Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Państwowy Instytut Wydawniczy

piątek, 21 lutego 2014

Okładka książki Szelest złotolitego brokatu

  Tytuł: Szelest złotolitego brokatu

  Autor: Hisako Matsubara

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 206

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka





 

 

 

 

 

 

Emigracja, czyli opuszczenie granic własnej ojczyzny to z pewnością krok, który nie łatwo wykonać. W końcu człowiek nie na darmo porównywany jest do drzewa, które w miarę jak zapuszcza coraz dłuższe korzenie jest tym trudniejsze do przesadzenia. Przeprowadzka to jedna z bardziej stresujących sytuacji w życiu ludzkim, a cóż dopiero mówić o przypadku, gdy człowiek diametralnie zmienia swoje otoczenie, przenosząc się do zupełnie obcego kraju z jego nieznaną kulturą oraz równie tajemniczymi mieszkańcami. Nie jest łatwo rozpocząć zupełnie nowe życie budując je niemal od podstaw, bez fundamentów, jakie z pewnością stanowią więzy rodzinne, znajomość panujących realiów czy język, którym płynnie władamy. Trudy i problemy towarzyszące emigracyjnej egzystencji z pewnością zna z autopsji autorka Hisako Matsubara.

Hisako Matsubara to pochodząca z Japonii pisarka, która na co dzień mieszka w Niemczech. Urodzona w 1935 roku w Kioto w rodzinie kapłana shintoistycznego studiowała literaturą oraz religioznawstwo porównawcze w Japonii, teatrologię w USA, czy filozofię w krajach europejskich. Na początku lat sześćdziesiątych Matsubara osiadła w Niemczech, pracując jako dziennikarka oraz tłumaczka. W roku 1978 zadebiutowała jako pisarka napisaną po niemiecku powieścią Szelest złotolitego brokatu.

Utwór skupia się na dwóch interesujących kwestiach. Patrząc na nią z szerszej perspektywy, powieść to wnikliwy zapis zmian, jakie zaczęły gwałtownie zachodzić w Japonii w okresie epoki Meiji (1868 – 1912 r.), kiedy to Kraj Kwitnącej Wiśni skończył na dobre z polityką izolacjonizmu. Nastąpił burzliwy okres przemysłowego rozwoju, któremu towarzyszyła także kulturowa rewolucja. Tradycyjne układy społeczne oraz uświęcone od lat kulturowe normy starły się z zupełnie nowymi oraz jakże odmiennymi obyczajami, które przywędrowały z Zachodu, tj. z Europy oraz Stanów Zjednoczonych. Z kolei na bliższym planie czytelnik poznaje zawiłe losy japońskiej rodziny. Jednym z bohaterów jest przedstawiciel samurajskiego rodu Hayato. Owocem związku z żoną jest wyłącznie córka, Tomiko. Nie mogąc doczekać się potomka, ojciec Hayato postanawia zaadoptować młodego chłopca Nagayukiego, pochodzącego z dworskiej rodziny arystokratycznej, której chwała już dawno przeminęła. Nagayuki zostaje przybranym synem ojca Hayato, a niedługo po uzyskaniu pełnoletności, również mężem Tomiko. Młody człowiek, odkąd tylko trafił pod opiekuńcze skrzydła seniora znakomitego rodu wychowywany jest w tradycyjnym duchu samurajskim, który nie do końca zgodny jest z jego naturą. Jednak głębokie poczucie odpowiedzialności związane z rolą przybranego syna nakazuje Nagayukiemu ślepe posłuszeństwo wobec ojca Hayato – wszystko czego pragnie młody człowiek, to stać się godnym miana dziedzica. Ogromna determinacja, upór oraz samozaparcie umożliwiają ukończenie studiów prawniczych z wyróżnieniem, co z kolei wiąże się z możliwością podjęcia pracy w najlepszych japońskich koncernach, które często wysyłają swoich pracowników do USA. Stany Zjednoczone to symbol potęgi oraz sukcesu, a przy tym wzór, który Japonia pragnie naśladować. Wyjazd za daleki ocean z ramienia potężnej firmy to szczyt marzeń Nagayukiego, ale aby jego plan doczekał się realizacji, musi najpierw zyskać aprobatę ojca Hayato. Senior rodu akceptuje podróż syna do Stanów, chociaż obwarowuje ją surowymi warunkami – Nagayuki wzorem prawdziwego samuraja może liczyć wyłącznie na siebie samego. Musi zatem odrzucić wszystkie oferty pracy i udać się zza ocean na własną rękę, a nie jako szanowany pracownik jednej z japońskich kampanii. Ponadto na obczyźnie nie może mu towarzyszyć ukochana żona – w końcu u boku wojownika nie ma miejsca dla kobiecej słabości. Wyjazd Nagayukiego podyktowany jest również względami praktycznymi – majątek rodu Hayato topnieje z dnia na dzień. Ojciec Hayato, który w codziennym życiu kieruje się surowym samurajskim kodeksem stanowi idealną ofiarę dla sprytnych, przebiegłych, chytrych oraz bezlitosnych finansistów, maklerów czy spekulantów. Zatem celem Nagayukiego jest szybkie zdobycie fortuny oraz tryumfalny powrót do kraju, będąc odzianym w szeleszczące szaty ze złotolitego brokatu.

Utwór bardzo celnie prezentuje całkiem uniwersalne wyobrażenia na temat życia na obczyźnie oraz zagranicznych wyjazdów w celach zarobkowych. Autorka znakomicie przedstawia naiwne przekonanie, że emigracja jest niemal równoznaczna z kuferkami pieniędzmi, jak gdyby w USA, czy gdziekolwiek indziej banknoty rosły na drzewach, a cały wysiłek sprowadzał się do tego, by je zebrać. Stąd baczne przyglądanie się każdemu, kto tylko wrócił z obcych ziem – wyszukiwane są wszystkie, nawet najbardziej absurdalne oznaki bogactwa, dowody dorobienia się i zbicia pokaźnego majątku. Mocne zęby u siedemdziesięciolatka – zapewne sztuczne, a więc bardzo kosztowne. Podróż z pięcioma marnie prezentującymi się, nadgryzionymi zębem czasu kuframi – niepozorne opakowania z pewnością skrywają bogatą zawartość, pieniądze bądź wartościowe przedmioty. Zaskakująca jest zatem ogromna nieczułość, obojętność, albo raczej bezrefleksyjność – niemal w ogóle nie podejmowana jest kwestia poczucia wyobcowania, głębokiej izolacji, jakie muszą towarzyszyć osobie opuszczającej własną ojczyznę, przynajmniej w przeciągu kilku pierwszych miesięcy w zupełnie nowym środowisku. Tak jakby sfera przeżyć duchowych została zepchnięta na drugi plan, ustępując miejsca kwestiom materialnym.

Hisako Matsubara na podstawie losów innych emigrantów dobrze ukazała również swoistą pułapkę, jaką stanowią wysokie oczekiwania naszych bliskich. Schemat prezentuje się bardzo podobnie – ludzie wyjeżdżają za chlebem z myślą o szybkim zbiciu majątku i równie błyskawicznym powrocie do kraju. Tymczasem po dotarciu na miejsce okazuje się, że realizacja pozornie prostego planu wcale nie jest przedsięwzięciem najłatwiejszym. Mijają kolejne lata, a kwota jaką udało się uzbierać wciąż nie jest zadowalająca, ba, jest wielokrotnie niższa od predykcji zainteresowanych oraz – przede wszystkim – od oczekiwań krewnych. Poczucie wstydu oraz zawiedzionych nadziei nie pozwala zatem wrócić do rodzinnych stron, co byłoby równoznaczne z przyznaniem się do klęski.

W utworze zwraca uwagę oryginalny sposób prowadzenia narracji. Czytelnik, podobnie zresztą jak i rodzina Hayato posiada bardzo skąpe informacje na temat tego, co dzieje się z Nagayukim w Ameryce. Listy słane przez niego są dość enigmatyczne oraz zdawkowe, ubogie w szczegóły dotyczące jego codziennego życia, czy pracy. Ta pustka powoduje, że najbliżsi zaczynają zapełniać ją na własną rękę, tworami swojej wyobraźni. Ojciec Hayato ogląda syna opromienionego blaskiem chwały, natomiast biologiczna matka umiera wręcz z niepokoju. Powieść, mimo, że koncentruje się na losach Nagayukiego, w rzeczywistości jest kroniką, w której dokładnie została opisana historia rodziny, którą opuszcza emigrant – syn, ojciec, mąż. Poznajemy zatem dramat, który staje się głównie udziałem kobiet – żon, matek czy córek.

Wydaje się, że na przykładzie ojca Hayato i posłusznego mu Nagayukiego, którzy zostali zestawieni m.in. z maklerem giełdowym, panem Sono oraz synem robotnika portowego, który wrócił z USA odziany w złotolity brokat, Hisako Matsubara pragnie ukazać klęskę samurajskiej wizji rzeczywistości w konfrontacji ze światem kapitalistycznym. Na podstawie lektury nie trudno o smutną konstatację, że ludzie uczciwi, honorowi, o wysokim poczuciu moralnym, którzy przy podejmowaniu wyborów kierują się głosem sumienia oraz sprawiedliwością, najczęściej okazują się stroną przegraną, pokrzywdzoną, oszukaną. Tryumfy, spektakularne i szybkie, odnoszą natomiast wszelakiej maści szalbierze, czy oszuści, którzy potrafią bezwzględnie wykorzystać okazywane im zaufanie. Podłość, nieczułość, brutalność, przemoc stanowią najkrótszą drogę do sukcesu, którego wyznacznikiem w oczach mieszkańców oczekujących na powrót swoich rodaków jest wyłącznie gotówka, nieważne w jakich okolicznościach zarobiona.

Reasumując, Szelest złotolitego brokatu to lektura ogromnie intrygująca. Przejmująca historia rodziny Hayato jest dobrym pretekstem do ukazania zmian, jakie zaszły w Japonii na przełomie XIX oraz XX wieku. Autorka ciekawie zaprezentowała konsekwencje tych przemian. Powieść można także rozpatrywać na płaszczyźnie psychologicznej – bardzo trafnie opisane zostały relacje młodych małżonków z zaborczym ojcem Hayato, który dzięki swojej niezłomnej postawie, niezachwianej pewności siebie, masce dobrotliwości i troski, potrafi niemal bez oporu narzucić swoją wolę. Matsubara zwraca uwagę, do czego może prowadzić taka uległość i kompletny brak asertywności. Powieść skrzy się także wesoło od bogatej symboliki – wymowna jest pasja ojca Hayato do hodowania drzewek bonsai, okaleczonych karzełków, których kształt nadawany jest przez ludzką rękę. Złotolity brokat to oczywiście uosobienie spełnienia marzeń każdego emigranta o odnalezieniu szczęścia na obcej ziemi. Z kolei maska używana w przedstawieniach teatru nō, dalekiego od przyziemnej powszedniości, przeistaczającego cierpienia ludzkie w poezję to ucieleśnienie hartu ducha starego samuraja, który nawet w obliczu ciągłych klęsk spadających na jego dom, potrafił zachować zarówno niewzruszoną i dumną postawę jak i zaskakująco bezwiedny konformizm moralny. Książka dosyć krótka, ale bardzo treściwa oraz ciekawa. Godna polecenia.

czwartek, 06 lutego 2014

Okładka książki Królewski taniec

  Tytuł: Królewski taniec

  Autor: Mohammed Dib

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 168

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Kolonializm to kolejny wstydliwy rozdział w historii białego człowieka, któremu, pogrążonemu w miłości własnej osoby, wydawało się, że bardziej zaawansowany poziom technologiczny (przynajmniej pozorny) automatycznie wiąże się z prawem do wykorzystywania, niszczenia, mordowania, eksterminacji, czy zniewalania innych nacji. Mocarstwa Starego Kontynentu prowadziły barbarzyńską ekspansję terenów słabo rozwiniętych, czerpiąc ze swojej działalności wymierne korzyści ekonomiczne. Obecnie większość byłych zamorskich posiadłości uzyskała niepodległość, wyrywając się spod politycznej zależności, ale echa kolonializmu słyszalne są do dnia dzisiejszego. Wystarczy przyjrzeć się sytuacji panującej w zamożnych krajach Europy Zachodniej – praktycznie wszystkie z nich muszą radzić sobie z problemem emigrantów, którzy przybywają właśnie z dawnych kolonii. Kuszące są perspektywy lepszego życia, bogata opieka socjalna oraz brak przeszkód w postaci barier językowych. Ekspiacyjne podejście w połączeniu z polityczną poprawnością sprawiają natomiast, że nowoprzybyli często nie mają żadnych bodźców do podjęcia pracy zarobkowej, zadowalając się życiem na koszt państwa. Ułomność i niemoc polityki emigracyjnej jest szczególnie widoczna w stosunku do wyznawców Islamu, wśród których nie brakuje podżegaczy do nienawiści, do walki z niewiernymi – ekstremiści (którzy pośród wyznawców Allacha nie stanowią większości, są za to najlepiej rozpoznawaną grupą) swobodnie głoszą swoje pełne agresji hasła, niemal bezkarnie terroryzując mieszkańców dzielnic, które zamieszkują [1], [2]. Z tego względu trudno dziwić się obywatelom państw europejskich, którzy w przeprowadzanych badaniach opinii publicznej coraz częściej przyznają, że boją się Islamu [3]. W końcu to co obce, nieznane, odróżniające się zawsze postrzegane jest jako niebezpieczne, jako coś z czym należy obchodzić się ostrożnie i podejrzliwie.

Oczywiście nie ma lepszego sposobu na zapoznanie się z daną kulturą niż zetknięcie się z jej literaturą. O tym jak prezentuje się polityka kolonizacyjna oraz próby wyrwania się spod jej jarzma z perspektywy narodu zniewolonego, w którym religią dominującą jest w dodatku Islam, możemy przekonać się za sprawą twórczości Mohammeda Diba.

Mohammed Dib to bardzo płodny francuskojęzyczny pisarz, nowelista oraz poeta pochodzenia algierskiego. Urodził się w 1920 roku w Tlemencu w zachodniej Algierii. Ojca, z zawodu cieślę, Dib stracił w młodym wieku. Autor dorastał wychowywany w tradycji islamskiej, chociaż nigdy nie uczęszczał do szkoły koranicznej (medresy). W szkole świeckiej Dib uczył się tkactwa oraz księgowości. W latach 1939 – 1959, pisarz imał się różnych zajęć – dorabiał jako nauczyciel w szkole podstawowej w Aoudj Bghal, księgowy w Oujda, był pracownikiem algierskich kolei, projektantem dywanów w fabryce tkackiej, tłumaczem ustnym pomagającym Amerykanom i Aliantom oraz dziennikarzem. W trakcie II Wojny Światowej Dib studiował literaturę na Uniwersytecie Algierskim. W latach 1950 – 1951 pracował dla komunistycznej gazety Alger républicain. W roku 1951 poślubił Francuzkę Colette Bellissant, córkę swojego nauczyciela od francuskiego.

Dib razem z Feraounem, Mammerim oraz Katebem był członkiem grupy znanej jako Generacja ’52 – nazwa nawiązywała do roku, w którym Dib oraz Mouloud Mammeri pojawili się na literackiej scenie. Grupa określana jest czasami mianem Generacja ’54, co z kolei nawiązuje do wybuchu powstania zbrojnego, które oznaczało rozpoczęcie wojny o niepodległość Algierii pod kierownictwem Frontu Wyzwolenia Narodowego. Jako nowelista, Dib zadebiutował właśnie w roku 1952 utworem La grande mason (Wielki dom), stanowiącym pierwszą część trylogii algierskiej, utrzymanej w nurcie naturalistycznym, przypominającym stylem pisarstwo Zoli. Dib prezentuje czytelnikowi historię algierskiej rodziny w przededniu wybuchu II Wojny Światowej, która alegorycznie przedstawiona zostaje jako Wielki Głód.

Okres walk o niepodległość Algierii, przypadający na lata 1954 – 1962 odcisnął niezatarte piętno na twórczości Diba. Dwujęzyczny twórca, aby dotrzeć do szerszej publiczności pisał swoje dzieła w języku francuskim, a więc w języku prześladowcy – ta kwestia ogromnie dręczyła artystę, który często dzielił się swoimi wątpliwościami z Katebem. Wielokrotnie powtarzał przy tym słowa, że moją ambicją, mimo wszystko, jest zainteresować wszystkich czytelników, podkreślając, że jako pisarz nie może ograniczać się wyłącznie do jednego kręgu kulturowego. Bo przecież najważniejsza jest ludzka natura, która jest udziałem nas wszystkich; rzeczy, które odróżniają nas od siebie to już kwestie drugorzędne.

Od momentu opuszczenia ojczyzny w roku 1959, Dib mieszkał we Francji. Kiedy na skutek francuskiej polityki kolonialnej, autor został zmuszony do powrotu do Algierii z powodu zaangażowania w ruchy niepodległościowe, kilku prominentnych pisarzy, wśród nich Andre Malraux, Louis Guilloux oraz Albert Camus, nawoływało władze do anulowania powziętej decyzji. Zaledwie 44 lata później, tj. 2 maja 2003 roku, kiedy Dib zmarł na przedmieściach Paryża, francuski minister kultury Jean-Jacques Aillagon określił Mohammeda Diba mianem duchowego pomostu pomiędzy Algierią a Francją, pomiędzy Północą a Południem.

Polski czytelnik ma możliwość zapoznania się z twórczością algierskiego pisarza za sprawą niezastąpionego Państwowego Instytutu Wydawniczego, który w roku 1976 opublikował Królewski taniec (1968 r.), a więc dzieło z okresu, kiedy Dib osiadł już we Francji, porzucając jednocześnie styl naturalistyczny, przyjmując dyskurs bardziej oniryczny. Akcja powieści rozgrywa się prawdopodobnie w okresie, w którym ustały już walki narodowowyzwoleńcze w Algierii. Bohaterami utworu są kobieta Arfia oraz mężczyzna Rodwan. Arfia to była dowódczymi skromnego oddziału partyzanckiego, który wykrwawiał się w cieniu górskich stoków, z kolei Rodwan to eks z... oraz t…, o czym mówią jednak dopiero ostatnie karty powieści. Dib w swojej prozie, mocno eksperymentalnej zajmuje się bardzo nietypową relacją, która łączy wspomnianą dwójkę oraz ciągle prowadzoną przez nich walką – po ustaniu działań wojennych zarówno Arfia jak i Rodwan muszą zmierzyć się z problemem określenia własnej tożsamości, odkrycia kierunku, w którym przynajmniej metaforycznie podążają.

Fabuła powieści jako układ zdarzeń w świecie przedstawionym utworu praktycznie nie istnieje, przynajmniej w klasycznym rozumieniu tego słowa. Owszem, Królewski taniec posiada akcję, ale pojawia się ona momentami, raptownie i nagle, by równie niespodziewanie zakopać się w niebyt. Wydarzenia, o których jest mowa nie układają się w żadnym ciągu chronologicznym, niekiedy trudno wręcz doszukać się między nimi wspólnego mianownika, który pozwoliłby zestawić je obok siebie. Czas chadza tu własnymi drogami, jakby nie chciał, by przypadkiem posądzono go o linearność. Ot taki z niego lekkoduch, który o nic się nie troszczy, bowiem i tak na wszystko przyjdzie właściwa pora.

Dib tworzy niezwykle malownicze i przejmujące pejzaże przyrody – sceneria dzikiej natury zdaje się podkreślać zbędność i jałowość słów. Czytelnik jest niczym wędrowiec przedzierający się przez pustynię – stopy grzęzną w głębokim piasku, pragnienie pali zmęczone gardło, z którego wydobywa się już tylko ciche rzężenie. I kiedy wydaje się, że nie damy już rady postawić następnego kroku, że będziemy musieli sobie odpuścić, wycofać się z tego gąszczu niezrozumiałych fraz trafiamy na temat, który niemal siłą przykuwa uwagę – oczywiście na pierwszy rzut oka nie sposób osądzić, czy mamy do czynienia z oazą, czy też fatamorganą, ale nawet samymi tylko mirażami Dib byłby w stanie zdobyć czytelnicze uznanie. Autor, głównie za sprawą wspomnień Rodwana, porusza inspirujące tematy. Refleksyjny jest choćby przewrotny Auto-da-fé* umierającego ojca, który na łożu śmierci niemal całkowicie neguje sens ludzkiej egzystencji. Jako człowiek żegnający się z życiem nie ma praktycznie nic do stracenia, dlatego może pozwolić sobie na przypływ szczerości, który w tym przypadku brutalnie unicestwia pojmowanie żywota, jako daru, jako drogi, która wiedzie nas ku wzniosłemu celowi. Ostatnie chwile dogorywającego człowieka to smutne wyznanie dekadenta, który swoje proroctwo (życie jako ciężar narzucony na liche barki człowieka wodzonego za nos przez demony wiary oraz ślepego posłuszeństwa) pragnie ogłosić rodzinie i przyjaciołom – być może przeczuwa on w jak trudnym okresie przyjdzie żyć tym, którzy pozostają na ziemskim padole. Oddarcie bytu z jakichkolwiek wartości transcendentalnych, redukcja do niemal pierwotnego trwania może stanowić swoiste antidotum na rozczarowania i niepowodzenia, przed którymi pragnie ocalić najbliższych.

W podobnym tonie utrzymane jest gorzkie wołanie Arfii, która domaga się, która żąda, uznania ofiary złożonej na ołtarzu walki o wolność. Walki, która nie ustanie, dopóki istota ludzka nie będzie istotą ludzką (a nie wołem roboczym albo zwierzęciem rzeźnym), bowiem tylko wtedy może zaistnieć szczęście. Intrygująca jest także przypowieść głosu, którego Rodwan nie kojarzy z żadną twarzą, opowiadającego historię człowieka wygnanego z ukochanego miasta za sprawą wymyślnej intrygi, uknutej przez własną małżonkę. Ofiara, którą stanowi … młodszej siostry to być może symbol najwyższej ceny, jaką należy zapłacić by na zawsze wygnać niechcianego intruza. Ale jak interpretować to poświęcenie, jeśli wiąże się ono z przyjemnością?

Losy Rodwana i Arfii postrzegałbym także jako smutne rozliczenie. Oboje poprzez wędrówkę we własną przeszłość mimowolnie dokonują bilansu, który ukazuje ile udało im się uzyskać i jaką cenę przyszło im za to zapłacić. Wydaje się, że zebrana po stronie korzyści suma nie jest zbyt oszałamiająca, a mimo jestem przekonany, że zarówno Arfia jak i Rodwan nie zawahaliby się ani na moment, żeby raz jeszcze oddać swoje wszystkie siły w imię spraw, o które zaciekle walczyli. Dib zdaje się portretować prawdziwych bojowników stanowiących nieodzowny fundament niepodległego państwa, które musi się dopiero narodzić, obmywszy się uprzednio w krwawej kąpieli. Autor koncentruje się jednak na ciemniejszej stronie tej działalności, eksponując głównie rozczarowania, trudy, niewygody, a niekiedy wręcz daremność wszelkich wysiłków. Oczywiście, między wierszami migocze także fundamentalne pytanie, czy dla tego typu bojowników możliwy jest powrót do życia prowadzonego przed rozpoczęciem walk, czy znajdzie się dla nich miejsce w nowopowstałym społeczeństwie? Czy tacy ludzie są skazani tylko na wykluczenie i egzystencję poza nawiasem jako jednostki zbyt radykalne a przez to i niebezpieczne, które potencjalnie zagrają przecież każdemu systemowi?

Królewski taniec Mohammeda Diba to niezwykła książka. Trudno o jednoznaczną ocenę, ponieważ w moim odczuciu powieść, wielowarstwowa i nieuchwytna niczym człowiek w labiryncie luster, skrywa w sobie zbyt wiele treści, by wydawać o niej pochopną opinię zaledwie po jednokrotnym przeczytaniu. Można odnieść wrażenie, że autor wziął na warsztat prastare mity, za postacie posłużyły mu wszelakiej maści archetypy, a całość została utrzymana w surrealistycznej konwencji. Intryguje, ale momentami także odrobinę zniechęca zagadkowość, niejednoznaczność, gra słów, eliptyczna składnia, bogata symbolika, wielopoziomowość, czyli wszystko co sprawia, że utwór zdaje się być tak nieprzejrzysty. Nie mniej jednak książka na pewno jest godna uwagi, chociaż wydaje mi się, że jej walory byłyby jeszcze lepiej widoczne w zestawieniu z wcześniejszymi dziełami Diba.

——————

* z portugalskiego: 1) Akt wiary, czyli publiczna deklaracja przyjęcia bądź odrzucenia katolicyzmu przez osobę oskarżoną o herezję, która kończyła proces inkwizycyjny; 2) Wykonane wyroku śmierci na heretyku.

sobota, 01 lutego 2014

Okładka książki Tysiąc żurawi. Śpiące piękności

  Tytuł: Tysiąc żurawi.

            Śpiące piękności

  Autor: Yasunari Kawabata

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 265

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Turpizm to w bezwstydnym uproszczeniu umiłowanie brzydoty. Posługując się natomiast bardziej wyczerpującą definicją należy rzec, że to termin ukuty przez Juliana Przybosia w celu określenia nurtu poetyckiego, rozwijającego się w Polsce po 1956 roku. Turpizm zwany również antyestetyzmem charakteryzował się wprowadzeniem do utworu elementów brzydoty, których zadaniem było wzbudzenie u odbiorcy estetycznego szoku. Ernest Bryll, Stanisław Grochowiak, Tadeusz Różewicz czy Miron Białoszewski w swoich dziełach nie stronili zatem od choroby, kalectwa, zepsucia, rozkładu, degradacji, dysharmonii, słowem wszystkiego co kojarzone jest jako swoista antyteza piękna, godzi w wartości estetyczne. Funkcją owego zabiegu była afirmacja rzeczywistości, dość przewrotna na pierwszy rzut oka, jej pełna akceptacja, ze wszystkimi odcieniami, z całą paletą barw, z całą różnorodnością, w skład której nie wchodzi przecież wyłącznie harmonia, ład, symetria form, a więc szeroko rozumiana doskonałość. Analizując cały problem z nieco innej perspektywy można stwierdzić, że ponieważ zarówno piękno jak i brzydota to wartości w pełni subiektywne, ich separacja oraz samodzielna egzystencja jest niemożliwa. Obie kategorie estetyczne istnieją, połączone ze sobą głęboką więzią niczym awers i rewers. Gdyby świat składał się z istot wyłącznie doskonałych, nikt nie byłby w stanie dostrzec ich uroku, ponieważ brakowałoby niezbędna wzorca, czy raczej punktu odniesienia. Podobnie sytuacja przedstawiałaby się w przypadku świata, zamieszkałego wyłącznie przez stworzenia szpetne. Oczywiście w miarę coraz dłuższego obcowania z tymi abstrakcyjnymi pojęciami, jakimi są piękno oraz brzydota, coraz lepiej uświadamiamy sobie ich arbitralność, umowność, przekonując się, że bardzo trudno jest nimi operować. W końcu wraz z epokami zmieniają się kanony piękna (co automatycznie pociąga za sobą konieczność korekty kanonów brzydoty), inaczej prezentują się one również u różnych narodów, społeczności, czy wreszcie pojedynczych osobników. Wielopoziomowość zagadnienia estetyzmu jest zatem zarówno wymagająca jak i prowokująca, kusi by się z tym tematem zmierzyć. Subtelnemu wdziękowi tej kwestii nie oparł się japoński mistrz pióra, laureat Nagrody Nobla z 1968 roku Yasunari Kawabata*.

Urodzony w 1899 roku Yasunari Kawabata zaliczany jest do najwybitniejszych przedstawicieli prozy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Co ciekawe, świat mógł poznać Kawabatę z zupełnie innej strony, bowiem artysta w młodości poważnie interesował się malarstwem. Na szczęście, przynajmniej z czytelniczego punktu widzenia, japoński twórca stosunkowo szybko przerzucił swoją pasję na literaturę. Kawabata pierwsze dzieła tworzył już w szkole średniej. W okresie studiów przyszła pora na współpracę z kilkoma liczącymi się czasopismami literackimi, a w roku 1925, tuż po opuszczeniu murów Cesarskiego Uniwersytetu w Tokio, Kawabata odniósł pierwszy sukces literacki dzięki opowiadaniu opartym na motywach autobiograficznych, zatytułowanym Tancerka z Izu. Za sprawą niezrównanego Państwowego Instytutu Czytelniczego, polski czytelnik może zapoznać się ze znacznie późniejszymi dziełami Kawabaty – powieść Tysiąc żurawi (1949 r.) oraz rozbudowane opowiadanie Śpiące piękności (1961 r.) wchodzą w skład wydanego w 1987 roku zbioru japońskiego twórcy.

Powieść Tysiąc żurawi to niezwykła historia mężczyzny, którego żywot kształtowany jest przez 4 kobiety, wszystkie w pewien sposób powiązane z jego zmarłym ojcem. Osią centralną, wokół której obraca się fabuła utworu jest ceremonia picia herbaty. Sztuka podawania oraz spożywania tego napoju kultywowana jest w Japonii od czasów epoki Muromachi (XIV – XVI w.). Tradycyjnie rytuał odbywa się w osobnym pomieszczeniu – pawilonie herbacianym, położonym za domem, pośród ogrodowej zieleni. Swoista izolacja altanki symbolizuje odcięcie się na czas ceremonii od codziennych spraw otaczającego świata. Pawilon na krótki moment staje się centrum rzeczywistości, w której znaczenie odgrywają przeszłość, tradycja oraz kultura przodków. Egzystencja głównego bohatera, Kikujiego, na co dzień osobnika raczej nieśmiałego, w dodatku niezdecydowanego, który przez życie brnie samotnie oraz bez wyraźnego pomysłu, ulega diametralnej zmianie, kiedy poddaje się prośbom Kurimoto Chikako, by wziąć udział w ceremonii herbacianej na cześć jego zmarłego ojca. Rzeczywistość wywraca się do góry nogami, kiedy Kikujiego zaczynają wołać głosy odległej przeszłości. Kawabata serwuje czytelnikowi szalenie skomplikowaną relację, która zdaje się rozlewać i plątać w swoje sidła kolejne ofiary – czasy, które odeszły dają o sobie znać i w ten sposób Kikuji staje się wizerunkiem własnego ojca, krystalizacją miłosnych wspomnień dla długoletniej kochanki, wdowy Ōty. W sidła oszalałej miłości trafi jeszcze córka pani Ōty, młoda Fumiko oraz piękna dziewczyna z chustą z wizerunkiem tysiąca żurawi, Yukiko Inamura.

Powieść Kawabaty to misternie plecione arcydzieło, które znakomicie uwypukla dualistyczną naturę kobiety. Za sprawą japońskiego mistrza czytelnik postrzega ją jako istotę delikatną i bezbronną, a przy tym zaborczą i stanowczą, uparcie dążącą do określonego celu, uległą i kuszącą, zdolną do manipulacji, odurzającą swoim ciepłem i zapachem, której czar i piękno chłonie się wszystkimi zmysłami. Każda z bohaterek to swego rodzaju boginie, którym Yasunari Kabata wystawia cudowny pomnik. Najniezwyklejszą osobą z tego damskiego kwartetu jest z pewnością Kurimoto Chikako, która za sprawą znamienia, pokrywającego jej pierś przywdziewa szaty, które w europejskiej tradycji nakazywałyby kojarzyć ją z czarownicą. Piętnu fizycznemu, a więc brzydocie towarzyszy odstręczający charakter, w którym dominuje wścibstwo, ciekawość oraz złośliwość. Chikako z podziwu godnym uporem stara się prząść nici losu Kukijego, troszcząc się o jego szczęście, pojmowane na swój własny sposób, czego jednak nie potrafi docenić sam zainteresowany.

Ciekawa rola przypada również Yukiko, która jako dziewczyna z chustą z tysiącem żurawi staje się symbolem niedostępnego piękna. Jej doskonałość, przejawiająca się zarówno w harmonii szlachetnych rysów jak i czystości duchowej nie pozwalają zbliżyć się do niej Kikujiemu. Młody mężczyzna wedle własnego mniemania jest zbyt splugawiony grzechem, by zasłużyć na obcowanie na każdej płaszczyźnie z istotą tak wspaniałą, tak wytworną, a przez to efemeryczną, wrażliwą na każdy mrok, skalanie, nieczystość. Własna moralna skaza nakazuje wyczerpującą, masochistyczną wręcz ekspiację, która okazuje się rujnująca dla normalnych relacji międzyludzkich.

Kawabata po raz kolejny w stosunkowo krótkim utworze porusza całą mnogość zagadnień. Grzech jako stręczyciel sumienia, który najmocniej przeżywany jest w samotności serca, gdy sam wykraczający poza przykazania wyznacza sobie karę. Piętno postrzegane przez pryzmat brzydoty, jako fizyczna niedoskonałość, dysproporcja, defekt, a tuż obok tego kolejny stygmat, który może stanowić także piękno. Uroda, idealne proporcje ciała, czystość, nieskazitelność mogą być traktowane jako kontrast, opozycja wobec drugiej osoby, która na tle absolutu zostaje bezwzględnie obnażona, wystawiając na widok publiczny własną ułomność oraz kruchość. Dojmujące piękno autor zdaje się także łączyć z samotnością, która wynika ze strachu skalania go. Ponadto godny uwagi jest ambiwalentny stosunek do śmierci, która jako agonia zdaje się być przerażająca, zatrważająca, bowiem nieunikniona, przed którą nie ma ucieczki. Ale równocześnie świadomość jej nieuchronności jest w pewnym sensie uspokajająca – ona jedna nie zawiedzie, przyjdzie i zabierze nas z tego świata, ofiarując wieczne ukojenie, należny spoczynek po znojach ludzkiej egzystencji. Pisarz serwuje również oryginalne spojrzenie na bezpłciowość. Obojnactwo, świadomie wybrany rodzaj nijaki charakteryzowany jest jako nośnik zdrowego rozsądku. Poprzez okiełznanie męskości bądź kobiecości, czyli poskromienie fizycznych żądz, możliwe jest lepsze poznanie psychiki zarówno kobiety jak i mężczyzny.

Równie intrygujące co Tysiąc żurawi prezentuje się drugie dzieło zawarte w zbiorze, opowiadanie Śpiące piękności. Główny bohater, 67-letni Eguchi za namową przyjaciela postanawia odwiedzić tajemniczy hotel, w którym gość spędza noc w towarzystwie pięknej i młodej dziewczyny. Wbrew pierwszym skojarzeniom wcale nie chodzi o dom uciech, a przynajmniej nie o burdel w klasycznym tego słowa znaczeniu. Klientelę nietypowego pensjonatu stanowią wyłącznie starsi panowie, których możliwości seksualne są już tylko echem odległej przeszłości. Miejsce do którego przybywają oferuje im nocleg u boku uroczej, ale głęboko uśpionej kobiety. Sztucznie wywołany sen, w który wprowadza się lokatorki jeszcze przed przybyciem delikwenta sprawia, że kobiety nigdy nie obcują na jawie ze swoim „kochankiem”.

Eguchi, mimo sędziwego wieku różni się zdecydowanie od pozostałych zaufanych, którym dane było zakosztować tajemnicy tego niezwykłego miejsca. Bohater ciągle zdolny jest do zaspokojenia odczuwanego popędu płciowego. Z tego względu Eguchi sytuuje się gdzieś po środku dwóch światów, które ścierają się na jego oczach. Z jednej strony potrafi on zrozumieć jak upokarzające jest doświadczenie, któremu oddają się jego rówieśnicy. Bliskość młodego, nagiego, pięknego ciała wywołuje silne napięcie seksualne, które jednak z powodu dysfunkcji, zaburzeń nie może zostać rozładowane w praktycznie żaden sposób – naczelną zasadą hotelu jest nie wyrządzanie krzywdy uśpionej piękności. Z drugiej strony, sprawny pod każdym względem Eguchi podbudowuje się, dowartościowuje, łechce swoją męskość oraz skłonność do dominacji. Fakt, że może on zgwałcić niczego nie świadomą dziewczynę działa na staruszka niezwykle stymulująco, dając mu przewagę psychologiczną zarówno nad pozostałymi klientami jak i uśpionymi kobietami. Ten brak przynależności do jakiejkolwiek ze stron staje się również bodźcem do snucia bogatych refleksji, poświęconych głównie starości oraz przemijaniu.

Śpiące piękności podobnie jak utwór Tysiąc żurawi to znakomita melodia, w której wybijają się dwa przeciwstawne motywy. Piękno, reprezentowane przez pogrążone w farmakologicznym śnie kobiety zestawione zostaje z brzydotą, której uosobieniem jest starość. Obie wartości zdają się ze sobą rywalizować, konfrontować, ale nie brakuje momentów, w którym harmonijnie ze sobą współgrają. Milcząca towarzyszka okazuje się cierpliwym słuchaczem starczego gderania, powiernikiem, któremu można ofiarować swoją przeszłość wraz z jej ambicjami, marzeniami, ale także klęskami i niepowodzeniami. Młode ciała stanowią również rodzaj ofiary, która przynajmniej dla części starczego grona jest pocieszeniem, ukojeniem. Zatem dobrowolne oddanie się w stanie kompletnej nieprzytomności, która równoznaczna jest z absolutną bezbronnością na łaskę drugiego człowieka można postrzegać jako działanie godne samego bodhisattwy, czyli istoty świadomie rezygnującej z osiągnięcia stanu nirwany na rzecz pomocy innym (podobny motyw pojawia się w Dwóch opowieściach o miłości okrutnej autorstwa Tanizakiego – jeden z narratorów opowiada, że prostytutki są niekiedy traktowane jako bodhisattwy). W końcu postępowanie dziewcząt może jawić się jako zupełne poświęcenie samego siebie dla krótkotrwałego szczęścia innych, czyli heroiczny akt dobroci.

Krótkie opowiadanie stanowiące rodzaj erotycznej baśni to także wspaniały poemat, sławiący kobiecie piękno, które zostało jednak zredukowane wyłącznie do fizycznych atrybutów. Ukazanie dziewcząt tylko przez pryzmat ich cielesności, seksualności wiąże się z dehumanizacją oraz uprzedmiotowieniem rodzaju żeńskiego. Kobiety, jako, że nie reagują ani na słowa głównego bohatera, ani na jego gesty sprawiają wrażenie lalek, pozbawionych uczuć. Ale czy rzeczywiście śpiąca dziewczyna to wyłącznie bezduszna zabawka, z którą nie można porozumieć się żadną miarą?

W Śpiących pięknościach ogromnie spodobało mi się ujęcie sposobu, w jaki funkcjonuje ludzka pamięć. Kawabata umiejętnie odmalował jej skomplikowane działanie, nieodgadnione ścieżki, którymi prowadzi nas do przeszłości, natrafiając po drodze na oazy wspomnień. Ciekawe są także rozważania na temat zła – Kawabata nie pyta o jego istotę, czy źródło, bardziej interesuje go sama definicja, czy sposób jego pojmowania. Zgodnie z retoryką znaną choćby z Głosu góry, egzystencja postrzegana jest jako rzecz, która w końcu człowieka zmęczy, wycieńczy, zgnębi, przyprawi o utrapienie. Czy w świetle tak postawionego problemu wydanie na świat potomstwa, a następnie wychowanie go (a więc w sporej mierze podporządkowanie sobie, niekiedy uzależnianie od siebie, trzymanie na uwięzi) według restrykcyjnych zasad, które mogą okazać się rażąco nieskuteczne w drodze do szczęścia (pojmowanego przez każdego na indywidualną modłę) jest czymś gorszym, bardziej odrażającym niż na przykład niemoralne stosunki z nieletnimi?

Yasunari Kawabata po raz drugi dał się poznać jako autor nietuzinkowy, wręcz groźny, szczególnie z perspektywy myślenia uporządkowanego, zgodnie z którym wszystko ma ściśle określone miejsce oraz funkcje, a świat można sprowadzić do kilku prostych równań. Japończyk udowadnia, że rzeczywistość to niezwykła mieszanina, na którą składa się m.in. przeszłość, bagaż doświadczeń nie tylko nasz, ale również naszych bliskich, a wiele rzeczy dzieje się na skutek naszej bierności, zaniechania wysiłku związanego z podejmowaniem decyzji, wyborów, czy ogólniej rzecz ujmując – myśleniem. Kawabata pokazuje również, że nasze tu i teraz to często suma wielu pozornie błahych wydarzeń, które działając wspólnie, poprzez silną synergię kreują teraźniejszość, z którą wielu boi się skonfrontować.

——————

* W moim prywatnym odczuciu Kawabata, podobnie jak Jun'ichirō Tanizaki oraz Kenzaburo Ōe z niezwykłym kunsztem meandrowali pośród starości, cielesnej niedoskonałości, niepełnosprawności – mniemam, że ich biegłość na tyle przeraziłby Przybosia, że ten również zaliczyłby ich do grona turpistów.

czwartek, 23 stycznia 2014

Okładka książki Głos góry

  Tytuł: Głos góry

  Autor: Yasunari Kawabata

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 235

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Starość to okres naszego życia, przed którym wielu ludzi odczuwa paniczny strach. Trudno powiedzieć, co bardziej przeraża – stan do jakiego może doprowadzić człowieka, czy jej nieuchronność. Zmysły ulegają przytępieniu, mózg zaczyna pracować na nieco wolniejszych obrotach, organizm nie jest już taki odporny, stając się podatniejszy na uszkodzenia oraz kontuzje, skóra traci swoją jędrność i sprężystość, a każdy wysiłek należy okupić znacznie dłuższym czasem regeneracji. Starość może prowadzić również do krępujących sytuacji, które wiążą się z coraz mniejszą samodzielnością oraz zależnością od innych ludzi, których pomoc okazuje się nieodzowna do prawidłowego funkcjonowania. Nie ma się zatem czemu dziwić, że jesień naszego życia rzadko kiedy jest tematem rozmów. Szczególnie za sprawą współczesnej kultury, hołubiącej młodość oraz ciało, będące symbolem seksualności, starość spychana jest margines społecznego zainteresowania, podczas gdy jest ona rzeczą tak intrygującą. Dla przykładu, czy starość to etap naszej egzystencji, do którego dochodzi się w sposób o charakterze ciągłym, czy raczej dyskretnym? Czy jest to bardziej stan umysłu, czy nie będąca do przeskoczenia kwestia fizjologii? Czy w życiu człowieka pojawia się wyraźna granica, po przekroczeniu której możemy sklasyfikować go jako staruszka? Czy dezintegracji cielesnej zawsze musi towarzyszyć postępująca dekompozycja psychiczna? Popkultura rzadko porusza się w tych zagadnieniach, ale na szczęście dobra literatura nie ulega filisterskiej modzie. Starość często gości na kartach powieści, czego najlepszym przykładem może być Głos góry, autorstwa Yasunariego Kawabaty.

Urodzony w 1899 roku w Osace, zmarły w 1972 roku w Zushi, Yasunari Kawabata to japoński artysta, który uważany jest, obok Jun'ichirō Tanizakiego oraz Sōseki Natsume za jednego z trzech najwybitniejszych współczesnych pisarzy pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ten zdolny literat zanim zakosztował sławy, otrzymał od życia wiele ciosów. Jako kilkuletni chłopiec utracił rodziców, kilka lat później zmarła opiekująca się nim babcia, a wkrótce po niej Kawabata pożegnał także swoją siostrę. Trudne, przepełnione stratami bliskich dzieciństwo odcisnęło wyraźne piętno na twórczości pisarza. Od wczesnej młodości Kawabata wiele czasu poświęcał na lekturę książek, zapoznając się m.in. z europejskimi przedstawicielami modernizmu. Jak widać to kolejny wybitny japoński autor, obok Tanizakiego, Tomojiego Abe, czy Kenzaburo Ōe, który zetknął się z literaturą europejską, nie ulegając jednak jej wyraźnemu wpływowi. Kawabata w swojej prozie nie stronił od rodzimej tradycji oraz kultury, akcję książek osadzając w Japonii, a mimo to jego dzieła okazały się wspaniałymi nośnikami wartości uniwersalnych, które zostały docenione także na świecie. W 1968 roku w uznaniu za mistrzowską narrację, która z ogromną wrażliwością przedstawia esencję japońskiego ducha, Kawabata otrzymał prestiżową Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Mimo to, zmierzch życia artysty to niezbyt szczęśliwy dla niego okres – w 1970 roku dają o sobie znać demony przeszłości, kiedy to życie odbiera sobie oddany przyjaciel, Yukio Mishima. Dwa lata później, w roku 1972, schorowany i zmęczony Kawabata także popełnia samobójstwo.

Za jedno z najwybitniejszych dzieł Yasunariego Kawabaty uważana jest powieść Głos góry, pisana w latach 1949 – 1954. Głównym bohaterem jest Shingo Ogata, sześćdziesięciokilkuletni mieszkaniec Kamakury, leżącej 50 km od Tokio, dawnej stolicy Japonii za czasów siogunatu Kamakura. W pewną księżycową noc, z rodzaju tych, kiedy obojętne i odległe gwiazdy migoczą na nieboskłonie, cisza otula szczelnym całunem całą przyrodę, tak, że nie wydobywa ona nawet najmniejszego tchnienia wiatru, nie słychać choćby szelestu trawy, a zimne, żółte światło ziemskiego satelity obmywa niewyraźne kontury drzew, w taką właśnie noc, pośród harmonicznego milczenia Shingo usłyszał rozlegające się, przejmujące wołanie – głos góry. Dla bohatera interpretacja tego niezwykłego zjawiska jest klarowna – już wkrótce przyjdzie mu odejść z tego świata. Od tego momentu Shingo zaczyna zauważać cały szereg znaków, które mają stanowić o jego niedalekim zgonie. Pamięć, a więc najcenniejsza skarbnica każdego człowieka, pogarsza się z dnia na dzień, stając się coraz bardziej zawodną, dziurawą niczym sito, czyli naczyniem, na którym nie można już w pełni polegać. Degradacji umysłu towarzyszy irytacja, będąca wynikiem bezradności. Shingo ze zgrozą uzmysławia sobie również, że jego rówieśnicy, przyjaciele, znajomi z czasów szkolnych, koledzy z pracy zaczynają odchodzić. Kolejne pogrzeby, w których uczestniczy utwierdzają go w przekonaniu, że i na niego wkrótce przyjdzie pora. Ponadto Shingo zaczynają męczyć dziwne sny. W niektórych spotyka się on z ludźmi, którzy już umarli. W tym przypadku wyjaśnienie samo nasuwa się na myśl – Ci którzy odeszli wołają Shingo, oczekując jego rychłego przybycia. Co interesujące, bohater w miarę jak wedle własnego mniemania coraz szybciej zbliża się do śmierci, staje się wrażliwszy na otaczającą go przyrodę. Być może to świadomość, że wkrótce się z nią zespoli sprawia, że człowiek zaczyna zwracać na nią większą uwagę, lepiej odczytywać sygnały, które ta do niego śle? Wspomnienia kasztana spadającego z drzewa w dniu ślubu, kwitnąca zimą wiśnia, czy Księżyc skąpany w płomieniach chmur odsłaniają nie tylko swoje piękno, ale i znaczenie – zmysł obserwacji starzejącego się bohatera, jest bardziej wyostrzony, pozwalając lepiej docenić bogatą symbolikę natury, obok której wielu ludzi przechodzi obojętnie.

Shingo, jak każdy człowiek przeczuwający własny zgon, pragnie przed śmiercią zamknąć wszelkie ziemskie sprawy. Na pierwszy plan wysuwa się rodzina, w której ostatnio nie dzieje się najlepiej. Córka Shingo, Fusako, matka dwóch dziewczynek Satoko i Kuniko, odeszła niedawno od zaniedbującego ją męża, Aihary, który pozyskane z trudem pieniądze wolał przeznaczać na używki. Mało atrakcyjna Fusako wraca na łono domu państwa Ogatów, ale i tutaj nie potrafi odnaleźć spokoju. Mierzi ją fakt, że własny ojciec zdecydowanie bardziej niż nią interesuje się piękną synową, Kikuko, okazując jej znacznie więcej zrozumienia i zainteresowania. Jednak małżeństwo Kikuko i syna Shuichiego to także swoisty cierń, który rani duszę Shingo. Powróciwszy szczęśliwe z wojny, Shuichi jest diametralnie innym człowiekiem – nie szanuje własnej żony, za to coraz więcej czasu poświęca kochance. Ponadto zostaje skażony piętnem obcości – nawet rodzicie nie potrafią rozpoznać w nim człowieka, który opuszczał dom rodzinny, wyruszając na walkę w obronie ojczyzny.

Shingo stawia sobie za cel rozwiązanie problemów, trapiących jego bliskich. Śledząc jego poczynania przekonujemy się jak niezdarną oraz interesowną istotą jest człowiek, szczególnie jeśli chodzi o pomoc innym. Shingo często wspomina zmarłą starszą siostrę swojej żony Yasuko, w której był zadurzony w młodości. Zaskakują go przy tym różnice w wyglądzie pomiędzy rodzeństwem. Uroda Yasuko jest tak poślednia, że aż trudno o jakiekolwiek porównanie z pięknem starszej siostry. Z tego powodu Shingo za brzydotę córki, w skrytości ducha obwinia swoją małżonkę. Wygląd Fusako zestawia przy tym z efemerycznym urokiem Kikuko. Nawet kilkuletnie wnuczki stają się dla Shingo obiektem obserwacji – pragnie on gorąco dostrzec chociaż w jednej z nich nieskazitelne rysy starszej siostry swojej żony. Jak widać kolejny raz w literaturze japońskiej pojawia się motyw znany dobrze polskiemu czytelnikowi z Lalki Prusa, a więc niespełniona miłość oraz jej projekcja na wyidealizowany, fantasmagoryczny, nie mający odpowiednika w rzeczywistości obiekt.

Shingo plącze się więc we własnych działaniach, a trzecioosobowy narrator przy okazji relacji jego losów, raczy czytelnika zarówno znakomitymi opisami obyczajowości oraz kultury japońskiej jak i problemami, które dotyczą ludzi pod każdą szerokością geograficzną. Oprócz dominującego tematu śmierci, pojawia się m.in. kwestia spustoszenia, których w umyśle człowieka dokonują wojenne doświadczenia. Shuichi, który brał udział w walkach wiedzie na pozór normalną egzystencję. Pozostaje w związku małżeńskim, codziennie wraz z ojcem zarabia pieniądze, zajmując się pracą biurową. Kiedy jednak czytelnik z bliska poznaje jego relacje z najbliższymi, okazuje się, że Shuichi to gruboskórny, okrutny egoista, niezdolny do empatii. Nawet jego własnych rodziców zaskakuje bezduszność oraz niedelikatność syna. Drastyczne przeżycia, o których tylko niekiedy wspomina Shuichi odcisnęły wyraźne piętno na jego psychice, rujnując niemal doszczętnie jego duchowość. Na podstawie sylwetki psychologicznej Shuichiego, Kawabata znakomicie uzmysławia jak bardzo obcy jest w wielu przypadkach drugi człowiek, nawet dobrze nam znany. Niemal zawsze stanowi on zagadkę, tajemnicę dla otoczenia, której rozwikłanie nie jest do końca możliwe. Stąd wniosek, że nieprawdopodobne jest również osiągnięcie pełnego zrozumienia pomiędzy dwoma osobami, zrozumienia, które jest na pozór niezbędnym ogniwem miłości. Chociaż, może to właśnie miłość, objawiająca się pełnym zaufaniem oraz szacunek wobec bliźniego, jest jedynym spoiwem, który potrafi scementować związek dwójki ludzi, nawet pomimo faktu, że nigdy nie zdołają się oni w pełni wzajemnie poznać?

Inną, piekielnie interesującą kwestią, którą porusza Kawabata jest aborcja. W jednej z gazet Shingo czyta, że Według doniesień Wydziału Zdrowia Publicznego prefektury Aomori wśród kobiet przerywających ciążę (zgodnie z ustawą o eugenice) na obszarze prefektury znajdowało się 5 dziewcząt piętnastoletnich, 3 czternastoletnie i 1 trzynastoletnia; natomiast w wieku licealnym – 400 dziewcząt od szesnastu do osiemnastu lat. W grupie wszystkich przerywających ciążę licealistki stanowiły 20 procent. Samemu Shingo bardzo zależy na tym, by pewne dziecko nie znalazło się na świecie. Ba, przypisuje sobie prawo, by żądać dokonania aborcji od kobiety, którą zna bardzo słabo, wręcz powierzchownie. Wychodzi on z założenia, że są pewne okoliczności, w których kobieta absolutnie powinna zrezygnować z poczęcia dziecka. W naszym kraju panuje wręcz odwrotne przekonanie – w mniemaniu wielu nie istnieją żadne sytuacje, które usprawiedliwiałyby przerwanie ciąży, nawet zagrożenie życia matki. Podejścia przeciwstawne, ale posiadające wspólny mianownik – gorącymi orędownikami obu rozwiązań są mężczyźni. Zatem także Kawabata zwraca uwagę, że to właśnie mężczyźni, którzy nie noszą dziecka w swoim łonie, którzy nie rodzą, którzy nie karmią go własną piersią mają często najwięcej do powiedzenia w sprawie aborcji, chociaż nigdy nie będzie im dane odczuć całej palety emocji, jakie towarzyszą kobiecie przy nadziei. Nie przeszkadza to im w wydawaniu opinii, które wg własnego mniemania powinny być wiążące, nie pozostawiające kobiecie prawa wyboru. Osobiście wydaje mi się, że problem aborcji to sprawa, która ciągnie się za człowiekiem niemal od początku jego istnienia, bowiem wynika bezpośrednio z relacji płeć brzydka-płeć piękna. Kobiety od zawsze, w mniejszym lub większym stopniu redukowane są do funkcji zaspokajania seksualnych potrzeb oraz wydawania na świat potomstwa. Walka o niezależność, o emancypację może odbywać się poprzez negację tych pojęć. Zgodnie z tym tokiem rozumowania, kobieta, która samodzielnie definiuje swoją seksualność, która sama decyduje o swoich partnerach, która wreszcie sama rozstrzyga, czy urodzić dziecko, czy też nie, to istota wolna. Poprzez takie postawienie sprawy, ofiarami reakcyjno-feministycznego konfliktu zawsze będą dzieci nienarodzone, które obie strony uprzedmiotawiają, traktując je wyłącznie jako manifestację własnych przekonań.

Oczywiście proza Kawabaty pozbawiona jest tego typu dygresji, jak powyższa. Styl japońskiego mistrza zmusza do samodzielnych refleksji poprzez delikatne zarysowanie danego tematu. Pod tym względem umiejętności pisarskie Kawabaty przypominają talent wspomnianego w powieści Watanabe Kazana, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku uczonego i rysownika, który za pomocą kilku delikatnych kresek potrafił stworzyć przejmujący, zapadający w pamięć obraz. Podobnie jest z literackim stylem Kawabaty, który za pomocą cieniutkiej siateczki słów splata misterną historię, pozornie prostą, ale mieniącą się całą paletą ukrytych znaczeń oraz symboliki. Szczególnie tej ostatniej nie brakuje w powieści. Znaczące są zarówno nazwy poszczególnych rozdziałów, sam tytuł powieści jak również sny głównego bohatera. Senne projekcie Shingo, które pojawiają się bardzo często stanowią ważny element utworu, pozwalając lepiej zrozumieć motywy postępowania bohatera. Część z nich odsłania przed samym Shingo ciemne zakamarki własnej duszy – zdeformowane i brzydkie – zepchnięte na samo dno podświadomości. Stanowią one rodzaj rzutnika, który wyświetla człowiekowi własne pragnienia, do których sam przed sobą nie potrafi, bądź wstydzi się przyznać.

Podstawowym tematem, o który zahacza Kawabata jest śmierć. Pisarz ukazuje ludzkie postawy wobec jej nieuchronności. Znakomicie przedstawia naturalny lęk, który towarzyszy nam w jej obliczu. Człowiek staje się coraz bardziej zniedołężniały, a przez to coraz bardziej zdany na łaskę losu oraz bliskich. Fenomenalnie została ukazana scena, w której główny bohater zapomina jak zawiązać krawat. Błaha czynność, wykonywana niemal bezwiednie przez 40 lat okazuje się istotną kotwicą, która utrzymuje w ryzach codzienną egzystencję. Nagłe, zupełnie niespodziewane zniknięcie tej umiejętności (która nie jest nieodzowna, bez której można się obejść bez żadnych poważnych konsekwencji) w oczach Shingo urasta ono do monstrualnych rozmiarów, napawając go atawistycznym przerażeniem. Kawabata świetnie uwypukla strach przed rozpadem własnej osobowości, przed stopniowym, sukcesywnym zanikaniem. Swoistym panaceum na tę zgrozę jest możliwość decydowania o momencie własnej śmierci, z której to sposobności skorzystał sam autor.

Reasumując, Głos góry autorstwa Yasunariego Kawabaty to dzieło wybitne. Prezentowany przez autora wycinek historii ludzkiego życia, który przez chwilę czytelnik ma okazję podejrzeć to znakomite studium egzystencji każdego z nas. Utwór, podobnie jak dzieła choćby Tanizakiego, charakteryzuje się otwartym zakończeniem. Odbyliśmy wspólną wędrówkę razem z bohaterami, fascynującą oraz skłaniającą do refleksji, ale przyszła pora, żeby się rozstać – każdy z nas podąży we własną stronę, a życie spokojnie będzie toczyć się dalej. Brak wyraźne pointy jest wynikiem kompozycji utworu, który w sposób ciągły pobudza nasz umysł do pracy, a nie tylko na końcowych stronach. Z tego względu powieść Kawabaty warto czytać nieśpiesznie, w skupieniu, w pełni oddając się lekturze, z której osobiście czerpałem ogromną przyjemność. Książka japońskiego prozaika jest o tyle szczególna, że bardzo ważne tematy ukazuje z oryginalnej perspektywy – choćby życie, bardziej niż jako dar postrzegane jest jako męcząca udręka, od której przynajmniej na chwilę chciałoby się odpocząć – jak ziarno lotosu zakopać się w ziemi na kilka tysięcy lat, by po rozwiązaniu wszelkich trapiących nas problemów ponownie rozkwitnąć. Perspektywa zarówno niepokojąca jak i kusząca.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Okładka książki Dwie opowieści o miłości okrutnej

  Tytuł: Dwie opowieści o miłości okrutnej

  Autor: Jun’ichirō Tanizaki

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 194

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

 

 

Ludzka natura skrywa w sobie niejedną sprzeczność i właśnie przez to, że wcale nierzadko jest ona nosicielką rzeczy stojących w stosunku do siebie w wyraźnej opozycji jest tak fascynująca. Weźmy na przykład nasze podejście do tego co obce, w jakiś sposób inne, odbiegające od naszej codzienności. Z jednej strony naturalnym odruchem wobec nieznajomych jest nieufność, która niekiedy przybiera wręcz postać otwartej wrogości. Nie wiemy czego spodziewać się po osobie, o której nie posiadamy żadnych informacji, więc podświadomie przypisujemy jej najgorsze intencje. Z drugiej zaś strony, narzekając na niedolę i trudy prowadzonej egzystencji, często dochodzimy do wniosku, że gdzieś w odległych krajach, których nazwy kojarzymy zaledwie ze słyszenia, ludziom musi żyć się lepiej i lżej. Odczuwamy zatem trudną do wysłowienia i nazwania tęsknotę za nieznanym, gardząc przy tym własną jakże nudną i wtórną codziennością. Nasza własna tradycja, kultura, czy folklor zdają się mało atrakcyjne, szczególnie w porównaniu z zachodnimi, czy orientalnymi wzorcami. I dopiero gdy zasmakujemy obcego życia, zanurzymy się w społeczeństwie kojarzonym dotychczas wyłącznie za sprawą mieszaniny stereotypów i mglistych faktów, dowiadując się co nie co o jego zwyczajach, historii, etc., potrafimy z należytym szacunkiem spojrzeć na rodzinne strony, w których przyszło nam dorastać oraz żyć.

Oczywiście proces odnajdywania w sobie zaintrygowania własnym narodem i jego spuścizną nie u każdego ma miejsce, nie zawsze przebiega też w sposób taki, jak wyżej opisany. Ale takie wypadki na pewno zachodzą, a najlepszym tego potwierdzeniem jest żywot Jun'ichirō Tanizakiego, japońskiego artysty, uważanego za jednego z trzech (obok Kawabaty i Natsume) największych pisarzy współczesnych Kraju Kwitnącej Wiśni. Tak jak starałem się to ukazać przy okazji lektury zbioru zawierającego powieści Dziennik szalonego starca oraz Niektórzy wolą pokrzywy, Jun'ichirō Tanizaki przebył odległą drogę od autentycznej i nieskrywanej pogardy do szczerej i głębokiej fascynacji własną kulturą. To co początkowo wydawało się przaśne, miałkie, skazane na zagładę w pomrokach dziejów wybuchło oszałamiającym pięknem, które raziło i oślepiało, nie pozwalając wątpić w swoją siłę i moc.

Piękno, czyli subiektywne poczucie doskonałości, wynikające czy to z harmonicznego połączenia tonów, idealnego zachowania proporcji, czy też matematycznej prostoty jest również tematem, o który zahacza krótki zbiór dwóch dzieł Jun'ichirō Tanizakiego, zatytułowany Dwie opowieści o miłości okrutnej wydany na polskim rynku przez niezastąpiony Państwowy Instytut Wydawniczy w 1971 roku. Ale przyznać trzeba, że japoński mistrz pióra, podobnie zresztą jak miało to miejsce w przypadku utworów Dziennik szalonego starca oraz Niektórzy wolą pokrzywy, przedstawia tematy wyświechtane i doskonale znane w sposób nie dość że oryginalny to często jeśli nie kontrowersyjny to przynajmniej niecodzienny i przewrotny. Nie inaczej jest w tym przypadku, kiedy na warsztat zostaje wzięte piękno, a więc wartość, która już w domyśle posiada pozytywne konotacje. Bohaterowie naszych bajek, które tak silnie pragnęlibyśmy uczynić rzeczywistością, oprócz mądrości, inteligencji, czy altruizmu często odznaczają się urodą. Pięknu wewnętrznemu, szlachetnej duszy, towarzyszy zatem piękno zewnętrzne – perfekcyjna oprawa dla bogatej zawartości. Ale co dzieje się w przypadkach, gdy istota niepośledniej urody skrywa w sobie mrok, który może być dla innych źródłem cierpienia? A cóż dopiero, kiedy we wszystko wmieszać jeszcze miłość, uczucie nierzadko ślepe i nieprzewidywalne?

Pierwsza z zaprezentowanych historii, Ashikari, czyli Źle mi bez Ciebie, to krótki utwór o kompozycji powieści szkatułkowej. Narrator, wrażliwy osobnik o romantycznym usposobieniu, wybiera się na wieczorną kontemplację księżyca w okolicę świątyni Minase, na miejscu której znajdowała się niegdyś cesarska rezydencja. Pośród sitowa, na piaszczystej ławicy rozcinającej nurt rzeki Yodo na dwie części, narrator oddaje się podziwianiu urody księżyca w pełni. W umyśle poczynają wyłaniać się obrazy przeszłości, sączą się również strofy wierszy. Ekstatyczny stan przerywa pojawienie się niespodziewanego gościa – nieznajomy, który materializuje się nagle, niczym zjawa także okazuje się wieczornym amantem księżyca. Przy kilku czarkach sake, w bladym świetle serwuje niezwykłą historię miłosną, która stała się udziałem jego ojca.

Utwór drugi, zatytułowany Shunkinshō, czyli Rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy, również zostaje opowiedziany przez pierwszoosobowego narratora, który na podstawie biografii, źródeł historycznych oraz relacji bezpośrednich świadków stara się odtworzyć więź łączącą niewidomą mistrzynię oraz nauczycielkę gry na samisenie i koto, Shunkin oraz jej ucznia, służącego i kochanka, Sasuke. A wspomnieć należy, że uczucie, które wykiełkowało pomiędzy tą dwójką z pewnością nie jest łatwe to zaprezentowania. Oto bowiem piękna, ale i kapryśna Shunkin, niewidoma od dziewiątego roku życia, odznacza się wyjątkową złośliwością, traktując otoczenie z bezbrzeżną pogardą, przejawiając wszystkie te cechy już jako dziecko. Sasuke, starszy o cztery lata od Shunkin pomocnik, terminujący u jej ojca, od pierwszego wejrzenia zakochuje się w młodej dziewczynce, którą darzy bezbrzeżnym uwielbieniem. Z czasem para staje się nierozłączna, chociaż Sasuke cały czas egzystować będzie na prawach uniżonego sługi, czy mało pojętnego ucznia, wiecznie łajanego i bitego przez swoją panią profesor. Skomplikowane uczucie, które połączyło Shunkin i Sasuke zostaje odmalowane przez narratora z nabożnym pietyzmem, w sposób szczegółowy i pieczołowity, odsłaniając przed czytelnikiem całą niezwykłość tej relacji, której punktem zwrotnym jest utracenie wzroku przez Sasuke.

Obie krótkie opowieści koncentrują się na portrecie kobiety rozpieszczonej przez wychowanie, która staje się osobą wyniosłą i pyszną, ani przez moment niewątpiącą o własnej wielkości i wyjątkowości. Zaprezentowane przedstawicielki płci pięknej traktują innych, zarówno najbliższych jak i nieznajomych, z wysokości swego majestatu niczym służących, których jedynym celem zdaje się ułatwianie i umilanie egzystencji swojej pani. Przedstawiane kobiety, które z równą gracją, swobodą i wprawą potrafią okazywać zarówno czar i wdzięk jak i okrucieństwo i małostkowość, posiadają zdumiewającą łatwość do manipulowania otoczeniem, czy roztaczania niemal absolutnej władzy nad wielbiącym je mężczyzną. Fizycznemu pięknu towarzyszy rodzaj duchowej skazy, którą może być próżność, kapryśność, a nawet sadyzm. Piękno może okazać się zatem wartością niszczycielską, destrukcyjną, która w pewien sposób zakłóca ład i harmonię świata, wprowadzając do niego zazdrość, czy nienawiść.

Ponadto Ashikari, czyli Źle mi bez Ciebie to dzieło znakomicie uzmysławiające kruchość i nietrwałość ludzkich poczynań, które w dłuższej perspektywie czasu, przemijają bez śladu. Co interesujące, pesymistycznym rozmyślaniom o marności ludzkiego żywota zdają się jawnie zaprzeczać przywoływane wiersze, teksty, obrazy, ogólnie dzieła z epok dawno minionych. W końcu nawet takie efemeryczne reminiscencje świadczą o nieśmiertelności ludzkiego, twórczego ducha. Z kolei Shunkinshō, czyli Rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy można postrzegać jako wartościową historię XIX-wiecznej japońskiej feministki, która przez swoje podejście do życia, samowystarczalność, nieugiętość wobec opinii publicznej o dobrych kilkadziesiąt lat wyprzedziła własną epokę, w której kobieta postrzegana była głównie jako dodatek mężczyzny.

Reasumując, Jun'ichirō Tanizaki ponownie dał się poznać jako twórca ogromnego kalibru, udowadniając, podobnie jak Yukio Mishima, że miłość, czy piękno, a więc zagadnienia na pozór doszczętnie wyeksploatowane, posiadają jeszcze spore pokłady literackiego ładunku. Całość zaserwowana jest pięknym, poetyckim wręcz językiem, który lubi piętrzyć się w długie i misterne słowne konstrukcje. Obcowanie z prozą Tanizakiego, która łączy ze sobą pozorne sprzeczności i wyjaśnia je, można przyrównać do estetycznego przeżycia. Zachwyt jest zresztą podwójny, bowiem wprawnemu posługiwaniu się słowem towarzyszy ogromna wartość merytoryczna poruszanych kwestii.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita