Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: literatura amerykańska

środa, 08 stycznia 2014

Okładka książki Przezroczyste przedmioty

  Tytuł: Przezroczyste przedmioty

  Autor: Vladimir Nabokov

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 143

  Cena: 30,00 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Nie raz i nie dwa wspominałem, że w powszechnej świadomości czytelników nazwisko Vladimira Nabokova kojarzone jest głównie za sprawą Lolity. Przez wielu dorobek autora zostaje niesłusznie zredukowany do jednego dzieła, które pozostałe owoce twórczości spycha na margines, zmuszając je na egzystencję na uboczu czytelniczej uwagi. Silna koncentracja na Lolicie jest o tyle krzywdząca, że inne pozycje z bogatego dorobku Nabokova to dzieła równie wybitne, a niejednokrotnie nawet lepsze. Ale z drugiej strony, czy gdyby nie Lolita, amerykański pisarz o rosyjskich korzeniach cieszyłby się taką samą popularnością? Powieść o uczuciu, będącym czymś na wzór miłości (a może jej karykaturą?) podstarzałego mężczyzny do dojrzewającej dziewczynki jest o tyle szokująca, co łatwa w odbiorze. Lektura zawiera w sobie sporo niuansów, ale nawet bez ich wychwycenia Lolita wciąż jest tekstem interesującym. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o większości z pozostałych utworów, w których na jaw wychodzą skłonności Nabokova do mistyfikacji, do mataczenia, do kręcenia, słowem do bezczelnego igrania z czytelnikiem, który wodzony za nos w pewnym momencie zaczyna gubić się w natłoku informacji, podtekstów, przesłanek, niedopowiedzeń. Gdyby wyłącznie tego typu teksty składały się na twórczość Nabokova, mniemam, że dziś interesowaliby się nim głównie literaturoznawcy, z pieczołowitością rozbierający na czynniki pierwsze poszczególne słowa, wyrażenia, zdania, rozdziały, by dociec w pełni ich znaczeń oraz odkryć skomplikowane wzory, w której się układają.

Znakomitym przykładem powieści, w trakcie lektury której Vladimir Nabokov wyzywa czytelnika na swoisty pojedynek są Przezroczyste przedmioty. Ta cieniutka i niepozorna książeczka to przedostatnie ukończone dzieło amerykańskiego pisarza, które powstawało w latach 1969 – 1972. Tuż po ukazaniu się na rynku wywołało wśród czytelników prawdziwą konsternację – recenzje przyjmowały wszystkie odcienie krytyki, oscylując między rozpaczliwą adoracją a bezsilną nienawiścią, jak to zgrabnie ujął w sowim dzienniku sam Nabokov.

Na pierwszy rzut oka Przezroczyste przedmioty to banalna historia o człowieku, który odbywa swoistą pielgrzymkę w przeszłość, pragnąc lepiej zrozumieć wydarzenia, jakie przywiodły go do obecnego punktu na osi czasu. Główny bohater, Hugo Person (zniekształcone „Peterson”, przez niektórych wymawiane „Parson”), obywatel Stanów Zjednoczonych po raz czwarty przybywa do niewielkiej szwajcarskiej mieściny, leżącej u podnóża malowniczych Alp. Ten region odgrywa dość istotną rolę w życiu Hugo. To właśnie w Szwajcarii, podczas pierwszej wizyty w tym kraju zmarł ojciec Persona. Druga wyprawa okazała się bardziej szczęśliwa. Hugo jako korektor uznanego wydawnictwa, został wyznaczony do kontaktów z amerykańskim pisarzem niemieckiego pochodzenia, mieszkającym na co dzień w Szwajcarii. W drodze do pana R., główny bohater poznał swoją przyszłą żonę Armadę. Trzecia eskapada to ostatnie spotkanie z kontrowersyjnym literatem R. i równocześnie początek sielankowej egzystencji Hugo Persona.

Książka nie posiada zbyt wyrafinowanej fabuły. Dojrzały mężczyzna, wdowiec, przechodzący w dodatku wyraźny kryzys wieku średniego wraca do miejsc kojarzonych z ukochaną osobą, która odeszła w niecodziennych okolicznościach. Cała akcja sprowadza się do stopniowego odsłaniania tajemnicy, jaką skrywa miniony czas. Ale to obnażanie przeszłości odbywa się powoli, bez wyraźnej eskalacji napięcia. Dlatego przy przewracaniu ostatniej strony towarzyszy nam raczej konstatacja niż zdumienie, czy niedowierzanie. Ot, kolejna historia ludzkiego żywota, momentami dość smutna, miejscami absurdalna dobiegła właśnie końca.

Ale tak jak przy wnikliwszym wpatrywaniu się w taflę wody, w której początkowo widzimy jedynie odbicie otaczającego nas krajobrazu z wolna zaczynamy dostrzegać to, co skrywają głębiny, tak przy uważniejszym przeczytaniu Przezroczystych przedmiotów na prostym obrazku zaczynają pojawiać się zmarszczki, sygnalizujące, że drobne cienie skrywają rzeczy nade istotne, które zostały przez nas przeoczone. Zabawne, że to właśnie sam tytuł (w oryginale brzmiący Transparent Things) staje się bodźcem do poszukiwań i naprowadza nas na pierwszy trop. Słowo transparentny można tłumaczyć jako przeźroczysty, ale może oznaczać ono również przeświecający – podobnie jest z fabułą powieści, spod której zdaje się prześwitywać nieco inna historia.

Zastanawiający jest już pierwszoosobowy, wszechwiedzący narrator, który przejawia zaskakującą tendencję do stosowania apostrofy. Pierwsze zdania powieści rozpoczynają się od słów Oto właściwa persona. Hej tam, persono! Nie słyszy. Zatem już na wstępie czytelnik zostaje niejako przygwożdżony przez dziwacznego narratora, któremu w trakcie przybliżania historii życia Hugo Persona zdarzy się wpleść jeszcze niejedną niezwykłą sentencję (Hej tam, persono! O co chodzi, nie szarp mnie za rękaw. Ja mu się wcale nie narzucam). O ile możemy domyślać się, że tajemniczą personą, do której zwraca się narrator jest nie kto inny jak Hugo Person (nazwisko zobowiązuje), o tyle odgadnięcie adresata bezpośrednich zwrotów jest już nie lada kłopotliwe. Zaskakujące są również przejścia z liczby pojedynczej na liczbę mnogą (gdy my koncentrujemy się; nasz biedny przyjaciel; nasz poczciwy Hugo), które dodatkowo potęgują zamęt. Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że słuchamy opowieści telewidzów, relacjonujących nam reality show, w którym główną rolę odgrywa nieświadomy niczego Hugo Person, niczym Truman Burbank w Truman Show. Ale kim u licha jest ta zgraja cudaków, która próbuje bawić się narratora?

Nicią, która wyprowadzi nas z tego labiryntu zagadek mogą okazać się dzieła rąk ludzkich, jak i dzieła natury, same w sobie bezczynne, lecz ustawicznie używane przez nonszalancki czas. Każdy przedmiot skrywają w sobie długą historię – moment i okoliczności narodzin, warunki użytkowania. W końcu nawet maleńka rzecz, drobnostka i błahostka oprócz materii fizycznej, z której jest stworzona, posiada także otoczkę czasu, który wyciska na niej swoje niezatarte piętno. O jakże pięknym byłoby móc zanurzyć się w opowieściach, które skrywają w sobie owoce naszej pracy. Kto je stworzył, ilu wysiłku to kosztowało, przez kogo były użytkowane, w jakim celu je wykorzystywano? Oczywiście część tych historii możemy wydrzeć naszym milczącym przedmiotom, ale ile pozostaje zakrytych i nigdy nie poznanych?

Przyznaję, że Przezroczyste przedmioty stanowiły dla mnie dość ciężki orzech do zgryzienia i wielce pomocne okazało się posłowie autorstwa niezastąpionego Leszka Engelkinga, który naprostował nieco skomplikowane meandry nabokovskiej prozy. Ale powieść, nawet jeszcze nie w pełni zrozumiała, także przedstawia się nader intrygująco. Relacja Hugo Persona z Personem seniorem oraz zmiany, które zachodzą w bohaterze po zgonie ojca uzmysławiają, że nierzadko stosunki z rodzicami stanowią pęta, zrywane dopiero w momencie ich śmierci, która wywołuje u świeżo osieroconego dziecka szokującą i nieprzyzwoitą wręcz euforię, płynącą z poczucia odzyskania wolności, niezależności, swobody działania, możliwości dokonywania wyborów na własną rękę. Ciekawa jest także kreacja psychologiczna Hugo Persona, niekompletnego geniusza, którego wszystkie wyjątkowe umiejętności skażone są jakimś ale, uniemożliwiającym ich pełne rozwinięcie i wykorzystanie.

Reasumując, Przezroczyste przedmioty to literatura na wskroś nietuzinkowa. Mimo, że bardzo krótka, bowiem moje wydanie liczy raptem 125 stron, jest wręcz przeładowana treścią, która tak gęsto upakowana sprawia, że istotna staje niemal każda kartka. Czytelnik otrzymuje od autora swoistą zagadkę, z którą przyjdzie mu się zmierzyć, jeśli chce poznać maksymalną ilość płaszczyzn, na których można rozpatrywać utwór. Kilka tematów oraz motywów takich jak sen, czy pożar jest nagminnie powtarzanych, ale większość została ledwie muśnięta, tak, że poszukiwania wszystkich smaczków pobudzają do rzeczywistego intelektualnego wysiłku. Nabokov po raz wtóry sprawił nam psikusa, bowiem lektura tej krótkiej książki może okazać się znacznie mniej czasochłonna niż intensywne rozmyślanie na jej temat. Rzecz jasna powieść nie jest wyłącznie szaradą, a o tym, że posiada kilka punktów stycznych z naszą rzeczywistością niech zaświadczy fragment: W dziedzinie sztuki „awangarda” oznacza niewiele więcej niż uległość tej czy owej wyzywającej, filisterskiej modzie (…), który można przytoczyć choćby w odniesieniu do wydarzeń, dla niektórych gorszących, dla innych komicznych, które rozgrywają się ostatnio w Teatrze Starym w Krakowie (i to nie tylko na scenie).

P.S. Nurkując w odmętach wspomnień dotyczących lektury Przezroczystych przedmiotów do bram moich świadomości puka niestrudzenie poniższy wiersz Cypriana Kamila Norwida, który szczególnie polecam w wykonaniu zespołu De Press (utwór Świenty Pokój z albumu Product utrzymany w klimacie new wave jako żywo przypominający najlepsze nagrania Joy Division, którym zespół w tym czasie mocno się inspirował).



Święty spokój

*

Jeszcze tylko kilka ciężkich chmur
Nie-porozpychanych nozdrzem konia;
Jeszcze tylko kilka stromych gór,
A potem już słońce i harmonia!...

— Jeszcze tylko z hełmu kilka piór
W wiatru odrzuconych próżnię;
Jeszcze, tylko jeden pękły grot,
Błyskawica jedna — jeden grzmot —

A potem — już nie!...

*

Tak samo i w życiu: czasów wir
Jezdnego na hipogryfie ima;
Gruby mu rozrywać każe. kir,
Trumny przeskakiwać, których nie ma.

— Za czarnością trumien świta mir,
Wynagradzający słusznie;

I wciąż tylko jeden jeszcze trud,
Wysilenie jedno — jeden cud —
A potem — już nie!...

środa, 06 listopada 2013

  Tytuł: Doktor BluthgeldOkładka książki Doktor Bluthgeld

  Autor: Philip K. Dick

  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

  Liczba stron: 350

  Cena: 49,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Tzw. overkill capacity to teoretyczna możliwość wielokrotnego uśmiercenia każdego mieszkańca kuli ziemskiej za pomocą arsenału jądrowego, którym dysponują światowe mocarstwa. Groźba spełnienia tego zagrożenia kilkukrotnie wisiała nad ludzkością, nigdy chyba jednak nie była tak bliska przybrania szat realności jak w czasie kryzysu kubańskiego. Trwająca niecałe dwa, ale jakże długie tygodnie, pomiędzy 15 a 28 dniem października 1962 roku, przepychanka pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Socjalistycznym Republik Radzieckich mogła mieć tragiczny finał, gdyby tylko jednej ze stron chociaż na moment puściły nerwy. Patowa sytuacja, w której znalazły się oba kraje nie była dziełem jednorazowego działania, poprzedzała ją cała mas pomniejszych wydarzeń oraz decyzji, które w całości składały się na zimnowojenny wyścig zbrojeń. Ów szaleńczy pęd do zwiększenia swojego arsenału, będący odpowiedzią na działania przeciwnika, mający zapewnić ciągłą przewagę militarną nad rywalem pobudzał również wyobraźnię autorów science fiction. Stanisław Lem swoją dosyć ciekawą oraz zabawną wizję zaprezentował w Pokoju na Ziemi. W powieści polskiego pisarza cały sprzęt wojskowy został wysłany na Księżyc, gdzie podlegał samodoskonaleniu, ale bez udziału czynnika ludzkiego. W efekcie ludzkość wyhodowała tykającą bombę, na temat której posiadała minimalne zasoby informacji. Oczywiście w literaturze nie brakowało również bardziej pesymistycznych scenariuszy. W książce Doktor Bluthgeld, tytan amerykańskiej science fiction, Philip K. Dick próbował znaleźć odpowiedź, jak wyglądałoby nasze społeczeństwo, gdyby doszło do atomowego konfliktu. I przyznać trzeba, że wizja ta jest zarówno oryginalna jak i interesująca.

Akcja Doktora Bluthgelda  rozgrywa się w świecie, w którym wybuchła III wojna światowa. Czytelnik śledzi fabułę, która poprowadzona jest dwutorowo. Poznajemy losy grupy bohaterów tuż przed wybuchem nuklearnego konfliktu oraz kilka lat po apokalipsie. Widać zatem od razu, że dzieło Dicka nie jest typową antyutopią, która koncentruje się na trudnej egzystencji, tuż po atomowej zagładzie. Świat wykreowany przez autora nie jest wyłącznie kupą gruzów ze zdegenerowaną ludzkością, która balansuje na krawędzi wyginięcia. Powieść to bardziej próba wyobrażenia sobie, jak wyglądałyby próby odbudowy naszej cywilizacji, w sporej części obróconej w pył za sprawą atomowych wybuchów. Co ciekawe Dick nie uznaje nawet za stosowne podać dokładnych przyczyn rozpętania najpoważniejszego konfliktu w dziejach ludzkości. Rutyna dnia codziennego zostaje nagle i bez uprzedzenia zburzona. Zaskoczeni ludzie mają dosłownie kilka minut, by przygotować się na najgorsze i znaleźć bezpieczne schronienie. Wszędzie spadają bomby, a fale uderzeniowe zmiatają niemal wszystko, co znajduje się na powierzchni. Nieznana pozostaje jednak geneza wojny. Nie wiadomo, kto ją rozpętał, dlaczego w ogóle do niej doszło, kto wykonał decydujący ruch. O rozmiarze strat można wnioskować tylko na podstawie niewielkich wycinków – cała historia rozgrywa się w Kalifornii, w San Francisco oraz okolicznych wsiach.

Poznając losy mieszkańców hrabstwa San Marin, oglądamy świat po apokalipsie, który powoli acz sukcesywnie liże rany. Nuklearna interwencja zabrała wiele istnień ludzkich, a równie wiele popchnęła w odmęty szaleństwa. Dokonała także wielu przetasowań. Dick ciekawie zaprezentował zmiany, do jakich może dochodzić w społecznych strukturach, na skutek niespodziewanych oraz tragicznych wydarzeń. Okazuje się, że dla niektórych ogromna tragedia może stać się bodźcem do działania, pozwalającym zapomnieć o własnych niedoskonałościach oraz niedostatkach. Zdecydowanie, determinacja oraz wykazanie inicjatywy w najbardziej newralgicznym momencie może diametralnie odmienić losy jednostki, pozwalając jej wywindować się ze społecznych nizin aż do samego koła sterowego władzy i na odwrót. Naturalny a przez to jakże trudny do przezwyciężenia instynkt do bycia prowadzonym przez życie przez innych, do słuchania rad oraz pouczeń sprawia, że w momencie kiedy znikają opiekuńcze ramy państwowości, media, prasa czy telewizja, istota ludzka staje się całkowicie bezbronna, pozbawiona pomysłu na przetrwanie. Kluczową rzeczą w postapokaliptycznej rzeczywistości okazują się zatem nowe władze. Człowiek poszukuje liderów oraz dowódców, pod rządami którymi próbuje na powrót odbudować wszystko, co utracił. Ale Dick zdaje się ostrzegać, że w sytuacjach krytycznych, skrajnych, najusilniej dojść do głosu starają się szaleńcy, niespełnieni frustraci, czy osobnicy chowający głęboką urazę do społeczeństwa poza nawias którego zostali wyrzuceni, czyli ludzie, którzy w normalnych warunkach mają niewiele do powiedzenia.

Dick na kartach swojej powieści przedstawia również zaskakująco silną wolę trwania ludzkiego gatunku. Człowiek jawi się jako bardzo krucha, biologiczna istota, która podatna i wrażliwa jest na wszelkie środowiskowe zmiany – nawet niewielki wzrost średniorocznej temperatury, czy drobna zmiana w składzie ziemskiej atmosfery mogą okazać się śmiertelnie niebezpieczne. Mimo to ludzka cywilizacja kurczowo chwyta się każdej, nawet najmniejszej szansy przetrwania – cieniutka błona ludzkości, która porasta ziemską skorupę jest niespodziewanie trwała. W wizji Dicka zabawny jest fakt, że ludzkość próbując podnieść się po straszliwym upadku, który stał się jej udziałem, stara się odbudować świat na obraz i podobieństwo świata sprzed katastrofy. System monetarny, klasyczny system nauczania, demokratyczne sprawowanie władzy, papierosy, alkohol, poczta, etc. W dłuższej perspektywie nieuniknione wydaje się powielenie dokładnie tych samych błędów, które stały się przyczyną tragedii. Społeczeństwo ludzkie, a przynajmniej ta jego część, której udało się przetrwać jawi się zatem jako przerażająco bezrefleksyjne. Niemal wcale nie zastanawia się ono nad przyczynami apokalipsy, do jakiej doszło, zadowalając się zrzuceniem całej winy i odpowiedzialności za zaistniałą sytuację na barki jednego człowieka.

Owym kozłem ofiarnym jest tytułowy doktor Bluthgeld. To wybitny naukowiec, fizyk atomowy z wykształcenia, a przy tym wariat i egocentryczny szaleniec. Na każdym kroku dostrzega wrogów, którzy czyhają na jego życie, pragnąc w ten sposób zemścić się za wszelkie nieszczęścia, jakie spadły na ziemski glob. Wydaje się, że w jego osobie Dick zawarł wszelkie negatywne cechy, które nie powinny pozostawać w udziale żadnego człowieka oddanego nauce. Doktor Bluthgeld, którego obciąża już samo nazwisko (blut z niem. krew + geld z niem. pieniądze), przedstawiony jest jako człowiek zaślepiony żądzą sukcesu poznawczego. Pragnąc za wszelką cenę dokonać przełomu oraz postępu w ogóle nie zastanawia się nad konsekwencjami swoich odkryć. To typ uczonego, który w zamian za dobrze wyposażone laboratorium oraz strumień gotówki, niezbędny do prowadzenia kolejnych badań, bezmyślnie dzieli się swoimi dokonaniami z politykami, zbyt głupimi, by pojąć jak potężna, a co najważniejsza obosieczna broń trafia w ich ręce.

Co interesujące, szaloną naturę doktora Bluthgelda niemal od razu rozpoznaje Stuart McConchie. Czarnoskóry sprzedawca telewizorów, na co dzień zamiatający ulicę tuż przed otwarciem swojego sklepu reprezentuje tę zwykłą i normalną część społeczeństwa, która okaże się filarem, podźwigającego się z upadku społeczeństwa. Stuart to także uosobienie zdrowego rozsądku oraz tych wszystkich drobnych i na pozór nieistotnych gestów oraz rytuałów, które są każdemu człowiekowi tak bliskie, bo tak na wskroś ludzkie.

Oczywiście w Doktorze Bluthgeldzie, nie mogło zabraknąć kilku, kluczowych motywów w prozie Dicka. Najbardziej wstrząsający zawiera w sobie Edie Keller, kilkuletnia dziewczynka, poczęta w dniu Wybuchu. W swoim ciele nosi ona brata bliźniaka Billa, który nigdy się nie narodził, pozostając uwięziony w ciele swojej siostry, która stanowi dla niego jedyną nić ze światem zewnętrznym. Nietrudno dostrzec tu nawiązanie do siostry bliźniaczki Philipa Dicka, która na skutek złej opieki matki zmarła wkrótce po porodzie. Pisarz wielokrotnie podkreślał, że z powodu tej śmierci niemal przez całe życie borykał się z poczuciem winy. Znaczący jest również sam początek powieści. Otóż Doktor Bluthgeld rozpoczyna się od sceny, w której sprzedawca zamiata chodnik tuż przed swoim sklepem. Niemal identycznie prezentują się pierwsze karty powieści Głosy z ulicy oraz Humpty Dumpty w Oakland. Wspomnieć należy, że Philip Dick pracował w sklepie z płytami i jego poranki wyglądały bardzo podobnie. Niespieszne ruchy miotłą, przysłuchiwanie się stukotowi obcasów oraz wdychanie kojących woni młodych sekretarek. Sielankowa sceneria amerykańskich przedmieść, na których każdy może odnieść sukces.

Książka Doktor Bluthgeld jak sam przyznaje w krótkim posłowiu Philip Dick, była próbą odgadnięcia przyszłości. Jeśliby oceniać ją pod kątem futurologicznych przewidywań, to powieść nie zdałaby próby czasu. Oczekiwana wojna nie nadeszła, świat nie przeszedł atomowego katharsis, a ludzkość nie musiała rozpoczyna budowy swojej cywilizacji niemal od początku. Ale powieść bardzo dobrze sprawdza się na innym polu. To ciekawa oraz dosyć optymistyczna wizja świata, który podźwiga się po upadku nie dzięki pojedynczym, heroicznym wysiłkom, ale za sprawą długotrwałej, mrówczej pracy wielu zwykłych ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z superbohaterami oraz ich supermocami.

piątek, 01 listopada 2013

Okładka książki Sługa boży

  Tytuł: Sługa boży

  Autor: Erskine Caldwell

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 221

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

 

 

 

Głębokie Południe Stanów Zjednoczonych to określenie, którego używa się w stosunku do południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Region ten słynie z konserwatyzmu oraz głębokiego umiłowaniu tradycji. W czasie wojny secesyjnej wszystkie stany z tego okręgu należały do Konfederacji. Głębokie Południe było rejonem typowo rolniczym, którego siłę roboczą stanowili czarni niewolnicy. Zrozumiałe zatem, że w tym okręgu zdecydowanie najbardziej widoczne były napięcia rasowe, co przejawiało się m.in. wzmożoną aktywnością Ku Klux Klanu. Z Głębokiego Południa wywodzi się także urodzony w Atlancie Martin Luther King, czarnoskóry pastor, jeden z czołowych działaczy, walczący o równouprawnienie oraz zniesienie dyskryminacji rasowej. Historia tej części Ameryki jest ogromnie frapująca. Nic dziwnego, że wielu amerykańskich literatów brało na warsztat właśnie Głębokie Południe, próbując przybliżyć czytelnikowi tej zakątek swojego kraju.

Oczywiście najłatwiej jest pisać o miejscach, które są nam doskonale znane, w których dorastaliśmy oraz dojrzewaliśmy, psychicznie oraz fizycznie. Widać to na przykładzie prozy Erskine’a Caldwella, urodzonego w stanie Georgia amerykańskiego literata. Pochodzący z White Oak artysta był synem pastora, wędrownego kaznodziei, który odbywał liczne misyjne podróże po południowych stanach USA. Młody Erskine poznał od podszewki życie regionu, stykając się z jego mieszkańcami, kulturą oraz religijnością. Ponadto Caldwell imał się różnorakich zajęć, począwszy od pracy na plantacji bawełny, na zawodzie kucharza oraz kelnera skończywszy. Życie odsłaniało przed przyszłym pisarzem wszystkie swoje sekrety, ukazując zarówno swoje jaśniejsze strony jak i te zdecydowanie mroczniejsze. Wykształcenie zdobyte w college’u oraz na uniwersytecie w Wirginii pozwoliło Caldwellowi podjęcie pracy dziennikarskiej w 1925 roku, w czasie której zwiedził Amerykę Południową, Azję oraz Europę, w tym również Polskę. 10 lat później, w roku 1935 Caldwell wydał swoją trzecią książkę, pt. Sługa boży, którą miałem przyjemność ostatnio przeczytać.

Powieść już od pierwszych stron uderza swoim klimatem. Powietrze zdaje się wibrować od gorąca, bezlitosny żar bezustannie bucha z nieba, słońce bezwstydnie ogrzewa nasz przybytek, mimo, iż to dopiero kwiecień. Temperatura rozleniwia. Człowiek pozostaje zastygły w jednej pozie, maksymalnie oszczędzając zużycie energii. Każdy ruch jest bardzo wnikliwie przemyślany, żaden gest nie jest ani gwałtowny, ani tym bardziej zbędny. Siedzimy bezmyślnie na werandzie, oczekując ożywczego chłodu, który powinien nadejść wraz z nastaniem zmierzchu. Jedyne oznaki życia dochodzą z murzyńskich bud, które znajdują się niedaleko zabudowań gospodarczych. Hałasy hasających dzieciaków, czy odgłosy szybko poruszających się łyżek. Czarnoskórzy robotnicy pewnie posilają się prędko w krótkiej przerwie pomiędzy kolejnymi zajęciami na polach uprawnych. Cała sielanka kończy się, kiedy na horyzoncie pojawia się rosnący punkcik. Z każdą chwilą początkowo bezkształtna kropka zaczyna nabierać konturów. Widać już zdezelowaną karoserię, wyraźnie przegrzaną chłodnicę, opony, trudem niosące brzuchate cielsko wozu, za kierownicą którego siedzi wysoki, tyczkowaty jegomość. Czegoż takiego może szukać ten koleś w Rocky Comfort, dziurze zabitej dechami, do której nawet diabeł nie zagląda? Samochód ostatkiem sił dojeżdża pod ogrodzenie, wydaje ostatnie tchnienie, wypuszcza chmurę smrodliwego dymu, po czym milknie na dobre. Z gruchota wydostaje się ubrany na czarno mężczyzna, uważnie taksuje wzrokiem gospodarza majątku, zaintrygowanego pojawieniem się niespodziewanego gościa. Nagle wyciąga przed siebie ogromną łapę – oto Semon Dye we własnej osobie.

Główny bohater tej krótkiej powieści to właśnie Semon Dye, wędrowny kaznodzieja, który podróżuje po Południu Stanów Zjednoczonych, głosząc słowo boże oraz walcząc z siłami nieczystymi, nawracając niepokorne dusze zatwardziałych grzeszników. Ale od samego początku Dye nie sprawia wrażenia typowego duchownego. Bohater niemal siłą wprasza się do domu Clay’a Horey’a, u którego mieszka oraz pożywia się od środowego momentu przybycia aż do niedzielnego wygłoszenia kazania w lokalnej szkole. Ponadto kaznodzieja niemal w ogóle nie kryje się ze swoim pożądaniem, któremu wyraźnie próbuje dać upust w zetknięciu z każdą niewiastą, która napatoczy mu się pod rękę. Wreszcie za sztandarowego sługę bożego nie może uchodzić osobnik raczący się ziemskimi uciechami, do których z pewnością można zaliczyć namiętne spożywanie alkoholu, czy grę w kości, w której stawki są zdecydowanie większe niż niewinne ćwierćdolarówki. Ale pomimo wszystkich tych zgrzytów, widocznych gołym okiem, Clay Horey oraz jego znajomy Tom Rhodes ani przez moment nie kwestionują prawdziwości słów Semona Dye’a co do jego duchowych kwalifikacji. W rezultacie otrzymujemy zabawną historię, w której wygadany szarlatan owija sobie wokół palca niewielką wiejską społeczność, która dosłownie zaczyna jeść mu z ręki.

Króciutka książka Erskine’a Caldwella to bardzo negatywny, ale również mocno przejaskrawiony obraz Głębokiego Południa. Autor celowo wyolbrzymia wady swoich bohaterów, nadając im groteskowy charakter. W ten sposób Caldwell podkreśla bezmyślność egzystencji, prowadzonej przez południowoamerykańskich farmerów, którą śmiało można przyrównać do wegetacji. Całe dni spędzane są na werandzie, przeplatane nielicznymi wypadami do miasta oraz spożywaniem bimbru z kukurydzy. Umysłowa ciemnota oraz intelektualna niemoc wręcz biją po oczach. Ale najbardziej poraża bezwolność i marazm, którego nic nie jest w stanie zburzyć. Ludzie ożywają jedynie na mgnienie chwili, np. po ekstatycznym kazaniu charyzmatycznego sługi bożego, ale wkrótce z powrotem zapadają w letarg, z którego udało ich się na moment wyrwać. Wszystko to czynione jest bezrefleksyjnie i apatycznie. Żadna głębsza i dłuższa myśl zdaje się nie gościć w umysłach tych ludzi. Również ekscentryczny kaznodzieja z biegiem czasu staje się jedynie kolejnym elementem krajobrazu, składową rzeczywistości, którą mimowolnie się asymiluje, unikając w ten sposób walki, która wiązałaby się z koniecznością działania, a więc wysiłku. Wszystko w powieści wydaje się wyblakłe i przygasłe. Nawet słynny rasizm w południowoamerykańskim wydaniu sprowadza się jedynie do pogardliwego traktowania kolorowych oraz głębokiej odrazy na samą myśl o stosunku płciowym, odbytym z czarnym. Natomiast wrodzony lęk przed obcym rozprasza się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy tylko okazuje się, że tajemniczy nieznajomy jest sługą bożym – wtedy to wszystkie drzwi stają przed nim otworem, ze strony każdego mieszkańca może liczyć na gościnę.

Sam język, który Caldwell zastosował w powieści jest ubogi i prosty. To język farmerów, prymitywnych osobników, którzy stosują go wyłącznie do komunikacji, ograniczając jego ilości do niezbędnego minimum. Opisy przyrody, czy otoczenia są równie oszczędne, ale napisane z ogromną wprawą, tak, że czytelnik od razu odnajduje się w scenerii tworzonej przez autora, który przypomina doświadczonego malarza, potrafiącego kilkoma zgrabnymi ruchami pędzla nakreślić kluczowe elementy krajobrazu.

Całą historię można odczytać również w szerszej perspektywie. Prezentuje ona naturę ludzką, która na ogół niechętna jest jakimkolwiek zmianom, burzącym dotychczasowy porządek rzeczy. Człowiek jest na ogół istotą dosyć elastyczną, posiadającą spore zdolności adaptacyjne, co pozwala przystosować się do niemal każdych warunków. Ale te umiejętności wykorzystywane są dopiero w ostateczności, kiedy nie ma już innego wyjścia. Najczęściej, jako ludzkość, społeczność stoimy na straży tradycji, pozostając w głębokiej opozycji do jakichkolwiek nowinek, czy to kulturowych, czy moralnych, czy nawet technicznych. Cenimy to co sprawdzone, a nowe często kojarzy się z niepotrzebnie podejmowanym ryzykiem, które wcale nie musi się opłacić. Ludzka społeczność jest niczym ogromne koło zamachowe, które bardzo trudno jest wprawić w ruch postępu. Nasza natura jest niczym głęboka woda, w której bezkresnej toni topi się wiele innowacyjnych idei, nie akceptowanych ze względu na to, że zbyt diametralnie różnią się one od dotychczas stosowanych rozwiązań. Podobnie jest z tytułowym sługą bożym - Semon Dye tylko na chwilę burzy spokojną taflę georgiańskiej społeczności, która już po kilku dniach wygładza się, nie pozostawiając ani śladu po ekscentrycznym kaznodziei, który na swój niepowtarzalny sposób próbował nią wstrząsnąć.

Sługa boży to druga książka autorstwa Erskine’a Caldwella, którą miałem przyjemność przeczytać. Podobnie jak Ostatnia noc lata to raczej krótka, acz dosyć interesująca lektura, która prezentuje czytelnikowi południowy obraz Stanów Zjednoczonych na początku XX wieku. W powieści nie brakuje ironii oraz hiperbol, tak, że całość ma mocno groteskowy charakter. Zabawna, niezbyt obszerna treść sprawia, że w mojej opinii Sługa boży tak jak i Ostatnia noc lata znakomicie nadawałby się na teatralne deski. Z chęcią wybrałbym się na tego typu komedię, odsłaniającą przed widzem wszelkie absurdy żywota na amerykańskiej prowincji.

piątek, 04 października 2013

  Tytuł: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?Okładka książki Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

  Autor: Philip K. Dick

  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS

  Liczba stron: 272

  Cena: 45,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Słowa innego końca świata nie będzie jakoś trudno jest przyłożyć do literatury science fiction. Bowiem scenariuszy upadku naszej cywilizacji jest tyle, ilu pisarzy tego gatunku. A nawet więcej. Jeden z najbardziej popularnych oraz cenionych amerykańskich twórców, Philip K. Dick wykreował przecież kilka, piekielnie interesujących oraz dosyć przerażających możliwości zakończenia tryumfalnego pochodu człowieka na Ziemi. Obecnie Dick to instytucja, skała Piotrowa, na której stoi gmach współczesnej science fiction. Ale nie zawsze Amerykanin cieszył się taką estymą. Kilka powieści ujrzało światło dzienne dopiero po jego śmierci, podczas gdy wcześniej kolejne oficyny sukcesywnie odmawiały ich wydania. Dzieła Dicka był traktowane jako zbyt ambitne i trudne w odbiorze. Zdecydowanie lepiej wiodło się książce Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Razem z Człowiekiem z Wysokiego Zamku uznawana jest za powieść przełomową, dzięki której Dick zyskał należną mu sławę i popularność. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? została wydana w 1968 roku i swojej ekranizacji doczekała się jeszcze za życia autora, w 1982 roku. Ciekawe jest jednak to, że Dick nie dożył oficjalnej premiery, która odbyła się w czerwcu. Pisarz zmarł w marcu tego samego roku. Film w reżyserii Ridley’a Scotta, Łowcę androidów, zdołał jednak obejrzeć i jak na człowieka ogarniętego manią prześladowczą przystało, stwierdził podobno, że Harrison Ford, a więc tytułowy łowca dostał zlecenie również na Philipa K. Dicka.

Akcja powieści rozgrywa się w roku 2021 na Ziemi, która cierpi okrutnie po nuklearnym konflikcie. Ocalała ludzkość prowadzi nędzną egzystencję, w cieniu chorób, genetycznych mutacji oraz radioaktywnych opadów. Ludzie podzieleni się na normali oraz specjali. Normalem jest pełnoprawny człowiek. Z kolei łatkę specjała otrzymują osoby, które na skutek negatywnych zmian spowodowanych promieniotwórczością stanowią zagrożenie dla czystości ludzkiej rasy. Z tego powodu zostają oni obywatelami drugiej kategorii, którzy mają bezwzględny zakaz zawierania małżeństwa, rozmnażania się oraz emigracji.

XXI wiek w dickowskiej wizji nie jest naznaczony wyłącznie stygmatem wojny i cierpienia. To także tryumf nauki. Przynajmniej częściowy i pewnie trochę pozorny. Ludzkość skolonizowała już kilka planet. Zdołała także powielić swój rozum i stworzyć jego mechaniczny odpowiednik. Androidy, czyli humanoidalne roboty, produkowane są na Marsie. Używa się ich jako pomocników, czy może służących dla ziemskich kolonistów. Człowiek, który posiada przydział na androida, może określić cechy, jakich życzy sobie u swojego robota. Sługa odznacza się więc indywidualnym profilem, dostosowanym do potrzeb swojego pana. Ale nie wszystkie mechaniczne istoty chcą funkcjonować w ten sposób. Zdarzają się androidy, które mordują swoich właścicieli i uciekają na Ziemię, starając się znaleźć na niej schronienie przed poszukującymi ich łowcami.

Główny bohater powieści Rick Deckart zajmuje się eliminacją nieposłusznych androidów. Dick w interesujący sposób odmalowuje codzienną, nieco szarą i smutną egzystencję Deckarta, dzięki której poznajemy także kontekst kulturowy przyszłego społeczeństwa. Deckart jest właścicielem mechaniczno-elektrycznej owcy. To doskonała imitacja żywego stworzenia, na które łowca nie może sobie jednak pozwolić z racji zbyt wysokich kosztów. Skażenie planety powoduje masowe wymieranie kolejnych gatunków – żywe zwierzęta stanowią prawdziwą rzadkość i osiągają zawrotne ceny. Chęć posiadania żywej istoty wynika z nakazów, płynących z merceryzmu, nowej religii, która wyznawana jest zarówno na Ziemi jak i na skolonizowanych planeta. Prorok Mercer (którego imię moglibyśmy spolszczyć jako Miłosiernik, od ang. mercy - miłosierdzie) uważał, że ludzkość winna stworzyć duchową wspólnotę ze wszystkimi żywymi organizmami oraz odczuwać ciągła skruchę, zarówno wobec bliźnich jak i pozostałych gatunków za spowodowaną na Ziemi katastrofę, która doprowadziła do eliminacji niemal całego życia na planecie. Człowiek jest ponadto odpowiedzialny za byt słabszych istot, co wiąże się z nakazem opieki nad żywymi stworzeniami. Wzniosła koncepcja ulega jednak całkowitej transformacji i przybiera karykaturalną formę w starciu z ludzkim, jakże słabym charakterem. Ponieważ żywe zwierzęta należą już do prawdziwej rzadkości, ich posiadanie staje się wyznacznikiem statusu społecznego ich posiadacza. Im większy oraz bardziej zagrożony wyginięciem gatunek, tym bogatszy właściciel. Prosta koincydencja, bezlitośnie szydząca z pierwotnych założeń merceryzmu. Ludzi opanowuje paranoidalna mania posiadania własnego zwierzęcia, ale skurczone zasoby ziemskiej planety nie są w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich. Pojawia się zatem popyt na zamienniki, mechaniczno-elektryczne substytuty, które niemal perfekcyjnie naśladują żywe stworzenia i są oczywiście znacznie tańsze. Pokraczne meandry myśli ludzkiej doprowadzą do absurdalnej sytuacji. Mechaniczne zwierzęta, których prawdziwa natura jest jednak skrzętnie ukrywana przez właścicieli, cieszą się wręcz nieskończoną miłości, podczas gdy mechaniczni ludzie, czyli androidy, są albo niewolnikami albo łowi się je i tępi, niczym dziką zwierzynę.

Humanoidalne roboty, podobnie jak i mechaniczne zwierzęta, bardzo dobrze naśladują obiekty, na wzór których zostały stworzone. Aby rozróżnić człowieka od jego sztucznego odpowiednika, podejrzani poddawani są testowi na empatię. Androidy znakomicie imitują człowieka, zdarzają się nawet modele z wszczepioną pamięcią, tak, że same są przekonane, o tym, że są ludźmi, ale żaden z robotów nie posiada autentycznych wyższych uczuć. Specjalny aparat bada reakcje przepytywanych na starannie wyselekcjonowane pytania, tzw. test empatyczny Voigta-Kampffa. Ale najważniejsze pytanie, które zaczyna rodzić się w głowie Ricka Deckarta dotyczy skuteczności przeprowadzanego testu – czyż nie istnieją ludzie, którzy ze względu na niski poziom empatii mogliby zostać potraktowani jako androidy? Czy on sam, morderca androidów, ma w sobie chociaż cień współczucia i litości?

Doskonała książka Philipa K. Dicka, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, zadaje fundamentalne pytania na temat granic oraz ścisłej definicji człowieczeństwa. Powieść traktuje o wartościach, jakie na ów czynnik się składają, poruszając równocześnie problem mechanicznych istot tworzonych na obraz i podobieństwa ludzkie. Dick stawia na wokandzie dość odległe, przynajmniej na obecnym stopniu naszego rozwoju technicznego, kwestie dotyczące prawa do autonomicznej egzystencji, które mogłyby, a może nawet powinny przysługiwać androidom, jako istotom inteligentnym, rozumnym, świadomym swojego bytu jak i cierpienia związanego z jego przedwczesnym zakończeniem. Tak jak wspominałem na początku, dickowska wizja doczekała się ekranizacji w reżyserii Ridley’a Scotta, filmu pt. Łowca androidów. Kolejne wydania książki, którą zainteresowanie wzrosło z racji całkiem niezłego przeniesienia na wielki ekran, nosiły często tytuł skrócony, tj. Łowca androidów. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? zaczęło pełnić rolę wyłącznie uzupełnienia, dodatku. Tymczasem w mojej opinii to właśnie oryginalny tytuł w pełni oddaje fascynującą treść książki – w dickowskiej rzeczywistości zwierzęta biologiczne należą do rzadkości. Ludzie, którzy mogą pozwolić sobie na ich hodowlę muszą być odpowiednio majętni. Zatem marzenia o owcach, tudzież innych zwierzakach są pragnieniem tym z gatunku czysto ludzkich – wiążą się one ze szczęśliwą egzystencją ludzi poważanych i szanowanych, jeśli nie z racji na intelekt i ogładę to przynajmniej ze względu na wysoki status społeczny. I sprawa najważniejsza – czy podobne marzenia mogą stać się udziałem androidów? Czy maszynom, w które człowiek zatknął ducha można w ogóle pozwolić na takie rojenia? Czy one również mogą oczekiwać szacunku, respektowania swojej niezależności umysłowej, wolnej woli? Czy fakt, że pierwotnym przeznaczeniem robotów miało być wyręczanie ludzi z prac ciężkich i niewygodnych oraz biorąc pod uwagę, że to człowiek jest stworzycielem sztucznej inteligencji, daje mu równocześnie prawo swobodnego dysponowania androidalnym bytem?

Drugą kwestią, o którą zahacza Dick jest znany doskonale fanom twórczości autora, swoisty dualizm. W prozie Dicka często pojawia się więcej niż jedna rzeczywistość i nie inaczej jest w przypadku Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Okazuje się bowiem, że istnieją humanoidalne roboty, którym zaszczepiono ludzką pamięć. Żyją, czy też egzystują one w przekonaniu, że są prawdziwymi ludźmi, tymczasem to tylko miraż i złudzenie. Przez karty przebija się zatem kolejne oczywiste pytanie – jaką mamy pewność, że my również nie stanowimy wyłącznie imitacji, że również nie jesteśmy jedynie mechanicznym tworem? I dalej, co to znaczy być człowiekiem i na jakie zasadzie mogę stwierdzić, że faktycznie nim jestem? Czy możliwe, że jestem wyłącznie jego nie w pełni wartościową namiastką?

środa, 18 września 2013

Okładka książki Długi sen

  Tytuł: Długi sen

  Autor: Richard Wright

  Wydawnictwo: Czytelnik

  Liczba stron: 666

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Pisarska dola rzadko kiedy usłana jest samymi tylko różami. Kariera związana z piórem w niektórych przypadkach rozwija się płynnie i statecznie, w innych zaś gwałtownie eksploduje, by na krótko zabłysnąć i zapaść się z powrotem w kłęby nicości. Świat idzie do przodu, rodzą się kolejni ludzie, spośród których część postanawia zostać literatami, ale jedynie garstka z nich będzie pamiętana po własnej śmierci. Ale nawet Ci, którym udało się na stałe zapisać w annałach literatury, nie zawsze zostają w pełni docenieni. Ogromną bolączką, która trapi wielu pisarzy jest tendencja, by ich twórczość postrzegać wyłącznie przez pryzmat największego dzieła. Jedna jedyna książka, uchodząca za ich szczytowe osiągnięcie decyduje o sukcesie, ale równocześnie zasnuwa swoim blaskiem pozostałe prace, skazując je na widmo niepamięci. Przez wielu Umberto Eco kojarzony jest tylko za sprawą Imienia róży, a przecież choćby Wahadło Foucaulta to również powieść niczego sobie. Rzadko który czytelnik potrafi wymienić inną pozycję Bułhakowa niż sławetną lekturę Mistrza i Małgorzaty, a warto zapoznać się np. z Białą gwardią, znakomicie oddającą nastrój rewolucji w Kijowie, o którego walki prowadzili bolszewicy z armią Pelury. Wreszcie Joyce to przede wszystkim Ulisses, chociaż wg mnie znajomość z prozą Irlandczyka lepiej rozpocząć od zdecydowanie lżejszych gatunkowo Dublińczyków. Podobna przypadłość spotkała Richarda Wrighta, amerykańskiego literata, nieco słabiej kojarzonego w naszym kraju, którego twórczość zawężana jest najczęściej do wybitnego Syna swego kraju. Po lekturze tej powieści obiecałem sobie, że sięgnę jeszcze po inne dzieło Wrighta, by naocznie przekonać się, czy deprecjonowanie pozostałych książek pisarza na rzecz Syna swego kraju jest uzasadnione. Trudno było mi uwierzyć, że tak bystry i inteligentny pisarz potrafił spłodzić tylko jedno dzieło godne uwagi. Goszcząc w miejskiej bibliotece natknąłem się na Długi sen, książkę z 1958 roku, spłodzoną zatem już we Francji, 18 lat po napisaniu Syna swego kraju.

Richard Wright, urodzony w 1908 roku w stanie Missisipi, a więc w samym sercu Południa, słynącego z głębokiego rasizmu, uchodzi za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli prozy murzyńskiej. Wright, mimo braków w wykształceniu, które nadrabiał na własną rękę, zdołał uzyskać posadę dziennikarza w 1934 roku, po przenosinach na Północ, do Chicago. Trzy lata później zadebiutował jako pisarz, a w 1947 roku, pozbawiony złudzeń co do własnej ojczyzny, opuścił USA i przeniósł się do Paryża. Krótką biografię Wrighta przedstawiłem przy okazji omawiania Syna swego kraju. Teraz tylko pokrótce ją przypomniałem, ponieważ odgrywa ona bardzo dużą rolę w kontekście jego twórczości. Wright, murzyn urodzony na początku XX wieku w Missisipi to człowiek, który na własnej skórze odczuł niesprawiedliwość rasową, znający problem rasizmu z własnego doświadczenia. Upust złości, wywołanej nierównym traktowaniem oraz niesłuszną segregacją ze względu na kolor skóry, dał w swoich książkach, obracających się wokół tematu dyskryminacji czarnej mniejszości w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Bohaterem Długiego snu, podobnie jak i Syna swego kraju jest młody, czarnoskóry chłopak. Rex Ryba Tucker jest synem Tyree’a Tuckera, przedsiębiorcy pogrzebowego. Czytelnik śledzi losy Ryby przez cały okres jego dojrzewania, aż do osiągnięcia pełnoletności. Młody Tucker, podobnie jak i wszyscy Murzyni z Clintonville, zamieszkuje Czarną Dzielnicę. Białych zna tylko z opowieści kolegów oraz z przestróg ojca, by odnosić się do nich z szacunkiem. Na obszary zamieszkałe przez białych nigdy się nie zapuszcza, instynktownie czując, że nie byłby tam pożądanym gościem. W miarę dorastania, przed Rybą odmalowuje się świat, który tylko na pierwszy rzut oka wydawał się prosty i zrozumiały. Pogardliwe traktowanie ze strony przypadkowo spotkanych białych, przekonywanie starszego kolegi, że murzyni to obywatele drugiej kategorii, czy wreszcie lincz na czarnoskórym młodzieńcu, który spotykał się z białą kobietą, boleśnie ukazują jak skomplikowana jest otaczająca rzeczywistość. W innym świetle zaczyna prezentować się również ojciec, który jako właściciel wielu domów czynszowych oraz burdeli, okazuje się jednym z najbardziej wpływowych czarnych w mieście. Spotkania z kochanką oraz wzbudzająca u Ryby przerażenie i wstyd służalczość w kontaktach z białymi odsłaniają przed synem prawdziwy obraz Tyree’a Tuckera.

Pierwszym nauczycielem Ryby, który stara się uzmysłowić, jak bardzo niesprawiedliwe jest społeczeństwo, w którym obaj egzystują, jest Sam, o kilka lat starszy przyjaciel z podwórka. Jego ojciec walczy o równouprawnienie murzynów, a syn przejmuje poglądy rodziciela, które głosi wśród znajomych. Sam wyłuszcza przed Rybą choćby kwestie przynależności czarnej mniejszości w USA – czy powinni czuć się oni prawowitymi obywateli Ameryki Północnej, czy też są to po prostu potomkowie niewolników, a więc Afrykańczycy, siłą wyrwani z własnej ziemi, na którą powinni wrócić? Okazuje się, że murzyn nie jest ani Amerykaninem, bowiem odbiera mu się pełnię obywatelskich praw i swobód, ani Afrykańczykiem – Czarny Ląd opuścili jego przodkowie, pod przymusem, a nierzadko siłą, a współczesny potomek nie zna niemal wcale ani historii, ani kultury wspólnoty afrykańskiej, z jakiej się wywodzi. Sam, gniewnie oskarżając swoich kolegów o ignorancję problemu, stara się ich przekonać, że jako czarni są nikim – egzystują w próżni pomiędzy niewolniczymi korzeniami swoich przodków, a współczesnym rasizmem i ostracyzmem, wykluczeni poza społeczny nawias. Poruszają się środkami komunikacji publicznej z wydzielonym miejscem dla czarnych. Jadają w restauracjach dla czarnych. Uczęszczają do szkół dla czarnych. Wreszcie już po śmierci trafiają do zakładów pogrzebowych, również dla czarnych, by spocząć na cmentarzu dla czarnych. Granice ich bytności są starannie wydzielone – jasno określona jest linia, której absolutnie nie wolno przekroczyć – świat czarnych nie może wchodzić w głębsze relacje ze światem białych, powinien zostać od niego starannie odseparowany. Wśród powszechnego morza niechęci oraz uprzedzeń pozostają niewielkie enklawy czarnych, których życie przypomina bardziej wegetację. To smutna proza kolejnych dni i braku zasadności snucia marzeń na temat poprawy własnego losu. Możliwość zmian skutecznie blokuje cywilizacjach białych, nienawidzona za doznane krzywdy, a równocześnie podziwiana za nieosiągalne zdobycze i luksusy.

Swoistym symbolem, który jasno i wyraźnie unaocznia traktowanie czarnych przez białych jest biała kobieta. Rasistowski patriarchat traktuje instrumentalnie białe przedstawicielki płci żeńskiej, wykorzystując je często jako pretekst do wywoływania zamieszek, które cichną dopiero w momencie zlinczowania murzyna, oskarżonego o niemoralne kontakty z białą damą. Podniesienie oczu na białą, która w społeczeństwie amerykańskich również nie posiada jeszcze pełni praw, traktowane jest jako zbrodnia najcięższego kalibru, jaką tylko może popełnić czarny mężczyzna. Biała kobieta staje się więc wyłącznie lalką, za dotknięcie której grożą surowe konsekwencje. Z jednej strony redukowana jest ona do roli nietykalnego przedmiotu, z drugiej zaś nienawidzona jako swoiste przekleństwo, fatum, z którym wszelkie kontakty wiążą się z karą okrutnej, poprzedzoną torturami śmierci. Widać więc wyraźnie, że ubezwłasnowolnione zostały również białe kobiety, którym stanowczo zabrania się wchodzić w jakiekolwiek interakcje z czarnymi mężczyznami – wtłacza się je w role świętych krów, posągów, uosabiających czystość i cnotę, które jednak nie mają nic do powiedzenia w kwestii własnej uczuciowości. Dla czarnych natomiast symbolizują one pokusę, otuloną w ryzyko ceremonialnego linczu.

Najważniejszym nauczycielem Ryby zostaje jego ojciec Tyree. Początkowo chłopak nie może zaakceptować roli, w jaką wciela się rodziciel, kiedy przychodzi do kontaktów z białymi. Służalcza postawa, tępy uśmiech, wzrok spuszczony w podłogę, przygarbione plecy połączone z potulnym potakiwaniem oraz milczeniem, gdy nie jest się proszonym o zdanie wywołują u Ryby poczucie piekącego zaciekle wstydu. Młodzieniec doskonale zdaje sobie sprawę z pobudek, które każą ojcowi zachowywać się w ten sposób, ale mimo to nie potrafi zaakceptować Tyree’ego płaszczącego się przed białymi ludźmi, z którymi załatwia swoje szemrane interesy. Z czasem jednak Ryba dostrzega korzyści, płynące z trudnej, wymagającej poniżenia współpracy z białymi. Ale szybkie pieniądze, płynące z czynszów oraz burdeli unaoczniają jednocześnie nędzę czarnej społeczności. Nędzę, którą bezlitośnie pogłębia Tyree. Jako właściciel kamienic czynszowych zdziera wygórowane opłaty ze swoich lokatorów, nie okazując im cienia litości. Pieniądze albo bruk – wybór jest prosty. Wpływy pochodzące z domów publicznych, w których często pracując młode, czarnoskóre kobiety, nie potrafiące zarobić na życie w innych sposób, również budzą moralne wątpliwości. Cały interes kręci się dzięki białemu komendantowi policji, panu Cantleyowi, który jest uosobieniem białego diabła z Południa. To rasista z krwi i kości, który czarnych traktuje jako zwierzęta – z najsprytniejszym z nich, Tyree’m Tuckerem załatwia interesy, pobierając połowę doli, uzyskanej z nielegalnej działalności. Do momentu, gdy wszystko kręci się tak jak należy, ojciec ryby pozostaje starym, dobrym Tyree’m. Jednak, gdy tylko grunt zaczyna palić się pod nogami i machlojki Cantleya mogą ujrzeć światło dzienne, Tyree staje się zwykłym czarnuchem, który powinien mieć głowę na karku, jeśli nie chce jej stracić. Cantley nie rozumie i absolutnie nie stara się zrozumieć postępowania czarnych, bowiem nie potrafi dostrzec w nich człowieka. Stara mierzyć ich zamiary różnorakimi wzorcami, a zapomina o tym najprostszym – czysto ludzkim. Z tego powodu czarni, którzy przecież przytakują mu gorliwie, że równość rasowa to kompletna bzdura, o jakiej wcale nie marzą, stanowią dla niego zagadkę, a przez to i zagrożenie.

Richard Wright dobitnie pokazuje, że czarni mimo zniesienia niewolnictwa, w dalszym ciągu nie byli pełnoprawnymi obywateli USA. Segregacja rasowa w miejscach publicznych, dzielnice przeznaczone dla kolorowych to tylko wierzchołek góry lodowej. Kiedy Tyree trafia do więzienia, okazuje się, że na jego procesie sędzią będzie człowiek, który należy do Ku Klux Klanu. Wymiar sprawiedliwości jest więc pustym frazesem. Sędzią, a więc funkcjonariuszem publicznym, który powinien pozostawać bezstronny, jest człowiek, który z racji wyznawanego światopoglądu, nie może podejmować obiektywnych wyroków w przypadku czarnoskórych obywateli. Przecież dla niego czarny jest już winny z racji posiadanego koloru skóry! Zatem w przypadku kolorowych, pojęcie prawa, czy sprawiedliwości jako wartości immanentnych, występujących a priori nie występuje. Murzyni według własnego mniemania mogą jedynie w miarę możliwości finansowych owe wartości nabyć za odpowiednią kwotę od białej rasy panów. Ale niesprawiedliwość przejawia się już znaczenie wcześniej, w znacznie błahszych kwestiach. W Clintonville wszyscy płacą podatki, bez względu na rasę, ale służby sprzątające ograniczają swoją działalność wyłącznie do białych dzielnic. Zatem czarni skazywani już na starcie. Brak środków publicznych, by utrzymywać czystość, dotować szkoły, czy kulturę z miejsca stawiają białych w uprzywilejowanej pozycji, pogłębiając tylko nierówności. Świat białych jest niczym zakazany owoc – świeci fałszywym blaskiem, obiecując dostatek i szczęście. Czarne dzielnice kojarzone są natomiast wyłącznie z brudem i ubóstwem. Stąd wielu młodych czarnych, obok nienawiści do białych, żywi również głęboką urazę do swoich ziomków – za to, że są tak słabi i bezwolni. Biali, wszechwładni niczym Bóg, tyle, że o wiele mniej miłosierni, doprowadzają czarną mniejszość do stanu apatii – murzyni, znużeni i zależni od białej łaski, pozbawieni życiowego celu, wykazują zawężony wachlarz reakcji emocjonalnych, ograniczających się najczęściej do płciowości, religii oraz alkoholu.

Długi sen, będący niekończącym się koszmarem, z którego nie może uwolnić się Ryba, to wspaniała i przejmująca powieść Richarda Wrighta. Chociaż przyznać trzeba, że jej lektura jest bardzo gorzka – trafnie prezentuje ona, jak spaczone, obrzydliwe i lepkie od fałszu były również wzajemne relacje pomiędzy czarnymi. Murzyni wykorzystujący swoich współplemieńców, płaszczący się przed białymi, z którymi łączył ich biznes, próbujący za wszelką cenę uszczknąć swoją dolę, żarliwie zapewniający, że nie w głowie im podobne głupoty jak równość społeczna, czy sprawiedliwe traktowanie to bolesny obraz tego, jak nisko może upaść człowiek, jeśli tylko dostarczyć odpowiednią ilość negatywnych bodźców ze środowiska. Przerażająca jest również samodyscyplina czarnych, którzy nawet przy utyskiwaniu na komunistów, wcielonych diabłów, których winno się z miejsca eliminować, zastrzegają, że oczywiście nigdy nie ośmieliliby się choćby tknąć białego czerwonego. Strach przed posiadaczami jasnego koloru skóry, mylony często z szacunkiem, determinuje niemal każdy krok czarnego człowieka.

Richard Wright w swojej ostatniej powieści, napisanej 2 lata przed śmiercią poruszył bardzo ważną kwestię, której próżno szukać w Synu swego kraju. Wright dobitnie prezentuje czytelnikowi fakt, że status ofiary, nie zwalnia czarnoskórych obywateli USA z obowiązków moralnych. Mimo, że w większości to biali ludzie odpowiadają za ucisk oraz niesprawiedliwość mniejszości, to jednak w niczym nie tłumaczy to bezwzględnego postępowania murzynów, którzy przy sprzyjającej okazji traktowali swoich ziomków dokładnie tak jak biali. Środowisko, w których dochodzi do takich patologii to dzieło białych, ale prawdziwy człowiek, zdający sobie w pełni sprawę z istoty człowieczeństwa, nigdy nie powinien wykorzystywać swojej uprzywilejowanej pozycji społecznej, by gnębić, czy wykorzystywać innych. Widać tu wyraźną zmianę myślenia zaprezentowanego w Synu swego kraju. Tam czarny chłopiec, sprawca zbrodni zaprezentowany został wyłącznie jako ofiara systemu, stworzonego przez białych oprawców, który nie powinien ponosić konsekwencji popełnianych czynów. Ryba potrafi dostrzec błędy w takim myśleniu i w końcu się go wyrzec i na tym polega wielkość bohatera oraz książki Wrighta.

Reasumując, uważam, że zdecydowanie niesłusznie Richard Wright kojarzony jest głównie za sprawą powieści Syn swego kraju. Długi sen, to książka podejmująca podobną tematykę, tyle, że zaprezentowano w niej dojrzalszy punkt widzenia na sprawy rasizmu. Wydaje się, że Richard Wright celowo uczynił młodego, dorastającego chłopca głównym bohaterem swojej powieści. Dopiero wkracza on w świat, który posiada niedostrzegalne dotąd kurtyny oraz bariery. Społeczność białych to swoiste terra incognita, jedynie mgliste skojarzenia i niedopowiedziane historie. Chłopiec, którego aparat poznawczy oraz zmysły obserwacji zaczynają działać coraz sprawniej, poznaje białych, traktowanych dotychczas jako temat tabu. Razem z Rybibrzuchem czytelnik wkracza na niebezpieczne terytorium, gdzie prowadzona jest bezlitosna walka na śmierć i życie pomiędzy obiema rasami.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita