Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: literatura francuska

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Okładka książki Dom schadzek

  Tytuł: Dom schadzek

  Autor: Alain Robbe-Grillet

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 198

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Nowa powieść, czyli gatunek literacki, który narodził się w latach 50’ XX wieku we Francji miał być swoistą łaźnią. Obmywszy się z niej z tradycyjnego psychologizmu, czy egzystencjalizmu, które przywarły do literatury niczym brud, powieść miała przerodzić się w powieść obiektywną, zwaną też powieścią fenomenologiczną, kontynuując w ten sposób swój rozwój po latach zastoju. Twórcy nouveau roman podnosili szumne hasła o odnowie gatunku, o zerwaniu z dotychczasową wtórnością, etc. Narzędzia, które miały posłużyć renesansowi wybrano dość oryginalne – głęboki subiektywizm podmiotu lirycznego, towarzyszące mu zaburzenia chronologiczne fabuły, wreszcie rezygnacja z ciągów przyczynowo-skutkowych, zgodnie z którymi jedno wydarzenie jest następstwem uprzedniego. Jeśli połączyć to z mało przejrzystą narracją oraz specyficznymi bohaterami, którzy byli pozbawieni głębszych cech osobowościowych to nietrudno o skojarzenie ze swoistym kolażem, do którego coraz bardziej zaczynała upodabniać się nowa powieść – kompozycja literacka formowana była dość przypadkowo, przy zastosowaniu równie przypadkowych materiałów i tworzywa. Mimo ambitnych zapowiedzi i całkiem pokaźnej ilości interesujących dzieł idea nouveau roman samoczynnie wygasła jeszcze w latach 70’ ubiegłego stulecia. Oczywiście do dziś widnieją po niej ślady – o antypowieści wspomina się na studiach humanistycznych na przedmiotach związanych z historią literatury, istnieje też dość pokaźne grono książek, które pozostawili po sobie w spadku twórcy nouveau roman, do których zalicza się także Alain Robbe-Gillet.

Antypowieść zainteresowała również naszego rodzimego artystę, Stanisława Lema, kojarzonego głównie jako pisarza science fiction. Ale redukowanie działalności literackiej Lema wyłącznie do fantastyki naukowej to działanie tyle krzywdzące, co nieprawdziwe. Polski geniusz zajmował się także filozofią oraz literaturoznawstwem. Dokonując analizy kilku utworów z nurtu nouveau roman, Lem zaproponował bardzo oryginalne podejście, do którego zaprzągł matematykę. Rozumowanie polskiego literata opierało się na fakcie, że dotychczasową rolą powieści było powiadamianie czytelników o zdarzeniach, które zaszły – ich odwzorowanie (lepsze lub gorsze) oraz skomentowanie. Książki stanowiły więc swoistą wiadomość. Antypowieść zamiast transponować rzeczywistość w literacką fikcję, samodzielnie kreowała niezależny układ, autonomiczny system ze znaków. Zatem nouveau roman tak jak matematyczny model*, nie odnosiła się do rzeczywistości, do jej cech, a koncentrowała się na samej sobie, składając się z pewnych znaków oraz reguł definiujących metody ich używania, łączenia, czy przekształcania.

Kolejną powieścią z nurtu nouveau roman, które dane było mi poznać był Dom schadzek autorstwa Alaina Robbe-Gilleta. Utwór powstał w 1965 roku, jest to więc dzieło znacznie późniejsze w stosunku do Gum (1953 rok) oraz Żaluzji (1957 rok). Jednak gdybym wszystkie trzy pozycje miał umiejscawiać na osi, której grot zwrócony byłby w kierunku powieści fenomenologicznej, Dom schadzek znalazłby się pomiędzy Gumami a Żaluzją. Gumy posiadają zdecydowanie najwięcej punktów stycznych z klasyczną powieścią. To historia agenta specjalnego, przybywającego do niewielkiej mieściny, w której gościł już w dzieciństwie, próbującego rozwiązać zagadkę tajemniczej zbrodni. Śledztwo utrudnia fakt, że brakuje ciała ofiary, a sam detektyw z biegiem czasu zaczyna coraz bardziej upodabniać się do rzeczonego mordercy. Pod tym względem Gumy to tradycyjna powieść, do której jednak wpleciono elementy nouveau roman. Fabuła ulega zaciemnieniu – na równych prawach ukazane zostają przez narratora fakty oraz domysły, tak, że w danej chwili nie wiemy, czy mamy do czynienia z projekcją wyobraźni, czy z rzeczywistością. Ponadto całość spięta jest efektowną klamrą – akcja rozpoczyna się w momencie, kiedy zatrzymuje się zacinający się zegarek głównego bohatera (wskazuje godzinę, w której popełniono zbrodnię) i rusza dokładnie 24 godziny później, gdy przestępstwo rzeczywiście zachodzi. Zgoła inaczej prezentuje się Żaluzja, która zdecydowanie bardziej przypomina kolaż niż powieść. To plątanina zdarzeń, czy raczej krótkich scen, odtwarzanych z różnych ujęć, w różnej sekwencji, z której praktycznie niemożliwe jest wyciągnięcie wyraźnego wątku fabularnego. Zamiast obrazu, który jest kompletnie nieczytelny otrzymujemy jego fakturę.

Dom schadzek sytuuje się gdzieś pośrodku. To także utwór posiadający znamiona kryminału. Dochodzi do zabójstwa i trwają poszukiwania winnego. Przedmioty oraz ich drobiazgowy opis przytłaczają akcję, która jest jednak na tyle dynamiczna, że nie zostaje zupełnie zduszona, jak miało to miejsce w przypadku Żaluzji. W Domu schadzek fabuła również jest poszatkowana, ale na większe kawałki, dłuższe sekwencje. Ciekawym zabiegiem Robbe-Gilleta jest swoiste zapętlenie – każda scena wynika płynnie z poprzedniej. Przy czym te same ujęcia są często powtarzane, wraca się do nich, ale ich ponowne wyświetlenie odbywa się z innej perspektywy. Z tego względu czytelnik zauważa nowe szczegóły, o których nie wspominano wcześniej albo następuje umieszczenie tego samego motywu w zupełnie innym kontekście. Poszczególne sceny zlewają się ze sobą, wspomniane płynne przejście często utrudnia, albo wręcz uniemożliwia czytelnikowi zorientowanie się, czy obserwuje on nowy obraz sytuacyjny, czy wciąż tkwi przy tym samym. Dla przykładu na początku razem z narratorem oglądamy wystawę sklepową z manekinem wyobrażającym kobietę, wyprowadzającą psa na spacer. W następnym ujęciu mamy już do czynienia z rzeczywistą kobietą, sunącym zdecydowanym krokiem przez ulicę z wielkim psiskiem. Na chodniku intensywnie pracuje zamiatacz, pod miotłę którego trafia magazyn, na którym widnieje obraz kobiety z psem na spacerze, która przybywa pod kamienicę, z której wychodzi z tajemniczą paczką. Następna perspektywa ujawnia, że dziewczyna z psem znajdują się na scenie teatru, odgrywając rolę w przedstawieniu, itd., itd.

Co jeszcze bardziej intrygujące, powtórzone sceny rzeczywiście charakteryzują się większą ilością detali, ale nierzadko nowy obraz okazuje się sprzeczny z poprzednim. I tak na początku widzimy czerwoną kanapę, później żółtą kanapę, dalej kanapę w żółto-czerwone pasy, itd. Podobna niekonsekwencja, o zgrozo, została użyta przy opisie zdarzeń. Z tego powodu ofiara zostaje zabita na kilka różnych sposobów, przez różnych sprawców (narrator nie omieszka podać motywów, którymi kierował się każdy z nich), w zupełnie innych okolicznościach. Co gorsza, nawet trup nie leży spokojnie, zmieniając swoje ułożenie, nie wiadomo również, kiedy dokładnie miało miejsce przestępstwo, bowiem tak jak i sceneria, zmienia się czas popełnianie zbrodni. Wszystko to wzmaga chaos i mnogość wypadków, które powtarzając się w różnych figurach i kombinacjach, przeplatają się, zazębiają i przenikają.

Zaskakujący jest również minimalizm w kreacji sylwetek bohaterów, w przypadku których nie może być mowy o jakichkolwiek rysach charakterologicznych. Postacie funkcjonują w antypowieści na tych samych prawach co przedmioty, poświęca się dokładnie tyle samo czasu i precyzji w ich opisie, co rzeczom martwym. Z tego względu bardziej sprawiają oni wrażenie tekturowych dekoracji niż realnych postaci. Ta swoista obojętność narracyjna, ostracyzm w prezentacji ludzi przejawia się niechlujnością, brakiem precyzji. Johnson, czy Jonstone, czy coś w tym rodzaju, Lauren zmieniająca imię w kolejnej scenie na Loraine, Marchand ewoluujący w Marchata, oto jak traktowani są bohaterowie. Niejasność wzmagają ponadto narracyjne sztuczki – zamordowany Manneret piszący tekst, który po chwili przeradza się w historię, której akcja rozgrywa się w kolonialnym domu schadzek, a w trakcie przyjęcia goście dyskutują nad świeżo zasłyszaną wiadomością na temat zamordowania itd., itd. Pierwszoosobowa narracja przeradza się chwilami w bezosobową relację, a kilka razy podmiotem snującym całą historię wydaje się sam Johnson, czyli główny podejrzany o zbrodnię. Nazwiska artystów, których rzeźby, obrazy przewijają się w powieści zawsze okazują się nazwiskami któregoś z bohaterów. Dodatkowo często dochodzi do pomieszania przyczyny ze skutkiem i tak dla przykładu raz dowiadujemy się, że Lauren zostaje luksusową prostytutką z powodu samobójczej śmierci narzeczonego Marchanda, innym razem okazuje się, że Marchand odbiera sobie życie, bowiem nie może zdobyć serca Lauren, pensjonariuszki tytułowego domu schadzek.

Utwór to zatem wspaniały model literacki (na pozór matematyczny) misternie skonstruowany z elementów wchodzących ze sobą w różnorakie interakcje, których swoboda przekształceń i operacji zostaje ograniczona pewnymi regułami. Na dobrą sprawę zasady te sprowadzają się do realności, czy możliwości zajścia poszczególnych zdarzeń. W Domu schadzek nie występują żadne zjawiska nadprzyrodzone, fantastyczne, które w wyraźny sposób łamałyby zasady fizyki. Na przykład mężczyzna zakochuje się w młodej prostytutce i pragnąć ją wykupić z luksusowego burdelu rozpoczyna gorączkowe poszukiwania gotówki. W opinii organów ścigania, zdesperowany kochanek posiada więc wystarczający motyw do popełnienia zbrodni na podstarzałym milionerze, którzy zajmuje się udzielaniem pożyczek. Cała historia mogłaby wydarzyć się w naszej rzeczywistości – zachłanna miłość popycha do czynów ostatecznych. Chociaż za sprawą subiektywnego narratora równie prawdopodobne są inne scenariusze, zgodnie z którymi staruszek ginie w innych okolicznościach, z rąk różnych morderców. Zatem osobnik snujący tę osobliwą opowieść w niczym nie pomaga czytelnikowi, wręcz przeciwnie, co rusz zaciemnia obraz, pozbawiając możliwości docieczenia prawdy, która jednak w szerszym kontekście traci jakiekolwiek znaczenie.

Badając nieco uważniej utwór można pokusić się o stwierdzenie, że Robbe-Grillet posłużył się w nim redukcją fenomenologiczną, czyli odrzuceniem wszelakiej maści założeń, teorii, bądź doktryn, które stosowane są przy analizie i postrzeganiu otaczającego nas świata (w tym przypadku świata przedstawionego). Następuje silna koncentracja na zjawiskach samych w sobie, a docieczenie ich sensu opiera się na ich dogłębnym poznaniu, czy zrozumieniu. Chociaż z tego ostatniego francuski twórca wyraźnie się wyłamuje, czy wręcz karykaturyzuje działania poznawcze – przed czytelnikiem stawia tyle możliwych wersji wydarzeń, że nie sposób ocenić, które z nich faktycznie zaszły, czyli są p-r-a-w-d-z-i-w-e. Ale parafrazując słowa jednego z bohaterów, który mówi Nazwisko, wie pan… Co znaczy w ogóle nazwisko?, można by zapytać Prawda, wie pan… Co znaczy w ogóle prawda, szczególnie w kontekście literackiej fikcji?

Dom schadzek można rozpatrywać na jeszcze jednej płaszczyźnie. Akcja utworu rozgrywa się w Hongkongu, który w momencie napisania utworu stanowił własność Korony Brytyjskiej (podobnie ma się rzecz z Żaluzją, gdzie bohaterowie są mieszkańcami jednej z [prawdopodobnie] francuskich kolonii). Lata 50’ oraz 60’ XX wieku to zdecydowanie wzmożenie ruchów dekolonizacyjnych, w Europie przetaczały się wówczas kolejne dyskusje na temat stosunku zachodnich mocarstw do swoich zamorskich posiadłości. Robbe-Grillet nie zajmuje w powieści żadnego wyraźnego stanowiska, nie pojawia się nawet jedno zdanie na ten temat, ale już sam sposób prezentacji życia codziennego w Hongkongu daje do myślenia. Miasto jest raczej zaniedbane, a pośród morza śmiecia wegetuje biedota, którą stanowią tubylcy. Chińczycy zajmują się sprzątaniem ulic, pełnią służbę w hotelach, zasiadają za kierownicami taksówek. Biali żyją w zamkniętych enklawach, w których oddają się wszelakiej maści uciechom. Palarnie opium, bary, wymyślne restauracje. Do tego luksusowe domy schadzek, w których pojawiają się żądni nowych wrażeń klienci – młode kobiety często biorą udział w ocierających się o sadyzm przedstawieniach, pojawiają się plotki o lokalach serwujących dziewczęce mięso, handlarze narkotyków oferują preparaty, po spożyciu których ofiara zupełnie traci świadomość, etc. Widać, że świat białych kojarzony jest głównie ze zgnilizną moralną – tworzą go ludzie przeżarci chciwością oraz najróżniejszymi dewiacjami, które są prawdopodobnie wynikiem metafizycznego znużenia, które w dodatku wzmacnia wiecznie panujący lepki od wilgoci upał.

Reasumując, wizyta w Domu schadzek Robbe-Grilleta okazała się bardzo zajmująca i przyjemna. Towar oferowany przez francuskiego literata to przednia marka, który zapewnia sporo tematów do rozmyślań. Podziwiam również konsekwencję i upór w tworzeniu kolejnych utworów w duchu nouveau roman, które nie są łatwe w odbiorze, a przez to liczba potencjalnych czytelników już z założenia jest raczej skromna. Przy tym do dzieła stanowiącego zaprzeczenie klasycznej powieści przemycono istotne oraz interesujące kwestie, czyniąc to w sposób nie naruszający zasad konstrukcji powieści fenomenologicznej. Wg mnie to sztuka nie lada i za to właśnie chapeau bas panie Robbe-Grillet!

P.S. Tak jak starałem się to ukazać w tekście poświęconym książce Abaddon – Anioł Zagłady autorstwa Sabato, Robbe-Grillet przez wielu uważany był za twórcę buńczucznego, który lubił dawać do zrozumienia, że wyprzedza swoją epokę, w której klasyczne powieści nadal święcą tryumfy. Francuski artysta zdaje się krzyczeć swoją twórczością, że wszystko co piszą inni jest wtórne, powtarzalne, a środki przekazu przestarzałe. Jeśli chodzi o pewność siebie nie inaczej jest także w przypadku wizji Hongkongu, prezentowanej na kartach Domu schadzek, która dla wielu może sprawiać wrażenie zbyt przejaskrawionej, zbyt demonicznej. Dla takich wątpliwców autor ma przygotowane kilka słów już na samym wstępie utworu, który pozwolę sobie przytoczyć:

Jeśli czytelnik, który bywał przejazdem na Dalekim Wschodzie, skłonny byłby sądzić, że opisane tu miejsca nie odpowiadają rzeczywistości, autor, który spędził w tej okolicy większą część życia, radziłby mu wrócić tam i patrzeć lepiej: rzeczy zmieniają się szybko w tamtym klimacie.

Na usta ciśnie się pytanie  jak szybko oraz jak rzeczy wyglądają teraz, niemal 50 lat po napisaniu utworu.

——————

* nie jest to jednak doskonały model matematyczny, o czym możemy przekonać się na podstawie lektury eseju Nowa powieść i matematyka, który znajduje się w książce Filozofia przypadku

piątek, 25 października 2013

Okładka książki John Piekło

  Tytuł: John Piekło

  Autor: Didier Decoin

  Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

  Liczba stron: 307

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Książki są niczym ludzie – wielu z nas zwraca uwagę na ich prezencję, wygląd zewnętrzny, chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę, że najistotniejsza jest treść. Słowa, zdania, wyrazy, myślowe konstrukcje – to one zawierają sedno idei, które autor pragnie przekazać czytelnikowi. Okładka może jednak w pewien sposób tę wewnętrzną wartość podkreślać, komponować się z nią i harmonicznie współgrać. Zdarzają się okładki, które zazębiają się z powieścią niemal doskonale, stanowiąc jej uzupełnienie, czy nawet swego rodzaju możliwy klucz interpretacyjny. Niewątpliwie wspaniałym wyglądem może poszczycić się powieść John Piekło, dzieło francuskiego prozaika, laureata nagrody Goncourtów, Didiera Decoina, wydana na łamach Państwowego Instytutu Wydawniczego. Czarne niczym smoła niebo, na którym zarysowują się potężne acz niewyraźne sylwetki drapaczy chmur, wesoło skrzące się feerią barw, spoglądające na czytelnika kolorowymi oczami okien – wszystko to znakomicie oddaje ducha powieści. Budynki, czy raczej ich kontury, nocne obrysy skrywają w sobie tajemnice, które noszą w sobie ich byty. W końcu mrok od zawsze kojarzy się z nieznanym, niezbadanym, a przez to szczególnie godnym uwagi, prowokującym do poznania. Jak te potężne budowle prezentują się w świetle dnia? Czy faktycznie sięgają nieba? Czy faktycznie plączą się wzajemnie w miłosnych uściskach?

Podobne sekrety noszą w sobie bohaterowie powieści Didiera Decoina. Francuski twórca wybiera trójkę przypadkowych ludzi, których losy splata ze sobą za sprawą czystego przypadku, zwykłego trafu. Dzięki owemu wszechmocnemu fatum, czytelnik staje się świadkiem niezwykłych interakcji, jakie zachodzą pomiędzy piękną, tymczasowo niewidomą kobietą, a dwójką zauroczonych w niej mężczyzn. Autor stopniowo odkrywa przed nami co skrywają za sobą meandry ludzkiej psychiki. Uzmysławia ile ton piaszczystych wspomnień, burzliwych życiowych doświadczeń wpływa na podejmowane w danym momencie działania, wybory, decyzje.

Tytułowy bohater, Indianin John Piekło, ogląda świat z perspektywy, która podwójnie różni się od naszego sposobu postrzegania świata. John spogląda na niego z wysokości, z bezkresu drapaczy chmur, chciwie pnących się coraz wyżej i wyżej. Jako czyściciel szyb wieżowców Indianin obserwuje ludzką społeczność bardziej jako gromadę, grupę istot ściśle ze sobą powiązanych, żyjący w symbiozie z ogromnym organizmem Miasta, którego trzewia zaludnia. Być może ta perspektywa utrudnia zadzierzganie głębszych relacji z ludźmi, których John nie umie traktować jako bytów indywidualnych, niepowtarzalnych i wyjątkowych. Owszem, ludzie różnią się pomiędzy sobą tak jak drzewa, czy trawy, ale wraz z mocniejszym podmuchem wiatru rośliny potulnie kurczą się pod jego naciskiem. Podobnie człowiek, mimo iż nie jest wierną kopią pozostałych przedstawicieli swojego gatunku, to jednak wachlarz jego zachowań, reakcji oraz działań jest ściśle określony przez własną naturę.

John, który nadaje szybom należyty blask, ścierając z nich cały kurz oraz miejski brud, jest także wiecznym podglądaczem, bacznie śledzącym sekrety ludzkiego żywota zza szklanej, przeźroczystej kurtyny, będąc zawieszonym nad przepaścią. Przestrzeń, którą zapełnia sprawia, że John jest obserwatorem oraz wiecznym samotnikiem. Izolacja od reszty ludzkości jest stanem naturalnym, Indianin mimowolnie roztacza wokół siebie dystans, który nie pozwala na bliższą znajomość. Możliwe, że właśnie z tego powodu John nie był w stanie utworzyć stałego związku z żadną, napotkaną dotychczas kobietą. Indianin w kontaktach z kolejnymi partnerkami ogranicza się zatem do spełniania własnych seksualnych potrzeb. Doświadczenie zdobyte w poprzednim zawodzie, pracy w charakterze asystenta w laboratorium, gdzie opiekował się zwierzętami, nad którymi prowadzono wszelakiej maści, a niekiedy i bardzo bolesne badania, służy mu w tych przelotnych relacjach. Delikatność, czułość, uspokajający dotyk są narzędziami, dzięki którym John uzyskuje od kobiet zaspokojenie swoich pragnień oraz seksualnego pożądania.

Pewnego deszczowego wieczoru John trafia do szpitala, do którego sprowadzają go zawodowe obowiązki. Oczekując na koniec ulewy, która uniemożliwia czyszczenie szyb, Indianin spotyka w męskim szalecie zabłąkaną kobietę z przepaską na oczach. Pomagając dotrzeć jej do kawiarni John w zupełności ulega urokowi, który roztacza bezradna i piękna nieznajoma, na co dzień profesorka socjologii miejskiej. Na skutek wypadku na desce surfingowej, uległa ona chwilowej ślepocie, która ma trwać jeszcze kilka miesięcy. Kobieta wywiera na nim takie wrażenie, że Czejen, mimo sprzyjającej sytuacji, jest w stanie opanować swoją seksualną żądzę, której przecież mógłby dać upust, bez obawy, że ofiara rozpozna swojego napastnika. Odprowadzając Miss Dorothy Kayne do sali, w której leży spotyka trzeci bok miłosnego trójkąta. Aszton Misza to marynarz polskiego pochodzenia, który życie związał z morzem, uciekając przed zawieruchą II wojny światowej, która była szczególnie mało łaskawa dla Żydów. Starszy człowiek został przykuty do szpitalnego łoża za sprawą wyrostka robaczkowego, który uniemożliwił mu odpłynięcie ze swoją jednostką. Podobnie jak John Piekło, Aszton Misza również ulega zniewalającej bezradności swojej szpitalnej sąsiadki, Dorothy Kayne. Od tego momentu los trojga ludzi łączy się ze sobą w sposób nierozerwalny.

Powieść jest historią nietypowego starcia dwóch samotników w walce o względy niewidomej kobiety. Jej schorzenie, tymczasowa ślepota w mgnieniu oka czyni z niej istotę kruchą i jakże zależną od innych, którym, jeśli odważy się na nich zdać, musi bezgranicznie zaufać. Przypomina to akt oddania się, szczególnie, że opiekunami są mężczyźni. Ale John i Aszton, poza tym, że obaj są czcicielami ciszy, przekładający milczenie ponad próby wyjaśniania czegokolwiek, nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Co prawda obaj to wyrzutki, outsiderzy, egzystujący poza społecznym nawiasem, ale dla przykładu John Piekło to typ człowieka, który w kłopoty pakuje się głową naprzód, w przeciwieństwie do Asztona Miszy, który ucieka od nich wpław. Indianin jest człowiekiem czynu, stawia działanie i akcję ponad słowa, w których moc tak głęboko wierzy Polak z Pińska. Co ciekawe jednak, w przypadku Dorothy Kayne John Piekło ogranicza się jedynie do gestów, uścisków dłoni oraz spokojnej mowy ciała, nie będąc w stanie wykazać takiego zdecydowania jak Misza. Indianin jest za to wcieleniem cierpliwości oraz nieuchronności, z czego doskonale zdaje sobie sprawę Aszton, pragnąc maksymalnie wykorzystać dany mu przez los szczęśliwy czas. W całym tym miłosnym trójkącie najzabawniejszy jest fakt, że z biegiem czasu cała trójka staje się przyjaciółmi, którzy nie potrafią się od siebie oderwać. Ich żywoty scalają się ze sobą, dodając temu dziwnemu dramatowi swoistej groteski.

Ale wspomniani ludzie to nie jedyni bohaterowie powieści. Jedną z pierwszoplanowych postaci jest z pewnością Miasto. Nowy Jork lat siedemdziesiątych to równie ciekawy aktor całej historii. Za sprawą pióra Didiera Decoina ogromna metropolia nabiera na wskroś ludzkich cech. Wydaje się, że jedynym, który potrafi dostrzec szklane oczy wieżowców, czy podziemne trzewia metra w ich pełnej postaci jest John Piekło. Dzięki swojej wrażliwości Indianin jest również w stanie zdiagnozować zły stan Miasta, które w jego opinii jawi się jako starzejący się i z wolna rozsypujący się staruszek. John pielęgnuje zewnętrzną powłokę Nowego Jorku, czule pieści ogromne maszty drapaczy chmur, ale Miasto toczy choroba od wewnątrz – w wielu budynkach zaczyna brakować życia, bowiem ludzie nie chcą już w nich egzystować. Zatem potężne budowle gniją i murszeją. Swój smutek i żal wyrażają za pomocą niedostrzegalnych dla niewprawnego oka znaków, jęków oraz pomruków, które w pełni interpretuje John Piekło. Indianin nie może jednak liczyć na zrozumienie ze strony białego człowieka, który miasto rozpatruje wyłącznie jako matematyczną kwestię współczynników wytrzymałości oraz ciąg parametrów ekonomicznych, finansowych, socjologicznych i architektonicznych. Miasto jako żywy organizm, posiadający wrażliwe tkanki, podatne na uszkodzenia i zranienia to wizja zbyt śmiała, by mogły zaakceptować je na wskroś logiczne umysły.

Powieść John Piekło to wg mnie kwintesencja literatury francuskiej, która słynie ze znakomitej prozy psychologicznej. Didier Decoin kreśli przed czytelnikiem niezwykłe frapujące postacie, których losy śledzi się nieśpiesznie, ale z ogromnym zaciekawieniem. Na uwagę zasługuje również akcja powieści, która prowadzona jest dwutorowo. Na bliższym planie obserwujemy losy trójki życiowych rozbitków, których łączy skomplikowana z psychologicznego punktu relacja. Z kolei w szerszej panoramie śledzimy perypetie miasta, które zdaje się sukcesywnie pogrążać w śmiertelnej agonii. Całe dzieło jest przemyślane od początku do końca. W Ameryce, która dla wielu stanowi synonim wolności oraz wielokulturowości, rozgrywa się spektakl, w którym uczestniczą Czejen, a więc rdzenny mieszkaniec północnoamerykańskiego lądu, szukający spokojnego portu dla swojej starości Polak, pozostający bez ojczyzny, odcięty od rodzinnych stron oraz na wskroś współczesna i typowa Amerykanka, która zanim oślepła prowadziła standardową egzystencję anonimowego członka ogromnej miejskiej metropolii. Czy dokonywane przez nich wybory są w pełni zależne wyłącznie od nich samych? Co sprawia, że losy tych trojga ludzi splatają się ze sobą tak mocno? Wisienką na torcie, która każe mi bardzo wysoko oceniać dzieło francuskiego artysty jest wspaniały język, którym Decoin posługuje się z niezwykła wprawą. W trakcie lektury niemal czuć słony zapach morza, przeplatany mieszaniną rybiego fetoru oraz odoru statkowych wydzielin. Prawie namacalna staje się również brudna noc, unosząca się z gazomierzy fabrycznych kominów, tłusta noc przyklejająca się do szyb. W mojej opinii nostalgiczna powieść znakomicie nadaje się na coraz dłuższe, ale wciąż ciepłe jesienne wieczory.

czwartek, 17 października 2013

  Tytuł: Okładka książki Paryski EkspresParyski ekspres

  Autor: Georges Simenon

  Wydawnictwo: W.A.B.

  Liczba stron: 167

  Cena: 34,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Zasada nieoznaczoności Heisenberga mówi, że istnieją pewne pary powiązanych ze sobą wielkości, których nie da się zmierzyć symultanicznie z dowolną dokładnością. Dla przykładu nie jest możliwe wyznaczenie precyzyjnego położenia elektronu przy równoczesnym podaniu jego dokładnego pędu. Dzieje się tak ponieważ starając się określić, gdzie znajduje się elektron, przy użyciu odpowiedniego narzędzia pomiarowego, np. mikroskopu, jednocześnie oddziałujemy na badany obiekt. Zwiększając moc, czyli zdolność rozdzielczą naszego mikroskopu, posługujemy się światłem o coraz mniejszej długości fali, co powoduje silniejsze zderzanie fotonów z elektronami (tzw. efekt Comptona), w rezultacie czego następuje większe zaburzenie ruchu elektronów – pęd interesującego nas elektronu ulega więc zmianie. Okazuje się, że reguła ta stworzona przez niemieckiego uczonego Wernera Heisenberga na potrzeby fizyki kwantowej może znaleźć zastosowanie również w dziedzinie studiów nad ludzką psychiką. Do takich refleksji udało mi się dojść po lekturze książki Paryski ekspres autorstwa Georges’a Simenona.

Georges Simenon to jeden z najpopularniejszych pisarzy belgijskich, który stworzył wszystkie swoje dzieła w języku francuskim. Nie do końca ceniony przez krytykę za życia, które przypadło w latach 1903 – 1989, obecnie uchodzi za swoisty symbol literatury. Największy rozgłos przyniosły Simenonowi książki o komisarzu Maigret, nieustraszonym śledczym, rozwiązującym kolejne kryminalne zagadki. Stanowią one filar popularności autora. Ale za pozycje świadczące o wielkości Simenona, w których objawia on pełnię swojego pisarskiego talentu, uchodzą jego powieści psychologiczno-obyczajowe, do których zalicza się znana mi już Wdowa Couderc oraz omawiany Paryski ekspres. Sięgając po tę formę literacką Simenon brał na warsztat człowieka, postrzeganego jako jednostkę egzystującą w ogromnym, ale ślepym i niemym społeczeństwie, rozbierając go na części pierwsze, starając się dociec jego natury. Na przykładzie Wdowy Couderc oraz Paryskiego ekspresu można przy tym zauważyć tendencję do korzystania z mocno eksploatowanego przez autora gatunku, jakim jest powieść kryminalna. Simenon chętnie sięga po kreacje morderców, starając się zgłębić ich psychologię, szczegółowo przedstawić okoliczności, w jakich wstąpili na drogę zbrodni oraz precyzyjnie odtworzyć przemiany, zachodzące w ich psychice po dokonaniu czynów ostatecznych i nieodwracalnych, które raz na zawsze zmieniają, a przez to determinują całe ich życie.

Głównym bohaterem Paryskiego ekspresu jest Kees Popinga, niespełna czterdziestoletni Holender, mieszkaniec Groningen, przykładny mąż oraz troskliwy ojciec dwójki dorastających dzieci. Pan Popinga, przynajmniej na początku powieści, może uchodzić za wzór cnót wszelakich. Szerokim łukiem omija bary oraz szynki, w których serwowany jest alkohol, dzielnie przeciwstawia się fizycznym żądzom i to na tyle skutecznie, że nigdy nie zaszedł do domu publicznego, by rozkoszować się ciałem obcej kobiety. Ponadto w firmie Juliusa de Costera zarabia całkiem pokaźne kwoty, które pozwalają mu otoczyć troskliwą opieką swoją najbliższą rodzinę. Pan Popinga mieszka w luksusowej dzielnicy, w której posiada ogromną willę. Na utrzymaniu ma również służbę, jest członkiem klubu szachowego, w którym regularnie spotyka całą śmietankę towarzyską zacnego miasteczka. Spędza wieczory w cieple domowego ogniska, paląc kosztowne cygara, prowadząc błahe konwersacje z panią Popinga, doglądając nauki swoich pociech. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zmącić spokoju, który w życiu pana Popingi gości już od 16 długich lat.

Tymczasem, niespodzianie nadciąga chłodny, zimowy wieczór, który diametralnie zmienia losy tego ustatkowanego dżentelmena. Dość powiedzieć, że na skutek kilku słów swojego pracodawcy, Juliusa de Costera młodszego, główny bohater zrywa ze swoim dotychczasowym życiem, popełnia zbrodnię i pierwszym napotkanym nocnym pociągiem udaje się do Paryża. Czytelnik towarzyszy panu Popindze w onirycznych, grudniowo-styczniowych wędrówkach paryskimi ulicami, wśród których stara się on skryć przed ścigającą go policją.

Georges Simenon w książce Paryski ekspres pokusił się o stworzenie swoistego studium człowieka, który zostaje doprowadzony do granic ostateczności i które to granice decyduje się w końcu przekroczyć. Popinga pod wpływem jednego impulsu staje się osobnikiem nie związanym z nikim, ani z niczym, z żadną ideą, przedmiotem, miejscem. Zaczyna on prowadzić samotną walkę, zarówno z poszukującymi go organami sprawiedliwości, z prasą, która pisze o nim różne, często mającego niewiele wspólnego z prawdą, artykuły, czy z psychiatrami, starającymi się dociec motywów jego postępowania. Pan Popinga nie kieruje się przy tym żadnym wzniosłym celem. Jego działania są doraźne, wynikają z potrzeby chwili, są konsekwencją stanów poprzednich, determinujących ściśle kolejne posunięcia. Pan Popinga kluczy, krąży, rozgrywa wielką partię na ulicznej szachownicy Paryża, której stawką jest możliwość ucieczki przed nużącą przeszłością.

Popinga w pewnym sensie przypomina bohatera powieści Amosa Oza pt. Spokój doskonały. Holendra, podobnie jak i mieszkańca żydowskiego kibucu trapi uczucie niepokoju, chęci działania, przejawiającego się w zerwaniu całej pajęczyny codzienności, która coraz ciaśniej oplata jego osobę. W obu przypadkach rutyna okazuje się męcząca, przytłaczająca, dosłownie dusi i tłamsi ona obu mężczyzn. W walce z nią pomaga panu Popindze szef, za sprawą którego w jednej chwili oddaje się niewypowiedzianemu jak dotąd marzeniu, by kompletnie odmienić swoją egzystencję, stać się kimś zupełnie innym. Ale kim?

Dotychczasowy pan Popinga wypalił się do cna. Z roli jaką przyszło mu zagrać, porządnego i honorowego pracownika, wzorowego męża, kochającego tatuśka, nie da się już absolutnie nic wycisnąć. Naczynie mające kształt i postać pana Dopingi przepełniło się miałką treścią, której kolejne porcje zaczęły się wylewać. Bohater wyrusza zatem w swoistą wędrówkę, która być może jest poszukiwaniem nowej formy, w jaką ten mógłby się wcielić. Ale póki co, pan Popinga stanowi wyłącznie bezładną mieszaninę cząsteczek, która nie ma stałego kształtu, a którą targa prawdziwa burza sprzecznych emocji. Swoistym symbolem zerwania z wcześniejszym życiem jest nocny ekspres, do którego zresztą bohater od zawsze miał pociąg. Spowity cieniem skład z przedziałami, skrywającymi ludzi, sunących gdzieś w gęsty mrok razem ze swoimi sekretami i tajemnicami jest swoistym uosobieniem wolności, do której powinien zabrać również pana Popingę. Tymczasem okazuje się, że bohater oswobadzając się z pęt jednego schematu, wpada w następny. Z porządnego obywatela, szanowanego człowieka, umęczonego codziennym życiem staje się zboczeńcem z Amsterdamu, na którego poluje cała francuska policja. Jednocześnie media chętnie ferują wyroki na temat jego stanu psychicznego na podstawie kilku zdawkowych informacji, do których udało im się dotrzeć, przypinając mu łatkę paranoika oraz maniaka.

Poznając przypadek pana Dopingi, widać wyraźnie, że każdy, nawet na pozór najzwyklejszy i najpospolitszy człowiek stanowi uosobienie ogromnej tajemnicy. Otoczenie, które podobnie jak i on sam nie jest w stanie jej zgłębić, posługuje się uproszczeniami oraz schematami, mającymi w racjonalny sposób wyjaśnić dane zachowania. A kiedy wyczerpują się już wszelkie możliwości logicznej interpretacji postępowania danego osobnika, ochoczo sięga się po ostateczne wyjście, czyli uznanie go za człowieka chorego psychicznie. Simenon w ciekawy sposób uzmysławia czytelnikowi, że ów sekret, który skrywa w sobie pojedynczy ludzki osobnik nie jest możliwy do całkowitego i zupełnego rozwikłania. Z jednej strony podmiot rozważań, czyli człowiek, nie może wyjść poza ramy samego siebie, czyli niejako wyzbyć się własnej osobowości, by z odpowiedniej perspektywy spojrzeć na własne działania, tak by możliwa była jak najprecyzyjniejsza i możliwie bezstronna ich analiza. Człowiek, badając samego siebie, zawsze skażony będzie uczuciami, żywionymi względem własnej osoby w znacznie większym stopniu niż postronny obserwator. Z drugiej zaś strony, jedynie ów podmiot badań posiada odpowiedni zapas wiedzy na temat własnych uczuć, odczuć, bodźców, czy to w postaci samoświadomości, czy zdolności do autoanalizy. Postronny obserwator nigdy nie pozna całej gamy uczuć danego człowieka, tak, by wyczerpująco wypowiedzieć na temat jego psychiki, motywacji, etc. Natura ludzka jest więc niczym natura elektronu, której zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga nie jesteśmy w stanie w pełni określić. Do jej pełnego poznania konieczna byłaby odpowiednia perspektywa oraz całkowita znajomość odczuć badanej osoby – jest to zatem para wielkości, których nie możemy jednocześnie osiągnąć z największą możliwą dokładnością.

Książka Paryski ekspres to w moim odczuciu znakomita lektura. Autor umiejętnie posłużył się pewnymi elementami, charakterystycznymi dla powieści kryminalnej, takimi jak zbrodnia, ofiara, czy zabójca wraz z drepczącym mu po palcach komisarzem, których użył do stworzenia znakomitej powieści psychologicznej. Książka nie jest natomiast klasycznym kryminałem, bowiem winny jest znany czytelnikowi od momentu popełnienia przestępstwa. Zamiast sztampowej zgadywanki, typu kto zabił, Simenon postawił na głęboką analizę uczuć mordercy, starając się możliwie jak najlepiej przedstawić meandry jego psychiki. Uważam, że swoisty eksperyment literacki, którego dopuścił się Belg w pełni się udał. Zapraszam zatem do wspólnej podróży Paryskim ekspresem. Zapewniam, że wyprawa będzie ciekawa oraz satysfakcjonująca.

P.S. Tę fascynującą pozycję udało mi się nabyć w sieci Składnic Taniej Książki Dedalus za jedyne 12 zł. Oto kolejny dowód, że naprawdę wartościową literaturę można nabyć za mniej niż 20 zł.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Okładka książki Gumy

  Tytuł: Gumy

  Autor: Alain Robbe-Grillet

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 271

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Pisząc o nowej powieści (z francuskiego nouveau roman), zwanej też powieścią obiektywną, powieścią fenomenologiczną lub antywpowieścią, nie sposób jest nie wymienić nazwiska Alaina Robbe-Grilleta. Podobnie, wspominając o tym francuskim artyście, niemożliwe jest uniknięcie nawiązania do nouveau roman. Obie rzeczy – człowiek i idea – wzajemnie się przeplatają i są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Antypowieść, o której założeniach wspominałem szerzej przy okazji omawiania sztandarowego utworu tego nurtu, Żaluzji, charakteryzuje się silną koncentracją na opisie przedmiotów, rozmyciu wątków fabularnych. Świat przedstawiony budowany przez narratora, pozbawiony jest jakichkolwiek elementów filozoficznych, czy osądów moralnych. Zdarzenia są często odtwarzane z mechaniczną precyzją, przypominającą oko kamery, dlatego, przynajmniej pozornie, posiadają one znamiona obiektywizmu. W toku dalszej lektury łatwo się jednak przekonać, że już sam wybór przedstawianych faktów, sposób ich suchej i beznamiętnej prezentacji jest, bo przecież być musi, subiektywny. Prezentując dane wydarzenia, odtwarzając wybraną historię w ten a nie inny sposób, narzuca się schemat myślowy, zgodnie z którym najprościej jest odczytać przyswajane dane. W przypadku Żaluzji, mamy ponadto do czynienia z niemiłosiernym szatkowaniem fabuły, mieszaniem jej, przywoływaniem jej fragmentów w przypadkowej kolejności. Innym popularnym zabiegiem jest wykorzystanie rozwiązań literackich, znanych powszechnie z romansów, czy kryminałów, tak jak ma to miejsce w innej powieści Robbe-Grilleta, Gumy.

Gumy, to na pierwszy rzut oka klasyczna proza detektywistyczna. Agent specjalny Wallas zostaje wysłany do niewielkiej, portowej mieściny, aby rozwikłać zagadkę śmierci miejscowego notabla, Daniela Duponta, który prawdopodobnie jest kolejną ofiarą anarchistycznej organizacji, eliminującej persony ważne dla życia ekonomicznego oraz gospodarczego kraju. W toku całej powieści nie dowiemy się, czym dokładnie kieruje się ugrupowanie, jego ideologia cały czas owiana jest mgłą tajemnicy. Można zatem odnieść wrażenie, że anarchiści są jedynie kolejnym elementem dekoracji, to trupa aktorska, która ma do odegrania swoje role, by następnie zniknąć i odejść w niebyt.

Domniemane morderstwo zostało popełnione o godzinie 7.30 wieczorem. Wallas rozpoczyna śledztwo rano i trwa ono cały dzień, aż do godziny 7.30. Akcja powieści rozgrywa się zatem w przeciągu jednej doby – zamknięcie fabuły następuje w momencie, gdy zegarek Wallasa, który zaciął się i stanął na 7.30, rusza dokładnie 24 godziny później. Całość przypomina zatem koło – zamknięty cykl, który powtarza się w nieskończoność.

Sprawa, która przypadła w udziale Wallasowi nie należy do najłatwiejszych. Początkowo dochodzenie prowadził miejscowy komendant policji, który na wyraźne polecenie władz, zaprzestał wszelkich działań i oddał się do dyspozycji Wallasa. Trudno jednak mówić o jakiejkolwiek pomocy, szczególnie w przypadku, gdy na miejscu zbrodni nie zastano ciała – wg zeznań doktora, ranny Dupont zdołał wezwać pomoc i zmarł dopiero w szpitalu, na skutek odniesionej rany postrzałowej. Śledztwo ma zatem charakter stricte poszlakowy. Niby jest trup, chociaż ciało widział jedynie lekarz, prywatnie znajomy Duponta. Jest również motyw – Dupont, na co dzień profesor ekonomii, uznany specjalista, którego śmierć w pewnym stopniu zdestabilizowałaby gospodarkę kraju, idealnie wpasowuje się w profil osobowości, mordowanych uprzednio przez anarchistów. Jest również i zabójca – widać dość nieostrożny i trochę niedoświadczony – na miejscu zbrodni pozostały odciski palców oraz wyraźne ślady cudzej obecności. Dlaczego zatem dochodzenie jest takie trudne i mozolne?

Agent Wallas był już w mieście, do której teraz wezwały go sprawy zawodowe. Jako dziecko odwiedził je z matką, jednak wspomnienia z podróży są bardzo mgliste i niewyraźne. Wallas, miłośnik spacerów, większość wizyt, niezbędnych w toku prowadzonego śledztwa, odbywa na piechotę. Ale miasto wydaje się mało przyjazne i bardzo niechętnie odkrywa swoje tajemnice. Ulice, budynki, skrzyżowania – wszystko jest do siebie bardzo podobne, zlewa się tak, że Wallas bez przerwy błąka się i co rusz gubi drogę. Od czasu do czasu, ale bardzo niechętnie, Wallas, który nie chce ujawniać ani swojej tożsamości ani misji, jaka przywiodła go do miasta, pyta o wskazówki miejscowej ludności. Wyjaśnienia jak dotrzeć do poszczególnych budynków, instytucji, czy osób okazują się najczęściej bezużyteczne, tak, że agent ciągle miota się bezsilnie po obcym mieście, które z biegiem czasu zaczyna przypominać skomplikowany labirynt, chciwie wysysający siły i energię z uwięzionej w nim ofiary. Wallas coraz bardziej przypomina elektron – pozornie wolny i swobodny, ale krążący po z góry ustalonym orbitalu, którego absolutnie nie jest w stanie opuścić.

Zapętlone miasto ze swoimi bliźniaczo podobnymi ulicami nie jest jedyną zmorą Wallasa. W miarę postępowania dochodzenia, poprzez zeznania kolejnych przesłuchiwanych, okazuje się, że agent specjalny jest zaskakująco podobny do sprawcy przestępstwa. Tożsamość coraz bardziej znużonego Wallasa zaczyna się powoli rozpływać, tak, że staje się ona bezkształtną masą, gotową przyjąć dowolną formę. Osobowość Wallasa zostaje zdominowana przez obezwładniającą siłę miasta, która wzmaga u agenta bierność oraz apatię. Śledztwo zaczyna toczyć się coraz wolniej, kolejne kroki zdają się nie przynosić oczekiwanych rezultatów. Wallas zaczyna marnować czas na mało istotne szczegóły, których rozwikłanie nie może zbliżyć go do rozwiązania zagadki. Ciąg przyczynowo skutkowy przypomina ten znany z gombrowiczowskiego Kosmosu. Niby poszczególne wydarzenia, które sprawiają wrażenia ważnych dla prowadzonego śledztwa, splatają się ze sobą wzajemnie, pozostając w pewnych koneksjach, jednak zebrane do kupy, nie tworzą niczego poza chaotyczną i bezładną mieszaniną, której sens pozostaje nieuchwytny. Zatem prowadzący śledztwo musi wziąć sprawy w swoje ręce i uzupełnić schemat, w którym ciągle widnieje poważna luka.

Narrator prowadzi z czytelnikiem swoistą grę. Śledztwo, które z biegiem czasu zdaje się mieć coraz mniejszy sens, bezładne i niezorganizowane przeplatane jest z geometrycznym ładem i porządkiem, jaki objawia się w słynnych opisach francuskiego pisarza. Szczegółowy rozkład pokoju Duponta, precyzyjny opis krzeseł rozstawionych w kawiarni jest konfrontowany z coraz bardziej nielogicznym postępowaniem czynnika ludzkiego, który reprezentuje agent specjalny Wallas.

Krótko reasumując, przyznam szczerze, że Gumy w pełni zaspokoiły moje oczekiwania, które zostały bardzo mocno rozbudzone po lekturze Żaluzji. Gumy to druga książka w dorobku francuskiego artysty i widać, że styl nouveau roman nie rozkwitł w niej jeszcze w pełnej krasie. Akcja powieści rozprowadzona jest dość płynnie, tak, że czytelnikowi stosunkowo łatwo jest za nią podążać, chociaż momentami pojawiają się fragmenty, które stanowią domniemany przebieg wydarzeń. Zabiegi znane z Żaluzji, a więc odtwarzania tych samych wydarzeń z różnych perspektyw, bardzo swobodne dysponowanie czasem akcji, są stosowane w Gumach w zdecydowanie mniejszym stopniu. Mimo wszystko, książka pozostaje lekturą absorbującą sporo czytelniczej uwagi, tak, że należy się przy niej dość mocno skoncentrować. Robbe-Grillet chętnie bawi się z czytelnikiem, puszczając do niego oko czy to poprzez nawiązania do klasyki kryminalnego gatunku, odwołania do mitów, czy słowne zabawy, której najlepszym przykładem jest sam tytuł – bohater Gum, agent Wallas, przy okazji prowadzonego śledztwa, z niewyjaśnionych w powieści przyczyn, szuka w mijanych sklepach papierniczych profesjonalnej gumki do mazania.

niedziela, 12 maja 2013

  Tytuł: WOkładka książki Wdowa Coudercdowa Couderc

  Autor: Georges Simenon

  Wydawnictwo: W.A.B.

  Liczba stron: 167

  Cena: 29,90 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

Georges Joseph Christian Simenon to belgijski pisarz tworzący w języku francuskim, w szerszych kręgach literackich kojarzony za sprawą powieści detektywistycznych z komisarzem Maigret w roli głównej, które płodził z zadziwiającą szybkością oraz regularnością. W sumie Simenon napisał aż 75 powieści oraz 28 opowiadań o dzielnym detektywie, a cały jego dorobek literacki przekracza imponującą liczbę 450 powieści oraz opowiadań. Łączny nakład jego dzieł to ponad 550 mln sztuk. Liczby te robią wrażenie. Wielu śmiertelników nie jest w stanie przeczytać takiego ogromu książek w przeciągu całego swojego żywota, a wydanie kilku powieści jest dla całej rzeszy literatów szczytem możliwości. Mimo tego imponującego dorobku, Simenon nie cieszył się zbytnim poważaniem francuskich profesorów literatury. Wydaje się jednak, że Belg miał również spory udział w tym jawnym ignorowaniu jego twórczości. Jako samouk, Simenon kreował się na antyintelektualistę, który za nic ma sobie krytykę innych, wykazując lekceważenie i zaczepność wobec literaturoznawców. Ci nie pozostawali dłużni i w rezultacie Simenon uchodził raczej za twórcę tanich kryminałów niż za pełnoprawnego pisarza. Na szczęście solidna literatura cechuje się tym, że sama świetnie potrafi się bronić i prędzej czy później czytelnik odda jej należną cześć. Nie inaczej było w przypadku dzieł Simenona i jego Wdowy Couderc, powieści psychologicznej wydanej w 1942 roku, a zekranizowanej w 1971 roku. Do dzisiaj książka cieszy się ogromną popularnością. Polski czytelnik może zapoznać się z nią dzięki wydawnictwu WAB i jego serii Nowy Kanon, która to kolekcja skupia się na utworach pisarzy na świecie cenionych, a w Polsce raczej niepublikowanych.

Wdowa Couderc to krótka i dramatyczna opowieść o dwójce diametralnie różniących się od siebie ludzi, których połączyło osobliwe uczucie. Tati Couderc, tytułowa wdowa, pracowita i harda kobieta utrzymuje gospodarstwo na francuskiej prowincji. Życie upływa jej na ciężkiej fizycznej pracy, doglądaniu przygłuchawego i nieco upośledzonego umysłowo teścia, z którym sporadycznie dzieli sypialnię oraz zaciekłej walce o majątek z dwójką sióstr swojego męża nieboszczyka. Tati jest bardzo energiczna, przy tym dość złośliwa oraz długo chowająca w sercu urazę. Do tego piekielnie uparta, ale skłonna do czułości, o czym może świadczyć choćby nieodwzajemniona miłość do marnotrawnego syna, którego egzystencja toczy się głównie między więzieniem oraz Legią Cudzoziemską i próbami wyłudzania pieniędzy od rodzicielki. Pewnego dnia, Tati wybiera się do miasta. W autobusie jej wzrok przyciąga młodzieniec. Tajemniczy człowiek z nieogolonymi policzkami, niewidzącym spojrzeniem, noszący szary garnitur, po którym znać ślady dawnej elegancji, również zwraca uwagę na starszą kobietę. Szybkie, wzrokowe porozumienie i po sprawie. Los splótł ze sobą ścieżki kolejnej dwójki ludzi. Jean Passerat-Monnoyeur, syn bogatego właściciela gorzelni, który właśnie opuścił mury więzienia pod wpływem impulsu wysiada z autobusu, dobiega do samotnej kobiety i ofiaruje jej pomoc. Wdowa przyjmuje ją i wkrótce potem proponuje chłopcu pracę parobka w swoim gospodarstwie. Niemal natychmiast 45-letnia kobieta oraz 20-paroletni mężczyzna zostają kochankami. Tati oraz Jean rozpoczynają wspólne życie, chociaż zdaje się, że dzieli ich prawie wszystko. Ona, mimo, że dojrzała to wciąż żywa i energiczna, pełna werwy i zapału, wyraźnie wiedząca, czego chce. On, który dopiero zakosztował uroków życia, wypalony, skryty i małomówny. Człowiek bez przeszłości, nieskrępowany, pozornie wolny, którego egzystencja zdaje się nie mieć wyraźnego celu.

Akcja powieści rozwija się leniwie. Narracja jest niespieszna i oszczędna, podobnie jak ruchy człowieka w trakcie upału. Każdy gest jest dokładnie przemyślany, bowiem nie ma co marnować energii. Autor zapoznaje nas z historiami dwojga ludzi, a w tle rozgrywają się aktualne wydarzenia, które skupiają się wokół gospodarstwa, zarządzanego przez Tati. Trzyma ona przy sobie swojego teścia, ponieważ to on jest właścicielem majątku. Prawo do domu roszczą sobie także siostry zmarłego męża Tati, które za wszelką cenę próbują wyrwać swojego ojca spod wpływu pani Couderc. Jean nie miesza się w rodzinne spory, jest tylko biernym świadkiem prowadzonego konfliktu. Od tego, po której stronie leży racja, zdecydowanie bardziej interesuje go młodziutka Félicie, córka jednej ze szwagierek Tati.

To właśnie Jean oraz ewoluująca, zmienna relacja łącząca go z Tati są w głównej mierze tematem książki. W kolejnych rozdziałach poznajemy burzliwą przeszłość Jeana, który zaczyna jawić się jako typowa młoda latorośl bogatego człowieka, pozbawiona matczynych uczuć. Ojciec był w stanie zapewnić mu wyłącznie pieniądze, które w pewnym sensie stają się przyczyną zguby. Jean prowadził standardowe życie złotej młodzieży. Imprezy, alkohol, używki, kobiety. Nieco silniejszy związek z jedną z przedstawicielek płci pięknej, oparty głównie na kosztownych prezentach oraz zaborczości, doprowadza Jeana do popełnienia zbrodni. Młodzieniec trafia za kratki, przez chwilę grozi mu nawet kara śmierci, ale szczęśliwie udaje mu się wywinąć spod topora. Jean wypada jednak ze społecznego nawiasu. Zrywa kontakty z rodziną, z dawnymi znajomymi. Zrywa z dotychczasowym życiem, które prowadził. Nie wiąże go nic, do niczego nie przywiązuje większej wagi. Staje się parodią wolnego ptaka, uwięzionego w klatce własnej bezsilności i niemocy. Jean nie potrafi nadać swemu życiu nawet krztyny sensu. I tutaj z pomocą przychodzi mu Tati, traktująca młodego parobka niczym naczynie, które można w dowolny sposób zapełnić.

Jean jest niczym elektron, dającym się z łatwością przyciągnąć przez potężne jądro atomu, którym jest Tati. Początkowo wdowa opiekuje się młodzieńcem niczym dzieckiem. Zleca mu zajęcia, przerzuca na niego kolejne domowe obowiązki, poucza jak postępować z inwentarzem, pokazuje jak zajmować się uprawą. Jean bezwiednie wciela się w rolę narzędzia, które wdowa Coudrec wykorzystuje zarówno do pracy fizycznej jak i zaspokajania seksualnych potrzeb. Przez chwilę może się wydawać, że Jean dzięki ciężkiej fizycznemu wysiłkowi, kontaktom z Tati, opartym na nieskrępowanym popędzenie seksualnym zabarwionym co nie co uczuciem, przechodzi rodzaj terapii, która wreszcie nauczyłaby go doceniać uroków prowadzonej egzystencji. Z czasem jednak Jean jak każde dziecko zaczyna dojrzewać, tyle, że, co naturalne, w jego przypadku proces ten zachodzi w znacznie szybszy sposób. Jak każda pociecha Jean stopniowo uwalnia się spod wpływu swojej rodzicielki, która nie stanowi już dla niego centrum Wszechświata. Swoją niezależność najprościej jest zamanifestować, czy raczej udowodnić samemu sobie poprzez kontakty z inną kobietą. Jean przerzuca zatem swoje zainteresowanie na Félicie, cały czas zamieszkując i kochając się z Tati. Nad majątkiem wyraźnie gęstnieje seksualne napięcie, a stosunki Jeana i Tati toną w oparach zazdrości. Na domiar złego o Jeana coraz zacieklej zaczyna dopominać się przeszłość, z którą nie można przecież definitywnie zerwać.

Wdowa Couderc, to w moim odczucie rewelacyjna lektura. Przesycona sporą dawką realizmu oraz pesymizmu jest smutną powieścią o przeznaczeniu, którego nie da się uniknąć. To historia, którą można odczytać jako głębokie przekonanie, że walka jednostki z fatum jest z góry skazana na niepowodzenie, a determinizm wypełnia całą ludzką egzystencję. Simenon zdaje się oświadczać, że o przyszłych losach człowieka decyduje jego przeszłość, środowisko, wychowanie, etc. i nie ma praktycznie jednostek na tyle silnych, które z tym ogromnym bagażem, kierującym nas w jednym celu, potrafiłyby sobie poradzić. Wisienką na torcie są kreacje psychologiczne bohaterów, którzy wchodzą ze sobą we wszelakie interakcje. Oczywiście najwięcej czytelniczej uwagi przyciąga Jean, którego pobyt na wsi jest swoistą parodią ekspiacji. Młody człowiek, nawet z perspektywy czasu, który upłynął, nie jest w stanie odczuć skruchy za zbrodnię, którą popełnił i w dalszym ciągu zdaje się poszukiwać rozwiązań ostatecznych.

Książka, która ukazała się na łamach wydawnictwa WAB zasługuje na dodatkową uwagę z racji na znakomitą przedmowę autorstwa Paula Theroux, popularnego publicysty, który oprócz ciekawej interpretacji utworu, zaserwował również wiele interesujących faktów z niezwykłego życia Georges’a Simenona.

 
1 , 2
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita