Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Alain Robbe-Grillet

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Okładka książki Dom schadzek

  Tytuł: Dom schadzek

  Autor: Alain Robbe-Grillet

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 198

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Nowa powieść, czyli gatunek literacki, który narodził się w latach 50’ XX wieku we Francji miał być swoistą łaźnią. Obmywszy się z niej z tradycyjnego psychologizmu, czy egzystencjalizmu, które przywarły do literatury niczym brud, powieść miała przerodzić się w powieść obiektywną, zwaną też powieścią fenomenologiczną, kontynuując w ten sposób swój rozwój po latach zastoju. Twórcy nouveau roman podnosili szumne hasła o odnowie gatunku, o zerwaniu z dotychczasową wtórnością, etc. Narzędzia, które miały posłużyć renesansowi wybrano dość oryginalne – głęboki subiektywizm podmiotu lirycznego, towarzyszące mu zaburzenia chronologiczne fabuły, wreszcie rezygnacja z ciągów przyczynowo-skutkowych, zgodnie z którymi jedno wydarzenie jest następstwem uprzedniego. Jeśli połączyć to z mało przejrzystą narracją oraz specyficznymi bohaterami, którzy byli pozbawieni głębszych cech osobowościowych to nietrudno o skojarzenie ze swoistym kolażem, do którego coraz bardziej zaczynała upodabniać się nowa powieść – kompozycja literacka formowana była dość przypadkowo, przy zastosowaniu równie przypadkowych materiałów i tworzywa. Mimo ambitnych zapowiedzi i całkiem pokaźnej ilości interesujących dzieł idea nouveau roman samoczynnie wygasła jeszcze w latach 70’ ubiegłego stulecia. Oczywiście do dziś widnieją po niej ślady – o antypowieści wspomina się na studiach humanistycznych na przedmiotach związanych z historią literatury, istnieje też dość pokaźne grono książek, które pozostawili po sobie w spadku twórcy nouveau roman, do których zalicza się także Alain Robbe-Gillet.

Antypowieść zainteresowała również naszego rodzimego artystę, Stanisława Lema, kojarzonego głównie jako pisarza science fiction. Ale redukowanie działalności literackiej Lema wyłącznie do fantastyki naukowej to działanie tyle krzywdzące, co nieprawdziwe. Polski geniusz zajmował się także filozofią oraz literaturoznawstwem. Dokonując analizy kilku utworów z nurtu nouveau roman, Lem zaproponował bardzo oryginalne podejście, do którego zaprzągł matematykę. Rozumowanie polskiego literata opierało się na fakcie, że dotychczasową rolą powieści było powiadamianie czytelników o zdarzeniach, które zaszły – ich odwzorowanie (lepsze lub gorsze) oraz skomentowanie. Książki stanowiły więc swoistą wiadomość. Antypowieść zamiast transponować rzeczywistość w literacką fikcję, samodzielnie kreowała niezależny układ, autonomiczny system ze znaków. Zatem nouveau roman tak jak matematyczny model*, nie odnosiła się do rzeczywistości, do jej cech, a koncentrowała się na samej sobie, składając się z pewnych znaków oraz reguł definiujących metody ich używania, łączenia, czy przekształcania.

Kolejną powieścią z nurtu nouveau roman, które dane było mi poznać był Dom schadzek autorstwa Alaina Robbe-Gilleta. Utwór powstał w 1965 roku, jest to więc dzieło znacznie późniejsze w stosunku do Gum (1953 rok) oraz Żaluzji (1957 rok). Jednak gdybym wszystkie trzy pozycje miał umiejscawiać na osi, której grot zwrócony byłby w kierunku powieści fenomenologicznej, Dom schadzek znalazłby się pomiędzy Gumami a Żaluzją. Gumy posiadają zdecydowanie najwięcej punktów stycznych z klasyczną powieścią. To historia agenta specjalnego, przybywającego do niewielkiej mieściny, w której gościł już w dzieciństwie, próbującego rozwiązać zagadkę tajemniczej zbrodni. Śledztwo utrudnia fakt, że brakuje ciała ofiary, a sam detektyw z biegiem czasu zaczyna coraz bardziej upodabniać się do rzeczonego mordercy. Pod tym względem Gumy to tradycyjna powieść, do której jednak wpleciono elementy nouveau roman. Fabuła ulega zaciemnieniu – na równych prawach ukazane zostają przez narratora fakty oraz domysły, tak, że w danej chwili nie wiemy, czy mamy do czynienia z projekcją wyobraźni, czy z rzeczywistością. Ponadto całość spięta jest efektowną klamrą – akcja rozpoczyna się w momencie, kiedy zatrzymuje się zacinający się zegarek głównego bohatera (wskazuje godzinę, w której popełniono zbrodnię) i rusza dokładnie 24 godziny później, gdy przestępstwo rzeczywiście zachodzi. Zgoła inaczej prezentuje się Żaluzja, która zdecydowanie bardziej przypomina kolaż niż powieść. To plątanina zdarzeń, czy raczej krótkich scen, odtwarzanych z różnych ujęć, w różnej sekwencji, z której praktycznie niemożliwe jest wyciągnięcie wyraźnego wątku fabularnego. Zamiast obrazu, który jest kompletnie nieczytelny otrzymujemy jego fakturę.

Dom schadzek sytuuje się gdzieś pośrodku. To także utwór posiadający znamiona kryminału. Dochodzi do zabójstwa i trwają poszukiwania winnego. Przedmioty oraz ich drobiazgowy opis przytłaczają akcję, która jest jednak na tyle dynamiczna, że nie zostaje zupełnie zduszona, jak miało to miejsce w przypadku Żaluzji. W Domu schadzek fabuła również jest poszatkowana, ale na większe kawałki, dłuższe sekwencje. Ciekawym zabiegiem Robbe-Gilleta jest swoiste zapętlenie – każda scena wynika płynnie z poprzedniej. Przy czym te same ujęcia są często powtarzane, wraca się do nich, ale ich ponowne wyświetlenie odbywa się z innej perspektywy. Z tego względu czytelnik zauważa nowe szczegóły, o których nie wspominano wcześniej albo następuje umieszczenie tego samego motywu w zupełnie innym kontekście. Poszczególne sceny zlewają się ze sobą, wspomniane płynne przejście często utrudnia, albo wręcz uniemożliwia czytelnikowi zorientowanie się, czy obserwuje on nowy obraz sytuacyjny, czy wciąż tkwi przy tym samym. Dla przykładu na początku razem z narratorem oglądamy wystawę sklepową z manekinem wyobrażającym kobietę, wyprowadzającą psa na spacer. W następnym ujęciu mamy już do czynienia z rzeczywistą kobietą, sunącym zdecydowanym krokiem przez ulicę z wielkim psiskiem. Na chodniku intensywnie pracuje zamiatacz, pod miotłę którego trafia magazyn, na którym widnieje obraz kobiety z psem na spacerze, która przybywa pod kamienicę, z której wychodzi z tajemniczą paczką. Następna perspektywa ujawnia, że dziewczyna z psem znajdują się na scenie teatru, odgrywając rolę w przedstawieniu, itd., itd.

Co jeszcze bardziej intrygujące, powtórzone sceny rzeczywiście charakteryzują się większą ilością detali, ale nierzadko nowy obraz okazuje się sprzeczny z poprzednim. I tak na początku widzimy czerwoną kanapę, później żółtą kanapę, dalej kanapę w żółto-czerwone pasy, itd. Podobna niekonsekwencja, o zgrozo, została użyta przy opisie zdarzeń. Z tego powodu ofiara zostaje zabita na kilka różnych sposobów, przez różnych sprawców (narrator nie omieszka podać motywów, którymi kierował się każdy z nich), w zupełnie innych okolicznościach. Co gorsza, nawet trup nie leży spokojnie, zmieniając swoje ułożenie, nie wiadomo również, kiedy dokładnie miało miejsce przestępstwo, bowiem tak jak i sceneria, zmienia się czas popełnianie zbrodni. Wszystko to wzmaga chaos i mnogość wypadków, które powtarzając się w różnych figurach i kombinacjach, przeplatają się, zazębiają i przenikają.

Zaskakujący jest również minimalizm w kreacji sylwetek bohaterów, w przypadku których nie może być mowy o jakichkolwiek rysach charakterologicznych. Postacie funkcjonują w antypowieści na tych samych prawach co przedmioty, poświęca się dokładnie tyle samo czasu i precyzji w ich opisie, co rzeczom martwym. Z tego względu bardziej sprawiają oni wrażenie tekturowych dekoracji niż realnych postaci. Ta swoista obojętność narracyjna, ostracyzm w prezentacji ludzi przejawia się niechlujnością, brakiem precyzji. Johnson, czy Jonstone, czy coś w tym rodzaju, Lauren zmieniająca imię w kolejnej scenie na Loraine, Marchand ewoluujący w Marchata, oto jak traktowani są bohaterowie. Niejasność wzmagają ponadto narracyjne sztuczki – zamordowany Manneret piszący tekst, który po chwili przeradza się w historię, której akcja rozgrywa się w kolonialnym domu schadzek, a w trakcie przyjęcia goście dyskutują nad świeżo zasłyszaną wiadomością na temat zamordowania itd., itd. Pierwszoosobowa narracja przeradza się chwilami w bezosobową relację, a kilka razy podmiotem snującym całą historię wydaje się sam Johnson, czyli główny podejrzany o zbrodnię. Nazwiska artystów, których rzeźby, obrazy przewijają się w powieści zawsze okazują się nazwiskami któregoś z bohaterów. Dodatkowo często dochodzi do pomieszania przyczyny ze skutkiem i tak dla przykładu raz dowiadujemy się, że Lauren zostaje luksusową prostytutką z powodu samobójczej śmierci narzeczonego Marchanda, innym razem okazuje się, że Marchand odbiera sobie życie, bowiem nie może zdobyć serca Lauren, pensjonariuszki tytułowego domu schadzek.

Utwór to zatem wspaniały model literacki (na pozór matematyczny) misternie skonstruowany z elementów wchodzących ze sobą w różnorakie interakcje, których swoboda przekształceń i operacji zostaje ograniczona pewnymi regułami. Na dobrą sprawę zasady te sprowadzają się do realności, czy możliwości zajścia poszczególnych zdarzeń. W Domu schadzek nie występują żadne zjawiska nadprzyrodzone, fantastyczne, które w wyraźny sposób łamałyby zasady fizyki. Na przykład mężczyzna zakochuje się w młodej prostytutce i pragnąć ją wykupić z luksusowego burdelu rozpoczyna gorączkowe poszukiwania gotówki. W opinii organów ścigania, zdesperowany kochanek posiada więc wystarczający motyw do popełnienia zbrodni na podstarzałym milionerze, którzy zajmuje się udzielaniem pożyczek. Cała historia mogłaby wydarzyć się w naszej rzeczywistości – zachłanna miłość popycha do czynów ostatecznych. Chociaż za sprawą subiektywnego narratora równie prawdopodobne są inne scenariusze, zgodnie z którymi staruszek ginie w innych okolicznościach, z rąk różnych morderców. Zatem osobnik snujący tę osobliwą opowieść w niczym nie pomaga czytelnikowi, wręcz przeciwnie, co rusz zaciemnia obraz, pozbawiając możliwości docieczenia prawdy, która jednak w szerszym kontekście traci jakiekolwiek znaczenie.

Badając nieco uważniej utwór można pokusić się o stwierdzenie, że Robbe-Grillet posłużył się w nim redukcją fenomenologiczną, czyli odrzuceniem wszelakiej maści założeń, teorii, bądź doktryn, które stosowane są przy analizie i postrzeganiu otaczającego nas świata (w tym przypadku świata przedstawionego). Następuje silna koncentracja na zjawiskach samych w sobie, a docieczenie ich sensu opiera się na ich dogłębnym poznaniu, czy zrozumieniu. Chociaż z tego ostatniego francuski twórca wyraźnie się wyłamuje, czy wręcz karykaturyzuje działania poznawcze – przed czytelnikiem stawia tyle możliwych wersji wydarzeń, że nie sposób ocenić, które z nich faktycznie zaszły, czyli są p-r-a-w-d-z-i-w-e. Ale parafrazując słowa jednego z bohaterów, który mówi Nazwisko, wie pan… Co znaczy w ogóle nazwisko?, można by zapytać Prawda, wie pan… Co znaczy w ogóle prawda, szczególnie w kontekście literackiej fikcji?

Dom schadzek można rozpatrywać na jeszcze jednej płaszczyźnie. Akcja utworu rozgrywa się w Hongkongu, który w momencie napisania utworu stanowił własność Korony Brytyjskiej (podobnie ma się rzecz z Żaluzją, gdzie bohaterowie są mieszkańcami jednej z [prawdopodobnie] francuskich kolonii). Lata 50’ oraz 60’ XX wieku to zdecydowanie wzmożenie ruchów dekolonizacyjnych, w Europie przetaczały się wówczas kolejne dyskusje na temat stosunku zachodnich mocarstw do swoich zamorskich posiadłości. Robbe-Grillet nie zajmuje w powieści żadnego wyraźnego stanowiska, nie pojawia się nawet jedno zdanie na ten temat, ale już sam sposób prezentacji życia codziennego w Hongkongu daje do myślenia. Miasto jest raczej zaniedbane, a pośród morza śmiecia wegetuje biedota, którą stanowią tubylcy. Chińczycy zajmują się sprzątaniem ulic, pełnią służbę w hotelach, zasiadają za kierownicami taksówek. Biali żyją w zamkniętych enklawach, w których oddają się wszelakiej maści uciechom. Palarnie opium, bary, wymyślne restauracje. Do tego luksusowe domy schadzek, w których pojawiają się żądni nowych wrażeń klienci – młode kobiety często biorą udział w ocierających się o sadyzm przedstawieniach, pojawiają się plotki o lokalach serwujących dziewczęce mięso, handlarze narkotyków oferują preparaty, po spożyciu których ofiara zupełnie traci świadomość, etc. Widać, że świat białych kojarzony jest głównie ze zgnilizną moralną – tworzą go ludzie przeżarci chciwością oraz najróżniejszymi dewiacjami, które są prawdopodobnie wynikiem metafizycznego znużenia, które w dodatku wzmacnia wiecznie panujący lepki od wilgoci upał.

Reasumując, wizyta w Domu schadzek Robbe-Grilleta okazała się bardzo zajmująca i przyjemna. Towar oferowany przez francuskiego literata to przednia marka, który zapewnia sporo tematów do rozmyślań. Podziwiam również konsekwencję i upór w tworzeniu kolejnych utworów w duchu nouveau roman, które nie są łatwe w odbiorze, a przez to liczba potencjalnych czytelników już z założenia jest raczej skromna. Przy tym do dzieła stanowiącego zaprzeczenie klasycznej powieści przemycono istotne oraz interesujące kwestie, czyniąc to w sposób nie naruszający zasad konstrukcji powieści fenomenologicznej. Wg mnie to sztuka nie lada i za to właśnie chapeau bas panie Robbe-Grillet!

P.S. Tak jak starałem się to ukazać w tekście poświęconym książce Abaddon – Anioł Zagłady autorstwa Sabato, Robbe-Grillet przez wielu uważany był za twórcę buńczucznego, który lubił dawać do zrozumienia, że wyprzedza swoją epokę, w której klasyczne powieści nadal święcą tryumfy. Francuski artysta zdaje się krzyczeć swoją twórczością, że wszystko co piszą inni jest wtórne, powtarzalne, a środki przekazu przestarzałe. Jeśli chodzi o pewność siebie nie inaczej jest także w przypadku wizji Hongkongu, prezentowanej na kartach Domu schadzek, która dla wielu może sprawiać wrażenie zbyt przejaskrawionej, zbyt demonicznej. Dla takich wątpliwców autor ma przygotowane kilka słów już na samym wstępie utworu, który pozwolę sobie przytoczyć:

Jeśli czytelnik, który bywał przejazdem na Dalekim Wschodzie, skłonny byłby sądzić, że opisane tu miejsca nie odpowiadają rzeczywistości, autor, który spędził w tej okolicy większą część życia, radziłby mu wrócić tam i patrzeć lepiej: rzeczy zmieniają się szybko w tamtym klimacie.

Na usta ciśnie się pytanie  jak szybko oraz jak rzeczy wyglądają teraz, niemal 50 lat po napisaniu utworu.

——————

* nie jest to jednak doskonały model matematyczny, o czym możemy przekonać się na podstawie lektury eseju Nowa powieść i matematyka, który znajduje się w książce Filozofia przypadku

poniedziałek, 15 lipca 2013

Okładka książki Gumy

  Tytuł: Gumy

  Autor: Alain Robbe-Grillet

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 271

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Pisząc o nowej powieści (z francuskiego nouveau roman), zwanej też powieścią obiektywną, powieścią fenomenologiczną lub antywpowieścią, nie sposób jest nie wymienić nazwiska Alaina Robbe-Grilleta. Podobnie, wspominając o tym francuskim artyście, niemożliwe jest uniknięcie nawiązania do nouveau roman. Obie rzeczy – człowiek i idea – wzajemnie się przeplatają i są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Antypowieść, o której założeniach wspominałem szerzej przy okazji omawiania sztandarowego utworu tego nurtu, Żaluzji, charakteryzuje się silną koncentracją na opisie przedmiotów, rozmyciu wątków fabularnych. Świat przedstawiony budowany przez narratora, pozbawiony jest jakichkolwiek elementów filozoficznych, czy osądów moralnych. Zdarzenia są często odtwarzane z mechaniczną precyzją, przypominającą oko kamery, dlatego, przynajmniej pozornie, posiadają one znamiona obiektywizmu. W toku dalszej lektury łatwo się jednak przekonać, że już sam wybór przedstawianych faktów, sposób ich suchej i beznamiętnej prezentacji jest, bo przecież być musi, subiektywny. Prezentując dane wydarzenia, odtwarzając wybraną historię w ten a nie inny sposób, narzuca się schemat myślowy, zgodnie z którym najprościej jest odczytać przyswajane dane. W przypadku Żaluzji, mamy ponadto do czynienia z niemiłosiernym szatkowaniem fabuły, mieszaniem jej, przywoływaniem jej fragmentów w przypadkowej kolejności. Innym popularnym zabiegiem jest wykorzystanie rozwiązań literackich, znanych powszechnie z romansów, czy kryminałów, tak jak ma to miejsce w innej powieści Robbe-Grilleta, Gumy.

Gumy, to na pierwszy rzut oka klasyczna proza detektywistyczna. Agent specjalny Wallas zostaje wysłany do niewielkiej, portowej mieściny, aby rozwikłać zagadkę śmierci miejscowego notabla, Daniela Duponta, który prawdopodobnie jest kolejną ofiarą anarchistycznej organizacji, eliminującej persony ważne dla życia ekonomicznego oraz gospodarczego kraju. W toku całej powieści nie dowiemy się, czym dokładnie kieruje się ugrupowanie, jego ideologia cały czas owiana jest mgłą tajemnicy. Można zatem odnieść wrażenie, że anarchiści są jedynie kolejnym elementem dekoracji, to trupa aktorska, która ma do odegrania swoje role, by następnie zniknąć i odejść w niebyt.

Domniemane morderstwo zostało popełnione o godzinie 7.30 wieczorem. Wallas rozpoczyna śledztwo rano i trwa ono cały dzień, aż do godziny 7.30. Akcja powieści rozgrywa się zatem w przeciągu jednej doby – zamknięcie fabuły następuje w momencie, gdy zegarek Wallasa, który zaciął się i stanął na 7.30, rusza dokładnie 24 godziny później. Całość przypomina zatem koło – zamknięty cykl, który powtarza się w nieskończoność.

Sprawa, która przypadła w udziale Wallasowi nie należy do najłatwiejszych. Początkowo dochodzenie prowadził miejscowy komendant policji, który na wyraźne polecenie władz, zaprzestał wszelkich działań i oddał się do dyspozycji Wallasa. Trudno jednak mówić o jakiejkolwiek pomocy, szczególnie w przypadku, gdy na miejscu zbrodni nie zastano ciała – wg zeznań doktora, ranny Dupont zdołał wezwać pomoc i zmarł dopiero w szpitalu, na skutek odniesionej rany postrzałowej. Śledztwo ma zatem charakter stricte poszlakowy. Niby jest trup, chociaż ciało widział jedynie lekarz, prywatnie znajomy Duponta. Jest również motyw – Dupont, na co dzień profesor ekonomii, uznany specjalista, którego śmierć w pewnym stopniu zdestabilizowałaby gospodarkę kraju, idealnie wpasowuje się w profil osobowości, mordowanych uprzednio przez anarchistów. Jest również i zabójca – widać dość nieostrożny i trochę niedoświadczony – na miejscu zbrodni pozostały odciski palców oraz wyraźne ślady cudzej obecności. Dlaczego zatem dochodzenie jest takie trudne i mozolne?

Agent Wallas był już w mieście, do której teraz wezwały go sprawy zawodowe. Jako dziecko odwiedził je z matką, jednak wspomnienia z podróży są bardzo mgliste i niewyraźne. Wallas, miłośnik spacerów, większość wizyt, niezbędnych w toku prowadzonego śledztwa, odbywa na piechotę. Ale miasto wydaje się mało przyjazne i bardzo niechętnie odkrywa swoje tajemnice. Ulice, budynki, skrzyżowania – wszystko jest do siebie bardzo podobne, zlewa się tak, że Wallas bez przerwy błąka się i co rusz gubi drogę. Od czasu do czasu, ale bardzo niechętnie, Wallas, który nie chce ujawniać ani swojej tożsamości ani misji, jaka przywiodła go do miasta, pyta o wskazówki miejscowej ludności. Wyjaśnienia jak dotrzeć do poszczególnych budynków, instytucji, czy osób okazują się najczęściej bezużyteczne, tak, że agent ciągle miota się bezsilnie po obcym mieście, które z biegiem czasu zaczyna przypominać skomplikowany labirynt, chciwie wysysający siły i energię z uwięzionej w nim ofiary. Wallas coraz bardziej przypomina elektron – pozornie wolny i swobodny, ale krążący po z góry ustalonym orbitalu, którego absolutnie nie jest w stanie opuścić.

Zapętlone miasto ze swoimi bliźniaczo podobnymi ulicami nie jest jedyną zmorą Wallasa. W miarę postępowania dochodzenia, poprzez zeznania kolejnych przesłuchiwanych, okazuje się, że agent specjalny jest zaskakująco podobny do sprawcy przestępstwa. Tożsamość coraz bardziej znużonego Wallasa zaczyna się powoli rozpływać, tak, że staje się ona bezkształtną masą, gotową przyjąć dowolną formę. Osobowość Wallasa zostaje zdominowana przez obezwładniającą siłę miasta, która wzmaga u agenta bierność oraz apatię. Śledztwo zaczyna toczyć się coraz wolniej, kolejne kroki zdają się nie przynosić oczekiwanych rezultatów. Wallas zaczyna marnować czas na mało istotne szczegóły, których rozwikłanie nie może zbliżyć go do rozwiązania zagadki. Ciąg przyczynowo skutkowy przypomina ten znany z gombrowiczowskiego Kosmosu. Niby poszczególne wydarzenia, które sprawiają wrażenia ważnych dla prowadzonego śledztwa, splatają się ze sobą wzajemnie, pozostając w pewnych koneksjach, jednak zebrane do kupy, nie tworzą niczego poza chaotyczną i bezładną mieszaniną, której sens pozostaje nieuchwytny. Zatem prowadzący śledztwo musi wziąć sprawy w swoje ręce i uzupełnić schemat, w którym ciągle widnieje poważna luka.

Narrator prowadzi z czytelnikiem swoistą grę. Śledztwo, które z biegiem czasu zdaje się mieć coraz mniejszy sens, bezładne i niezorganizowane przeplatane jest z geometrycznym ładem i porządkiem, jaki objawia się w słynnych opisach francuskiego pisarza. Szczegółowy rozkład pokoju Duponta, precyzyjny opis krzeseł rozstawionych w kawiarni jest konfrontowany z coraz bardziej nielogicznym postępowaniem czynnika ludzkiego, który reprezentuje agent specjalny Wallas.

Krótko reasumując, przyznam szczerze, że Gumy w pełni zaspokoiły moje oczekiwania, które zostały bardzo mocno rozbudzone po lekturze Żaluzji. Gumy to druga książka w dorobku francuskiego artysty i widać, że styl nouveau roman nie rozkwitł w niej jeszcze w pełnej krasie. Akcja powieści rozprowadzona jest dość płynnie, tak, że czytelnikowi stosunkowo łatwo jest za nią podążać, chociaż momentami pojawiają się fragmenty, które stanowią domniemany przebieg wydarzeń. Zabiegi znane z Żaluzji, a więc odtwarzania tych samych wydarzeń z różnych perspektyw, bardzo swobodne dysponowanie czasem akcji, są stosowane w Gumach w zdecydowanie mniejszym stopniu. Mimo wszystko, książka pozostaje lekturą absorbującą sporo czytelniczej uwagi, tak, że należy się przy niej dość mocno skoncentrować. Robbe-Grillet chętnie bawi się z czytelnikiem, puszczając do niego oko czy to poprzez nawiązania do klasyki kryminalnego gatunku, odwołania do mitów, czy słowne zabawy, której najlepszym przykładem jest sam tytuł – bohater Gum, agent Wallas, przy okazji prowadzonego śledztwa, z niewyjaśnionych w powieści przyczyn, szuka w mijanych sklepach papierniczych profesjonalnej gumki do mazania.

wtorek, 05 marca 2013

Okładka książki Żaluzja

  Tytuł: Żaluzja

  Autor: Alain Robbe-Grillet

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 155

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Powieść Żaluzja autorstwa Alaina Robbe-Gilleta to w opinii wielu ekspertów programowy utwór nurtu literackiego określanego mianem nouveau roman (nowa powieść, zwana też antypowieścią lub powieścią fenomenologiczną). Noveau roman miała być odpowiedzią na wyczerpanie się, przynajmniej w opinii twórców tego awangardowego kierunku (za których uważa się Claude’a Simona, Roberta Pingeta oraz Alaina Robbe-Grilleta), możliwości powstawania wartościowych dzieł spod znaku klasycznej formy prozy. Powieści tradycyjnej oberwało się za wszechobecnego oraz wszechwiedzącego narratora, który był równocześnie demiurgiem – świat przedstawiony był wyłącznie jego dziełem i nie mógł w żadnym wypadku wyjść poza ściśle ustalone przez tegoż narratora ramy. Niemile widziane były także wszelkie formy psychologizmu – egzystencjalizm, na czele z Kafką, Dostojewskim czy Kierkegaardem powinien odejść precz. Zamiast człowiekiem, jego problemami, pojmowanymi z punktu widzenia jednostki, literatura winna skupiać swoje wiązki na kwestiach możliwości poznawczych powieści – istotne były zatem metody odwzorowania rzeczywistości oraz wpływ narzędzi literackich, stosowanych przez pisarzy na formowanie się tej rzeczywistości. Takie postawienie sprawy wiązało się z wprowadzeniem autotematyzmu, czyli sytuacji, kiedy literackie dzieło zawiera rozważania na swój temat. A żeby było jeszcze bardziej awangardowo, refleksje te nie mogły być zbyt bezpośrednie i widoczne. Autotematyzm musiał być więc zawoalowany, pozostawał jednak kluczem do zrozumienia całego utworu.

Co jeszcze kryło się pod hasłem nouveau roman? Co jeszcze miało trafić na literacki stos, wysłane na niego przez antypowieściową inkwizycję? Najprościej rzecz ujmując, można rzec, że wszystko zostało wywrócone do góry nogami. W opinii Robbe-Grilleta ludzie w utworach literackich mieli takie same prawa jak przedmioty – tzn. stanowili oni jedynie elementy świata percepcji. Ponadto rezygnowano z chronologicznego porządku fabuły, postacie pozbawione zostały cech charakterystycznych (często byli bezimienni). Zaburzony zostawał ciąg przyczynowo-skutkowy – brakowało logicznej kolejności zdarzeń. Narracja prowadzona była chaotycznie, a świat przedstawiony bazował na subiektywizmie narratora – ukazywany był tak, jak aktualnie widział go, najczęściej bezosobowy, podmiot, który rejestrował wszystko niemal wyłącznie za pomocą wzroku. W Żaluzji, fabuła jest bezlitośnie poszatkowana, czas zdaje się nie odgrywać żadnej roli, wydarzenia często odtwarzane są wielokrotnie, tylko z różnych ujęć. Lektura powieści przypomina bardziej odczyt ułożonych w przypadkowej sekwencji obrazów, zarejestrowanych przez czujne oko kamery.

Robbe-Grillet

Skąd jednak tak agresywne podejście do klasycznej formy prozy? Sporo do powiedzenia w tej kwestii miał Gérard Genette, który opis w powieściach realistycznych określał mianem ancilla narrationis, czyli „służebnicy narracji”. Wynikało to z faktu, że w tego typu dziełach, z góry określony jest pewien cel, sens, który to opis ma właśnie przedstawiać. Opis jest zatem wyłącznie tworem wtórnym, podrzędnym, podporządkowanym pewnej idei, której służy. Brzmi to może dość absurdalnie (bo w końcu opis z samej nazwy stosowany jest do opisywania czegoś), ale zwolennicy nowej powieści dążyli do wyzwolenia opisu z literackich oków i postulowali o jego samodzielny byt. Stąd też pomysł budowania narracji wyłącznie w oparciu o zmysł wzroku – poprzez ten zabieg, poznawanej przez czytelnika rzeczywistości zostaje amputowana wszelka głębia – usuwa się z niej pierwiastki transcendentne, psychologiczne, etc. W ten sposób opis staje się bytem samym w sobie i zostaje wyzwolony z pęt narracji. Brzmi pięknie, ale co z tego wyszło?

Fabuła Żaluzji jest bardzo skromna, by nie rzec uboga, sprowadzona została do absolutnego minimum. W książce dzieje się naprawdę niewiele, a patrząc na nią z punktu widzenia współczesnego czytelnika, oczekującego gnającej na złamanie karku akcji, soczystych dialogów, pełnych ikry i dobrego dowcipu, bohaterów pretendujących do miana idoli, czy autorytetów i tego wszystkiego, z czym kojarzona jest obecnie dobra książka, można wręcz powiedzieć, że w powieści nie dzieje się absolutnie nic! Cóż więc skrywa się na tych kilkudziesięciu stronach powieści?

Daleka kolonia. Bliżej nie nazwana, nieokreślona, ale prawdopodobnie francuska. Plantacja bananów. Dom. Bohaterka A... oraz Frank, właściciel sąsiedniej plantacji. Kolacje, na których regularnym gościem jest Frank. Plany A... i Franka dotyczące wspólnej wyprawy do miasta. Dyskusja na temat książki, którą Frank pożyczył A... . Akcja powieści rozgrywa się w kolonialnej Afryce. Stonoga (jadowita, niejadowita?) pojawiająca się na ścianie, zabita przez Franka. Regularne rozmowy na temat awaryjności ciężarówki Franka. Problemy żony Franka z nieznośnym upałem. Wymiana pali, wchodzących w skład mostu, prowadzona przez czarnych robotników.

Tak mniej więcej przedstawia się fabuła Żaluzji, którą zdradzam z czystym sumieniem, bowiem nie odgrywa ona żadnej znaczącej, czy nadrzędnej roli. Jest tylko kolejnym elementem, wchodzącym w skład całej powieści, nie pełni ona przy tym żadnej funkcji dominującej. Co interesujące, wydarzenia są często powtarzane, oglądane wielokrotnie, ale z różnych perspektyw. W tekście brak także jakichkolwiek zaznaczeń, że dana scena jest odtwarzana, co szczególnie na początku lektury, sprawia czytelnikowi nie lada kłopot, wymuszając na nim czujność oraz koncentrację. Wydaje się, że niektóre wydarzenia są jedynie wytworem wyobraźni tajemniczego narratora, czy też podmiotu rejestrującego, ale oczywiście jest to niemożliwe do stwierdzenia ze stuprocentową pewnością.

Pogarda dla fabuły w moim mniemaniu zaznacza się najlepiej w drobiazgowych opisach scenerii, która w danej chwili jest widoczna – z ogromną pieczołowitością odtwarzana jest gra światła oraz światłocień (Teraz cień filaru, filaru, który podpiera południowo-zachodni narożnik dachu, rozdziela na dwie równe części narożnik tarasu), struktura domu (Ów taras to szeroka, kryta galeria, otaczająca dom z trzech stron. Ponieważ szerokość tarasu w części środkowej jest taka sama jak w jego bocznych skrzydłach, linia cienia rzucanego przez filar sięga dokładnie do narożnika domu, lecz tu się urywa, gdyż słońce stoi jeszcze zbyt wysoko na niebie i oświetla tylko kamienne płyty), czy układ drzewek bananowych (Jeden z rzędów, ukośny, zaczyna się na prawo przy mostku z pali i sięga lewego skraju ogrodu. Licząc wzdłuż składa się z trzydziestu sześciu drzew. Sadzenie drzew w szachownicę sprawia, że widać je tak, jak gdyby biegły w trzech różnych kierunkach: prostopadle do wybranego za podstawę szeregu, ale również wzdłuż dwóch innych prostych, także do siebie prostopadłych i krzyżujących się z dwoma poprzednimi pod kątem 45 stopni. A więc te dwa szeregi są, każdy z osobna, równoległe i prostopadłe do osi doliny i dolnego skraju ogrodu). Precyzyjnie odmalowane są ruchy oraz gesty bohaterów (A... sama poszła po napoje, wodę mineralną i koniak. Stawia na stoliku tacę z dwiema butelkami i trzema dużymi szklankami. Po odtworzeniu butelki koniaku, odwraca się i patrząc na Franka, napełnia jednocześnie jego szklankę. Ale Frank, zamiast śledzić podnoszący się poziom alkoholu, kieruje wzrok nieco wyżej, patrząc w twarz A...), ale same słowa zdają się już znaczyć niewiele, albo zgoła nic. Nie przywiązuje się do nich większej wagi, traktowane są z taką samą atencją jak szum dobiegający z podwórka, wygwizdywana melodia, czy odgłosy dzikich zwierząt.

Okazuje się, że zabieg fotograficznego przedstawienia tła wydarzeń, na pozór obiektywny opis wszystkiego, co w danej chwili stanowi scenerię, pogrąża w zupełnym chaosie fabułę powieści. Całość zaczyna jawić się jako obraz, których został przybliżony w tak dużym stopniu, że przestajemy już dostrzegać podmiot obrazu. Zamiast niego wyłania się faktura dzieła, która z oglądanej perspektywy jest jednak wyłącznie bezładną plątaniną plam, kolorów oraz kresek. Zatem zbyt szczegółowe odtwarzanie rzeczywistości prowadzi do jej zaciemnienia – wielość możliwych interpretacji danej sceny jest tak przytłaczająca, że jakakolwiek nadanie znaczenia i sensu stają się zadaniami ponad miarę czytelnika. Można zatem śmiało rzec, że zostaliśmy oszukani przez język opisu, który winien ułatwiać nam literacką percepcję. Tymczasem uniemożliwia on jakąkolwiek deskrypcję zapisanych w ten sposób wydarzeń.

A jeśli już przy języku jesteśmy i powoli dobijamy do brzegu tajemniczej wyspy o nazwie semantyka, to godny uwagi jest sam tytuł powieści. Żaluzja, a w oryginale La Jalousie, w języku francuskim oznacza zarówno żaluzję jak i zazdrość. Oba słowa zdają się idealnie pasować do tego dzieła. Wydarzenia często obserwowano są niejako z ukrycia, zza żaluzji, która staje się atrybutem podglądacza, kurtyną, zza której nasz obiekt śledzi poczynania A... oraz Franka. Sposób prowadzenia narracji, pozornie bezstronny oraz wyprany z wszelkich emocji, mimo wszystko zdaje się sugerować, że pomiędzy rzeczonymi A... oraz Frankiem istnieje pewna nić porozumienia, uczucie, rodzaj erotycznej gry, trudne do wychwycenia seksualne napięcie, które powinno znaleźć gdzieś ujście, tj. osiągnąć moment kulminacyjny. Nic takiego jednak nie następuje, przez co możemy czuć się oszukani przez siłę sugestii tajemniczego narratora (psychopatycznego zazdrośnika, wmawiającego sobie rzekomy romans żony z sąsiadem?) – jest to przy tym znakomity przykład postulowanego subiektywizmu.

Krótko reasumując, przyznaję, że lektura Żaluzji okazała się bardzo zajmująca oraz piekielnie interesująca. Mimo, że książka pozbawiona jest niemal wszystkich cech, które powinny decydować o atrakcyjności powieści, posiada swoisty, nieodparty urok. Sprawia wrażenie pewnego rodzaju intelektualnego wyzwania, gry, na którą wyzywa nas Robbe-Grillet. Żaluzja posiada liczne literackie smaczki, intrygująca jest sama historia jej powstania oraz idee, która ma w założeniu nieść. Jako ciekawostkę można dodać, że Żaluzja została napisana w 1957 roku w okresie wzmożonych ruchów dekolonizacyjnych, które właśnie na przełomie lat 50. i 60. XX wieku najbardziej przybierały na sile. Być może (prawdopodobne) umiejscowienie akcji w któreś z francuskiej kolonii to także głos w dyskusji, jaka przebiegała wtedy przez Europę?

P.S. Rzecz niezwykła, rzecz niebywała, ale powyższy tekst został zwycięzcą w konkursie na recenzję tygodnia za okres 13 - 19 maja na portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję za to ogromne wyróżnienie.

Lubimy Czytać

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita