Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo MUZA S A

środa, 08 stycznia 2014

Okładka książki Przezroczyste przedmioty

  Tytuł: Przezroczyste przedmioty

  Autor: Vladimir Nabokov

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 143

  Cena: 30,00 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Nie raz i nie dwa wspominałem, że w powszechnej świadomości czytelników nazwisko Vladimira Nabokova kojarzone jest głównie za sprawą Lolity. Przez wielu dorobek autora zostaje niesłusznie zredukowany do jednego dzieła, które pozostałe owoce twórczości spycha na margines, zmuszając je na egzystencję na uboczu czytelniczej uwagi. Silna koncentracja na Lolicie jest o tyle krzywdząca, że inne pozycje z bogatego dorobku Nabokova to dzieła równie wybitne, a niejednokrotnie nawet lepsze. Ale z drugiej strony, czy gdyby nie Lolita, amerykański pisarz o rosyjskich korzeniach cieszyłby się taką samą popularnością? Powieść o uczuciu, będącym czymś na wzór miłości (a może jej karykaturą?) podstarzałego mężczyzny do dojrzewającej dziewczynki jest o tyle szokująca, co łatwa w odbiorze. Lektura zawiera w sobie sporo niuansów, ale nawet bez ich wychwycenia Lolita wciąż jest tekstem interesującym. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o większości z pozostałych utworów, w których na jaw wychodzą skłonności Nabokova do mistyfikacji, do mataczenia, do kręcenia, słowem do bezczelnego igrania z czytelnikiem, który wodzony za nos w pewnym momencie zaczyna gubić się w natłoku informacji, podtekstów, przesłanek, niedopowiedzeń. Gdyby wyłącznie tego typu teksty składały się na twórczość Nabokova, mniemam, że dziś interesowaliby się nim głównie literaturoznawcy, z pieczołowitością rozbierający na czynniki pierwsze poszczególne słowa, wyrażenia, zdania, rozdziały, by dociec w pełni ich znaczeń oraz odkryć skomplikowane wzory, w której się układają.

Znakomitym przykładem powieści, w trakcie lektury której Vladimir Nabokov wyzywa czytelnika na swoisty pojedynek są Przezroczyste przedmioty. Ta cieniutka i niepozorna książeczka to przedostatnie ukończone dzieło amerykańskiego pisarza, które powstawało w latach 1969 – 1972. Tuż po ukazaniu się na rynku wywołało wśród czytelników prawdziwą konsternację – recenzje przyjmowały wszystkie odcienie krytyki, oscylując między rozpaczliwą adoracją a bezsilną nienawiścią, jak to zgrabnie ujął w sowim dzienniku sam Nabokov.

Na pierwszy rzut oka Przezroczyste przedmioty to banalna historia o człowieku, który odbywa swoistą pielgrzymkę w przeszłość, pragnąc lepiej zrozumieć wydarzenia, jakie przywiodły go do obecnego punktu na osi czasu. Główny bohater, Hugo Person (zniekształcone „Peterson”, przez niektórych wymawiane „Parson”), obywatel Stanów Zjednoczonych po raz czwarty przybywa do niewielkiej szwajcarskiej mieściny, leżącej u podnóża malowniczych Alp. Ten region odgrywa dość istotną rolę w życiu Hugo. To właśnie w Szwajcarii, podczas pierwszej wizyty w tym kraju zmarł ojciec Persona. Druga wyprawa okazała się bardziej szczęśliwa. Hugo jako korektor uznanego wydawnictwa, został wyznaczony do kontaktów z amerykańskim pisarzem niemieckiego pochodzenia, mieszkającym na co dzień w Szwajcarii. W drodze do pana R., główny bohater poznał swoją przyszłą żonę Armadę. Trzecia eskapada to ostatnie spotkanie z kontrowersyjnym literatem R. i równocześnie początek sielankowej egzystencji Hugo Persona.

Książka nie posiada zbyt wyrafinowanej fabuły. Dojrzały mężczyzna, wdowiec, przechodzący w dodatku wyraźny kryzys wieku średniego wraca do miejsc kojarzonych z ukochaną osobą, która odeszła w niecodziennych okolicznościach. Cała akcja sprowadza się do stopniowego odsłaniania tajemnicy, jaką skrywa miniony czas. Ale to obnażanie przeszłości odbywa się powoli, bez wyraźnej eskalacji napięcia. Dlatego przy przewracaniu ostatniej strony towarzyszy nam raczej konstatacja niż zdumienie, czy niedowierzanie. Ot, kolejna historia ludzkiego żywota, momentami dość smutna, miejscami absurdalna dobiegła właśnie końca.

Ale tak jak przy wnikliwszym wpatrywaniu się w taflę wody, w której początkowo widzimy jedynie odbicie otaczającego nas krajobrazu z wolna zaczynamy dostrzegać to, co skrywają głębiny, tak przy uważniejszym przeczytaniu Przezroczystych przedmiotów na prostym obrazku zaczynają pojawiać się zmarszczki, sygnalizujące, że drobne cienie skrywają rzeczy nade istotne, które zostały przez nas przeoczone. Zabawne, że to właśnie sam tytuł (w oryginale brzmiący Transparent Things) staje się bodźcem do poszukiwań i naprowadza nas na pierwszy trop. Słowo transparentny można tłumaczyć jako przeźroczysty, ale może oznaczać ono również przeświecający – podobnie jest z fabułą powieści, spod której zdaje się prześwitywać nieco inna historia.

Zastanawiający jest już pierwszoosobowy, wszechwiedzący narrator, który przejawia zaskakującą tendencję do stosowania apostrofy. Pierwsze zdania powieści rozpoczynają się od słów Oto właściwa persona. Hej tam, persono! Nie słyszy. Zatem już na wstępie czytelnik zostaje niejako przygwożdżony przez dziwacznego narratora, któremu w trakcie przybliżania historii życia Hugo Persona zdarzy się wpleść jeszcze niejedną niezwykłą sentencję (Hej tam, persono! O co chodzi, nie szarp mnie za rękaw. Ja mu się wcale nie narzucam). O ile możemy domyślać się, że tajemniczą personą, do której zwraca się narrator jest nie kto inny jak Hugo Person (nazwisko zobowiązuje), o tyle odgadnięcie adresata bezpośrednich zwrotów jest już nie lada kłopotliwe. Zaskakujące są również przejścia z liczby pojedynczej na liczbę mnogą (gdy my koncentrujemy się; nasz biedny przyjaciel; nasz poczciwy Hugo), które dodatkowo potęgują zamęt. Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że słuchamy opowieści telewidzów, relacjonujących nam reality show, w którym główną rolę odgrywa nieświadomy niczego Hugo Person, niczym Truman Burbank w Truman Show. Ale kim u licha jest ta zgraja cudaków, która próbuje bawić się narratora?

Nicią, która wyprowadzi nas z tego labiryntu zagadek mogą okazać się dzieła rąk ludzkich, jak i dzieła natury, same w sobie bezczynne, lecz ustawicznie używane przez nonszalancki czas. Każdy przedmiot skrywają w sobie długą historię – moment i okoliczności narodzin, warunki użytkowania. W końcu nawet maleńka rzecz, drobnostka i błahostka oprócz materii fizycznej, z której jest stworzona, posiada także otoczkę czasu, który wyciska na niej swoje niezatarte piętno. O jakże pięknym byłoby móc zanurzyć się w opowieściach, które skrywają w sobie owoce naszej pracy. Kto je stworzył, ilu wysiłku to kosztowało, przez kogo były użytkowane, w jakim celu je wykorzystywano? Oczywiście część tych historii możemy wydrzeć naszym milczącym przedmiotom, ale ile pozostaje zakrytych i nigdy nie poznanych?

Przyznaję, że Przezroczyste przedmioty stanowiły dla mnie dość ciężki orzech do zgryzienia i wielce pomocne okazało się posłowie autorstwa niezastąpionego Leszka Engelkinga, który naprostował nieco skomplikowane meandry nabokovskiej prozy. Ale powieść, nawet jeszcze nie w pełni zrozumiała, także przedstawia się nader intrygująco. Relacja Hugo Persona z Personem seniorem oraz zmiany, które zachodzą w bohaterze po zgonie ojca uzmysławiają, że nierzadko stosunki z rodzicami stanowią pęta, zrywane dopiero w momencie ich śmierci, która wywołuje u świeżo osieroconego dziecka szokującą i nieprzyzwoitą wręcz euforię, płynącą z poczucia odzyskania wolności, niezależności, swobody działania, możliwości dokonywania wyborów na własną rękę. Ciekawa jest także kreacja psychologiczna Hugo Persona, niekompletnego geniusza, którego wszystkie wyjątkowe umiejętności skażone są jakimś ale, uniemożliwiającym ich pełne rozwinięcie i wykorzystanie.

Reasumując, Przezroczyste przedmioty to literatura na wskroś nietuzinkowa. Mimo, że bardzo krótka, bowiem moje wydanie liczy raptem 125 stron, jest wręcz przeładowana treścią, która tak gęsto upakowana sprawia, że istotna staje niemal każda kartka. Czytelnik otrzymuje od autora swoistą zagadkę, z którą przyjdzie mu się zmierzyć, jeśli chce poznać maksymalną ilość płaszczyzn, na których można rozpatrywać utwór. Kilka tematów oraz motywów takich jak sen, czy pożar jest nagminnie powtarzanych, ale większość została ledwie muśnięta, tak, że poszukiwania wszystkich smaczków pobudzają do rzeczywistego intelektualnego wysiłku. Nabokov po raz wtóry sprawił nam psikusa, bowiem lektura tej krótkiej książki może okazać się znacznie mniej czasochłonna niż intensywne rozmyślanie na jej temat. Rzecz jasna powieść nie jest wyłącznie szaradą, a o tym, że posiada kilka punktów stycznych z naszą rzeczywistością niech zaświadczy fragment: W dziedzinie sztuki „awangarda” oznacza niewiele więcej niż uległość tej czy owej wyzywającej, filisterskiej modzie (…), który można przytoczyć choćby w odniesieniu do wydarzeń, dla niektórych gorszących, dla innych komicznych, które rozgrywają się ostatnio w Teatrze Starym w Krakowie (i to nie tylko na scenie).

P.S. Nurkując w odmętach wspomnień dotyczących lektury Przezroczystych przedmiotów do bram moich świadomości puka niestrudzenie poniższy wiersz Cypriana Kamila Norwida, który szczególnie polecam w wykonaniu zespołu De Press (utwór Świenty Pokój z albumu Product utrzymany w klimacie new wave jako żywo przypominający najlepsze nagrania Joy Division, którym zespół w tym czasie mocno się inspirował).



Święty spokój

*

Jeszcze tylko kilka ciężkich chmur
Nie-porozpychanych nozdrzem konia;
Jeszcze tylko kilka stromych gór,
A potem już słońce i harmonia!...

— Jeszcze tylko z hełmu kilka piór
W wiatru odrzuconych próżnię;
Jeszcze, tylko jeden pękły grot,
Błyskawica jedna — jeden grzmot —

A potem — już nie!...

*

Tak samo i w życiu: czasów wir
Jezdnego na hipogryfie ima;
Gruby mu rozrywać każe. kir,
Trumny przeskakiwać, których nie ma.

— Za czarnością trumien świta mir,
Wynagradzający słusznie;

I wciąż tylko jeden jeszcze trud,
Wysilenie jedno — jeden cud —
A potem — już nie!...

niedziela, 05 stycznia 2014

Okładka książki Zniknięcie słonia

  Tytuł: Zniknięcie słonia

  Autor: Haruki Murakami

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 375

  Cena: 44,99 zł

  Oprawa: twarda





 



 

Opowiadanie to krótki utwór prozatorski, który w mojej prywatnej opinii jest swoistym papierkiem lakmusowym, służącym do określenia talentu narratorskiego danego pisarza. Ta literacka forma, mimo niewielkich rozmiarów, skromnie rozwiniętej, bądź ledwie cząstkowo zarysowanej akcji, czy niezbyt licznego grona bohaterów, wymaga od twórcy sporych umiejętności (nie użyję wyrażenia wprawy, bowiem zawiera ono pejoratywne konotacje poprzez nadanie dziełom statusu wyrobów zręcznego rzemieślnika, którymi przecież nie są płody prawdziwych mistrzów pióra). Oto bowiem w karbach kilku tysięcy słów ująć trzeba istotę rzeczy, która okazałaby się na tyle interesująca dla czytelnika, by ten, w przypadku, gdy ma on do czynienia z całym tomem opowiadań jednego autora, nie porzucił lektury już po pierwszym dziele. Jak zaprezentować fabułę, by z jednej strony czytelnik nie poczuł się zbyt zagubiony, z drugiej zaś, by całość nie przerodziła się mimowolnie w powieść? Odpowiedź na to pytanie zna z pewnością Haruki Murakami.

Haruki Murakami to japoński literat, urodzony w 1949 roku w Kioto. Na okładkach polskich wydań jego książek możemy przeczytać, że jest to najwybitniejszy oraz najbardziej znany na świecie pisarz japoński – w moim odczuciu owe twierdzenie jest zbyt śmiałe i zdecydowanie na wyrost. Nie mniej jednak artyście z Kraju Kwitnącej Wiśni nie można odmówić specyficznego pióra, z którym obcowanie może sprawiać niemałą przyjemność. Z tego powodu niezrażony nie do końca udaną powieścią Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa, zdecydowałem się sięgnąć po kolejną pozycję tego autora. Tym razem mój wybór padł na zbiór opowiadań zatytułowany Zniknięcie słonia. Już na wstępie muszę przyznać, że całość okazała się wielce smakowitym kąskiem, który przełknąłem bardzo szybko. Lektura była na tyle przyjemna, że z żalem przewracałem kolejne strony, będąc świadom nieuchronnie zbliżającego się końca.

Zniknięcie słonia to zbiór 17 opowiadań autorstwa Harukiego Murakamiego, napisanych między 1983 a 1990 rokiem. Wszystkie teksty charakteryzują się sporym eklektyzmem, chociaż w wielu przypadkach zastosowano bardzo podobny schemat, w myśl którego skonstruowano literacką budowlę. Przepis na tą krótką formę prozatorską, przynajmniej z grubsza, opiera się na rzeźbieniu delikatnych, wręcz subtelnych rys na wrażliwej tkance normalności. Monotonna codzienność, rutyna kolejnych dni zostaje wzbogacona ledwie dostrzegalnym ornamentem, znamieniem niezwykłości, zauważalnym jedynie przez głównych bohaterów. Pracownicy działu reklamy w firmie produkującej urządzenia kuchenne, osobnicy zajmujący się reklamacjami towarów nabytych w lokalnym domu towarowym, studenci, persony z kancelarii adwokackiej, jednym słowem ludzie, których na co dzień mijamy na ulicy bez słowa, nawet nie obejrzawszy się za nimi, za sprawą niespożytej wyobraźni autora przeżywają niewiarygodne doświadczenia. Czynią to jednak w samotności oraz w sekrecie, bardzo niechętnie dzieląc się rewelacjami, jakie przypadają im w udziale. Bohaterowie to najczęściej członkowie na wskroś racjonalnego społeczeństwa, w którym nie ma miejsca na zjawiska niezwykłe, odbiegające od normy, od książkowych wizji świata, od szarej i nudnej rzeczywistości.

Niechęć, czy niekiedy wręcz niemoc dzielenia się sekretami są pretekstem do ukazania ogromnej alienacji, jakiej doświadczają współcześni ludzie. Okazuje się, że mieszkańcy wielomilionowej metropolii, jaką z pewnością jest Tokio, gdzie rozgrywa się akcja większości opowiadań, mimo ciągłego obcowania z innymi członkami społeczeństwa, pozostają jednostkami głęboko odizolowanymi. Nawiązywane kontakty są powierzchowne oraz płytkie, a w przypadku głębszych relacji sprowadzają się jedynie do fizycznej przyjemności obcowania z drugim człowiekiem. Brakuje czasu oraz chęci do zadzierzgnięcia nici porozumienia na poziomie emocjonalnym czy psychicznym. Z tego względu spowiednikami trosk często okazują się przypadkowo napotkane osoby, których anonimowość oraz pewność co do braku możliwości ponownego spotkania wyzwalają przypływy szczerości. Pustce towarzyskiej towarzyszy także pustka duchowa. Bohaterowie trwają, przeżywając kolejne dni, ale czynią to biernie i apatycznie. Pogrążają się w marazmie, ale jałowość swojego bytu uzmysławiają sobie dopiero w zetknięciu z dziwnymi wydarzeniami, które im się przytrafiają.

Opowiadania Murakamiego czyta się z równą ciekawością, co przyjemnym zdumieniem. Japoński artysta tworzy świat na wskroś dualistyczny, w którym jawa zdaje się krzyżować ze snem. Na warsztat zostają wzięte tematy raczej przyziemne, takie jak głód, czy sen, które za sprawą kilku kropli realizmu magicznego zaczynają jawić się w zupełnie innych barwach, nabierając nowych znaczeń oraz kolejnych wymiarów. Bohaterowie na początku każdego z utworów prowadzą raczej przyziemną egzystencję, otulając się szczelnym pancerzem rutyny, która przybiera formę codziennych rytuałów – nie brakuje zatem amatorów muzyki, aktywności fizycznej, pływania, którzy niemal wszystkie czynności wykonują mechanicznie, z nabytym i głęboko wrytym w świadomość automatyzmem. Wydaje się, że dobór takich osobników jest celowy, bowiem w ich przypadku zerwanie z dotychczasową rzeczywistością, pęknięcia w monolicie codzienności są jeszcze lepiej widoczne, wywołując bardziej spektakularne efekty. Chaos przeżyć doskonale kontrastuje ze spokojnym nurtem, z którym dotychczas płynęło życie.

Co interesujące pośród bohaterów nie brakuje także pisarzy. Co ważne, cieszą się oni sporym zaufaniem, nawet ze strony tych ludzi, których znają przelotnie lub bardzo krótko. Wiele osób z chęcią zwierza się im z historii, które w ich mniemaniu są niecodzienne, a przy tym nierzadko intymne, bardzo szczere, a niekiedy wręcz kompromitujące – wszystkie łączy wspólny mianownik, są oryginalne oraz interesujące. Pisarz pełni często rolę terapeuty, który poprzez uprzejme, ale przede wszystkim uważne wysłuchanie ściąga pewnego rodzaju ciężar psychiczny z umysłu petenta. Jednocześnie funkcjonuje jako naczynie, do którego zlewane są wszelakiej maści opowieści. Historie fermentują – dojrzewają i przesączone przez literacki filtr ponownie trafiają do krwioobiegu rzeczywistości za sprawą opowiadań, których kanwę stanowią.

O sile poszczególnych utworów decydują pozory autentyczności, które są wynikiem pierwszoosobowej narracji. Zresztą intrygujące historie opowiadają zwykli, szarzy ludzie, dlaczego więc nie ufać im słowom? Bohaterowie to w wielu przypadkach wiecznie zaczytani samotnicy, melomanii, odpływający w krainę własnych fantazji przy dźwiękach muzyki klasycznej, lubiący swoje ciało i potrafiący o nie zadbać, o wyglądzie nieszczególnym, nie wyróżniającym się niczym, co mogłoby zasługiwać na głębszą uwagę. To ludzie nie tworzący zbyt mocnych więzów przyjaźni, lubiący pozostawać w cieniu, na marginesie najważniejszych zdarzeń, nie chwalący się zanadto swoją inteligencją, nie dzielący się zbytnio swoimi zainteresowaniami. Można pokusić się o stwierdzenie, że Murakami odbywa swego rodzaju polowanie na kameleony – tropi osobników zwykłych do szpiku kości, którzy w zaciszu starają się przeżyć własne życie, często bezbarwne i płaskie oraz pozbawione głębszej idei, w imię której można by ów byt prowadzić, po czym brutalnie wytrąca ich stabilność z równowagi za sprawą niuansu, który osiąga niebotyczne rozmiary. Czyżby autor starał się uchodzić za demiurga, który pragnie uświadomić owocom swojej pracy, jak daleko zabrnęli w meandry nijakości i strachu przed życiem pełną piersią? Stwórca świata przedstawionego wysyła przecież dręczące sygnały, które bezwstydnie obnażają pustkę dotychczasowej egzystencji, która w dodatku upływa pod znakiem pęt i łańcuchów, jakie bezrefleksyjnie dają sobie zarzucić bohaterowie. Role odgrywane w rodzinie, funkcje społeczne, etc. okazują się węzłami, które skutecznie krępują osobowość. Dopiero anomalie zachodzące w tym uporządkowanym życiu zaczynają pełnić rolę dziurki, przez którą zaczyna uchodzić uwolniona dusza bohatera.

Pierwsze opowiadanie pt. Ptak nakręcacz i wtorkowe kobiety prezentuje stopniowe acz niedostrzegalne rozwarstwianie się naszych planów życiowych i rzeczywistości. W interesujący sposób ukazuje także jak sprawy niedopowiedziane, nierozstrzygnięte kwestie z przeszłości niezauważalnie rzutują na nasze tu i teraz. Ponowny napad na piekarnię uzmysławia, że zamykając się w codzienności w pewnym momencie przestajemy mieć jakikolwiek wybór w podejmowaniu kluczowych decyzji, a człowiek żyjący tuż obok nas może okazać się zupełnie obcą osobą. Komunikat kangura to desperacki krzyk samotnej duszy, która poprzez wyłożenie teorii niekompletności pragnie pozyskać słuchacza, skłonnego do wysłuchania intymnych zwierzeń. Sen to wspomniana proza życia, które nieśpiesznie biegnie swoim torem, pochłaniając niedostrzegalnie kolejne dni, zabijając przy tym naszą osobowość, wtłaczaną w kolejne role. Opowiadanie to próba odpowiedzi jak zmieniłaby się ta szara codzienność, gdyby wytrącić ją ze stanu równowagi, np. poprzez wyeliminowanie z życia snu. Upadek cesarstwa rzymskiego, powstanie Indian w 1881 roku, napaść Hitlera na Polską oraz świat miotany wichrem to z jednej strony obojętność świata na wichry historii – potężne acz krótkotrwałe, a z drugiej specyficzny język, przypominający wręcz kod, którym posługuje się narrator, będący prawdopodobnie efektem niemożności nawiązania prawdziwych kontaktów z innymi ludźmi. Lederhosen udowadniają, że absolutnie wszystko może stać się materiałem literackim, choćby nieszczęśliwe skórzane szorty, za sprawą których dochodzi do małżeńskiego rozłamu – przy tym, aby na codzienne sprawy spojrzeć z odmiennej perspektywy, nieraz trzeba odbyć naprawdę długą podróż. Spalenie stodoły to trochę groteskowa spowiedź piromana, albo …? Zielony zwierz to wg mnie najbardziej makabryczna pozycja, prezentująca ludzki lęk przed nieznanym, pociągający za sobą zadziwiającą łatwość i okrucieństwo w krzywdzeniu i ranieniu tego co obce. Sprawa rodzinna to utwór o tyle ciekawy, że jego bohaterem wydaje się być stereotypowy Polak, czyli wieczny krytyk, dostrzegający same wady, wydający osądy niemal z miejsca, odrzucający osoby i przedmioty, do których czuje uprzedzenie. Nędzę swojej beztrosko prowadzonej egzystencji, przeplatanej sporą ilością alkoholu i przypadkowym seksem, zaczyna powoli dostrzegać dopiero w konfrontacji z narzeczonym swojej siostry, który różni się od niego niemal pod każdym względem. Okno to sprawy z przeszłości, które nas dręczą, wybory, które być może wcale nie były takie słuszne, jak się to wydawało przy ich podejmowaniu. To także wzięta pod lupę relacja uczeń-mistrz – interesujące, że nawet jeśli ludzie zostaną w nią wplątani nieco z przypadku i chociaż odrobinę sobie zaufają, to bardzo szybko przystosowują się do nowych ról (chociaż powód napisania tego opowiadania jest zupełnie inny). TV People to ponownie groza niekończącej się rutyny, którą zaczynają zakłócać dziwni osobnicy roznoszący telewizory, na których uwagę zwraca jedynie główny bohater. Slow boat to China prezentuje jak zwodnicza i zawodna jest nasza pamięć, która pracuje w sobie tylko znany sposób. Pod pewnym względem to również krótka i treściwa lekcja na temat tolerancji i szacunku wobec innych. Tańczący karzeł to chyba najbardziej fantasmagoryczne opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w fabryce słoni, a jednemu z jej bohaterów grozi utrata własnej osobowości. Ostatni trawnik popołudnia to znakomite połączenie sielanki letniego dnia z cieniem tragedii, której prawdopodobnie doświadczyła klientka głównego bohatera. Oczywiście nic nie jest pewne, niemal wszystko pozostaje w sferze domysłów i nierealności. Zniknięcie słonia to pragnienie jednorodności naszego życia, w której nie ma miejsca na rzeczy niezwykłe. Milczenie to wspomnienia wydobyte po latach z całunu pamięci. Motyw odrzucenia jednostki, wykluczenia jej poza margines klasowej społeczności jak żywo kojarzy się z najnowszą powieści Murakamiego Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa. W opowiadaniu bohater również zostaje otoczony ścianą milczenia, będącego karą za zbrodnię, której nie popełnił. Całość pozbawiona jest jednak pseudofilozoficznej otoczki i wg mnie jest o wiele lepsza niż powieść, która prawdopodobnie powstała na bazie tego opowiadania.

Reasumując, tym razem Haruki Murakami pozytywnie mnie zaskoczył. Autor świetnie sprawdza się w roli magika, który do szarej rzeczywistości dodaje szczyptę niezwykłości. Opowiadania charakteryzują się swoistym urokiem oraz mgiełką tajemnicy – za każdym razem kilka słów pozostaje niedopowiedzianych, pozwalając czytelnikowi na szerszą oraz własną interpretację. Teksty sprawiają wrażenie na wpół surowej bryły, którą wprawne ręce poczynają formować w niezwykłą figurę. Tyle, że praca zostaje przerwana, niedokończona, a przez to ostateczny kształt pozostaje nieznany, ale dzięki temu sami możemy nadać mu finalne rysy.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:

Wyzwanie czytelnicze Czytam Murakamiego

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Okładka książki Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa

  Tytuł: Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa

  Autor: Haruki Murakami

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 350

  Cena: 44,99 zł

  Oprawa: twarda





 



 

Wiara, że liczby oprócz konkretnej wartości matematycznej, kryją w sobie dodatkowe treści i znaczenia jest niemal tak stara jak ludzkość. Numerologia, czy symbolika liczb stanowiły integralną część niejednej cywilizacji, a i dzisiaj cieszą się one niesłabnącą popularnością. Dla przykładu cyfra 5 uważana jest za liczbę człowieka – każdy z nas posiada 5 palców, zarówno u rąk jak i u nóg oraz 5 zmysłów. Starożytni Grecy wiązali cyfrę 5 z harmonią świata, złożonego z 5 żywiołów. Dla Hindusów cyfra 5 nieodzownie łączyła się z 5 elementami, stanowiącymi istotę człowieczeństwa, do których należą substancja cielesna i powiązane z nią poszczególne zmysły, zbiór uczuć, obejmujący wszelkie odcienie emocji, świadomość, czyny i idee nimi kierujące oraz zasoby umysłowe, ściśle powiązane z inteligencją i mądrością. Cyfra 5 odgrywa również niepoślednią rolę w najnowszej książce Harukiego Murakamiego.

Haruki Murakami, urodzony w 1949 roku w Kioto, to popularny japoński pisarz, eseista oraz tłumacz literatury amerykańskiej. W latach 1968-1975 studiował teatrologię na Wydziale Literatury tokijskiego Uniwersytetu Waseda. Debiut literacki zaliczył w wieku 30 lat. W roku 1985, czwarta w dorobku książka zatytułowana Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland przyniosła Murakamiemu nagrodę im. Jun'ichirō Tanizakiego. Od roku 1987, za sprawą powieści Norwegian Wood, twórczość Harukiego Murakamiego stała się znana i ceniona praktycznie na całym świecie, w szczególności na Zachodzie Europy oraz w Stanach Zjednoczonych. Ostatnimi czasy pisarz jest regularnie wymieniany w gronie faworytów do literackiej nagrody Nobla, a każda nowa pozycja, która wyjdzie spod ręki Japończyka wyczekiwana jest przez środowiska czytelnicze z zapartym tchem. Moja przygoda z literaturą Kraju Kwitnącej Wiśni rozpoczęła się od powieści Kafka nad morzem, autorstwa Murakamiego właśnie, dlatego dałem się ponieść euforii i zdecydowałem się sięgnąć po najnowsze dzieło japońskiego literata, by poznać Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i lata jego pielgrzymstwa.

Tytułowy bohater książki, Tsukuru Tazaki to trzydziestosześcioletni kawaler, zamieszkały w Tokio, trudniący się skomplikowaną sztuką budowy dworców kolejowych. To ułożony i kulturalny człowiek, wiodący na pozór spokojne życie, na horyzoncie którego nie widać żadnych gwałtownych sztormów. Ale serce Tazakiego skrywa głęboką ranę, która mimo upływu czasu zabliźniła się jedynie powierzchownie. Pochodzący z Nagoi Tsukuru, uczęszczając do liceum w rodzinnym mieście, stanowił jedno z ogniw grupy piątki przyjaciół. Dwoje dziewcząt oraz trójka chłopców tworzyło harmonijną budowlę, której jak się wydawało nic nie mogło zniszczyć. Po ukończeniu szkoły średniej wszyscy, z wyjątkiem Tazakiego postanowili kontynuować edukację w Nagoi. Jedynie Tsukuru, kierując się chęcią nauki pod okiem najlepszego specjalisty od konstruowania dworców, wyłamał się z kręgu decydując się na studia w Tokio. Bliskie kontakty całej piątki nie uległy zatarciu. Tsukuru, kiedy tylko nadarzyła się okazja wracał do Nagoi, by jak najwięcej czasu spędzać z przyjaciółmi. Sytuacja diametralnie zmieniła się na drugim roku studiów. Pozostała czwórka, zupełnie nagle i bez ostrzeżenia postanowiła zerwać wszelkie kontakty z głównym bohaterem. Bez słowa wyjaśnienia, zdecydowanie i nieodwołalnie Tsukuru Tazaki został wydalony z paczki, z którą tak mocno był związany. Poczucie separacji oraz nieodwracalnego zerwania nici tak cennej znajomości wzmagał fizyczny dystans, dzielący Tokio od Nagoi. Tsukuru Tazaki pogrążył się w marazmie i apatii. Rozpacz spowodowała, że młody człowiek utknął w bagnie bierności, nie mając sił nawet na to, by wyjaśnić, co stało się powodem raptownego wykluczenia. Myśli Tsukuru zaczęły nieodzownie krążyć wokół śmierci, ale niemoc również i tu nie pozwoliła wykonać ostatecznego kroku, dzięki czemu Tazaki uniknął samobójstwa.

Akcja powieści rozpoczyna się 16 lat po tragicznych dla Tsukuru wydarzeniach. Mimo upływu czasu, Tazaki przekonuje się, że trauma wywołana niesłusznym odrzuceniem w dalszym ciągu gości w jego sercu. Podświadomy lęk przed podobną krzywdą nie pozwala mu zbudować trwalszych relacji z drugim człowiekiem. Dlatego wiedzie on bardzo samotny, nieomal pustelniczy żywot. Ciszę zalegającą w jego mieszkaniu w centrum Tokio tylko od czasu do czasu przerywają słowa rozmowy, czy westchnienia rozkoszy, kiedy to Tazaki próbuje stworzyć nowy związek z kobietą. Jednak wysiłki głównego bohatera są z góry skazane na niepowodzenie. Wydarzenie z przeszłości, niezależnie od tego, jak głęboko Tsukuru stara się je ukryć, zakopać we własnych wspomnieniach, nieuchronnie rzutuje na całe jego życie. Momentem przełomowym okazuje się poznanie Sary Kimoto, kobiety, która wyczuwa problem, z jakim Tsukuru zmaga się od lat. Za jej namową, Tazaki wyrusza na spotkanie przeszłości – odwiedzając wszystkich z czwórki swoich przyjaciół, Tsukuru zamierza dowiedzieć się, co stało się powodem jego odrzucenia.

Śledząc poczynania głównego bohatera, razem z nim przekonujemy się, że czas jest rzeczą ciągłą i niemożliwy jest prosty podział na przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość. Wszystko splata się ze sobą nierozerwalnie, pozostając w ścisłym związku, wzajemnie na siebie oddziałując. Próby ucieczki od bolesnych wspomnień, odcinania ich od doczesnego żywota są próżne i daremne, ponieważ stanowią one integralną część tego, czym obecnie jesteśmy. Murakami uświadamia czytelnikowi, że te trudne momenty należy zaakceptować, poprzez zmierzenie się z nimi. Konfrontacja z demonami przeszłości jest kluczem do przyszłości, którą kreować będziemy świadomie, tak, że nie będzie ona tylko wypadkową kluczenia przed traumą, jaka nas prześladuje. Mimochodem Murakami prezentuje jak skomplikowaną istotą jest człowiek, jak wiele czynników składa się na jego osobowość, jak wiele rzeczy decyduje o jego charakterze, relacjach z innymi ludźmi. Jako jednostka ludzka nie możemy być zatem postrzegani w oderwaniu od środowiska, w którym egzystujemy, bez uwzględnienia wydarzeń, które przeżyliśmy.

W swojej prozie, Murakami chętnie posługuje się symboliką, której nie zabrakło również w najnowszym dziele. Czwórka przyjaciół jak również inni ludzie, odgrywający istotną rolę w życiu Tazakiego noszą w swoim nazwisku kolor. Paczkę z liceum tworzyli Niebieski, Czerwony, Biała, Czarna oraz Tsukuru Tazaki, który jako jedyny z całej piątki nie posiadał pseudonimu. Można stwierdzić, że Tsukuru właśnie w takich kategoriach rozpatruje siebie oraz swoich znajomych. Własną osobę uważa za nieatrakcyjną, nudną, nie mającą zbyt wiele do zaoferowania – jest zatem bezbarwny. Pozostali wiodą ciekawszy żywot, wnoszą więcej do grupy swoją niepowtarzalną osobowością, wyróżniają się charyzmą. Z biegiem czasu okaże się jednak, że to Tuskuru, którego imię można tłumaczyć jako budować, stanowił spoiwo, które w niemal idealnej harmonii łączyło całą piątkę. Wędrując w przeszłość razem z głównym bohaterem, czytelnik dowiaduje się, że Tsukuru niemal od początku uformowania się grupy odczuwał silne kompleksy, związane z własną przeciętnością i nijakością, które usilnie sobie wmawiał. Przez cały okres znajomości z czwórką przyjaciół towarzyszył mu intensywny lęk przed odrzuceniem, którego spodziewał się w każdej chwili. W szerszej perspektywie Murakami przedstawia zatem charakterystyczną dla człowieka obawę przed wykluczeniem, przed wyrzuceniem poza społeczny nawias. Jednocześnie autor zdaje się uzmysławiać, że w dzisiejszym świecie autentyczne więzy przyjaźni tworzą najczęściej młodzi ludzie. W miarę dorastania w sposób nieomal bezwiedny owe więzi ulegają rozluźnieniu, by niemal całkowicie zaniknąć. Dojrzały osobnik w pogoni za dobrze płatną pracą, koncentrując się na rozwoju własnej kariery zaczyna tracić z oczu drugiego człowieka, którego rola zostaje zdegradowana do funkcji zaspokajania fizjologicznych potrzeb. Brakuje czasu na głębszą refleksję, szczerszą, a przez to dłuższą rozmowę, stąd poczucie alienacji oraz doskwierająca samotność.

W powieści nie zabrakło także wątków muzycznych, z których słynie proza japońskiego literata. Motywem przewodnim Bezbarwnego Tsukuru TazakiegoLata pielgrzymstwa węgierskiego kompozytora Franciszka Liszta, które zresztą pojawiają się w tytule powieści. Główny bohater pragnąc skonfrontować się z niełatwą przeszłością również odbywa swoistą pielgrzymkę do miejsc, które wiążą się z ważnymi momentami jego żywota. Wyprawie w głąb własnej duszy, a więc psychicznej ekspiacji towarzyszy fizyczna wędrówka w poszukiwaniu zagubionej tożsamości, która nie kończy się na odwiedzeniu rodzinnego miasta. Zgodnie z etymologią słowa pielgrzym, które wywodzi się z greckiego terminu per-epi-demos, oznaczającego cudzoziemca, nierezydenta, Tsukuru Tazaki jest obcym elementem, nie związanym z żadnym miejscem, ani czasem, który musi zredefiniować swoją tożsamość, by na stałe zapuścić korzenie. Tsukuru prowadząc anonimową egzystencję w ogromnym Tokio przypomina uchodźcę, który zbiegł przed trapiącymi go problemami. Przeżyta trauma powoduje, że Tsukuru Tazaki sprawia wrażenie niemal zupełnie pustego naczynia o zbyt małej zawartości własnej osobowości i określonej indywidualności – to wyłącznie strzępek człowieka, który dopiero za sprawą prawdziwej miłości może odbudować nadszarpnięte poczucie własnej wartości.

Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa to w moim odczuciu bardzo dobra książka, chociaż wzbudza ona we mnie bardzo ambiwalentne odczucia. Przyznaję, że obiecywałem sobie po niej nieco więcej. Tuż po zakończeniu lektury odczułem lekki niedosyt i rozczarowanie. Obcując ostatnio z prozą takich japońskich mistrzów pióra jak Yukio Mishima, Kenzaburō Ōe czy Jun’ichirō Tanizaki oczekiwałem chyba od Murakamiego zbyt wiele. W najnowszym dziele popularnego Japończyka pojawiło się za dużo truizmów, które można było zdecydowanie lepiej zamaskować w fabule. Można przez to odnieść wrażenie, że niektóre zagadnienia zostały podane na tacy, nie zmuszając czytelnika do zbytniego wysiłku intelektualnego, celem ich odkrycia. Irytowały mnie również niektóre dialogi, prowadzone między bohaterami, które w pewnych momentach zaczynały przypominać wymiany złotych myśli oraz aforyzmów. Wydaje się ponadto, że Murakami w sytuacjach, w których powinien postawić na prostotę języka posługiwał się zbyt kwiecistymi sformułowaniami i na odwrót – gdy fabuła wymagała pewnego rodzaju zaciemnienia, autor tłumaczył wszystko aż do bólu, pozbawiając czytelnika radości, płynącej z samodzielnej refleksji. Reasumując, najnowsze dzieło Murakamiego jest produktem na wskroś popkulturowym. To przyjemna lektura, chociaż jej smak psuje fakt, że jest ona deserem na wpół przetrawionym.

 

Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:

Wyzwanie czytelnicze Czytam Murakamiego

wtorek, 13 sierpnia 2013

Okładka książki Dar

  Tytuł: Dar

  Autor: Vladimir Nabokov

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 479

  Cena: 39,99 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Są pisarze, których zna absolutnie każdy szanujący się czytelnik. To nazwiska powszechnie kojarzone na całym świecie, otoczone nimbem wielkości. Do grona tego typu twórców z pewnością zaliczyć można Władimira Władimirowicza Nabokowa (Vladimira Nabokova), amerykańskiego artystę rosyjskiego pochodzenia. Urodzony w 1899 roku pisarz sporo podróżował po całym świecie, stając się niejako jego obywatelem. Do 1920 roku żył w rodzimej Rosji, później przyszła pora na Europę Zachodnią – Berlin, Cambridge, Paryż przyjmowały kolejno w gościnę tego wybitnego twórcę. W latach 1940 – 1960 Nabokow mieszkał w USA, by przenieść się stamtąd do Szwajcarii, w której przebywał aż do śmierci w 1977 roku. Obecnie, w szerokim gronie czytelników, twórczość Nabokowa została zredukowana niemal wyłącznie do Lolity – postacie Humberta Humberta oraz jego młodocianej kochanki na stałe wpisały się do kultury masowej skutecznie wypierając bohaterów innych powieści. Pozostałym dziełom rzadko kiedy poświęca się tyle słów oraz opinii, tymczasem są one również dobre, a często lepsze niż sławetna historia opętanego przez nimfetkę pedofila. Lolita należy do amerykańskojęzycznej twórczości autora, spośród której na największą uwagę zasługuje chyba Blady ogień. Z kolei za najdoskonalszą, rosyjskojęzyczną powieść Nabokowa uważa się Dar. Niektórzy literaturoznawcy posuwają się do jeszcze odważniejszych twierdzeń, że Dar to najlepsza XX-wieczna powieść rosyjska w ogóle. Zamiast jednak wdawać się w próżne dywagacje i nierozstrzygalne spory, lepiej przyjrzeć się historii powstania książki, która jest równie ciekawa, co sama lektura.

Są powieści, które autor musi dosłownie wyrzygać – potok myśli zalewa mózg, spływa natychmiast na papier, tak, że świat zewnętrzny odchodzi niejako w niepamięć, chowając się za horyzontem natchnienia, które bezlitośnie każe tworzyć i tworzyć. Dar z pewnością do tego typu twórczości nie należy. Powstanie książki można by prędzej porównać do długiego, mozolnego, niejednokrotnie odkładanego porodu. Pomysł na powieść narodził się po zakończeniu Rozpaczy, w 1932 roku. Dar ze względu na szerokie spektrum poruszanych tematów oraz wplecienie w utwór biografii autentycznych postaci, wymagał wnikliwych studiów i przygotowań. Długie miesiące poświęcone zostały zatem zbieraniu materiałów na temat krytyka i publicysty, lidera rewolucyjnego ruchu lat 60. XIX wieku, Mikołaja Czernyszewskiego oraz podróżnika, przyrodnika i botanika, Konstantina Kiriłłowicza Godunowa-Czerdyncewa, ojca głównego bohatera, Fiodora. W 1934 roku Nabokow przerwał pracę nad Darem by zająć się fascynującą oraz dość tajemniczą książką Zaproszenie na egzekucję, którą swego czasu można było nabyć w ramach kolekcji Polityki – Współczesna literatura rosyjska. Zaproszenie na egzekucję powstało w ciągu dwu tygodni wspaniałej ekscytacji i nieprzerwanego natchnienia i jest to świetny przykład utworu, który autor musi dosłownie wyrzucić z siebie za jednym zamachem. W 1936 pojawił się kolejny przestój, związany z tłumaczeniem na język angielski Rozpaczy. Wreszcie w roku 1938 Nabokow ukończył Dar, ale pojawił się nieoczekiwany problem – wydawnictwo nie chciało opublikować czwartego rozdziału powieści, tj. prześmiewczej biografii Czernyszewskiego autorstwa bohatera Daru Fiodora, jako dzieła zbyt kontrowersyjnego, naruszający dobry ton, w imię którego nie należało w złym świetle przedstawiać cenionego podówczas twórcy. Dar doczekał się kompletnej publikacji dopiero w 1952 roku. Jeszcze później dotarł on do czytelnika polskiego, który mógł się zapoznać z polskim przekładem w 1995 roku za sprawą niezawodnego Państwowego Instytutu Wydawniczego. O czym stanowi zatem książka, której losy są tak pokrętne?

Dar to powieść, która wychodzi poza ramy literatury. To ciąg znaków tak niesłychanie przemyślnie skonstruowany, że sprawiający wrażenie czegoś odrobinę nadludzkiego, igrającego na nosie klasycznej powieści. To znania mi z Bladego ognia, prześmiewcza plątanina fikcji oraz rzeczywistości, w obliczu której wyrażenie fakt autentyczny traci znamiona pleonazmu, bowiem prawda staje się jedynie sformułowaniem umownym, rzeczą, o której postanowiono wspomnieć w oficjalnych kronikach i na mocy tego działania, uznać dane wydarzenia za odbyte, a więc realne (niepewny i rozchwiany umysł chciwy jest zatem pewności a-b-s-o-l-u-t-n-e-j, nawet kosztem językowych bubli). Owa osmoza rzeczywistości i fikcji zachodzi w Darze w sposób trudny do wychwycenia. Z tego powodu, czytelnikowi w trakcie lektury słusznie może towarzyszyć poczucie zwodzenia, czy też naigrywania się. Nabokow robi nas w balona, czyni to jednak tak subtelnie oraz umiejętnie, że aż trudno nie przyklasnąć. Powieść jest swoistą układanką, utworem, w którego skład wchodzi kilka gatunków literackich.

Przede wszystkim jest to historia Fiodora Godunowa-Czerdyncewa, młodego, rosyjskiego, początkującego poety, przebywającego na emigracji w Berlinie. Czytelnik bardzo dokładnie poznaje postać artysty, dowiadując się o jego rytuałach, przyzwyczajeniach, kontaktach towarzyskich. Kolejną warstwę książki stanowi twórczość Fiodora, na którą składają się jego młodzieńcze wiersze oraz biografia Mikołaja Czernyszewskiego i nieukończona biografia ojca, Konstantina Kiriłłowicza Godunowa-Czerdyncewa. Co ciekawe, większość utworów przytaczana jest w całości, tak, że Fiodor za sprawą swoich dzieł, których autorem jest Władimir Nabokow, wkracza niejako do naszej rzeczywistości, zyskując realne kształty. (Podobny zabieg rosyjski artysta zastosował również w Bladym ogniu, będącym analizą literacką poematu, stworzonego przez Nabokowa, na potrzeby powieści.) Ostatni poziom stanowią poglądy literackie Fiodora, które zgodne są z wartościami, wyznawanymi przez Nabokowa. Najniezwyklejszą formę owych literackich dywagacji tworzą fikcyjne rozmowy Fiodora z poetą Konczejewem (nie istniejącym w naszej rzeczywistości, ale egzystującym w fabule powieści) – Fiodor, uważający Konczejewa za głównego rywala w walce o literackie laury, traktuje go równocześnie jako równorzędnego twórcę, któremu z ogromną przyjemnością przedstawiłby swój punkt widzenia na literaturę rosyjską. Ponieważ do spotkań w cztery oczy z Konczejewem nie dochodzi, Fiodor wymyśla fikcyjne dialogi, które prowadziłby ze swoim druhem, gdyby do konfrontacji jednak doszło (dialogi rzecz jasna znajdują się w powieści Dar).

Jakby tego wszystkiego było mało, Nabokow stosuje również inne środki, zaciemniające literacki obraz. Wszechwiedzący narrator trzecioosobowy, który zaczyna całą powieść wykazuje równe często, co zaskakujące tendencje do ewoluowania w narratora pierwszoosobowego, którym jest oczywiście Fiodor Godunow-Czerdyncew (przez wielu uważany za postać wzorowaną na samym Nabokowie). I nadal nie jest to wszystko, co przygotował dla nas pomysłowy pisarz. Umysł Fiodora jest bowiem równie chłonny na otaczające go bodźce, co skory do fantazji. Wobec tego w powieści nie zabraknie dzieł wyobraźni głównego bohatera, które dopiero po pewnym czasie okażą się fikcją, snem na jawie, złudzeniem, czy też projekcją wyobraźni. Przychylna recenzja, rojenia znajomego na temat zmarłego syna, czy wspomniane konwersacje z Konczejewem – czegoż to umysł Fiodora nie weźmie na swój warsztat. Wszystkie te sztuczki Nabokowa sprawiają, że dzieło jest dosyć skomplikowane w odbiorze, a równocześnie piekielnie interesujące i oryginalne. Autor zdaje się skwapliwie ukrywać sens swojego utworu, plącząc go i maskując w gąszczu literackich sztuczek.

Wydaje się, że Dar można traktować jako swoisty manifest Nabokowa – pisarz przedstawia w nim swoje poglądy na literaturę rosyjską. Czyni to jednak zgodnie z konwencją, w której utrzymany jest cały utwór, czyli nie wprost, nieco pokrętnie. Program artystyczny jest prezentowany między wierszami. Idee pisarza wyłożone zostały jako negacja i krytyka działalności literackiej Czernyszewskiego, rosyjskiego filozofa, socjalisty, rewolucjonisty, będącego również redaktorem, publicystą oraz krytykiem literackim. Czernyszewski cieszył się sporą estymą, m.in. u Włodzimierza Lenina. Wydaje się zatem zrozumiałe, że w momencie ukończenia powieści w roku 1938, Nabokow nie miał co liczyć na umieszczenie w niej krytycznej biografii tego wielkiego, z sowieckiego punktu działacza. Sprawa przybiera jednak zupełnie inny obrót, kiedy uświadomimy sobie fakt, że w roku 1938 Nabokow od dawna przebywał na emigracji, a czasopismo Sowriemiennyje zapiski, na łamach którego miał ukazać się Dar, było rosyjskim czasopismem emigracyjnym, mieszczącym się w Paryżu. Cała historia przybrała zatem arcyzabawny obrót, bowiem Władimira Nabokowa spotkało dokładnie to, co dotknęło bohatera książki, Fiodora Godunowa-Czerdyncewa – okazało się, że nawet wśród niechętnych komunistom emigrantom panuje przekonanie, że istnieją tradycje rosyjskiej myśli społecznej, z których uczciwy pisarz nie śmie się naigrywać, w obliczu których niemożliwa jest publikacja przepełnionej kpiną biografii Czernyszewskiego. W owym feralnym tekście, Nabokow podkreśla, że wg Czernyszewskiego sztuka winna być podporządkowana celom społecznym i politycznym. Sztuka zredukowana zostaje zatem do roli służebnicy, której poziom określa się na podstawie wartości, jakie stara się ona zaszczepić u odbiorcy. Na obok zostaje odstawiona forma, na polu bitwy pozostaje jedynie treść, która koncentruje się na opisie i ocenie rzeczywistości. Hołdując takiemu podejściu, Czernyszewski traktował krytykę literacką jako swoiste egzaminowanie artysty z idei, które ten stara się przekazać. Nieważna jest forma artystycznego wyrazu – liczy się wyłącznie wartość merytoryczna dzieła. Jednak, jeśli temat nie jest odpowiedni, jeśli nie jest on rzetelnie potraktowany, jeśli wreszcie stosunek artysty do owego tematu jest w mniemaniu Czernyszewskiego, wierzącego w wartości obiektywne, właściwy, to dzieło w żadnym razie nie może liczyć na pochlebną recenzję i z góry zasługuje na dyskredytację.

Zgoła inaczej do sztuki podchodził Nabokow. Szczegółowo wyłuszczone koncepcje Czernyszewskiego stanowią zatem negatyw idei Nabokowa. Pisarz zaprezentował swoje spojrzenie na literaturę poprzez przedstawienie zupełnie odwrotnego stanowiska i jest to przejaw kolejnej gry, która prowadzona jest nieustannie z czytelnikiem. Zresztą już sam tekst, tj. powieść Dar jako całość, stanowi idealne zaprzeczenie koncepcji Czernyszewskiego – Nabokow niejako dwukrotnie zaszydził z rosyjskiego krytyka, literatura i publicysty. Pełną złośliwości i przytyków biografię użył jako budulca do dzieła, pozornie pozbawionego głębszej treści, będącego na pierwszy rzut oka sztuką samą w sobie.

O miałkości Daru nie może być jednak mowy. Przyglądając się powieści, posiłkując się przy tym wyczerpującym posłowiem autorstwa Leszka Engelkinga, geniusz Nabokowa objawia się w pełnej krasie. Szczególne wrażenie robi metafizyczna głębia, która rozciąga się w Darze. Książka przepełniona jest aluzjami oraz literackimi motywami, świadczącymi, że podmiot liryczny, który można chyba utożsamiać z samym Nabokowem, jest przekonany, że istnieje coś po drugiej stronie lustra. Fiodor Godunow-Czerdyncew, podobnie jak i Nabokow to człowiek o wyostrzonym zmyśle spostrzegania, który przejawia się zarówno w dobrej znajomości natury ludzkiej jak i umiejętności transponowania codziennych przeżyć, zabarwionych magią i niezwykłością do swojego literackiego monumentu. Artysta przypomina zatem Julio Cortázara, oko, które widzi, potrafiące dostrzec rzeczy drobne, pozornie nieuchwytne, małe i pozornie ważkie, ochoczo znikające z orbity zainteresowań poważnych osobników. Nabokow nie obraca się jednak wyłącznie pośród naszej rzeczywistości – wydaje się, że amerykański twórca sięga gdzieś po za nią, bezwstydnie podglądając Absolut (i to TEN znany z Mrożkowego opowiadania Ad acta), patrząc spokojnie na brzeg dla zwykłych śmiertelników niedostępny, niewidoczny oraz nieznany. I choćby z tego powodu warto sięgnąć po to niezwykłe dzieło, jakie niewątpliwie stanowi Dar.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Okładka książki Niespodziewane stronice

  Tytuł: Niespodziewane stronice

  Autor: Julio Cortázar

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 286

  Cena: 39,99 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Śmierć. Jakaż to fatalna przypadłość, która ciągle trapi wszystkie żywe organizmy, również te, mające się za najdoskonalsze, tj. istoty ludzkie. Każdy biologiczny byt ma swój początek oraz kres, do którego nieuchronnie się zbliża. Śmierć, w przeciwieństwie do człowieka i jego ideałów głoszących równość wszystkich ludzi, jest konsekwentna do bólu i nikogo nie wyróżnia. Prędzej, czy później wszyscy trafią w jej czułe objęcia, niezależnie od tego, co sobą reprezentują. O wiele bardziej trwałe niż ludzie są za to twory ich umysłu. Dla przykładu, istnieją książki, które liczą sobie dobre kilka pokoleń ludzkich i przynajmniej na razie, w dalszym ciągu mają się całkiem dobrze. W przypadku śmierci pisarza, często w różnych konfiguracjach powtarza się zdanie, że artysta nie umarł zupełnie, dopóki jego twórczość została zachowana przez rodzaj ludzki. Jednak marna jest to pociecha, szczególnie w odniesieniu do naszych ulubionych pisarzy. Ich odejścia bolą najbardziej. Na własne oczy przekonujemy się o kruchości ludzkiej egzystencji, a co gorsza, towarzyszy nam świadomość, że ten oto konkretny osobnik, którego dzieła darzymy taką estymą, na którego kolejne teksty nerwowo oczekiwaliśmy, nigdy już niczego więcej nie stworzy. Pisarz zatem żyje w naszej świadomości oraz pamięci, ale pozostaje bezpłodny. Na szczęście, żywot ludzki to suma przypadków. Dzięki różnym zbiegom okoliczności, od czasu do czasu świat obiega sensacyjna wiadomość o cudownym odnalezieniu manuskryptów wielkich twórców, po których nie mieliśmy oczekiwać prawa niczego nowego. W 2009 roku pojawia się Oryginał Laury, przez lata trzymany w banku w Montreux, który miał zostać spalony. W tym samym roku, w czasie przeglądania archiwów Lema na światło dzienne wychodzi Sknocony kryminał. Natomiast w 2006 roku w paryskim mieszkaniu Aurory Bernárdez, wdowy po Julio Cortázarze, z szuflad komody wyłaniają się Niespodziewane stronice, czyli teksty Julio Cortázara, które do tej pory nigdy nie były publikowane w formie książki, a część z nich w ogóle po raz pierwszy została zaprezentowana szerokiej publiczności. Czy dla miłośnika Gry w klasy, Wielkich wygranych oraz Książki dla Manuela może być lepsza wiadomość niż komunikat, że oto Niespodziewane stronice trafiają na polski rynek?

Julio Cortázar, rocznik 1914, zmarły w 1984 roku, uchodzi za jednego z czołowych przedstawicieli realizmu magicznego. Urodzony w Brukseli Argentyńczyk, który większość swojego życia spędził w Paryżu, pozostawił po sobie bogatą spuściznę, która dzięki Aurorze Bernárdez została powiększona o kilkaset stron. Niespodziewane stronice to gatunkowy miszmasz, w którym znajdziemy opowiadania, eseje, szkice, alternatywne czy też dodatkowe rozdziały ważniejszych powieści, teksty publicystyczne, krótkie analizy najważniejszych dzieł oraz autowywiady. Od razu muszę wyjaśnić pewną nieścisłość – otóż całkiem sporo ze zgromadzonym w tym zbiorze tekstów pojawiało się już na łamach hiszpańskojęzycznej prasy, tyle, że nigdy nie znalazły się one w żadnym z dotychczasowych wydań książkowych. Nie jest zatem tak, że cały zbiór to absolutne novum, rojące się wyłącznie od pereł przez lata skrywanych przed ludzkim spojrzeniem. Nie zmienia to oczywiście faktu, szczególnie z punktu widzenia polskiego czytelnika, że o wiele wygodniej jest mieć utwory zebrane w jednym tomie, niż poszukiwać ich, rozsypanych po wszelakiej maści czasopismach, by finalnie głowić się jeszcze nad ich tłumaczeniem.

Teksty, jak już wspominałem, charakteryzują się dość sporą różnorodnością. Zarówno, jeśli chodzi o gatunkową rozpiętość jak i chronologię. Najstarsze płody pochodzą z roku 1938, natomiast ostatnie z 1984 roku, a więc z okresu tuż przed śmiercią artysty. Różnice znajdziemy także w kwestii prezentowanego poziomu. Jeśli chodzi o dzieła pisane prozą, to sporo z nich przeszło przez mój mózg bez większego echa. Dominują raczej słowne igraszki, przywodzące na myśl ćwiczenie słowa pisanego, próby okiełznania, przygięcia liter, wyrazów i zdań, tak, by posłuszne były myśli wielkiego kreatora. Jeśli chodzi o treść jest już zdecydowanie gorzej. Króluje forma i tylko z rzadka trafia się obiecujący zalążek, którego rozwój z chęcią chciałoby się śledzić. Największe wrażenie zrobiły na mnie Koty, które ze swoimi nielogicznie postępującymi bohaterami przypominały mi nieco Wielkie wygrane, czy Grę w klasy. W podobnym tonie fatalistycznej miłości, uczuciowego zaplątania, błąkania utrzymana jest Ciao, Werona, która także zawładnęła moją uwagą na dłużej.

Jeśli chodzi o utwory wczesne, z początków twórczości, to wypadałoby zapewne napisać, że dzięki nim możemy śledzić rozwój artystyczny Julio Cortázara, że w tych pierwocinach znać zalążki geniuszu, że utwory mimo pewnej toporności, nie oszlifowania, czy czego tam jeszcze, jasno sygnalizują z jak wielkim kalibrem będziemy mieć w przyszłości do czynienia. Będąc jednak szczerym, głównie wobec samego siebie, przyznaję, że początkowo zbyt wiele realizmu magicznego, z którego słynął Cortázar w tych pierwszych płodach nie dostrzegłem. Przypominają one bardziej warsztatowe treningi, próby, odkrywanie możliwości, jakie daje słowo, czyli są to dzieła typowe dla wczesnej twórczości niemal każdego pisarza. Zrozumiałe jest dla mnie również, że gdyby Julio nie był uważanego za jednego z czołowych przedstawicieli prozy iberoamerykańskiej, twórcę legendarnego i kultowego, to nikt pewnie nie robiłby tak wielkiego szumu wokół odnalezionych tekstów, a wiele z nich zapewne w dalszym ciągu spoczywałoby sobie spokojnie w przytulnym mroku szuflady.

Kończąc jednak z tą nadmierną i być może nieco przesadną krytyką, chciałbym wspomnieć o tym, co stanowi prawdziwy skarb Niespodziewanych stronic. Są to eseje, autowywiady oraz proza publicystyczna. Z form tych odzywa się dojrzały Cortázar, który jako pisarz, wychodzi bardzo daleko poza ramy prowadzonej przez siebie działalności artystycznej. Przede wszystkim Cortázar całkowicie (bezwstydnie, aż ciśnie się na usta) obnaża swoją socjalistyczną naturę. Odcina się on co prawda od komunizmu, przyznaje, że bliżej mu do Marksa. Jest przy tym głęboko i pewnie nieco naiwnie przekonany, że socjalizm to jedyny system, który może kiedyś skierować człowieka ku jego autentycznemu przeznaczeniu, natomiast celem marksizmu jest dostarczenie ludzkiemu rodzajowi narzędzi do osiągnięcia wolności i godności, które nie są mu trwale przynależne. Wreszcie socjalizm – a nie zapowiadana przez poetę i Kościoły nieokreślona wieczność – zdolny jest przekształcić człowieka w człowieka właśnie. Idee piękne, które niestety człowiek jak zawsze, przy próbie wprowadzenia ich w życie, przekształcił w piekło. W tym miejscu wypadałoby również zaakcentować, że socjalizm Cortázara, przynajmniej w mojej opinii, to w ogromnej mierze wybór podyktowany szczerą i nieskrywaną niechęcią do północnoamerykańskiego imperializmu, który przez niemal cały XX wiek bezduszne drenował Amerykę Łacińską. Socjalizm, który przecież krzewił się bujnie w całej Ameryce Południowej to odpowiedź na junty wojskowe, bezpardonowo traktujące politycznych przeciwników, których obfite budżety w ogromnej mierzy wspierane były przez Stany Zjednoczone. A o tym, ile istnień ludzkich pochłonęły rządy krwawych generałów, jak wymyślne tortury stosowały, można dowiedzieć się choćby z Książki dla Manuela Cortázara, czy Święta Kozła noblisty Vargasa Llosy.

Należy także zaznaczyć, że Julio Cortázar, niestrudzony wojownik idei, wzorem wielu pisarzy latynoamerykańskich traktował swoją twórczość bardzo poważnie oraz przede wszystkim świadomie. Pisarstwo nie jest zawodem, pracą, za odbębnienie której oczekuje się stosownego wynagrodzenia. Chwycenie pióra za dłoń wiąże się z odpowiedzialnością, świadomością społeczną, koniecznością upominania się, a nawet walki o prawa słabszych, ukazywanie wszelkich niesprawiedliwości. I pewnie właśnie z tego przeświadczenia bierze się ogromne zaangażowanie w życie polityczne, które jest naturalną konsekwencją w zaangażowania w sprawy ludzkie. Rolą pisarza jest walka z błahym zapomnieniem, z kartkowaniem historii przez jej czytelników, z obojętnością i nieczułością, zainteresowaniem, trwającym dokładnie tyle czasu, przez ile o danej sprawie wspomina się w mediach. Fascynujące jest również to, że sprawę ludzką Cortázar stawiał o wiele wyżej niż świat literatury. Wg niego funkcja książek sprowadzała się bardziej do roli służebnicy człowieka, która powinna chronić go przed popełnianiem głupstw.

Pokłosiem wyznawanych prawd jest surowa i ostra krytyka kapitalizmu, jego zakłamania, obłudy skrywanego za demokratyczną maską, która w świetle ostatnich wydarzeń związanych z system PRISM jest niezwykle aktualna. Kolejnym tematem, który poruszał Julio Cortázar, a który trawi m.in. polskie media, jest fatalna jakość oraz szkodliwość podawanej informacji. Argentyński twórca protestuje przeciwko biernej i bezrefleksyjnej konsumpcji, nawołując nas, tj. konsumentów informacji do żądania od środków masowego przekazu zaprzestania dyktatury agencji oraz dziennikarzy, manipulujących tworzonymi oraz otrzymywanymi materiałami. Minęło prawie 30 lat od śmierci pisarza, a można by podejrzewać, że pisze on o wydarzeniach wczorajszych, tegorocznych.

Oczywiście Niespodziewane stronice to nie tylko polityka oraz początki twórczości. Znajdziemy także utwory, których bohaterem jest Łukasz oraz kronopie. Dowiemy się również, jak to jest być owym sławetnym, ciekawskim świata kronopiem (to być pod włos, pod światło, kontrpowieścią, kontredansem, kontrawszystkim, kontrabasem, kontrafagotem, straszliwie wbrew każdego dnia przeciw każdej rzeczy, którą inni uznają i która ma moc prawa). Ale przede wszystkim, uzmysłowimy sobie, że Cortázar to zaprawdę oko, które potrafi widzieć. Pisarz jest niestrudzonym obserwatorem rzeczywistości, bezwstydnym podglądaczem codzienności, który niemal każdemu, nawet najbłahszemu wydarzeniu, potrafi wykraść jego metafizyczne akcenty i przetransponować je na literacką materię – strukturalną magię, która w jakiś sposób przenika z książek do życia. Objawia się to zarówno w esejach jak i niektórych opowiadaniach.

Z kolei Julio Cortázar jako człowiek na co dzień jawi się jako typowy kronopio – niezmordowany buntownik, pokroju bohaterów Książki dla Manuela. Jest to zatem typ burzyciela prawd, niszczyciela przesądów, skłonnego i skorego do przekraczania uspokajających granic normalności. Podpieranie chybocącego się stołu skórką od chleba, czy wspólna lektura książki w pociągu, polegająca na wyrywaniu przeczytanej strony i podawania jej towarzyszce podróży, która to z kolei przeczytaną kartkę ekspediowała przez okno, bezwiednie przywodzi na myśl działania członków Draki, takie jak krzyczenie w kinie w trakcie seansu, czy też jedzenie na stojąco w bardziej szanujących się restauracjach.

Krótko reasumując, Niespodziewane stronice to zbiór tyleż różnorodny, co nierówny. Dominują jednak pozycje dobre oraz bardzo dobre, które sprawiają, że całość czyta się z ogromnym zainteresowaniem, a momentami sporym zdumieniem. Mnie szczególnie zaskoczyła poezja Cortázara, która prezentuje naprawdę niezły poziom. Na tle wszystkich tekstów, rozpiętych na przestrzeni blisko 50 lat, artysta jawi się jako osoba ogromnie ciekawa świata, pragnąca poznawać kolejnych ludzi, dla której pisarstwo jest najważniejszym, a przy tym ogromnie odpowiedzialnym zajęciem. Do tego buntownicze zacięcie, zdecydowany sprzeciw wobec kłamstwa oraz wszelkich nierówności sprawiają, że Julio Cortázar to Wielki Kronopio, potrafiący łowić chwilę i cieszyć się nią,

Bo wczoraj jest nigdy,

a jutro to jutro.

 

P.S. Mała ciekawostka. Tuż po ukazaniu się informacji, że oto na łamach wydawnictwa MUZA S.A. pojawią się Niespodziewane stronice, a jeszcze przed oficjalną premierą książki, cena powieści na stronach księgarni Matras wynosiła 29,99 zł. Osobom, które zdecydowały się nabyć lekturę w przedsprzedaży, przysługiwał ponadto 20 % rabat. W ten oto cudowny sposób książkę, której obecna cena okładkowa to 39,99 zł, udało mi się nabyć za 23,99 zł.

P.S.2 Tak się szczęśliwie złożyło, że powyższy tekst został doceniony w konkursie na recenzję tygodnia za okres 2 - 7 lipca na portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję za to spore wyróżnienie.

Lubimy Czytać

 
1 , 2 , 3
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita