Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Dom Wydawniczy REBIS

środa, 06 listopada 2013

  Tytuł: Doktor BluthgeldOkładka książki Doktor Bluthgeld

  Autor: Philip K. Dick

  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

  Liczba stron: 350

  Cena: 49,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Tzw. overkill capacity to teoretyczna możliwość wielokrotnego uśmiercenia każdego mieszkańca kuli ziemskiej za pomocą arsenału jądrowego, którym dysponują światowe mocarstwa. Groźba spełnienia tego zagrożenia kilkukrotnie wisiała nad ludzkością, nigdy chyba jednak nie była tak bliska przybrania szat realności jak w czasie kryzysu kubańskiego. Trwająca niecałe dwa, ale jakże długie tygodnie, pomiędzy 15 a 28 dniem października 1962 roku, przepychanka pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Socjalistycznym Republik Radzieckich mogła mieć tragiczny finał, gdyby tylko jednej ze stron chociaż na moment puściły nerwy. Patowa sytuacja, w której znalazły się oba kraje nie była dziełem jednorazowego działania, poprzedzała ją cała mas pomniejszych wydarzeń oraz decyzji, które w całości składały się na zimnowojenny wyścig zbrojeń. Ów szaleńczy pęd do zwiększenia swojego arsenału, będący odpowiedzią na działania przeciwnika, mający zapewnić ciągłą przewagę militarną nad rywalem pobudzał również wyobraźnię autorów science fiction. Stanisław Lem swoją dosyć ciekawą oraz zabawną wizję zaprezentował w Pokoju na Ziemi. W powieści polskiego pisarza cały sprzęt wojskowy został wysłany na Księżyc, gdzie podlegał samodoskonaleniu, ale bez udziału czynnika ludzkiego. W efekcie ludzkość wyhodowała tykającą bombę, na temat której posiadała minimalne zasoby informacji. Oczywiście w literaturze nie brakowało również bardziej pesymistycznych scenariuszy. W książce Doktor Bluthgeld, tytan amerykańskiej science fiction, Philip K. Dick próbował znaleźć odpowiedź, jak wyglądałoby nasze społeczeństwo, gdyby doszło do atomowego konfliktu. I przyznać trzeba, że wizja ta jest zarówno oryginalna jak i interesująca.

Akcja Doktora Bluthgelda  rozgrywa się w świecie, w którym wybuchła III wojna światowa. Czytelnik śledzi fabułę, która poprowadzona jest dwutorowo. Poznajemy losy grupy bohaterów tuż przed wybuchem nuklearnego konfliktu oraz kilka lat po apokalipsie. Widać zatem od razu, że dzieło Dicka nie jest typową antyutopią, która koncentruje się na trudnej egzystencji, tuż po atomowej zagładzie. Świat wykreowany przez autora nie jest wyłącznie kupą gruzów ze zdegenerowaną ludzkością, która balansuje na krawędzi wyginięcia. Powieść to bardziej próba wyobrażenia sobie, jak wyglądałyby próby odbudowy naszej cywilizacji, w sporej części obróconej w pył za sprawą atomowych wybuchów. Co ciekawe Dick nie uznaje nawet za stosowne podać dokładnych przyczyn rozpętania najpoważniejszego konfliktu w dziejach ludzkości. Rutyna dnia codziennego zostaje nagle i bez uprzedzenia zburzona. Zaskoczeni ludzie mają dosłownie kilka minut, by przygotować się na najgorsze i znaleźć bezpieczne schronienie. Wszędzie spadają bomby, a fale uderzeniowe zmiatają niemal wszystko, co znajduje się na powierzchni. Nieznana pozostaje jednak geneza wojny. Nie wiadomo, kto ją rozpętał, dlaczego w ogóle do niej doszło, kto wykonał decydujący ruch. O rozmiarze strat można wnioskować tylko na podstawie niewielkich wycinków – cała historia rozgrywa się w Kalifornii, w San Francisco oraz okolicznych wsiach.

Poznając losy mieszkańców hrabstwa San Marin, oglądamy świat po apokalipsie, który powoli acz sukcesywnie liże rany. Nuklearna interwencja zabrała wiele istnień ludzkich, a równie wiele popchnęła w odmęty szaleństwa. Dokonała także wielu przetasowań. Dick ciekawie zaprezentował zmiany, do jakich może dochodzić w społecznych strukturach, na skutek niespodziewanych oraz tragicznych wydarzeń. Okazuje się, że dla niektórych ogromna tragedia może stać się bodźcem do działania, pozwalającym zapomnieć o własnych niedoskonałościach oraz niedostatkach. Zdecydowanie, determinacja oraz wykazanie inicjatywy w najbardziej newralgicznym momencie może diametralnie odmienić losy jednostki, pozwalając jej wywindować się ze społecznych nizin aż do samego koła sterowego władzy i na odwrót. Naturalny a przez to jakże trudny do przezwyciężenia instynkt do bycia prowadzonym przez życie przez innych, do słuchania rad oraz pouczeń sprawia, że w momencie kiedy znikają opiekuńcze ramy państwowości, media, prasa czy telewizja, istota ludzka staje się całkowicie bezbronna, pozbawiona pomysłu na przetrwanie. Kluczową rzeczą w postapokaliptycznej rzeczywistości okazują się zatem nowe władze. Człowiek poszukuje liderów oraz dowódców, pod rządami którymi próbuje na powrót odbudować wszystko, co utracił. Ale Dick zdaje się ostrzegać, że w sytuacjach krytycznych, skrajnych, najusilniej dojść do głosu starają się szaleńcy, niespełnieni frustraci, czy osobnicy chowający głęboką urazę do społeczeństwa poza nawias którego zostali wyrzuceni, czyli ludzie, którzy w normalnych warunkach mają niewiele do powiedzenia.

Dick na kartach swojej powieści przedstawia również zaskakująco silną wolę trwania ludzkiego gatunku. Człowiek jawi się jako bardzo krucha, biologiczna istota, która podatna i wrażliwa jest na wszelkie środowiskowe zmiany – nawet niewielki wzrost średniorocznej temperatury, czy drobna zmiana w składzie ziemskiej atmosfery mogą okazać się śmiertelnie niebezpieczne. Mimo to ludzka cywilizacja kurczowo chwyta się każdej, nawet najmniejszej szansy przetrwania – cieniutka błona ludzkości, która porasta ziemską skorupę jest niespodziewanie trwała. W wizji Dicka zabawny jest fakt, że ludzkość próbując podnieść się po straszliwym upadku, który stał się jej udziałem, stara się odbudować świat na obraz i podobieństwo świata sprzed katastrofy. System monetarny, klasyczny system nauczania, demokratyczne sprawowanie władzy, papierosy, alkohol, poczta, etc. W dłuższej perspektywie nieuniknione wydaje się powielenie dokładnie tych samych błędów, które stały się przyczyną tragedii. Społeczeństwo ludzkie, a przynajmniej ta jego część, której udało się przetrwać jawi się zatem jako przerażająco bezrefleksyjne. Niemal wcale nie zastanawia się ono nad przyczynami apokalipsy, do jakiej doszło, zadowalając się zrzuceniem całej winy i odpowiedzialności za zaistniałą sytuację na barki jednego człowieka.

Owym kozłem ofiarnym jest tytułowy doktor Bluthgeld. To wybitny naukowiec, fizyk atomowy z wykształcenia, a przy tym wariat i egocentryczny szaleniec. Na każdym kroku dostrzega wrogów, którzy czyhają na jego życie, pragnąc w ten sposób zemścić się za wszelkie nieszczęścia, jakie spadły na ziemski glob. Wydaje się, że w jego osobie Dick zawarł wszelkie negatywne cechy, które nie powinny pozostawać w udziale żadnego człowieka oddanego nauce. Doktor Bluthgeld, którego obciąża już samo nazwisko (blut z niem. krew + geld z niem. pieniądze), przedstawiony jest jako człowiek zaślepiony żądzą sukcesu poznawczego. Pragnąc za wszelką cenę dokonać przełomu oraz postępu w ogóle nie zastanawia się nad konsekwencjami swoich odkryć. To typ uczonego, który w zamian za dobrze wyposażone laboratorium oraz strumień gotówki, niezbędny do prowadzenia kolejnych badań, bezmyślnie dzieli się swoimi dokonaniami z politykami, zbyt głupimi, by pojąć jak potężna, a co najważniejsza obosieczna broń trafia w ich ręce.

Co interesujące, szaloną naturę doktora Bluthgelda niemal od razu rozpoznaje Stuart McConchie. Czarnoskóry sprzedawca telewizorów, na co dzień zamiatający ulicę tuż przed otwarciem swojego sklepu reprezentuje tę zwykłą i normalną część społeczeństwa, która okaże się filarem, podźwigającego się z upadku społeczeństwa. Stuart to także uosobienie zdrowego rozsądku oraz tych wszystkich drobnych i na pozór nieistotnych gestów oraz rytuałów, które są każdemu człowiekowi tak bliskie, bo tak na wskroś ludzkie.

Oczywiście w Doktorze Bluthgeldzie, nie mogło zabraknąć kilku, kluczowych motywów w prozie Dicka. Najbardziej wstrząsający zawiera w sobie Edie Keller, kilkuletnia dziewczynka, poczęta w dniu Wybuchu. W swoim ciele nosi ona brata bliźniaka Billa, który nigdy się nie narodził, pozostając uwięziony w ciele swojej siostry, która stanowi dla niego jedyną nić ze światem zewnętrznym. Nietrudno dostrzec tu nawiązanie do siostry bliźniaczki Philipa Dicka, która na skutek złej opieki matki zmarła wkrótce po porodzie. Pisarz wielokrotnie podkreślał, że z powodu tej śmierci niemal przez całe życie borykał się z poczuciem winy. Znaczący jest również sam początek powieści. Otóż Doktor Bluthgeld rozpoczyna się od sceny, w której sprzedawca zamiata chodnik tuż przed swoim sklepem. Niemal identycznie prezentują się pierwsze karty powieści Głosy z ulicy oraz Humpty Dumpty w Oakland. Wspomnieć należy, że Philip Dick pracował w sklepie z płytami i jego poranki wyglądały bardzo podobnie. Niespieszne ruchy miotłą, przysłuchiwanie się stukotowi obcasów oraz wdychanie kojących woni młodych sekretarek. Sielankowa sceneria amerykańskich przedmieść, na których każdy może odnieść sukces.

Książka Doktor Bluthgeld jak sam przyznaje w krótkim posłowiu Philip Dick, była próbą odgadnięcia przyszłości. Jeśliby oceniać ją pod kątem futurologicznych przewidywań, to powieść nie zdałaby próby czasu. Oczekiwana wojna nie nadeszła, świat nie przeszedł atomowego katharsis, a ludzkość nie musiała rozpoczyna budowy swojej cywilizacji niemal od początku. Ale powieść bardzo dobrze sprawdza się na innym polu. To ciekawa oraz dosyć optymistyczna wizja świata, który podźwiga się po upadku nie dzięki pojedynczym, heroicznym wysiłkom, ale za sprawą długotrwałej, mrówczej pracy wielu zwykłych ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z superbohaterami oraz ich supermocami.

piątek, 04 października 2013

  Tytuł: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?Okładka książki Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

  Autor: Philip K. Dick

  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

  Liczba stron: 272

  Cena: 45,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Słowa innego końca świata nie będzie jakoś trudno jest przyłożyć do literatury science fiction. Bowiem scenariuszy upadku naszej cywilizacji jest tyle, ilu pisarzy tego gatunku. A nawet więcej. Jeden z najbardziej popularnych oraz cenionych amerykańskich twórców, Philip K. Dick wykreował przecież kilka, piekielnie interesujących oraz dosyć przerażających możliwości zakończenia tryumfalnego pochodu człowieka na Ziemi. Obecnie Dick to instytucja, skała Piotrowa, na której stoi gmach współczesnej science fiction. Ale nie zawsze Amerykanin cieszył się taką estymą. Kilka powieści ujrzało światło dzienne dopiero po jego śmierci, podczas gdy wcześniej kolejne oficyny sukcesywnie odmawiały ich wydania. Dzieła Dicka był traktowane jako zbyt ambitne i trudne w odbiorze. Zdecydowanie lepiej wiodło się książce Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Razem z Człowiekiem z Wysokiego Zamku uznawana jest za powieść przełomową, dzięki której Dick zyskał należną mu sławę i popularność. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? została wydana w 1968 roku i swojej ekranizacji doczekała się jeszcze za życia autora, w 1982 roku. Ciekawe jest jednak to, że Dick nie dożył oficjalnej premiery, która odbyła się w czerwcu. Pisarz zmarł w marcu tego samego roku. Film w reżyserii Ridley’a Scotta, Łowcę androidów, zdołał jednak obejrzeć i jak na człowieka ogarniętego manią prześladowczą przystało, stwierdził podobno, że Harrison Ford, a więc tytułowy łowca dostał zlecenie również na Philipa K. Dicka.

Akcja powieści rozgrywa się w roku 2021 na Ziemi, która cierpi okrutnie po nuklearnym konflikcie. Ocalała ludzkość prowadzi nędzną egzystencję, w cieniu chorób, genetycznych mutacji oraz radioaktywnych opadów. Ludzie podzieleni się na normali oraz specjali. Normalem jest pełnoprawny człowiek. Z kolei łatkę specjała otrzymują osoby, które na skutek negatywnych zmian spowodowanych promieniotwórczością stanowią zagrożenie dla czystości ludzkiej rasy. Z tego powodu zostają oni obywatelami drugiej kategorii, którzy mają bezwzględny zakaz zawierania małżeństwa, rozmnażania się oraz emigracji.

XXI wiek w dickowskiej wizji nie jest naznaczony wyłącznie stygmatem wojny i cierpienia. To także tryumf nauki. Przynajmniej częściowy i pewnie trochę pozorny. Ludzkość skolonizowała już kilka planet. Zdołała także powielić swój rozum i stworzyć jego mechaniczny odpowiednik. Androidy, czyli humanoidalne roboty, produkowane są na Marsie. Używa się ich jako pomocników, czy może służących dla ziemskich kolonistów. Człowiek, który posiada przydział na androida, może określić cechy, jakich życzy sobie u swojego robota. Sługa odznacza się więc indywidualnym profilem, dostosowanym do potrzeb swojego pana. Ale nie wszystkie mechaniczne istoty chcą funkcjonować w ten sposób. Zdarzają się androidy, które mordują swoich właścicieli i uciekają na Ziemię, starając się znaleźć na niej schronienie przed poszukującymi ich łowcami.

Główny bohater powieści Rick Deckart zajmuje się eliminacją nieposłusznych androidów. Dick w interesujący sposób odmalowuje codzienną, nieco szarą i smutną egzystencję Deckarta, dzięki której poznajemy także kontekst kulturowy przyszłego społeczeństwa. Deckart jest właścicielem mechaniczno-elektrycznej owcy. To doskonała imitacja żywego stworzenia, na które łowca nie może sobie jednak pozwolić z racji zbyt wysokich kosztów. Skażenie planety powoduje masowe wymieranie kolejnych gatunków – żywe zwierzęta stanowią prawdziwą rzadkość i osiągają zawrotne ceny. Chęć posiadania żywej istoty wynika z nakazów, płynących z merceryzmu, nowej religii, która wyznawana jest zarówno na Ziemi jak i na skolonizowanych planeta. Prorok Mercer (którego imię moglibyśmy spolszczyć jako Miłosiernik, od ang. mercy - miłosierdzie) uważał, że ludzkość winna stworzyć duchową wspólnotę ze wszystkimi żywymi organizmami oraz odczuwać ciągła skruchę, zarówno wobec bliźnich jak i pozostałych gatunków za spowodowaną na Ziemi katastrofę, która doprowadziła do eliminacji niemal całego życia na planecie. Człowiek jest ponadto odpowiedzialny za byt słabszych istot, co wiąże się z nakazem opieki nad żywymi stworzeniami. Wzniosła koncepcja ulega jednak całkowitej transformacji i przybiera karykaturalną formę w starciu z ludzkim, jakże słabym charakterem. Ponieważ żywe zwierzęta należą już do prawdziwej rzadkości, ich posiadanie staje się wyznacznikiem statusu społecznego ich posiadacza. Im większy oraz bardziej zagrożony wyginięciem gatunek, tym bogatszy właściciel. Prosta koincydencja, bezlitośnie szydząca z pierwotnych założeń merceryzmu. Ludzi opanowuje paranoidalna mania posiadania własnego zwierzęcia, ale skurczone zasoby ziemskiej planety nie są w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich. Pojawia się zatem popyt na zamienniki, mechaniczno-elektryczne substytuty, które niemal perfekcyjnie naśladują żywe stworzenia i są oczywiście znacznie tańsze. Pokraczne meandry myśli ludzkiej doprowadzą do absurdalnej sytuacji. Mechaniczne zwierzęta, których prawdziwa natura jest jednak skrzętnie ukrywana przez właścicieli, cieszą się wręcz nieskończoną miłości, podczas gdy mechaniczni ludzie, czyli androidy, są albo niewolnikami albo łowi się je i tępi, niczym dziką zwierzynę.

Humanoidalne roboty, podobnie jak i mechaniczne zwierzęta, bardzo dobrze naśladują obiekty, na wzór których zostały stworzone. Aby rozróżnić człowieka od jego sztucznego odpowiednika, podejrzani poddawani są testowi na empatię. Androidy znakomicie imitują człowieka, zdarzają się nawet modele z wszczepioną pamięcią, tak, że same są przekonane, o tym, że są ludźmi, ale żaden z robotów nie posiada autentycznych wyższych uczuć. Specjalny aparat bada reakcje przepytywanych na starannie wyselekcjonowane pytania, tzw. test empatyczny Voigta-Kampffa. Ale najważniejsze pytanie, które zaczyna rodzić się w głowie Ricka Deckarta dotyczy skuteczności przeprowadzanego testu – czyż nie istnieją ludzie, którzy ze względu na niski poziom empatii mogliby zostać potraktowani jako androidy? Czy on sam, morderca androidów, ma w sobie chociaż cień współczucia i litości?

Doskonała książka Philipa K. Dicka, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, zadaje fundamentalne pytania na temat granic oraz ścisłej definicji człowieczeństwa. Powieść traktuje o wartościach, jakie na ów czynnik się składają, poruszając równocześnie problem mechanicznych istot tworzonych na obraz i podobieństwa ludzkie. Dick stawia na wokandzie dość odległe, przynajmniej na obecnym stopniu naszego rozwoju technicznego, kwestie dotyczące prawa do autonomicznej egzystencji, które mogłyby, a może nawet powinny przysługiwać androidom, jako istotom inteligentnym, rozumnym, świadomym swojego bytu jak i cierpienia związanego z jego przedwczesnym zakończeniem. Tak jak wspominałem na początku, dickowska wizja doczekała się ekranizacji w reżyserii Ridley’a Scotta, filmu pt. Łowca androidów. Kolejne wydania książki, którą zainteresowanie wzrosło z racji całkiem niezłego przeniesienia na wielki ekran, nosiły często tytuł skrócony, tj. Łowca androidów. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? zaczęło pełnić rolę wyłącznie uzupełnienia, dodatku. Tymczasem w mojej opinii to właśnie oryginalny tytuł w pełni oddaje fascynującą treść książki – w dickowskiej rzeczywistości zwierzęta biologiczne należą do rzadkości. Ludzie, którzy mogą pozwolić sobie na ich hodowlę muszą być odpowiednio majętni. Zatem marzenia o owcach, tudzież innych zwierzakach są pragnieniem tym z gatunku czysto ludzkich – wiążą się one ze szczęśliwą egzystencją ludzi poważanych i szanowanych, jeśli nie z racji na intelekt i ogładę to przynajmniej ze względu na wysoki status społeczny. I sprawa najważniejsza – czy podobne marzenia mogą stać się udziałem androidów? Czy maszynom, w które człowiek zatknął ducha można w ogóle pozwolić na takie rojenia? Czy one również mogą oczekiwać szacunku, respektowania swojej niezależności umysłowej, wolnej woli? Czy fakt, że pierwotnym przeznaczeniem robotów miało być wyręczanie ludzi z prac ciężkich i niewygodnych oraz biorąc pod uwagę, że to człowiek jest stworzycielem sztucznej inteligencji, daje mu równocześnie prawo swobodnego dysponowania androidalnym bytem?

Drugą kwestią, o którą zahacza Dick jest znany doskonale fanom twórczości autora, swoisty dualizm. W prozie Dicka często pojawia się więcej niż jedna rzeczywistość i nie inaczej jest w przypadku Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Okazuje się bowiem, że istnieją humanoidalne roboty, którym zaszczepiono ludzką pamięć. Żyją, czy też egzystują one w przekonaniu, że są prawdziwymi ludźmi, tymczasem to tylko miraż i złudzenie. Przez karty przebija się zatem kolejne oczywiste pytanie – jaką mamy pewność, że my również nie stanowimy wyłącznie imitacji, że również nie jesteśmy jedynie mechanicznym tworem? I dalej, co to znaczy być człowiekiem i na jakie zasadzie mogę stwierdzić, że faktycznie nim jestem? Czy możliwe, że jestem wyłącznie jego nie w pełni wartościową namiastką?

wtorek, 07 maja 2013

  Tytuł: Trzy stygmaty Palmera EldritchaOkładka książki Trzy stygmaty Palmera Eldritcha

  Autor: Philip K. Dick

  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

  Liczba stron: 294

  Cena: 47,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Philip Kindred Dick. Czy są jeszcze ludzie, którym to nazwisko nie obiło się o uszy? Czy znajdą się tacy, którzy nie widzieli, albo choćby nie słyszeli o Łowcy androidów, czy Raporcie mniejszości? Dick, który początkowo nie cieszył się zbytnią przychylnością wydawców to obecnie pisarz wręcz legendarny. Uchodzi za jednego z czołowych oraz najbardziej rozpoznawanych amerykańskich twórców science fiction, chociaż wiele jego książek zahacza również o teologię, mistycyzm, eschatologię, czy filozofię. Życie Dicka było równie ciekawe i zbzikowane jak płodzone przez niego dzieła. Liczne eksperymenty z narkotykami oraz lekami znalazły wyraz także w jego twórczości. Znane są również objawienia, których doznawał amerykański literat. W 1974 roku Dick spotkał kobietę z naszyjnikiem zwieńczonym wisiorkiem w kształcie ryb. Promień słoneczny odbity od ozdoby trafił pisarza w głowę wywołując u niego halucynacje. Dick znalazł się w starożytnym Rzymie, w czasie prześladowania pierwszych chrześcijan. Przez kilkanaście godzin amerykański artysta naprzemiennie egzystował w dwóch rzeczywistościach, a jego umysł nawiedzały liczne wizje. W jednej z nich ujrzał swojego syna cierpiącego z powodu choroby. Pisarz bezzwłocznie zawiózł swojego potomka do szpitala, gdzie okazało się, że młody Chris ma nie wykryte dotąd kłopoty z przepukliną, które wkrótce mogły doprowadzić nawet do jego śmierci. Wszystkie te doświadczenia związane z różowym promieniem, który poszerzył także percepcję Dicka, pisarz wspomina w powieści Valis. Równie interesująca jest historia z 1963 roku, kiedy to Amerykanin w trakcie spaceru w okolicach wynajętej chaty, zaadoptowanej na literacką pracownię ujrzał na nieboskłonie twarz. Wg późniejszych wspomnień autora, twarz była olbrzymia, zapełniała ćwierć nieba. Miała puste szczeliny oczu, była metalowa i okrutna i, co najgorsze, był to Bóg. Pojechałem do mojego kościoła i rozmawiałem z księdzem. Doszedł do wniosku, że miałem widzenie Szatana. Być może to właśnie ta gęba stała się asumptem do napisania książki Trzy stygmaty Palmera Eldritcha, którą Dick ukończył w 1964 roku.

Powieść zaliczana jest do szczytowych osiągnięć pisarza i trzeba przyznać, że jest w tym stwierdzeniu sporo racji. Trzy stygmaty Palmera Eldritcha to wielopłaszczyznowa historia, którą można interpretować wg kilku kluczy, raz za razem odkrywając w niej kolejne warstwy i znaczenia. Jest to z pewnością również dzieło, które jest znacznie łatwiejsze w odbiorze w przypadku, gdy chociaż z grubsza znamy biografię samego pisarza oraz jego inne powieści. Wiele książek Dicka porusza podobne tematy, wzajemnie się zazębiając, a różne niezwykłe fakty z życia pisarza są często wplatane w jego literacki świat. W dodatku Trzy stygmaty Palmera Eldritcha posiadają bardzo specyficzną i zawiłą fabułę. W konsekwencji dość często towarzyszy nam poczucie narkotycznego błąkania się w zakamarkach umysłu wariata. W takim przypadku znajomość dickowskiego żywota oraz pomysłów wykorzystanych w innych pozycjach okazują się pomocne, by jakoś odnaleźć się w tej gmatwaninie i do reszty nie utonąć w bagnie szaleństwa.

Mamy więc bardziej lub mniej odległą przyszłość. Ziemia cierpi i to dość mocno z powodu łupieżczej działalności człowieka. Przeludnienie oraz globalne ocieplenie to jedne z wielu trawiących planetę problemów. Ze względu na panujące upały wyjście z domu na niemal każdej szerokości geograficznej jest niemożliwe bez założenia skafandra ochronnego. Tereny Antarktydy zostały zaadoptowane na kurorty, na wizytowanie których mogą pozwolić sobie jedynie najbogatsi mieszkańcy globu. ONZ rozdaje przymusowe karty powołań i wysyła wybranych członków rodzaju ludzkiego na odległe kolonie, zlokalizowane na Marsie, Wenus, czy Ganimedesie. Nowe siedziby, które stanowią baraki porozrzucane po bezkresnych pustyniach zasiedlonych planet lub księżyców, nie są do końca przystosowane do przyjęcia ludzi, dlatego nikt o zdrowych zmysłach nie kwapi się, aby opuścić Ziemię. Koloniści, pechowcy, którym nie udało się wywinąć przed wysyłką oraz nieliczne grono ochotników wiodą smutną i nudną egzystencję, która sprowadza się do oczekiwania na kolejną dawkę narkotyku Can-D. Dzięki niemu koloniści przez krótki okres czasu pozornie stają się Perky Pat oraz jej chłopakiem Waltem, czyli lalkami, na które ziemscy wygnańcy wydają ostatnie zarobione pieniądze. Bogactwo przeżywanej iluzji jest tym doskonalsze, im więcej zminiaturyzowanych elementów posiada dany zestaw.

Firma P. P. Layouts, która dostarcza zarówno akcesoria dla lalki Pat jak i narkotyk Can-D jest hegemonem na rynku. Monopol spółki należącej do Leo Bolero zostaje zachwiany, kiedy z wyprawy do odległego układu Proximy powraca przemysłowiec Eldritch Palmer, przywożąc ze sobą Chew-Z, narkotyk, który wywołuje wizje idealne, halucynacje w zasadzie nie do odróżnienia od realnych doznań. Leo Bolero jak każdy szanujący się biznesmen pragnie pozbyć się konkurencji i zlikwidować swojego najgroźniejszego przeciwnika. Jednak z chwilą podjęcia wyzwania okazuje się, że Palmer Eldritch niekoniecznie nadal jest istotą ludzką, a przejęcie narkobiznesu i wszelkich wpływów gotówki z nim związanych nie jest jego nadrzędnym celem. Leo jako pierwszy człowiek przekonuje się na własnej skórze o sile działania nowego narkotyku. Wywołane wizje są cudownie realne, ale ich sielankę burzy pojawiająca się niemal wszędzie postać Eldritcha, którego błyskawicznie można rozpoznać po protezie ręki, zdeformowanej metalowej szczęce oraz pustych i sztucznych oczach.

Można zaryzykować stwierdzenie, że opisując Palmera Eldritcha, Dick korzystał ze wspomnień z 1963 roku, które pozostały w jego umyśle po ujrzeniu tajemniczej twarzy na niebie. Twarzy, którego w jego mniemaniu była obliczem Boga. Czy zatem Palmer Eldritch jest Stwórcą, Bytem Najwyższym? A jeśli tak, to jakiej natury jest ten demiurg? Czy jest to Mesjasz, Zbawiciel, Odkupiciel, czy też Szatan, Antychryst, Fałszywy Baranek? A może w ogóle niemożliwe jest zastosowanie ludzkich wzorców i miar do oceny tej istoty? Być może kategorie złe czy dobra nie dają się w tym przypadku zastosować, ponieważ to, czym stał się Palmer Eldritch, czy też może to, co go opanowało jest zupełnie inne, różni się zbyt diametralnie od wszystkiego co znamy? Z jednej strony reklama nowego narkotyku Chew-Z mówi, że Bóg obiecuje życie wieczne, my je dajemy, z drugiej jednak, owa gwarantowana wieczna egzystencja jest wyłącznie mirażem i złudzeniem. Niemal doskonałym, ale wciąż tylko złudzeniem. Czy Bóg byłby skłonny robić nas w konia?

Warto chyba w tym momencie wspomnieć, że Dick bardzo mocno interesował się gnozą, czyli ostateczną i prawdziwą wiedzą na temat Wszechświata, ludzkiej natury, czy sensu człowieczego bytu. Wiedzę tą, która pozwalała w pełni zrozumieć otaczającą nasz rzeczywistość, można było nabyć spontanicznie, albo dojść do niej poprzez odpowiednio długą praktykę. Większość powieści z dojrzałego okresu twórczości Dicka sprawia wrażenie prób uzyskania tej absolutnej wiedzy, zrozumienia mechanizmów, które rządzą zarówno światem jak i ludzką egzystencją. Co ciekawe amerykański pisarz nie ograniczał się do czerpania informacji wyłącznie z jednego źródła. Śledząc jego kolejne utwory, widać wyraźnie, że Dick bacznie studiował wszelakiej maści religie, filozofie oraz doktryny i wyłuskiwał z nich co bardziej interesujące elementy, które w jego własnym mniemaniu zdawały się pasować do składanej przez niego budowli. W prozie Dicka możemy odnaleźć m.in. wyraźne wpływy manichenizmu – w wielu powieściach toczy się przecież walka dwóch przeciwstawnych sobie pierwiastków, światła z ciemnością, dobra ze złem, etc. Owa konfrontacja ma miejsce zarówno w makro- jak i mikrokosmosie. Obok rywalizujących ze sobą sił (np. Leo Bolero i Palmera Eldritcha) pojawia się także motyw walki, która rozgrywa się w duszach bohaterów.

W Trzech stygmatach Palmera Eldritcha pobrzmiewają również czasy, w których pisarz tworzył książkę. Przymusowa wysyłka na odległe kolonie bardzo mocno przypomina rozdawanie kart powołań przez amerykańską armię na wojnę w Wietnamie. Wielu młodych ludzi, podobnie jak dickowscy koloniści, próbowało uniknąć swojego losu, podejmując wszelkie wysiłki, by wymigać się od państwowego obowiązku. Dick, który jest chyba mistrzem tworzenia absurdu, wyposażył swojego głównego bohatera, Barneya Mayersona, jasnowidza, zatrudnionego w P.P. Layouts do prognozowania popularności potencjalnych produktów, w doktora Smile’a, przenośną walizkę będącą lekarzem antypsychiatrą. Celem doktora Smile’a było rozchwianie psychiczne swojego pacjenta, które dyskredytowałoby go w oczach komisji poborowej, wysyłającej na Marsa przyszłych kolonistów. Obok drzwi żądających zapłaty za wypuszczenie gospodarza z mieszkania, które znane są doskonale z Ubika, doktor Smile jest chyba jednym z najgenialniejszych wynalazków Dicka. Wyobraźnia tego niezwykłego autora czasami po prostu poraża i przerasta zwykłego śmiertelnika.

Inną płaszczyzną, na której możemy rozpatrywać Trzy stygmaty Palmera Eldritcha są problemy z narkotykami, po które Dick sięgał często i chętnie, korzystając w pełni z doznań oferowanych przez te używki. Lata ’60 w USA to zachłyśnięcie się narkotykami psychodelicznymi halucynogennymi. Autor popularnego Nowego wspaniałego świata, Aldoux Huxley twierdził nawet, że mistyczny stan, który asceci niektórych religii osiągają po latach treningu poprzez redukcję zbędnych bodźców, dzięki narkotykom można osiągnąć znacznie szybciej. Ten entuzjazm zebrał w Stanach śmiertelne i liczne żniwo, o czym zresztą wspomina sam Philip Dick w powieści Przez ciemne zwierciadło. Można by wysnuć tezę, że Trzy stygmaty Palmera Eldritcha to próba studzenia zapału, z jakim gloryfikowano i sięgano po narkotyki, jednak teoria ta upada niemal natychmiast, kiedy uświadomimy sobie, że Dick pisał tę powieść pod wpływem amfetaminy.

Jak zatem odczytywać tę książkę? Czy można w ogóle ją w pełni zinterpretować? Ile jeszcze ukrytych treści zaszyfrował w niej pisarz? I kim w końcu jest Palmer Eldritch? Bohumil Hrabal stwierdził niegdyś, że porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku. Wydaje mi się, że Dick osiągnął ten właśnie poziom.

Podsumowując, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha to dzieło bardzo rozbudowanie i niezwykłe. Jak słusznie zauważyła Oceansoul w swojej recenzji jest to praktycznie cała twórczość Dicka w pigułce. Pojawia się często wykorzystywany przez pisarza motyw z kilkoma rzeczywistościami i niemożnością rozstrzygnięcia, która z nich jest prawdziwa, realna. Stykamy się z ulubionymi pytaniami pisarza wynikającymi z tej egzystencjalnej wielości. Jakie kryteria obrać, by być absolutnie pewnym, że to, co mnie otacza nie jest iluzją? I czym na Boga jest w ogóle ta cała rzeczywistość, realność? Bohaterem książki jest osobnik błądzący, popełniający jak każdy z nas ogrom błędów. To człowiek z przeszłością, z którą nie może się pogodzić i którą cały czas rozpamiętuje. Mamy wreszcie wątki filozoficzne, mistyczne, religijne. Całość tworzy prawdziwą mieszankę wybuchową, przez którą znacznie łatwiej będzie przebrnąć po lekturze krótkiej przedmowy autorstwa Jerzego Sosnowskiego pt. Kim jest Palmer Eldritch?

Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego jak gorąco polecić Trzy stygmaty Palmera Eldritcha – poczujcie na własnej skórze rozpacz, wyobcowanie i oderwanie od rzeczywistości zagłębiając się w lekturę tej niezwykłej powieści.

P.S. Niezmiernie miło mi poinformować, że powyższy tekst został doceniony w konkursie na recenzję tygodnia za okres 3 - 9 czerwca na portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję za to spore wyróżnienie.

Lubimy Czytać

czwartek, 28 marca 2013

Okładka książki Wyznania łgarza

  Tytuł: Wyznania łgarza

  Autor: Philip K. Dick

  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

  Liczba stron: 317

  Cena: 47,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Zacząć należy chyba od wyjaśnienia tytułu wpisu, bowiem o samym autorze książki Wyznania łgarza, Philipu K. Dicku pisać już nie muszę – wydaje mi się, że przybliżyłem wystarczająco sylwetkę tego niezwykłego pisarza we wcześniejszych wpisach. Dlaczego zatem bzdurna historia? Czyżby Dick, chwalony wcześniej przeze mnie i polecany stworzył coś naprawdę durnego, płaskiego, słowem bzdurnego? Sytuacja na szczęście nie przedstawia się tak tragicznie – Wyznania łgarza to niezła pozycja, która zalicza się do skromnego grona dickowskich powieści obyczajowych i z pewnością zasługuje na uwagę. A nazwa wpisu to przekorna zabawa słowami, bowiem słowo crap z oryginalnego, angielskiego tytułu (Confession of crap artist) można tłumaczyć jako bzdury, brednie, śmieci, czy wręcz jeszcze bardziej pejoratywnie jako gówno. Łgarz to osoba, która kłamie i zmyśla celowo, z premedytacją, z wyraźną intencją przeinaczenia faktów. Natomiast tytułowy crap artist to persona opowiadająca brednie, pierdoły, która jednak robi to mimochodem i raczej bezwolnie – to bardziej bajarz i pleciuga. Słowo łgarz jest w mojej opinii zbyt mocne, posiada zbyt wiele negatywnych konotacji, szczególne, jeśli przyjrzymy się owemu kłamcy, Jackowi Isidore’owi.

Jack Isidore z Seville z Kalifornii to osoba dość niezwykła. Niby dorosły facet, który służył nawet w armii i był na wojnie w Korei, a jednak jest w nim coś z dziecka. Przede wszystkim zdaje się mieć w sobie nieskończone zasoby dziecięcej, jakże szczerej naiwności. Jack od najmłodszych lat uwielbia czytać magazyny pokroju niezwykłe historie i z nich czerpie zdecydowaną większość wiedzy na temat świata. Świata, w którym na równych prawach egzystują inteligentna cywilizacja pozaziemska, Jezus-kosmita, poruszający się spodkiem kosmicznym, telekineza, telepatia, czy Atlantyda oraz rachunki, konieczność płacenia podatków, czy praca w zakładzie prowadzącym regenerację zużytych bieżników – chociaż przyznać trzeba, że do tej drugiej kategorii rzeczy autentycznych Jack zdaje się przykładać o wiele mniejszą wagę. Można wręcz powiedzieć, że Jack utrzymuje kontakt z naszą rzeczywistością wiedziony przykrą koniecznością – w końcu rachunku trzeba płacić, by mieć gdzie mieszkać i co włożyć do gęby, a robota potrzebna jest, by owe podstawowe potrzeby móc sobie zapewnić. Ale te przyziemne czynności blakną wobec porażającej prawdy, którą zdają się znać tylko wybrani. Dziecinność Jacka przejawia się również w jego namiętnej pasji do gromadzenia osobliwych, nikomu niepotrzebnych rzeczy – wygładzonych przez wodę kamieni, mogących zawierać radioaktywną rudę, stosów sklepowych reklam, etc. Z punktu widzenia osoby postronnej przedmioty Jacka to zwykłe śmiecie, nieprzedstawiające żadnej wartości szpargały i może również w ten sposób należy rozpatrywać tytuł powieści – Isidore to taki śmieciowy artysta, który w owych osobliwych rzeczach szuka zakodowanej prawdy.

Jack nie jest jedynym bohaterem powieści, w której pojawiają się jeszcze jego siostra, Fay Hume wraz z mężem Charleyem oraz kochanek Fay, Nathan Anteil i jego małżonka Gwen. Fay Hume to klasyczna femme fatale. W stwierdzeniu tym nie ma ani krztyny przesady. Kobieta wyrachowana, okrutna, dążąca do celu sukcesywnie i uparcie. Niczym walec, gniotąc po drodze wszelkie przeszkody, nie zważając na żadne protesty. Na pozór dziecinna w swoim rozkapryszeniu, przypomina dziewczynkę głośno upominającą się o swoją zabawkę. Ale to tylko pozory, bowiem z biegiem czasu okazuje się, że to perfidna zdzira, która nie bierze pod uwagę faktu, że jej zachcianka mogłaby nie zostać spełniona. Jej upór oraz metodyczność przerażają i chyba całkiem słusznie jej mąż, Charley zaczął ją z biegiem czasu postrzegać jako modliszkę, która chce go pożreć. Wrażenie robią również kolejne, przywdziewane przez Fay maski – czytelnicze podejrzenia o schizofrenię wydają się być całkiem na miejscu, bowiem Fay wykracza daleko poza ramy stwierdzenia, że kobieta zmienną jest.

Chociaż równie bogato przedstawione zostały sylwetki Charleya, sprawniej używającego ciężkiej ręki niż głowy osiłka, pozostającego pod głębokim i toksycznym wpływem swojej żony oraz Nathana Anteila, studenta, który dla Fay gotów jest zostawić swoją młodziutką i piękną małżonkę, to centralnymi postaciami powieści pozostają Fay Hume oraz Jack Isidore. Kreacji ich osobowości Dick poświęcił najwięcej miejsca. Charley oraz Nat służą bardziej jako przykłady prezentujące jak porażająca jest siła oddziaływania Fay Hume, która praktycznie każdego mężczyznę potrafi opleść sobie wokół palca i traktować go zarówno jako zabawkę do spełniania własnych marzeń, jak i narzędzie do realizacji swoich celów. Wracając do Fay i Jacka, to wspomnieć należy, że motyw rodzeństwa, brata i siostry, to element często przejawiający się w twórczości amerykańskiego pisarza. Philip Dick miał wręcz obsesję na punkcie swojej siostry bliźniaczki, Jane, która zmarła wkrótce po narodzinach. Prawdopodobnie z tego powodu, Dick w swojej prozie często prezentuje dwa diametralnie różniące się pierwiastki, dwie przeciwstawne siły – w jednych utworach wzajemne się one uzupełniają, tworząc w ten sposób harmoniczną całość, w innych współegzystencja opiera się na konfrontacji i walce.

Oczywiście Jack i Fay to opcja numer dwa, czyli wzajemne przeciwieństwa nastawione do siebie raczej wrogo. Jack Isidore to osoba prezentująca analityczne podejście do otaczającego go świata – lubi on zbierać, rozważać oraz katalogować dosłownie wszystko. Jednak aparat poznawczy Jacka, za pomocą którego bada rzeczywistość, jest w pewnym sensie uszkodzony, niekompletny. Nie jest on wyposażony w żaden filtr informacyjny, zdolny do oddzielenia istotnych faktów od zwykłego chłamu, czyli szumu. Jack rejestruje wszystko jak leci, bez nadawania rzeczom określonego statusu istotności – niczego nie wartościuje, do wszystkiego przykładając jednakową wagę. W rezultacie mózg Jacka zalewany jest przez morze śmieci, tonie on w mnogości detali oraz szczegółów, z pośród których każdy jeden sprawia wrażenie równie ważnego. Wydaje się, że Jack Isidore z Seville to w pewnym sensie nawiązanie do biskupa Sewilli, Świętego Izydora (560 – 636 r.), autora pierwszej naukowej encyklopedii Etymologiarum libri XX, czyli Etymologie w dwudziestu księgach. Jack Isidore podejmuje próbę skatalogowania i opisu znanego mu świata, ale bez weryfikacji przedstawianych rewelacji – zupełnie jak Święty Izydor, u którego obok ksiąg traktujących o kamieniach szlachetnych, czy roślinach, znaleźć możemy np. opisy Anubisów, czyli psiogłowców, rzekomo rodzących się w Indiach.

Fay Hume to przykład diametralnie różnego od Jacka podejścia do świata. Fay zamiast obserwować i rozważać woli działać oraz kształtować. Jako symbol bezwzględnej kobiecości formuje ona otoczenie niczym plastelinę, dopasowując je do własnych, często egoistycznych potrzeb. W tym celu stosuje ona kolejne osobowościowe maski – począwszy od wrażliwej artystki, lepiącej w glinie (wydaje się, że nawet zainteresowania artystyczne nie są przypadkowe!), przez lokalną filantropkę, wspierającą życie kulturowe, a skończywszy na niedoszłej ofierze niemoralnej propozycji, która zresztą pada z jej strony. To swobodne podejście do własnej świadomości wydaje się bardziej zrozumiałe, jeśli powiążemy Fay Hume z filozofem angielskim Davidem Humem (1711 – 1776 r.), autorem takich dzieł jak Traktat o naturze ludzkiej, czy Badania dotyczące zasad moralności. David Hume to także odkrywca problemu, znanego pod nazwą gilotyna Hume’a, polegającego na niemożliwości wnioskowania na temat tego, co być powinno, na podstawie tego, co jest. Hume twierdził, że nie da się wyprowadzić związku przyczynowo-skutkowego, ponieważ jako obserwatorzy zagadnienia znajdujemy się tylko w jednym punkcie czasowym (tu i teraz). Natomiast związek pomiędzy przyczyną i skutkiem to linia ciągła, która łączy kilka momentów czasowych – nie potrafimy określić, czy takowa interakcja rzeczywiście zachodzi, czy też nie, ponieważ jesteśmy w stanie obserwować wyłącznie jedno zjawisko na raz. Kierując się tą logiką można wykazać także, że nie istnieją żadne związki pomiędzy moralnością a nauką. Z naukowego punktu widzenia, fakty mogą być prawdziwe lub fałszywe. Natomiast moralność mówi nam o tym, czy coś jest słuszne, czy też nie. Moralność może nakazywać dane postępowanie lub takowe potępiać. Jednak owe dyrektywy moralne nie są ani prawdziwe, ani fałszywe, ponieważ nie określają one stanu faktycznego, a jedynie opisują, jaki ten stan powinien być. Fay Hume zdaje się wykoślawiać idee Davida Hume’a poprzez tworzenie własnej moralności, przybierającej różne formy, w zależności od potrzeby chwili.

Jak widać Philip Dick stworzył znakomite i bogate studium zawiłych meandrów ludzkiej psychiki. Jest ono o tyle ciekawe, że Dick zastosował zabieg pisania niektórych rozdziałów z perspektywy różnych bohaterów – pozwala to na jeszcze głębsze poznanie motywów ich postępowania. Książka w ogromnej mierze oparta jest na relacjach międzyludzkich, które zdają się przypominać interakcje, jakie zachodzą pomiędzy poszczególnymi obiektami, nie potrafiącymi ze sobą spokojnie współistnieć. Wzajemne stosunki ukazane są bardziej jako bezustanne ścieranie się, walka. Ponadto postawy na pozór racjonalne, normalne z punktu widzenia naszych codziennych rytuałów, obdarte zostają z szat obłudy, przez co na wierzch wychodzą zakłamanie oraz fałsz, dominujące w międzyludzkich kontaktach. Dick świetnie uzmysławia czytelnikowi, że pierwiastek szaleństwa mieszka w każdym z nas – niektórzy ukrywają go lepiej za maską powagi oraz dostojności, niektórym maskowanie wychodzi znacznie gorzej. Natomiast Jack, świadomie lub nie, w ogóle nie kryje się ze swoimi drobnymi aberracjami umysłowymi, ale jak słusznie zauważa, rozmyślając na temat bliskich mu osób: Na swój sposób to też wariaci, tyle, że nie rzuca się to tak bardzo w oczy jak w moim przypadku.

Wyznania łgarza to lektura niezwykle zajmująca oraz ciekawa. Czyta się ją z ogromnym zainteresowaniem, jednak po zamknięciu książki pozostaje lekki niedosyt. Wydaje się, że w powieści zabrakło lepiej zarysowanego wątku fabularnego. Dick w ogromnej mierze skupił się na kreacji swoich bohaterów, która wyszła mu zresztą znakomicie, ale traci na tym sama akcja powieści. Wyznania łgarza nie są już tak błyskotliwe jak choćby Transmigracja Timothy’ego Archera, w której tytułowy biskup poszukuje pierwiastka transcendencji, zagubionej duchowości. Nie jest to także tak dobra książka jak Humpty Dumpty w Oakland, czy Głosy z ulicy, gdzie główni bohaterowie odbywają podróż w głąb siebie, próbując w ten sposób odnaleźć sens życia, cel egzystencji. Nie zmienia to jednak faktu, że Wyznania łgarza godne są polecenia, a czas poświęcony lekturze nie jest czasem zmarnowanym.

poniedziałek, 25 marca 2013

Okładka książki Chłopak z Birmy

  Tytuł: Chłopak z Birmy

  Autor: Biyi Bandele

  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

  Liczba stron: 192

  Cena: 29,90 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

Wiek XX to burzliwy okres w dziejach ludzkości, która w tym czasie przeżyła dwie wojny światowe, dekolonizację, liczne rewolucje społeczne oraz obyczajowe. Mniej więcej od połowy lat ’50 XX wieku, kolejne afrykańskie kolonie zaczęły zrzucać imperialistyczne jarzmo. Niczym grzyby po deszczu pojawiały się nowe kraje. Wraz z nimi na światło dzienne wychodzili m. in. pisarze, tworzący kulturę danego państwa. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że literatura afrykańska, która egzystuje od dobrych kilku dekad, to w Polsce nadal teren stosunkowo słabo zbadany. Na naszym rynku wydawniczym rzadko możemy napotkać pozycje autorstwa rdzennych mieszkańców Afryki. Zdecydowanie częściej zdarza się trafić na książki Europejczyków, urodzonych jeszcze w kolonialnej Afryce, którzy przedstawiają nam historię Czarnego Lądu w oparciu o własne doświadczenia. Mnie osobiście do tej pory zdarzyło się przeczytać tylko jedną powieść, stworzoną przez afrykańskiego pisarza (traktujący o problemie apartheidu Trudny wybór autorstwa obywatelki RPA, Nadine Gordimer, która po prawdzie jest córką żydowskiego imigranta z Litwy oraz Angielki). Zatem kiedy nadarzyła się okazja, by poznać innego artystę z Czarnego Lądu, z przyjemnością z niej skorzystałem.

Biyi Bandele, rocznik 1967, to urodzony w Kafanchanie nigeryjski pisarz, absolwent Obafemi Awolowo University w Lagos, od roku 1990 przebywający na stałe w Londynie. Jest on autorem powieści Chłopak z Birmy, opowiadającej o udziale oddziałów afrykańskich w walkach o Birmę w czasie II Wojny Światowej. Książka powstała na kanwie historii ojca Biyi Bandele, który jako młody dzieciak brał udział w kampanii birmańskiej.

Ali Banan, główny bohater powieści, to 14-letni młodzieniec, który porzuca praktyki u kowala, aby w ślad za dwójką przyjaciół zaciągnąć się do formowanej armii żołnierzy afrykańskich, która miała walczyć w Birmie pod sztandarem brytyjskim. Co oczywiste, niedojrzały i niedoszły kowal zupełnie nie jest świadom, co czeka go w odległej, zajętej przez Japończyków krainie. Ali, z emocjonalnego punktu widzenia, to nadal dziecko, które bardziej koncentruje się na teraźniejszości, życiu tu i teraz – nie jest on w stanie wychodzić myślami zbyt daleko na przód, dlatego, przynajmniej początkowo, nie potrafi on patrzeć na wojnę, na którą wyrusza inaczej, jak tylko na sposobność, aby połączyć się z kolegami, stanowiącymi dla niego najbliższe mu osoby. Upór i determinacja Alego pokonują kolejne przeszkody, łącznie ze sprzeciwem przyjaciół, którzy nie chcą, by młodszy kolega zaciągał się do armii, w rezultacie, po drobnych zawirowaniach, Ali trafia do sławetnych czinditów (chinditów).

Czindici, czyli walcząca na froncie indyjskim wielonarodowa brytyjska formacja specjalna, określani byli często mianem duchów dżungli. Twórcą czinditów był legendarny generał brytyjski Charles Wingate, który wcześniej wsławił się m.in. powołaniem Special Night Squads, oddziałów żydowskich ochotników, którzy na terenie zarządzanej przez Brytyjczyków Palestyny walczyli z arabskimi terrorystami. Orde Wingate działał także w Etiopii, gdzie utworzone przez niego Siły Gideona odnosiły spektakularne sukcesy w starciach z faszystowskimi Włochami – największym było odbicie stolicy Etiopii, Addis Abeby. Sylwetka tego niezwykłego żołnierza została całkiem ciekawie odmalowana przez Bandele. Jednak czytelnikowi Chłopaka z Birmy dane jest poznać charyzmatycznego generała z zupełnie innej, bardziej ludzkiej perspektywy. Bandele prezentuje Wingate’a jako człowieka kontrowersyjnego oraz przede wszystkim zagubionego, pogrążonego w głębokiej depresji. Sylwetka generała owiana jest mgiełką tajemnicy, bowiem nieznane są przyczyny wyraźnych znamion cierpienia psychicznego oraz gryzących go wyrzutów sumienia.

Postać Wingate’a jest o tyle intrygująca, że nie był on osobą ani popularną, ani lubianą w wyższych kręgach dowódczych. Zasługi generała oraz dowodzonych przez niego czinditów starano się deprecjonować oraz umniejszać. A wiedzieć należy, że owa formacja, mimo, że w walkach z Japończykami nie odnotowywała już tak efektownych zwycięstw jak choćby Siły Gideona, to znaczącym stopniu przyczyniła się do złamania psychiki wroga. Dotychczas to właśnie Azjaci uchodzili za mistrzów prowadzenia walk w dżungli – byli oni niekwestionowanymi królami polowania. Dopiero ryzykowne akcje prowadzone na tyłach wroga, zakrojona na szeroką skalę dywersja czinditów, pozwoliła obalić mit o tym, że w gęstych lasach równikowych armia japońska jest nie do pokonania. Liczne operacje militarne, których celem było odcinanie dróg zaopatrzenia, niszczenie połączeń kolejowych, etc. może nie zawsze kończyły się sukcesami duchów dżungli, jednak sukcesywnie podkopywały pewność siebie japońskiego okupanta. A co chyba najbardziej interesujące z całej historii, dzieło Wingate’a zostało w pełni docenione dopiero kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej, kiedy to na język angielski zostały przetłumaczone zapiski oraz pamiętniki członków Sztabu Generalnego Cesarskiej Marynarki Wojennej. Wynikało z nich niezaprzeczalnie, że to właśnie czindici odegrali kluczową rolę w pokonaniu Japończyków. Jak zatem widać, nawet na wojnie ludźmi często rządzi zazdrość oraz małostkowość, a najlepszym sprzymierzeńcem w walce o dobre imię i pamięć okazać może się śmiertelny wróg. Niestety samemu generałowi nie dane było doczekać tej chwili, bowiem zginął on w katastrofie lotniczej, jeszcze w czasie II Wojny Światowej.

Powieść Chłopak z Birmy zawiera całkiem sporą ilość informacji na temat czinditów oraz samego Charlesa Wingate’a, a mimo to nie traci ona wielowymiarowości i z pewnością nie można traktować ją jedynie jako monografii poświęconej legendarnej formacji wojskowej. Dzieło Bandele to przede wszystkim znakomite studium zachowań ludzkich w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Nigeryjski pisarz umiejętnie prezentuje jak ogromne spustoszenie w psychice ludzkiej powoduje wojna. Człowiek nie jest automatem i jako istota zdolna do empatii oraz uczuć wyższych nie jest w stanie na dłuższą metę znieść ciągłego napięcia, bezsensownej przemocy oraz konieczności mordowania innych ludzi. Prędzej czy później coś się zatnie i działająca dotychczas bez zarzutów maszyna do zabijania stanie się tylko zużytym, pustym psychicznie wrakiem. Prowadzenie walki na dłuższą metę, szczególnie z perspektywy mięsa armatniego, tj. rzucanego na pierwszą linię walk żołnierza, z biegiem czasu zaczyna jawić się jako coraz bardziej bezsensowna szamotanina, której ostatecznym celem jest wyłącznie śmierć. Śmierć, która może uderzyć w każdej chwili i zabrać każdego. Śmierć, której za wszelką cenę próbujemy uniknąć zarówno my, jak i nasi wrogowie. I chyba właśnie do tego wszystko się redukuje – nie chcemy zginąć, a żeby mieć gwarancję, że przetrwamy, musimy zabijać przeciwnika. Żadnych ideałów, żadnych wzniosłych haseł, żadnych sztandarów, żadnych dogmatów. Po prostu chęć przetrwania. Przetrwania, które uwarunkowane jest zgładzeniem bliźniego po drugiej stronie barykady. Czy jest coś gorszego niż doprowadzenie człowieka to takiego właśnie stanu? W imię czego ośmielamy się to robić?

Reasumując krótko, rzeknę, że Chłopak z Birmy to książka bardzo dobra. Czyta się ją błyskawicznie zarówno ze względu na stosunkowo skromną objętość oraz wyborne pióro Bandele, które nie nuży, ani nie nudzi. Pisarz świetnie oddał nastrój wojny, bezustanną presję psychiczną, przytłaczającą żołnierzy. Bandele zaimponował mi również tym, że napisał typową książkę pacyfistyczną o antywojennym wydźwięku, mimo braku bezpośrednich zarzutów pod adresem sensu prowadzenia działań wojennych – to typowe dla mistrzów pióra, do grona których Bandele z pewnością niebezpodstawnie pretenduje. Wrażenie robi również realizm opisu walk oraz żołnierskich nastrojów – niemal namacalne jest poczucie braterstwa, scalające i cementujące grono przypadkowych ludzi, których losy, gdzieś na nieznanym i odległym kontynencie splotła wojna ustawiając ich po tej samej stronie barykady. Wreszcie, dzieło Bandele to piękny bildungsroman, czyli książka o dojrzewaniu, formowaniu się świadomości głównego bohatera – proces ten w niezwykle hardych warunkach wojennych zachodzi zdecydowanie szybciej i gwałtowniej, niż ma to miejsce w przypadku większości młodych ludzi. Z jakiej perspektywy by na ten problem nie spojrzeć, za każdym razem okazuje się, że wojna jest złodziejką dziecięcej naiwności, ufności oraz beztroski.

W zasadzie to chyba wszystko, co chciałem powiedzieć. Pora ściąć łeb szczurowi. Kurunkus kan dan bera, jak to się ładnie mówi w języku nigeryjskim na zakończenie wszelakich opowieści.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita