Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo Książka i Wiedza

sobota, 01 marca 2014

Okładka książki Jestem kotem

  Tytuł: Jestem kotem

  Autor: Sōseki Natsume 

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 544

  Cena: 49,00 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Wiek XX to stulecie pełne kontrowersji, które w takim samym stopniu udowodniło tryumf myśli ludzkiej, co małość serca i potworną nieczułość tego dziwnego gatunku. Obok epokowych odkryć zachodziły wywołane przez człowieka katastrofy na skalę wcześniej niespotykaną. Chłodnemu intelektowi zdaje się zatem towarzyszyć zimna kalkulacja oraz ciągła bezduszność. Wiek XX to także ciekawy i bogaty w znamienne wydarzenia okres w historii Japonii. Na przełom XIX i XX wieku przypada przecież epoka Meiji (lata 1868 – 1912), czyli epoka światłych rządów, w czasie której nastąpiło obalenie shogunatu oraz gwałtowna modernizacja kraju. Japonia skończywszy z doktryną izolacjonizmu oraz na skutek dynamicznych przemian zaczęła przekształcać się w gospodarczą potęgę, za wzór obierając sobie mocarstwa europejskie oraz Stany Zjednoczone. Ale wiek XX to także ogromna tragedia, do jakiej doszło pod koniec II Wojny Światowej, kiedy to na Hiroszimę oraz Nagasaki zostały zrzucone amerykańskie bomby atomowe. Pokaz brutalnej siły, która dosłownie w mgnieniu oka potrafiła zmieść z powierzchni ziemi kilkadziesiąt tysięcy istnień ludzkich, przyczynił się do bezwarunkowej kapitulacji Japonii, ale równocześnie bezsprzecznie udowodnił, że jednym z najbardziej bestialskich zwierząt, jakie zrodziła ziemia jest bez wątpienia człowiek. Chciałoby się rzec ten sam człowiek, który obżera się, sra, bredzi, pieprzy co popadnie, który jeśli tylko spojrzeć na jego postępowanie z odpowiedniej perspektywy, jest osobnikiem na wskroś banalnym, a do tego śmiesznym, a z całym swoim aparatem, mającym udowadniać jego wielkość – żałosnym. Oczywiście nie jest łatwo patrzeć krytycznym okiem na własny rodzaj, dostrzegać absurdalność postępowania innych, ale rozumianych jako przedstawicieli tego samego gatunku, do którego należymy, słowem mało kto przepada za żartowaniem z własnej natury. Można jednak zauważyć pewną tendencję, że im dana jednostka bardziej wybitna, tym bardziej skora do bezlitosnego spoglądania na samego siebie – w ten trend doskonale wpisuje się Sōseki Natsume.

Sōseki Natsume (właściwie Kinnosuke Natsume) to żyjący w latach 1867 – 1916 (jego życie zbiega się niemal idealnie z trwaniem epoki Meiji) autor japoński, uważany za twórcę nowoczesnej powieści japońskiej. W swoim dorobku artystycznym posiada utwory obyczajowe oraz psychologiczne. Zajmował się także krytyką literacką, pisał eseje oraz poezję. Sōseki Natsume, obok Jun'ichirō Tanizakiego i Yasunari Kawabaty uważany jest za jednego z trzech największych japońskich literatów. Za jego najpopularniejsze dzieło uchodzi książkowy debiut zatytułowany Jestem kotem.

Same okoliczności powstania utworu są bardzo ciekawe. Pierwotnie, krótkie opowiadanie pt. Jestem kotem zostało napisane na prośbę Kyoshiego Takahamy, poety oraz redaktora czasopisma Hototogisu, z którym Natsume utrzymywał akademickie kontakty. Podesłany twór nie okazał się jednak satysfakcjonujący – Natsume musiał go gruntownie skorygować. Dopiero po wprowadzeniu całkiem licznych poprawek Takahama zdecydował się go opublikować – tekst okazał się przy tym strzałem w dziesiątkę. Przypadł on do gustu zarówno redaktorowi jak i czytelnikom – fala entuzjazmu zmusiła Natsume do zmiany planów. Młody autor zamierzał poprzestać na jednym opowiadaniu, tymczasem finalnie napisał ich aż 11, co razem złożyło się na powieściowy debiut.

Jestem kotem. Imienia jeszcze nie mam. Tymi słowami rozpoczyna się książka z miejsca sygnalizując, że lektura będzie dosyć niezwykła. Czytelnik od samego początku dowiaduje się, że pierwszoosobowym narratorem jest kot. Natsume stosuje rzadko spotykany w powieściach zabieg personifikacji, który najczęściej wykorzystywany jest bajkach. Za ojca tej krótkiej formy literackiej uznaje się Ezopa – jego utwory posiadały wyraźnie zaznaczony morał, cechowały się alegorycznością, często utrzymane były w żartobliwej konwencji. Popularnym zabiegiem było wyrażanie uniwersalnych postaw, stanowisk, czy poglądów m.in. za sprawą zwierząt. Utwór Jestem kotem dość dobrze wpisuje się w tę konwencję. Najłatwiejszym do wychwycenia punktem wspólnym jest oczywiście humor, którego w książce z pewnością nie brakuje. Sam kot może uchodzić za wyraziciela poglądów głoszonych przez Sōsekiego Natsume. Ten niewielki drapieżnik to świetny obserwator, który dzięki temu, że nie jest człowiekiem, może przyglądać się ludzkim działaniom z nieco szerszej perspektywy. Poprzez fakt, że narrator nie przynależy do człowieczego gatunku, jego ocena zachowań, norm, czy zwyczajów ludzkich wydaje się odrobinę bardziej obiektywna. Nietypowe spojrzenie pozwala na wychwycenie wielu spraw na tyle powszechnych, że na co dzień nam umykają. Dopiero prezentowany, bardzo oryginalny punkt widzenia sprawia, że czytelnik zaczyna uświadamiać sobie jak zagadkową, niekiedy zabawną, a z pewnością niejednoznaczną istotą jest człowiek.

Jednym z bohaterów utworu jest gospodarz Kushami, u którego mieszka bezimienny kot. Pan naszego czworonoga jest nauczycielem angielskiego, który wykłada ten język w jednej z pobliskich szkół. Wraz z żoną, trzema córkami oraz służącą mieszka w tradycyjnym, nieco zaniedbanym domostwie. Czas wolny spędza najchętniej samotnie w bibliotece, pozostając w głębokiej izolacji od otaczającego go świata, który stale zdaje się mu narzucać, przeszkadzać oraz irytować. Od czasu do czasu profesora odwiedzają przyjaciele, którzy okazują się równie oryginalnymi osobnikami. Były uczeń Kangetsu pragnie uzyskać doktorat z fizyki, który oprócz wyraźnej nobilitacji w świecie nauki może okazać się cenną kartą przetargową w matrymonialnych staraniach. Jeśli dołożyć do tego szlifowanie szklanych kul oraz ogromny, poetycki wręcz, nochal przyszłej teściowej, czytelnik może być niemal pewnym, że wszelkie epizody związane z Kangetsu oraz państwem Kaneda (głową rodziny, a więc mężem gargantuicznego nosa jest ufny w siłę pieniądza biznesmen) będą obfitować w cały szereg zabawnych wydarzeń. Nie gorzej prezentuje się Meitei, persona pewna siebie do granic możliwości, wyzbyta zmartwień, skrępowania, trosk, czy skrupułów, której główną działalność stanowi kpiarstwo oraz sprawianie psikusów znajomym. Absurdalne dialogi, niecodzienna wymiana poglądów, abstrakcyjne koncepcje, czy przewrotne porady, do których za usilną namową stosują się naiwni przyjaciele to cechy charakterystyczne kolegi Meiteia.

Oczywiście relacje ze wszystkich niezwykłych spotkań, do których dochodzi u gospodarza serwuje czytelnikowi tytułowy kot. Zwierzę okazuje się zaskakująco inteligentnym oraz bystrym obserwatorem, którego uwadze nic nie może umknąć. Ofiarą kociej spostrzegawczości pada głównie ludzka natura, o której okrucieństwie narrator nie raz, nie dwa boleśnie przekonał się na własnej skórze. Mimo, że relacja prowadzona jest w dość ironicznym oraz lekkim tonie, to jednak spod płaszczyka humoru przebija się niepokojąco intensywna prawda o człowieczym charakterze. Ludzki egoizm, ślepota, egocentryzm, niedostrzeganie cudzych potrzeb prezentowane są w całej rozciągłości. Okazuje się, że człowiek nie jest stworzeniem tak mądrym, za jakie się uważa – brak wyrozumiałości oraz wrażliwości nie pozwalają na pozyskanie szacunku zwykłego kota. Czworonóg zwraca także uwagę na naturalne wręcz skłonności do dwulicowości oraz fałszywych zachowań – ludzie przyjmują diametralnie różne postawy w zależności od okoliczności oraz towarzystwa, w jakim w danym momencie się znajdują, kierując się przy tym wyłącznie własnym interesem. W konwersacjach z ważniejszymi osobnikami pojawiają się tanie pochlebstwa, uniżoność, niechęć do prowadzenia sporów. Ale już w kontaktach z przedstawicielami niższych warstw społecznych wykorzystywana są pogarda, czy niechęć, a jakiejkolwiek wyrozumiałości nie może być mowy. Kot kładzie również nacisk na sprzeczności, które naznaczają większość ludzkich działań. Człowiek uważa się za istotę najwyższego rzędu, jaka kiedykolwiek kroczyła po kuli ziemskiej, obnosząc się z dumą swoim nieprzeciętnym intelektem, a na dobrą sprawę nie udało mu się nawet zgłębić istoty własnego bytu, poznać samego siebie. W dalszym ciągu stawiane są pytania o cel egzystencji, na które jednak trudno uzyskać satysfakcjonujące odpowiedzi. Ponadto ludzkie poglądy zmieniają się w zależności od miejsca i czasu – chciałoby się powiedzieć, że tylko człowiek potrafi tak manipulować tymi samymi wartościami, że ten sam przedmiot nagle ulega metamorfozie, przekształcając się z czarnego w biały i odwrotnie.

Najczęstszym obiektem obserwacji kota jest jego gospodarz, profesor Kushami. To zrozumiałe ze względu na fakt, że razem spędzają najwięcej czasu. Czworonóg jako jedyny ma prawo przebywać w gabinecie swojego pana, gdy ten jak każdego popołudnia, po nużącym dniu pracy, odcina się od całego świata. Tym samym kot staje się powiernikiem najskrytszych sekretów, świadkiem wielu tajemnic profesora. Ale przyznać trzeba, że kocia ocena, wystawiona gospodarzowi Kushamiemu nie jest zbyt wysoka. Profesor jawi się jako osoba mało rozgarnięta, wręcz przygłupawa. Uderzające są jego cechy, wśród których prym wiodą obojętność, upór, złośliwość, drażliwość, nerwowość oraz porażająca bierność. Co ciekawe, mimo tych wszystkich krytycznych przytyków kierowanych pod adresem profesora, kot lubi i szanuje swojego pana. Na miarę swoich możliwości stara się o niego troszczyć, dbać o jego dobre imię. Oczywiście gospodarz nie jest wyłącznie chodzącą kupą nieszczęścia, u której nie można dopatrzyć się żadnych pozytywów. U swojego pana kot najbardziej ceni sobie właśnie brak inicjatywy, którą czworonóg, na bazie własnych doświadczeń kojarzy głównie z oszukiwaniem i zwodzeniem bliźnich, zabieganiem komuś drogi i utrudnianiem mu życia, szantażowaniem fałszywą wiedzą oraz zwodzeniem. Ponieważ gospodarzowi brak także poczucia własnej dumy, nie jest on ani zuchwały, ani niegodziwy.

Przyglądając się sylwetce Kushamiego oraz kota nietrudno dostrzec, że obie postacie są w pewnym stopniu wzorowane na samym Sōseki Natsume. Profesor, to podobnie jak autor utworu nauczyciel języka angielskiego, który może poszczycić się dumnymi wąsiskami, a włosy na boku głowy rozdziela efektownym przedziałkiem. Codzienną egzystencję utrudniają problemy z niestrawnością, z którymi Natsume borykał się do końca swojego życia, które nigdy nie opływało w luksusy. Analogie pomiędzy Sōsekim Natsume a kotem są już bardziej subtelne, wkraczając na tereny metaforyczne. Japoński pisarz był najmłodszym synem naczelnika jednej z dzielnic miasta Edo. Wraz z nadejściem epoki Meiji nastąpiło obalenie feudalnego systemu shogunatu rodu Tokugawa. Wiadomo powszechnie, że wszelkie wielkie przemiany najdotkliwiej odczuwają ludzie mali i nie inaczej było w wypadku rodziny Natsume. Stanowisko naczelnika dzielnicy zostało zlikwidowane, co wiązało się z popadnięciem w spore kłopoty finansowe. Aby odciążyć nieco domowy budżet, najmłodsza latorośl, Kinnosuke (dzisiaj lepiej znany jako Sōseki) został oddany na wychowanie rodzinie Shiobara. Jednak kłótnie małżeńskie oraz niestałość związku przybranych rodziców sprawiły, że Kinnosuke wrócił do rodzinnego domu w wieku 8 lat, ale jeszcze przez kilka dalszych lat formalnie pozostawał członkiem rodziny Shiobara. Zatem niemal od początku swojego żywota Kinnosuke Natsume uważany był za niepotrzebny ciężar. Poczucie samotności, wyobcowania pobrzmiewa wyraźnie w narracji kota, który przecież do końca książki pozostaje kotem bezimiennym. Czworonóg mieszka w domu swojego gospodarza, ale odkąd tylko się w nim pojawił traktowany jest bardziej jako intruz, z którego obecnością, ze względu na upór, należy się pogodzić. Nikt nie przejawia zbytniej troski ani zainteresowania kocim domownikiem, który zdaje się egzystować nieco na uboczu, na marginesie.

Mimo tej chłodnej obojętności, z jaką traktowany jest kot, to właśnie on pozostaje najsympatyczniejszą postacią w całej książce. Fantastyczny jest przede wszystkim język, którym czworonóg snuje swoją narrację – nacechowany jest on ironią, pozorną naiwnością, która nie pozwala przestać zadziwiać się meandrami ludzkiej psychiki. Zaskakuje znakomita znajomość kultury zarówno japońskiej jak i europejskiej, do której kot bardzo często się odwołuje, szczególnie gdy posługuje się zabawnymi porównaniami, charakteryzując całą galerię postaci, która przewija się przez domostwo profesora. Uśmiech na twarzy wywołują zarówno osobliwe określenia typu profesor Latryna, Wielkie Bóstwo Ogona, czy profesor Ostryga jak i niecodzienne wydarzenia, do których z pewnością zalicza się koci taniec, czy tłumaczenie zawiłych rodzinnych koligacji (córka kuzyna ze strony matki męża młodszej siostry osobistego sekretarza wody po trzynastym shōgunie) oraz niemal wszystkie dialogi pomiędzy gospodarzem a jego kolejnymi gośćmi.

Utwór jako całość prezentuje się po prostu wybornie. Natsume wyłożył w nim ogrom interesujących poglądów dotyczących spraw kultury, tradycji oraz ogólnie ludzkości. Człowiecza natura została poddana miażdżącej krytyce, chociaż sama jej forma ma wydźwięk mocno ironiczny. Dobrze widoczne jest również stanowisko Natsume w kwestiach tożsamości własnego kraju – nie należał on do zwolenników kultu narodu japońskiego, który był szczególnie intensywny w trakcie wojny z Rosją, trwającej w latach 1904 – 1905. Ale szowinistyczne, czy nacjonalistyczne zachowania były dla Natsume równie obce co zachłyśnięcie się Zachodem. Japoński literat niechętnym okiem patrzył na ślepą i bezmyślną manię naśladowania wszystkiego co europejskie, czy amerykańskie. Godna pożałowania wydaje się choćby wychwalana przez Europejczyków aktywność, która w gruncie rzeczy jest często działaniem samym w sobie, nie przynoszącym realnych efektów. Nieustanna chęć zmian, niecierpliwość, wola dominacji, chęć postawienia na swoim, chorobliwa żądza posiadania racji po swojej stronie to w mniemaniu narratora procesy nieskończone, samonapędzające się, gnające ludzkość prosto w objęcia autodestrukcji.

Prezentowana lektura to znakomite antidotum, mogące zadziałać niczym kubeł zimnej wody wylanej na głowę rozpaloną do czerwoności wizjami własnej wielkości. Sōseki Natsume razem ze swoim rewelacyjnym narratorem brutalnie rozwiewają w pył miraż człowieka-kreatora, którego woli powinno poddawać się każde stworzenie. Po ostatnich stronach tej rewelacyjnej książki ludzkość zaczyna jawić się bardziej jako nagi król, obnażony z wszelkich szat, w które dotychczas próbował skryć swą małość, podłość i nijakość.

P.S. Wydanie, które posiadam (Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 2012) jest przepiękne. W oczy rzuca się już twarda oprawka z interesującą okładką, która stanowi dopiero przedsmak tego, co skrywa w sobie książka. Każdy kolejny rozdział ozdobiony jest kolorową ryciną, dodatkowo w tekście można odnaleźć kilka przedruków japońskich obrazów. Wszystkie rysunki wybornie harmonizują z tekstem.

piątek, 20 grudnia 2013

Okładka książki Zimowa kwatera

  Tytuł: Zimowa kwatera

  Autor: Tomoji Abe

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 248

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka





 

 

 

 

 

 

Wyrażenie bezstronna relacja to na dobrą sprawę oksymoron, bowiem coś takiego nie istnieje. Widz, świadek, obserwator może jedynie starać się zachować maksymalną obiektywność, ale nigdy nie uda mu się jej w pełni osiągnąć. Już sam dobór przedstawianych faktów wiąże się z ich selekcją, a więc procesem, w którym część wydarzeń zostaje w ogóle odrzucona, pominięta, na rzecz ważniejszych, które z kolei są mocniej i wyraziściej eksponowane. Sam sposób prezentacji danej kwestii narzuca w pewnym stopniu ramy, w obrębie których możliwe będzie do rozpatrzenia wybrane zagadnienie. Nie można jednak zaprzeczyć, że są relacje (rzecz jasna cały czas pozostające subiektywne), które czytamy chętniej oraz takie, od których stronimy, nie potrafiąc znaleźć w nich niczego wartościowego. Dobry pisarz, zdolny literat to osobnik, który oprócz trudnej i dość rzadkiej umiejętności opowiadania o rzeczach w sposób interesujący, posiada zdolność wyławiania z otaczającej go rzeczywistości motywów, przedmiotów czy postaci, które mogą stanowić kanwę literackiego materiału. Sztuka obserwacji musi być ponadto połączona z talentem do transkrypcji swoich spostrzeżeń oraz refleksji za pomocą literatury tak, by wrażenia autora mogły stać się również udziałem czytelnika.

W mojej opinii żadnej wymienionych cech nie można odmówić prozie Tomojiego Abe, kolejnego artysty z Kraju Kwitnącej Wyspy, którego miałem przyjemność poznać w trakcie moich coraz częstszych wypraw nad Morze Japońskie. Żyjący w latach 1903 – 1973 roku Tomoji Abe to japoński nowelista, powieściopisarz, krytyk oraz tłumacz literatury angielskiej, którą studiował na Uniwersytecie Tokijskim. Pierwsze literackie dzieła Abe powstawały pod szyldem modernizmu, jednak stosunkowo szybko artysta przerzucił się na nurt intelektualny, który w literaturze japońskiej nie cieszył się zbytnim uznaniem. Jego twórczość stała w wyraźnej opozycji do ówczesnej sytuacji społecznej oraz politycznej, panującej w Japonii późnych lat trzydziestych. Rosnący w siłę faszyzm oraz militaryzm, łączący fascynację tradycją feudalną spychały na margines dzieła, które koncentrowały się na umysłowości człowieka, jego stanach emocjonalnych czy reprezentowanych wartościach moralnych. Co interesujące, szczególnie po wojnie, niezależny oraz bezkompromisowy Tomoji Abe przekonany był o ogromnej odpowiedzialności, jaka wiąże się z działalnością literacką. W mniemaniu artysty, zarówno pisarze jak i literatura powinni być użyteczni dla społeczeństwa, stanowiąc dla niego bodziec, stymulujący do ciągłego rozwoju i doskonalenia się.

Powieścią, dzięki której Tomoji Abe wypłynął na literackie wody była wydana w 1936 roku Zimowa kwatera. Akcja utworu rozpoczyna się w momencie, gdy młody człowiek, student Uniwersytetu Tokijskiego, intelektualista znudzony otoczeniem bogatej rodziny, kolegów zaangażowanych w społeczne ruchy, pogrążony w duchowej depresji postanawia odpocząć od dobrze znanego mu wykwintnego świata. Narrator wyrusza w krótką podróż po Tokio, którą wieńczy wynajęcie pokoju u państwa Kirishima, japońskich chrześcijan, zamieszkujących skromną dzielnicę mieszkaniową. Oś dzieła obraca się wokół perypetii tej niezwykłej familii.

Główny bohater, pierwszoosobowy narrator niemal z miejsca porzuca bierną rolę świadka, kreując się we własnym mniemaniu na badacza, któremu jednak bardzo blisko do podglądacza. Przeprowadza on wiwisekcję na żywym ciele rodziny, z którą spędza bardzo wiele czasu. Znużony dotychczasową egzystencją, dokonuje wnikliwej analizy wszelkich szczegółów, które udaje mu się uszczknąć z życia ludzi, z którym początkowo łączą go wyłącznie stosunki płatnicze. W pewnym sensie, obserwacja dokonywana jest z większą precyzją oraz drobiazgowością, niż miałoby to miejsce w przypadku badania relacji, panujących we własnej rodzinie. Narrator jest w końcu obcym elementem, wydestylowanym składnikiem, który dzięki temu, że pozostaje na uboczu, ogląda wszystko na chłodno, z większym dystansem, a więc i z lepszej perspektywy.

Zbieranie informacji, interesujących faktów ułatwia bohaterowi dość skryta natura, która przejawia się m.in. uprzejmym milczeniem. Taka osobowość szczególnie przypada do gustu głowie rodziny, wielkiemu, zwalistemu Kamonowi, który z chęcią dzieli się nawet najbardziej intymnymi szczegółami ze swojego życia osobistego. Ze strzępków wspomnień narrator buduje obraz utracjusza, hulaki – byłego milionera, który na skutek nieodpowiedzialnego zarządzania własnym majątkiem pogrąża się w biedzie, pociągając za sobą żonę oraz dzieci. Mimo wad Kamona, które widoczne są gołym okiem, pośród których prym wiodą nieodpowiedzialność, krótkowzroczność, skłonności do mitologizacji oraz wyolbrzymień, główny bohater odczuwa sympatię do tego dziwacznego osobnika, nawiązując z nim swoistą nic porozumienia.

Zupełnym przeciwieństwem swojego małżonka jest Matsuko. Ta wciąż młoda kobieta, którą mało łaskawy los powoli odziera z resztek piękna, prowadzi trudną egzystencję, pełną wyrzeczeń i bólu. W udręce zgotowanej jej przez męża, czerpie siłę oraz poczucie sensu dalszego bytu z niezachwianej wiary. Jako przykładna chrześcijanka regularnie uczęszcza na niedzielne msze święte, ciągnąc na nie również swojego małżonka, którego w obliczu złożonej przed Bogiem przysięgi nie jest w stanie się wyrzec. Od początku widoczny jest jej zdecydowany stosunek wobec Kamona – tłumiąc jego seksualny popęd, ograniczając ilość spożywanego alkoholu oraz wypalonych papierosów, przejawia troskę o jego grzeszną duszę (albo mści się za doznane krzywdy).

Narrator szybko przekonuje się, że fanatyzm religijny Matsuko w połączeniu z degeneracją moralną Kamona stanowi mieszankę iście wybuchową. Ale nieustanne konflikty, wstrząsające domową mikrospołecznością, nie są w stanie zmusić go do zmiany swojego lokum. Główny bohater, przejawia zagadkową nawet dla niego samego niechęć do opuszczenia domu rodziny Kirishima. Trudno orzec, czy kieruje się on sympatią do Kamona, podświadomym pożądaniem, odczuwanym względem Matsuko, czy troską o zdrowie najmłodszej domowniczki, niewinnej Sakiko. Oceniając narratora przez pryzmat współczesności, można by go posądzić o poorism, czyli rodzaj turystyki, która polega na poznawaniu świata poprzez zwiedzanie dzielnic nędzy, podglądaniu życia najbiedniejszych. Teza nieco koślawa, szczególnie jeśli uwzględnić, że bohater również dość często cierpiał na brak gotówki.

Ponadto fascynująca jest sylwetka Kamona, który przypomina nieco postać Bachusa, boga wina, kojarzonego z upojną, ekstatyczną zabawą. Pan Kirishima to typ człowieka, którego pieniądze się po prostu nie trzymają. Z trudem udaje mu się zebrać kwotę, która pozwoliłaby zapewnić podstawowe potrzeby jego rodzinie. Ostatnie pieniądze potrafi oddać nieznajomemu, pod wpływem nagłego impulsu, czy wzruszenia. Jest on niczym ogromny, zwalisty niedźwiedź, wybuchowa i porywcza góra mięsa, kierująca się pierwotnymi instynktami, zupełnie pozbawiona elokwencji, w umyśle której można czytać jak w otwartej księdze. Ale najbardziej intrygującą postacią pozostaje Matsuko. Zadziwiające są jej niespożyte siły duchowe, które pozwalają przezwyciężyć nawet skrajne wycieńczenie organizmu. Zastanawiająca jest również tendencja do dźwigania, czy może wręcz poszukiwania krzyża. Matsuko za żadną cenę nie chce opuścić Kamona, który jest przecież niczym kamień młyński, przywiązany do jej szyi. Śledząc jej zachowanie nietrudno posądzić ją o egzaltację religijną, płynącą z dręczenia samej siebie połączoną z satysfakcją, wynikającą z goryczy cierpienia. Można zatem zadać sobie pytanie o to, czy to aby na pewno religia omotała Matsuko. Być może to kobieta, której natura podświadomie podszeptuje dążenie do autodestrukcji z chęcią przyobleka się w cierpiętnicze szaty, tłumacząc swoją postawę właśnie nakazami religijnymi.

Trudno jest także o jednoznaczną ocenę głównego bohatera. Czy jest on zwykłym egoistą i konformistą, który z powodu apatii oraz bierności pogrąża się w swoistym letargu, ograniczając swoje życie do roli podglądacza, czyniąc przy tym interesujące go spostrzeżenia? Odpowiedź, przynajmniej w pewnym stopniu przyniesie lektura powieści, ale faktem jest, że rodzina Kirishima okaże się również swoistą soczewką, która pozwoli mu skupić strumienie świadomości na własnej psychice, odkrywając w niej niezbadane dotąd pokłady.

Reasumując krótko, Tomoji Abe zaserwował mi bardzo przyjemną, choć krótką lekturę, w której możemy również odszukać ciekawe wątki związane ze słabo znaną w naszym kraju historią narodu koreańskiego. Ponadto proza, która powstała na początku XX wieku okazuje się zaskakująco aktualna – w moim odczuci pozwala ona w oryginalny sposób spojrzeć na dramat, który przecież rozgrywa się za drzwiami wielu polskich domostw. Słaby psychicznie mężczyzna, nie potrafiący udźwignąć ciążącej na nim presji otoczeniu, w końcu pogrąża się w nałogu, a obowiązek utrzymania domu, wychowania dzieci, zapewnienia im godziwych warunków bytu spada na kobietę, która odnajduje nieskończone wręcz pokłady sił w modlitwie i dźwiga swoje brzemię aż do kresu sił. Proza Abe może ułatwić nam poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące pytanie, czym kieruje się taka kobieta. Czy jest to jeszcze miłość?

czwartek, 05 grudnia 2013

Okładka książki Wspólny pokój

  Tytuł: Wspólny pokój

  Autor: Zbigniew Uniłowski

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 362

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

Dwudziestolecie międzywojenne to równie krótki, co burzliwy okres w dziejach naszego kraju. Po 123 latach, niczym feniks z popiołów odradzało się niepodległe państwo polskie. Kształt jego nie był zastygłą formą, polityczne oblicze zmieniało się na skutek ścierania się ze sobą różnych idei, reprezentowanych przez poszczególne frakcje. Mimo, że czasu pomiędzy dwoma największymi wojnami było niewiele, dwudziestolecie wykreowało na tyle charakterystyczne oblicze, że do dzisiaj uchodzi za osobny rozdział historii Polski. Dla jednych nieodłącznie kojarzy się ono z postacią marszałka Józefa Piłsudskiego, dla innych najbardziej wyrazistą osobistością będzie Roman Dmowski. Dwudziestolecie to również Cud nad Wisłą, czyli punkt kulminacyjny wojny polsko-radzieckiej, Powstanie Wielkopolskie, czyli jeden z niewielu zrywów Polaków, zakończony sukcesem, wielokulturowe i zróżnicowane społeczeństwo, w którym Polacy stanowili niecałe 70%, a którym nie brakowało Ukraińców, Żydów, Białorusinów, czy Niemców, utworzenie Centralnego Okręgu Przemysłowego, wybitni naukowcy na czele z Ignacym Mościckim, czy Eugeniuszem Kwiatkowskim, przewrót majowy oraz rządy Sanacji, a także spalinowe wagony Luxtorpeda, które potrafiły rozwinąć prędkość nawet 140 km/h. Mnie jednak dwudziestolecie międzywojenne najmocniej kojarzy się ze wspaniałą literaturą, która powstawała w tym burzliwym okresie. Witkacy, Gombrowicz, Schulz, czy Ferdynand Goetel to w mojej prywatnej opinii nazwiska, które złotymi zgłoskami zapisały się w polskiej prozie. Niedawno, za sprawą Pana Dziejaszka poznałem kolejnego literata, który tworzył w tamtym okresie.

Zbigniew Uniłowski, bowiem o jego dziele będzie dzisiaj mowa, to urodzony w 1909 roku w Warszawie pisarz i nowelista. Za młodu osierocony, nie ukończył nawet szkoły średniej, zmuszony podjąć pracę, która zapewniłaby mu materialną podstawę egzystencji. Uniłowski imał się różnorakich zajęć, nie wymagających kwalifikacji. Pracował jako pomocnik murarski, roznosiciel paczek czy pikolak. To właśnie jako chłopca posługującego w warszawskiej restauracji Astoria Uniłowskiego poznał słynny kompozytor Karol Szymanowski, któremu zaimponował młody człowiek zaczytany w dziełach Conrada. Uniłowski pozyskał cennego mecenasa, który łożył na jego kształcenie, umożliwiał obracanie się w środowisku literackim oraz finansował lecznicze wypady do Zakopanego, które związane były z gruźlicą młodego pisarza. Od 1929 roku Uniłowski nawiązał współpracę z literacką grupą Kwadryga, zaliczaną do tzw. II awangardy. Artyści nie mieli ściśle określonego programu, a twórczość charakteryzowała spora swoboda. Hasła, którymi chętnie posługiwali się członkowie Kwadrygi to sztuka uspołeczniona, sprawiedliwość społeczna oraz godność pracy. Grupa została ciekawie sportretowana za sprawą książki Zbigniewa Uniłowskiego pt. Wspólny pokój, która ukazała się w 1932 roku. Wydaniu powieści towarzyszył spory skandal obyczajowy. Nie przeszkodziło to Uniłowskiemu w zyskaniu rozgłosu oraz uznania. Wręcz przeciwnie, od tego momentu pisarz stał się szanowanym autorem, który wzbudzał żywe zainteresowanie czytelników.

Akcja Wspólnego pokoju, powieściowego debiutu Uniłowskiego, rozgrywa się w Warszawie. Do stolicy Polski, po kilkumiesięcznej kuracji w Zakopanem przybywa rosły, opalony chłopak. Ów młokos, który nieco znudzonym spojrzeniem omiata dobrze znane ściany stołecznego dworca to Lucjan Salis, początkujący artysta, który swoich sił próbuje głównie w prozie. Nie ma jeszcze wyrobionego nazwiska, ale są tacy, którzy wyczuwają w nim spory potencjał. Lucjan, podobnie jak jego pierwowzór, czyli Zbigniew Uniłowski, to sierota, który nie posiada stałego miejsca zamieszkania. Przybywając do Warszawy pozostaje mu wybierać pomiędzy mieszkaniem u ciotki wraz z jej rodziną, a propozycją przyjaciela, Zygmunta Stukonisa, by wynająć miejsce w pokoju od jego matki. Co prawda sytuacja z finansowego punktu widzenia nie przedstawia się zbyt różowo, bowiem gotówka pochodząc ze stypendium od opiekuna Lucjana jest już na wyczerpaniu, ale męska przyjaźń przecież zawsze zwycięża. Pieniądze zawsze się jakoś znajdą, ewentualnie pożyczy się je od kogoś – perspektywa, by zamieszkać ze znajomym jest zbyt kusząca i w ten oto sposób Lucjan Salis ląduje w tytułowym pokoju, który przyjdzie dzielić mu z wieloma interesującymi osobnikami.

Tak jak wspomniałem, publikacji utworu towarzyszył spory skandal, który ze szczególną mocą wybuchł w środowisku artystycznym, do którego w sporej mierze Wspólny pokój się odwołuje. W powieści pojawia się wielu bohaterów, którzy wzorowani są na autentycznych postaciach. Lucjan Salis to alter ego samego pisarza. Zygmunt Stukonis to Stanisław Ryszard Dobrowolski, Stanisław Krabczyński zwany Dziadzią to Stanisław Maria Soliński. W trakcie licznych eskapad po barach oraz knajpach, których główny bohater zdecydowanie sobie nie odmawia przewijają się również członkowie Kwadrygi oraz znani bywalcy popularnych warszawskich lokali, Lucjan Szenwald jako Kazio Werbel, Konstanty I. Gałczyński jako Klimek Paczyński, czy Władysław Sebyła jako Brocki. Zabieg zmiany autentycznych nazwisk na fikcyjne, do którego zresztą Uniłowski został zmuszony w trakcie publikacji powieści przez Sebyłę, ówczesnego redaktora Kwadrygi, jak żywo kojarzy mi się z prozą Jacka Kerouaca, który w swojej mocno autobiograficznej twórczości nie używał prawdziwych nazwisk swoich przyjaciół. Oczywiście nie to było przyczyną żywych emocji, które towarzyszyły wydaniu Wspólnego pokoju.

Powieść to w bardzo surowa ocena ówczesnej literatury oraz środowiska artystycznego. W książce pod lupę zostało wzięte pokolenie, które przeżyło wojnę, ale które dorastało już w wolnym i niepodległym kraju. Jednak piętno potężnego konfliktu okazało się na tyle trudne do przezwyciężenia, że wielu twórców tamtego okresu kojarzonych jest głównie z nihilizmem oraz pesymizmem. Uniłowski portretuje swoich rówieśników jako zblazowanych artystów, którzy po zerwaniu maski nonszalancji pozostawali puści i bezideowi, przerażająco wtórni i zupełnie pozbawieni kreatywności. Większość z literatów nie była w stanie wzbić się ponad pierwsze, obiecujące próby; nie potrafili rozwinąć skrzydeł i przekuć statusu zdolny w ceniony, uznany. Zbyt szybko obrastali w pióra, chełpiąc się osiągnięciami, które na zawsze pozostawały uwięzione wyłącznie w strefie marzeń. Z drugiej strony Uniłowski ukazał w jak trudnych warunkach przyszło egzystować artystycznej bohemie. Ustawiczna nędza, brak gotówki, chroniczne niedojadanie potrafiły złamać upór niejednego buntownika, który zamiast pisarskiej sławy wolał wybrać ciepłą i bezpieczną posadę urzędniczą, która oznaczała o wiele większą stabilizację życiową.

Towarzysze Lucjana Salina, mimo żarliwych dyskusji, prowadzonych przy szklance wysokoprocentowego trunku, na ogół pozostają bierni i apatyczni. Zapał, pobudzony przez alkohol szybko gaśnie. Koła literackie przypominają bardziej kółka wzajemnej adoracji, w których jednak tchnie sztucznością, stąd nerwowa atmosfera, nastrój jakby oczekiwania. Na co? Ano chyba na najgorsze, w obliczu czego żadna twórczość nie ma większego sensu. Uniłowski świetnie oddaje nastroje, również społeczne, jakie panowały w tamtym okresie w Polsce. Wieszczona przez mrocznych proroków nieuchronna wojna z Niemcami, obawa przed komunizmem, gwałtownie rosnące nastroje nacjonalistyczne. W powietrzu wyczuwalne było napięcie, niepokój.

W powieści Uniłowskiego namacalne są również kompleksy wobec światowej literatury. Lucjana Salisa boli fakt, że w Polsce tak mocno promowana jest twórczość zagranicznych autorów. Tymczasem próżno szukać polskich nazwisk, choćby na europejskich salonach. W rojeniach wynikających z nawrotu choroby, Salis tłumaczy się sam przed sobą, że polscy artyści owszem, są bardzo dobrzy, ale ich twórczość można odnieść jedynie do lokalnego podwórka. Poza granicami naszego kraju pozostają już niezrozumiali, bez odpowiedniego kontekstu kulturowego docenienie ich pracy staje się niemożliwe, stąd tak niskie notowania na zagranicznych rynkach.

Mocnym punktem Wspólnego pokoju jest z pewnością dosadny język, którym Uniłowski posługuje się z wyraźną wprawą. Jak na tamte czasy był on z pewnością mocno szokujący. Nie brakuje w nim kolokwializmów, wulgaryzmów, czy nawet obsceniczności. Jest on naturalistyczny do granic możliwości. Uniłowski nie pomija żadnej ludzkiej czynności. Opisane zostają wizyty w toalecie, wyniszczanie ciała przez chorobę, niecodzienne zgony czy seksualne akty. Zabawne są również dialogi, które prowadzą ze sobą lokatorzy tytułowego pokoju.

Reasumując, Wspólny pokój to wielopoziomowa oraz ciekawa lektura. Książka to na pewno interesujący obraz polskich środowisk intelektualnych międzywojennego dwudziestolecia. Przyznać trzeba, że Uniłowski dość okrutnie potraktował siebie oraz kolegów po fachu. W powieści nie brakuje m.in. dosadnego porównania artysty do intelektualnej kurwy, która w zamian za finansowe wsparcie zapewnia zamożnym snobom swoje jakże cenne towarzystwo oraz satysfakcję, płynącą z bezinteresownego wsparcia młodych oraz zdolnych. Powieść, rozpatrywana na zupełnie innej płaszczyźnie, to także wartościowe studium ludzi o zupełnie innych charakterach, którzy na skutek nie dających przezwyciężyć się czynników zmuszeni są do wspólnej egzystencji na bardzo niewielkiej powierzchni. Siłą rzeczy lokatorzy wchodzą ze sobą w ciągłe interakcje, ścierają się, konfrontują. Przy okazji dowiadujemy się jak wyglądał codzienny żywot w II Rzeczpospolitej, w której wielu obywateli żyło na skraju ubóstwa. Powieść to także dowód na to, że każda młodzież w opinii starszej części społeczeństwa jest zła, zdeprawowana i coraz gorsza. Niechciane ciąże, aborcje, seks bez zobowiązań, alkoholizm, narkotyki, hulacki tryb życia, prymitywizm i wulgarność. Skąd my to znamy? Wreszcie utwór można analizować na polu symboliki, którą w sobie ukrywa. Młody, pełen sił witalnych człowiek, który zostaje powalony przez chorobę i spędza całe dnie przykuty do łóżka często zestawiany jest z przedstawicielami sztuki, która także zdaje się powoli dogorywać. Ale czy będzie dane jej zdechnąć? Wydaje mi się, że jeśli regularnie pojawiać się będą twórcy tego kalibru co Zbigniew Uniłowski, to przynajmniej o losy literatury możemy być spokojni.

P.S. Serdecznie polecam intrygującą rozkminkę Pana Dziejaszka nad Wspólnym pokojem, w której utwór został zestawiony z dziełem Henry’ego Millera pt. Zwrotnik Raka. Jeśli interesuje was, co mogą mieć ze sobą wspólnego młody polski twórca oraz uznany amerykański pisarz, to zapraszam do lektury.

piątek, 01 listopada 2013

Okładka książki Sługa boży

  Tytuł: Sługa boży

  Autor: Erskine Caldwell

  Wydawnictwo: Książka i Wiedza

  Liczba stron: 221

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka



 

 

 

 

 

 

 

 

Głębokie Południe Stanów Zjednoczonych to określenie, którego używa się w stosunku do południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Region ten słynie z konserwatyzmu oraz głębokiego umiłowaniu tradycji. W czasie wojny secesyjnej wszystkie stany z tego okręgu należały do Konfederacji. Głębokie Południe było rejonem typowo rolniczym, którego siłę roboczą stanowili czarni niewolnicy. Zrozumiałe zatem, że w tym okręgu zdecydowanie najbardziej widoczne były napięcia rasowe, co przejawiało się m.in. wzmożoną aktywnością Ku Klux Klanu. Z Głębokiego Południa wywodzi się także urodzony w Atlancie Martin Luther King, czarnoskóry pastor, jeden z czołowych działaczy, walczący o równouprawnienie oraz zniesienie dyskryminacji rasowej. Historia tej części Ameryki jest ogromnie frapująca. Nic dziwnego, że wielu amerykańskich literatów brało na warsztat właśnie Głębokie Południe, próbując przybliżyć czytelnikowi tej zakątek swojego kraju.

Oczywiście najłatwiej jest pisać o miejscach, które są nam doskonale znane, w których dorastaliśmy oraz dojrzewaliśmy, psychicznie oraz fizycznie. Widać to na przykładzie prozy Erskine’a Caldwella, urodzonego w stanie Georgia amerykańskiego literata. Pochodzący z White Oak artysta był synem pastora, wędrownego kaznodziei, który odbywał liczne misyjne podróże po południowych stanach USA. Młody Erskine poznał od podszewki życie regionu, stykając się z jego mieszkańcami, kulturą oraz religijnością. Ponadto Caldwell imał się różnorakich zajęć, począwszy od pracy na plantacji bawełny, na zawodzie kucharza oraz kelnera skończywszy. Życie odsłaniało przed przyszłym pisarzem wszystkie swoje sekrety, ukazując zarówno swoje jaśniejsze strony jak i te zdecydowanie mroczniejsze. Wykształcenie zdobyte w college’u oraz na uniwersytecie w Wirginii pozwoliło Caldwellowi podjęcie pracy dziennikarskiej w 1925 roku, w czasie której zwiedził Amerykę Południową, Azję oraz Europę, w tym również Polskę. 10 lat później, w roku 1935 Caldwell wydał swoją trzecią książkę, pt. Sługa boży, którą miałem przyjemność ostatnio przeczytać.

Powieść już od pierwszych stron uderza swoim klimatem. Powietrze zdaje się wibrować od gorąca, bezlitosny żar bezustannie bucha z nieba, słońce bezwstydnie ogrzewa nasz przybytek, mimo, iż to dopiero kwiecień. Temperatura rozleniwia. Człowiek pozostaje zastygły w jednej pozie, maksymalnie oszczędzając zużycie energii. Każdy ruch jest bardzo wnikliwie przemyślany, żaden gest nie jest ani gwałtowny, ani tym bardziej zbędny. Siedzimy bezmyślnie na werandzie, oczekując ożywczego chłodu, który powinien nadejść wraz z nastaniem zmierzchu. Jedyne oznaki życia dochodzą z murzyńskich bud, które znajdują się niedaleko zabudowań gospodarczych. Hałasy hasających dzieciaków, czy odgłosy szybko poruszających się łyżek. Czarnoskórzy robotnicy pewnie posilają się prędko w krótkiej przerwie pomiędzy kolejnymi zajęciami na polach uprawnych. Cała sielanka kończy się, kiedy na horyzoncie pojawia się rosnący punkcik. Z każdą chwilą początkowo bezkształtna kropka zaczyna nabierać konturów. Widać już zdezelowaną karoserię, wyraźnie przegrzaną chłodnicę, opony, trudem niosące brzuchate cielsko wozu, za kierownicą którego siedzi wysoki, tyczkowaty jegomość. Czegoż takiego może szukać ten koleś w Rocky Comfort, dziurze zabitej dechami, do której nawet diabeł nie zagląda? Samochód ostatkiem sił dojeżdża pod ogrodzenie, wydaje ostatnie tchnienie, wypuszcza chmurę smrodliwego dymu, po czym milknie na dobre. Z gruchota wydostaje się ubrany na czarno mężczyzna, uważnie taksuje wzrokiem gospodarza majątku, zaintrygowanego pojawieniem się niespodziewanego gościa. Nagle wyciąga przed siebie ogromną łapę – oto Semon Dye we własnej osobie.

Główny bohater tej krótkiej powieści to właśnie Semon Dye, wędrowny kaznodzieja, który podróżuje po Południu Stanów Zjednoczonych, głosząc słowo boże oraz walcząc z siłami nieczystymi, nawracając niepokorne dusze zatwardziałych grzeszników. Ale od samego początku Dye nie sprawia wrażenia typowego duchownego. Bohater niemal siłą wprasza się do domu Clay’a Horey’a, u którego mieszka oraz pożywia się od środowego momentu przybycia aż do niedzielnego wygłoszenia kazania w lokalnej szkole. Ponadto kaznodzieja niemal w ogóle nie kryje się ze swoim pożądaniem, któremu wyraźnie próbuje dać upust w zetknięciu z każdą niewiastą, która napatoczy mu się pod rękę. Wreszcie za sztandarowego sługę bożego nie może uchodzić osobnik raczący się ziemskimi uciechami, do których z pewnością można zaliczyć namiętne spożywanie alkoholu, czy grę w kości, w której stawki są zdecydowanie większe niż niewinne ćwierćdolarówki. Ale pomimo wszystkich tych zgrzytów, widocznych gołym okiem, Clay Horey oraz jego znajomy Tom Rhodes ani przez moment nie kwestionują prawdziwości słów Semona Dye’a co do jego duchowych kwalifikacji. W rezultacie otrzymujemy zabawną historię, w której wygadany szarlatan owija sobie wokół palca niewielką wiejską społeczność, która dosłownie zaczyna jeść mu z ręki.

Króciutka książka Erskine’a Caldwella to bardzo negatywny, ale również mocno przejaskrawiony obraz Głębokiego Południa. Autor celowo wyolbrzymia wady swoich bohaterów, nadając im groteskowy charakter. W ten sposób Caldwell podkreśla bezmyślność egzystencji, prowadzonej przez południowoamerykańskich farmerów, którą śmiało można przyrównać do wegetacji. Całe dni spędzane są na werandzie, przeplatane nielicznymi wypadami do miasta oraz spożywaniem bimbru z kukurydzy. Umysłowa ciemnota oraz intelektualna niemoc wręcz biją po oczach. Ale najbardziej poraża bezwolność i marazm, którego nic nie jest w stanie zburzyć. Ludzie ożywają jedynie na mgnienie chwili, np. po ekstatycznym kazaniu charyzmatycznego sługi bożego, ale wkrótce z powrotem zapadają w letarg, z którego udało ich się na moment wyrwać. Wszystko to czynione jest bezrefleksyjnie i apatycznie. Żadna głębsza i dłuższa myśl zdaje się nie gościć w umysłach tych ludzi. Również ekscentryczny kaznodzieja z biegiem czasu staje się jedynie kolejnym elementem krajobrazu, składową rzeczywistości, którą mimowolnie się asymiluje, unikając w ten sposób walki, która wiązałaby się z koniecznością działania, a więc wysiłku. Wszystko w powieści wydaje się wyblakłe i przygasłe. Nawet słynny rasizm w południowoamerykańskim wydaniu sprowadza się jedynie do pogardliwego traktowania kolorowych oraz głębokiej odrazy na samą myśl o stosunku płciowym, odbytym z czarnym. Natomiast wrodzony lęk przed obcym rozprasza się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy tylko okazuje się, że tajemniczy nieznajomy jest sługą bożym – wtedy to wszystkie drzwi stają przed nim otworem, ze strony każdego mieszkańca może liczyć na gościnę.

Sam język, który Caldwell zastosował w powieści jest ubogi i prosty. To język farmerów, prymitywnych osobników, którzy stosują go wyłącznie do komunikacji, ograniczając jego ilości do niezbędnego minimum. Opisy przyrody, czy otoczenia są równie oszczędne, ale napisane z ogromną wprawą, tak, że czytelnik od razu odnajduje się w scenerii tworzonej przez autora, który przypomina doświadczonego malarza, potrafiącego kilkoma zgrabnymi ruchami pędzla nakreślić kluczowe elementy krajobrazu.

Całą historię można odczytać również w szerszej perspektywie. Prezentuje ona naturę ludzką, która na ogół niechętna jest jakimkolwiek zmianom, burzącym dotychczasowy porządek rzeczy. Człowiek jest na ogół istotą dosyć elastyczną, posiadającą spore zdolności adaptacyjne, co pozwala przystosować się do niemal każdych warunków. Ale te umiejętności wykorzystywane są dopiero w ostateczności, kiedy nie ma już innego wyjścia. Najczęściej, jako ludzkość, społeczność stoimy na straży tradycji, pozostając w głębokiej opozycji do jakichkolwiek nowinek, czy to kulturowych, czy moralnych, czy nawet technicznych. Cenimy to co sprawdzone, a nowe często kojarzy się z niepotrzebnie podejmowanym ryzykiem, które wcale nie musi się opłacić. Ludzka społeczność jest niczym ogromne koło zamachowe, które bardzo trudno jest wprawić w ruch postępu. Nasza natura jest niczym głęboka woda, w której bezkresnej toni topi się wiele innowacyjnych idei, nie akceptowanych ze względu na to, że zbyt diametralnie różnią się one od dotychczas stosowanych rozwiązań. Podobnie jest z tytułowym sługą bożym - Semon Dye tylko na chwilę burzy spokojną taflę georgiańskiej społeczności, która już po kilku dniach wygładza się, nie pozostawiając ani śladu po ekscentrycznym kaznodziei, który na swój niepowtarzalny sposób próbował nią wstrząsnąć.

Sługa boży to druga książka autorstwa Erskine’a Caldwella, którą miałem przyjemność przeczytać. Podobnie jak Ostatnia noc lata to raczej krótka, acz dosyć interesująca lektura, która prezentuje czytelnikowi południowy obraz Stanów Zjednoczonych na początku XX wieku. W powieści nie brakuje ironii oraz hiperbol, tak, że całość ma mocno groteskowy charakter. Zabawna, niezbyt obszerna treść sprawia, że w mojej opinii Sługa boży tak jak i Ostatnia noc lata znakomicie nadawałby się na teatralne deski. Z chęcią wybrałbym się na tego typu komedię, odsłaniającą przed widzem wszelkie absurdy żywota na amerykańskiej prowincji.

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita