roku, wkrótce po ukończeniu ostatniej powieści Szmiry.

Bohaterem większości książek Bukowskiego jest alter ego pisarza, słynna już na całym świecie ćma barowa, Henry Chinaski. Z tego powodu śmiało rzec można, że Szmira pod tym względem zaskakuje, bowiem pierwszoosobowym narratorem powieści jest najlepszy (wg własnego mniemania) detektyw w Los Angeles, Nick Belane. Nie oznacza to, że biedny Henry zupełnie zniknął z prozy Bukowskiego, ale w tekście pojawia się o nim tylko jedna wzmianka (Masz szczęście – rzekł. – Minąłeś się z tym pijakiem Chinaskim. Właśnie tu był i chwalił się swoją nową wagą do listów). Mimo, że Belane to nie Chinaski, bo w końcu ten pierwszy to prywatny detektyw, a drugi podobnie jak sam Bukowski to pisarz, to jednak obaj posiadają niemal identyczny profil charakterologiczny, wzorowany rzecz jasna na Charles’ie Bukowskim. Belane to również typ samotnika, osobnik nie stroniący od alkoholu o każdej porze dnia i nocy. Jego życie to niekończące się pasmo porażek i niepowodzeń. Nieudane małżeństwa, rozwody, brak sukcesów w życiu zawodowym, brak szczęścia w wyścigach koni, brak nowych zleceń, a w konsekwencji nieustanny brak gotówki, której to niedostatek grozi wreszcie utratą biura. Wydaje się, że nawet ludzie o niekończących się pokładach empatii poczuliby się odrobinę lepiej, gdyby spotkali takiego niedorajdę – o ileż lepsza wydawałaby się wtedy nasza marna egzystencja.

Książka ma formę pierwszoosobowej narracji głównego bohatera z rzadka przetykanej dialogami. Całość przypomina długi monolog, wielką opowieść, którą raczy nas Nick Belane. Doświadczony gawędziarz o niezbyt wyrafinowanym słownictwie nie dba specjalnie o język, który gęsto usiany jest wulgaryzmami oraz prostackimi wstawkami. Co nudniejsze fragmenty rzeczywistości są skrzętnie pomijane, tak, że Nick serwuje czytelnikowi jedynie te fakty, które w jego mniemaniu mają znaczący wpływ na akcję opowieści. Dialogi, opis świata przedstawionego, nawet liczebniki – wszystko zostały zredukowane do absolutnego minimum. Zabiegi te sprawiają, że fabuła rozwija się błyskawicznie, a książkę dosłownie się pochłania, łykając zachłannie kolejne jej strony.

A przyznać trzeba, że dotychczas głównie bezrobotny Belane naprawdę ma o czym opowiadać. W końcu rzadko kto dostaje zlecenie od Pani Śmierci, by odszukać Célina, który ponoć regularnie odwiedza pobliski antykwariat. Nieczęsto również mamy do czynienia facetem, chcącym uwolnić się od nieziemsko pięknej kobiety, która zresztą okazuje się dowódcą oddziału kolonizacyjnego wyjątkowo paskudnie wyglądających kosmitów. Praca dla pana Al Ed Upka, podejrzewającego swoją seksowną żonę o niewierność małżeńską z pozoru należy do zajęć raczej standardowych dla prywatnego detektywa, ale i ona przyniesie dość nieoczekiwane rezultaty. Wreszcie finalne, pozornie najtrudniejsze, beznadziejne wręcz, zlecenie, by odnaleźć Czerwonego Wróbla. Całość składa się na niesamowitą historię, która w zaskakująco wielu punktach doskonale się zazębia, by przynieść ostateczne rozwiązanie.

Cóż jednak sprawia, że Szmirę czyta się tak dobrze i z tak ogromnym żalem dochodzi się do ostatniej jej strony? Książka posiada ogromne zwały niesamowitego poczucia humoru. Komizm sytuacyjny, zabawne dialogi, śmieszne przemyślenia to jej niewątpliwy atut (Tak jak gwiazdy filmowe, które przeszczepiają sobie na twarz skórę z tyłka. Bo na pośladkach najpóźniej pojawiają się zmarszczki. I tym sposobem na starość aktorzy chodzą z dupą na gębie). Do tego absurd wylewający się z niemal każdej strony w sposób niekontrolowany (Niestety, tego popołudnia wylądowałem na wyścigach, a wieczorem się schlałem. Ale nie był to zmarnowany dzień, bo cały czas główkowałem, analizowałem dane. Miałem wszystko pod kontrolą. Wiedziałem, że jeszcze moment, a znajdę rozwiązanie. Gówno prawda). Nick Belane jest idealnym zaprzeczeniem prawdziwego detektywa, choćby wielkiego Sherlocka Holmes’a. Prowadzenie śledztwa w wykonaniu Belane’a to w głównej mierze zwiedzanie kolejnych barów, przypadkowe rozmowy z barmanami najczęściej przeradzające się w kłótnie, wizyty na torze konnym oraz pakowanie się w kłopoty. Wszelkie podejmowane działania oprócz wymienionych, które powinny przybliżyć detektywa do rozwiązania, kończą się przeważnie epiczną klęską. Niepowodzenie goni niepowodzenie, a mimo Belane sukcesywnie zamyka kolejne sprawy, które zdają się same rozwiązywać. Szmira Bukowskiego jest jednym wielkim pastiszem, bezczelną kpiną z wszystkich zasad, wg których powinno pisać się intrygujący kryminał, czy powieść detektywistyczną. Oczywiście Nick Belane zdaje się nie zauważać zarówno niedorzeczności swoich działań jak i braku logiki świata, który zaczyna się przed nim wyłaniać w miarę posuwania się śledztwa naprzód.

Nick Belane jest nie tylko karykaturą detektywa, ale także karykaturą człowieka. Jego życie, które odmalowuje przed czytelnikiem z brutalną szczerością oraz sporą dawką sarkazmu jest tragiczne i smutne (Próbowałem się skupić. Mucha wciąż wędrowała po biurku. Zwinąłem „Informator Wyścigowy” i huknąłem w blat; spudłowałem. Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie. Cholera jasna). To bezustanne pasmo klęsk i rozczarowań. Nic dziwnego, że Belane jest zgorzkniałym pesymistą, który bez przerwy utyskuje na swoją jak i cudzą egzystencję (Gra jest nieuczciwa od samego początku; Zęby. Co za paskudne ustrojstwa. Ale jakoś musimy jeść. Jemy i jemy. Jesteśmy obrzydliwi, skazani na swoją nędzną egzystencję. Jemy, pierdzimy, drapiemy się, uśmiechamy i obchodzimy święta; Ale kłopoty i ból są tym, co utrzymuje człowieka przy życiu. A raczej wysiłki, aby ich uniknąć). Słuchając, czy też czytając, jego wywodów, trudno nie odnieść wrażenia, że ziemski byt, to wręcz kara za nieznane nam grzechy, męczarnia, przez którą wszyscy musimy przejść, aby wreszcie w pełni zasłużenie spocząć w zimnych odmętach grobu, kiedy przyjdzie nasza godzina. Bukowski bezlitośnie obdziera naszą egzystencję z jakiegokolwiek sensu, pozbawiając ją wszelkich transcendentnych pierwiastków, sprowadzając jedynie do fizycznych odruchów, na zaspokojenie których marnujemy praktycznie cały swój czas. Czy doszedłszy do takich wniosków, pozostaje nam coś innego poza chwyceniem za butelkę, by pić, pić, pić?

Bukowski spłodził Szmirę wkrótce przed swoim zgonem. Nic zatem dziwnego, że powieść przesycona jest śmiercią. Pani Śmierć pojawia się nawet osobiście, zlecając Belane’owi identyfikację faceta, będącego prawdopodobnie Célinem, czyli pisarzem, który od dawna powinien już nie żyć. Spoglądając na niezwykle bogaty życiorys Bukowskiego, którego dieta bazowała głównie na alkoholu, a w której nie brakowało również doświadczeń z prochami, można pokusić się o stwierdzenie, że Charles również dość długo wodził Kostuchę za nos, długo opóźniając własny zgon. Ponadto w książce pojawiają się liczne stwierdzenia na temat życia oraz śmierci, wśród których bezsprzecznie prym wiedzie sentencja: Żyje się raz, no nie? Chyba że jest się Łazarzem. Biedny skurwiel, musiał zdychać 2 razy. Ale ja jestem Nick Belane. Po jednej kolejce zsiadam z karuzeli. Ciekawe jest również swoiste rozliczenie dotychczasowych osiągnięć, którego dokonuje Belane: Nastał czas na rozrachunek. Rozrachunek z samym sobą. W sumie osiągnąłem w życiu to, co zamierzałem. Do czegoś jednak doszedłem. Nie musiałem nocować na ulicy. A wielu wartościowych ludzi nocuje na ulicy. Nie są kretynami, po prostu nie ma dla nich miejsca w maszynerii teraźniejszości. Jej potrzeby zmieniają się ustawicznie. Ponury układ, toteż jeśli wciąż śpisz we własnym łóżku, to już samo w sobie jest dużym sukcesem. Cóż za niezwykła lekcja pokory!

Szmira to najlepsza książka Bukowskiego, spośród tych, które dotychczas przeczytałem. To piękne zwieńczenie bogatej twórczości pisarza. Utwór napisany pod sam koniec życia, będący tego żywota podsumowaniem. Książka jest szorstka oraz bardzo surowa. Brutalna i szczera. Kontrowersyjna i wulgarna. Nie aspiruje do wielkości, ale wg mnie to istne arcydzieło. Niesamowity styl, który przypomina ten znany z prasy najniższy lotów, w całej rozciągłości prezentuje bezbarwność ludzkiej egzystencji, którą wielu z nas bezmyślnie prowadzi. Jemy i sramy. Myślimy jedynie o tym, co przyniesie jutro, ponieważ kiedy na dłużej zaczynamy zastanawiać się nad przyszłością, ze zgrozą uświadamiamy sobie, że rzadko niesie ona ze sobą jakąś głębszą treść. Liczy się tylko to, by spokojnie dojechać do mety. Bez większego cierpienia z zasłużoną dawką szczęścia. O to, co dalej, będziemy martwić się później. Bo w końcu co tam może być? Chociaż. Może będzie czekać na nas właśnie on? Wielki Czerwony Wróbel.

wtorek, 09 kwietnia 2013

Okładka książki Morawagin

  Tytuł: Morawagin

  Autor: Blaise Cendrars

  Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc

  Liczba stron: 234

  Cena: 27,00 zł

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

 

Obsesja, inaczej natręctwo, to rodzaj zaburzeń, których objawami są irracjonalne myśli połączone przekonaniem o ich absurdalności oraz głęboką chęcią uwolnienia się od nich. Jeśli chodzi o etymologię tego słowa, to wywodzi się ono z łacińskiego obsessio, oznaczającego zamknięcie, otoczenie, opętanie. Książka Morawagin, autorstwa Blaise’a Cendrarsa ukazała się w roku 1926 na łamach paryskiego wydawnictwa Grasset, jednak bohater książki towarzyszył pisarzowi już w okopach I Wojny Światowej, podczas której Cendrars stracił prawą rękę. Pomysł opisania przygód tego niezwykłego osobnika, którego pierwowzorem był pewien gwałciciel dwóch dziewczynek spotkany w 1907 roku w Bernie, przez długie lata dojrzewał i kwitł w umyśle jego twórcy. Ale Cedrars przez ogrom czasu pozostawał bezpłodny, natomiast Morawagin stawał się na tyle przytłaczający i bezlitosny, zajmując niemal całą przestrzeń wyobraźni, że jedyną okazją na pozbycie się go i uwolnienie się od jego męczącej i bezustannej obecności stało się spłodzenie książki, dzięki której Morawagin opuścił umysłową macicę Cedrarsa.

Początek XX wieku. W medycynie panują czasy Wielkiej Histerii, jak zgrabnie narrator Rajmund określa zainteresowanie chorobami nerwowymi, w leczeniu i diagnozowaniu których prym wiódł austriacki lekarz i neurolog Zygmunt Freud. Ów tajemniczy narrator to specjalista od chorób podświadomości właśnie, jednak daleko mu do prezentowania oficjalnych poglądów. W jego opinii psychoanaliza Freuda to wydumana, wyssana z palca, sentymentalna, choć określana mianem racjonalnej, symbolika nabytych bądź wrodzonych lapsusów podświadomości, osobliwa księga snów na użytek psychiatrów. Za bardzo koncentruje się ona na skutkach, zamiast na przyczynach. Ponadto aberracja umysłowa, choroba, postrzegana jest z gruntu jako stan anormalny, szkodliwy i niepożądany, który trzeba natychmiast zahamować, a w następnej kolejności zlikwidować. Tymczasem narrator uważa, że owe choroby to znamiona stanu aktywności, który powszechnie określa się mianem życia. Ba, być może choroby to przejściowy, pośredni, przyszły stan zdrowia? A może to właśnie one są zdrowiem? Być może samo zdrowie to pewien szczególny, najczęściej chwilowy, aspekt stanu chorobowego? Bo w końcu to właśnie zbiorowe neurozy, choroby woli stają się wyznacznikami epoki ewolucji człowieka. Jak widać, już pierwsze strony stają się swoistym ostrzeżeniem dla czytelnika przed wycieczką w szaleństwo, jakim niewątpliwie jest dalsza lektura.

Narrator, tuż po ukończeniu studiów medycznych udaje się do sanatorium Waldensee w Szwajcarii, w którym wszelakiej maści bogaci oraz wpływowi wariaci spędzają całe dnie izolacji od świata zewnętrznego. Dyrektorem ośrodka jest popularny oraz ceniony doktor Stein, wielki zwolennik freudowskiej psychoanalizy. Nietrudno odgadnąć, że narrator, zatrudniając się w Waldensee kierował się osobliwymi pobudkami, a jego zamierzenia są raczej podłe oraz mało szlachetne. Uważając, że psychiatrzy najczęściej odcinają od świata fizjologicznych geniuszy, nosicieli i zwiastunów przyszłego zdrowia, narrator podejmuje się udanej próby uwolnienia pacjenta, który wywarł na nim zdecydowanie największe wrażenie. Morawagin to niepozorny człeczyna, niewielkiego wzrostu i mizernego wyglądu, chromiejący na jedną nogę, wiecznie zamyślony, błąkający się wspomnieniami gdzieś hen daleko, docierając z nimi w odległą przeszłość, gdzie wg własnych słów wiódł żywot na dworze królewskim, jako dziedzic króla Węgier. Bohater popada w zupełną fascynację tym obłąkanym człowiekiem, który potrafi z niewzruszonym spokojem na oczach personelu medycznego upuścić nieco swego życiodajnego nasienia do słoiczka z pływającą w nim rybką. Morawagin zostaje zatem wypuszczony na wolność, jego ruchy przestają krępować ciasne mury jego luksusowej celi, świat nareszcie staje otworem. Młody doktor oraz jego małpa, psychiczna bestia zaczynają wielką pielgrzymkę po całym globie.

Morawagin oraz narrator trafiają do Rosji, która w latach 1904 – 1908 ogarnięta była rewolucyjną gorączką. Niemal z miejsca obaj zostają czołowymi oraz bezkompromisowymi terrorystami. Werbują ludzi, zakładają kolejne oczka siatki swojej organizacji, przygotowują ambitne plany obalenia imperium, próbują dokonać zamachu na samego cara. Po niepowodzeniu rewolucji, obaj cudem uciekają do USA, gdzie przedzierzgają się w poszukiwaczy złota na amerykańskiej prerii. Następnie lądują w samym środku amazońskiej dżungli, gdzie Morawagin zaczyna tworzyć populację feministyczną oraz doprowadza do wybuchu seksualnej rewolucji. Salwując się ucieczką trafiają ponownie do Europy, gdzie zajmują się konstrukcją samolotów, przeżywając głęboką fascynację powszechną industrializacją. Później przychodzi jeszcze I Wojna Światowa, która rozdziela Don Kichota i jego Sancho Pansę. Finalnie narrator odnajduje Morawagina w Ośrodku Neurologicznym, by towarzyszyć mu w ostatnich momentach żywota.

Wydaje się, że narrator wypuścił Morawagina, by wspólnie z nim siać zamęt, niszczyć ustalony porządek rzeczy, burzyć normy i obyczaje. Lekarz psychiatrii, który wydaje się niewiele mniej szalony niż uwolniony przez niego pacjent, praktycznie na każdy temat ma spojrzenie zupełnie inne, niż normalny, zdrowy obywatel. Miłość to rodzaj ciężkiego zatrucia i nałogu, który pragnie się dzielić z drugą osobą. To destrukcyjna namiętność, potrzeba samounicestwienia, która niszczy, upośledza, wyjaławia, wycieńcza, okalecza, sieje spustoszenie w mózgu, objawia się nadpobudliwością błon śluzowych i zachwianiem równowagi naczyniowo-ruchowej, jest źródłem zbrodni, aktów zemsty, kłamstw i zdrady. Miłość w opinii narratora jest zatem niczym entropia - bogini chaosu dążąca do zupełnej anihilacji osób owładniętych tym uczuciem. Niewiele lepsze zdanie posiada narrator na temat kobiet, które są dla niego uosobieniem oraz nosicielem nieszczęścia. Płeć piękna, wydająca na świat potomstwo, odpowiedzialna jest za istnienie, byt, który jest wyłącznie mozolnym łańcuchem cierpienia, zakończonym śmiercią. Mimo to niemal wszystkie cywilizacje kobiety gloryfikują, doprowadzając się tym samym do powolnego upadku. Mężczyźni spychani są tymczasem na drugi plan, pochłonięci wzajemną walką o względy niewiast, przez które zostali opętani.

Fascynująca oraz niezwykle trafna jest również tzw. zasada użyteczności, którą prezentuje narrator przy okazji podróży do Ameryki. Wszelaka działalność człowieka, począwszy od prehistorycznych kamiennych siekier, skończywszy na drapaczach chmur, sprowadza się do aktywności praktycznej. Produkowane przedmioty muszą być użyteczne, przydatne. Wyrazem zasady użyteczności jest również monokultura, dokonująca monstrualnych przeobrażeń współczesnego świata, zaspokajając tym samym ludzką potrzebę upraszczania, eliminacji zbędnych ogniw. Autor ironicznie i znakomicie zaprezentował ów ludzki pęd ku nicości, rewolucję zabijającą metafizykę w imię materializmu, która przecież nadal rozgrywa się na naszych oczach, przyjmując postać m.in. szalonego konsumpcjonizmu.

Ciekawy jest również sam tytuł, będący nazwiskiem głównego bohatera. Moravagine, można utworzyć z słów: mors (z łac. śmierć) + vagina (z łac. pochwa). Neologizm dość adekwatny do poglądów narratora, mówiących o tym, że kobieta, symbolizowana przez pochwę (drogę, którą pokonuje nasienie w podróży do finalnego połączenia z komórką jajową, będącą równocześnie miejscem, przez które nowe życie przychodzi na świat) jest nosicielką istoty z góry skazanej na przyszłą zagładę, śmierć, której życie przepełnione będzie bólem i cierpieniem. To dość obrazoburcze spojrzenie na akt narodzin, które przecież w powszechnej świadomości traktowane są jako wielkie szczęście, łaska, etc.

Reasumując krótko, Morawagin to lektura bardzo specyficzna. Na pewno ciekawa, doprawiona szczyptą szaleństwa oraz ogromną ilością ironii, sprawia, że czytelnik dość często uśmiecha się pod nosem, poznając kolejne losy niezwykłego duetu. Wiele idei wyłożonych w powieści nawet dzisiaj szokuje, więc z pewnością nie dziwi wpis autora z pierwszej strony, na której Cendrars zadedykował książką swojemu wydawcy. Proza francuskiego pisarza jest również o tyle interesująca, że fikcja bardzo gęsto jest w niej przeplatana rzeczywistością. W pewnym momencie w powieści pojawia się postać samego Cendrarsa, a część zdarzeń w których uczestniczy, rzeczywiście miała miejsce w jego życiu. Wydaje się, że w ten sposób ten nieszablonowy artysta pragnął podtrzymać własną legendę człowieka-awanturnika. Tak, czy owak, lekturę uważam za godną polecenia – zresztą sam Henry Miller napisał o niej następujące słowa: Iskrząca się masa poetycka dedykowana archipelagom bezsenności.

 
1 , 2 , 3
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita