Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: literatura rosyjska

środa, 08 stycznia 2014

Okładka książki Przezroczyste przedmioty

  Tytuł: Przezroczyste przedmioty

  Autor: Vladimir Nabokov

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 143

  Cena: 30,00 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Nie raz i nie dwa wspominałem, że w powszechnej świadomości czytelników nazwisko Vladimira Nabokova kojarzone jest głównie za sprawą Lolity. Przez wielu dorobek autora zostaje niesłusznie zredukowany do jednego dzieła, które pozostałe owoce twórczości spycha na margines, zmuszając je na egzystencję na uboczu czytelniczej uwagi. Silna koncentracja na Lolicie jest o tyle krzywdząca, że inne pozycje z bogatego dorobku Nabokova to dzieła równie wybitne, a niejednokrotnie nawet lepsze. Ale z drugiej strony, czy gdyby nie Lolita, amerykański pisarz o rosyjskich korzeniach cieszyłby się taką samą popularnością? Powieść o uczuciu, będącym czymś na wzór miłości (a może jej karykaturą?) podstarzałego mężczyzny do dojrzewającej dziewczynki jest o tyle szokująca, co łatwa w odbiorze. Lektura zawiera w sobie sporo niuansów, ale nawet bez ich wychwycenia Lolita wciąż jest tekstem interesującym. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o większości z pozostałych utworów, w których na jaw wychodzą skłonności Nabokova do mistyfikacji, do mataczenia, do kręcenia, słowem do bezczelnego igrania z czytelnikiem, który wodzony za nos w pewnym momencie zaczyna gubić się w natłoku informacji, podtekstów, przesłanek, niedopowiedzeń. Gdyby wyłącznie tego typu teksty składały się na twórczość Nabokova, mniemam, że dziś interesowaliby się nim głównie literaturoznawcy, z pieczołowitością rozbierający na czynniki pierwsze poszczególne słowa, wyrażenia, zdania, rozdziały, by dociec w pełni ich znaczeń oraz odkryć skomplikowane wzory, w której się układają.

Znakomitym przykładem powieści, w trakcie lektury której Vladimir Nabokov wyzywa czytelnika na swoisty pojedynek są Przezroczyste przedmioty. Ta cieniutka i niepozorna książeczka to przedostatnie ukończone dzieło amerykańskiego pisarza, które powstawało w latach 1969 – 1972. Tuż po ukazaniu się na rynku wywołało wśród czytelników prawdziwą konsternację – recenzje przyjmowały wszystkie odcienie krytyki, oscylując między rozpaczliwą adoracją a bezsilną nienawiścią, jak to zgrabnie ujął w sowim dzienniku sam Nabokov.

Na pierwszy rzut oka Przezroczyste przedmioty to banalna historia o człowieku, który odbywa swoistą pielgrzymkę w przeszłość, pragnąc lepiej zrozumieć wydarzenia, jakie przywiodły go do obecnego punktu na osi czasu. Główny bohater, Hugo Person (zniekształcone „Peterson”, przez niektórych wymawiane „Parson”), obywatel Stanów Zjednoczonych po raz czwarty przybywa do niewielkiej szwajcarskiej mieściny, leżącej u podnóża malowniczych Alp. Ten region odgrywa dość istotną rolę w życiu Hugo. To właśnie w Szwajcarii, podczas pierwszej wizyty w tym kraju zmarł ojciec Persona. Druga wyprawa okazała się bardziej szczęśliwa. Hugo jako korektor uznanego wydawnictwa, został wyznaczony do kontaktów z amerykańskim pisarzem niemieckiego pochodzenia, mieszkającym na co dzień w Szwajcarii. W drodze do pana R., główny bohater poznał swoją przyszłą żonę Armadę. Trzecia eskapada to ostatnie spotkanie z kontrowersyjnym literatem R. i równocześnie początek sielankowej egzystencji Hugo Persona.

Książka nie posiada zbyt wyrafinowanej fabuły. Dojrzały mężczyzna, wdowiec, przechodzący w dodatku wyraźny kryzys wieku średniego wraca do miejsc kojarzonych z ukochaną osobą, która odeszła w niecodziennych okolicznościach. Cała akcja sprowadza się do stopniowego odsłaniania tajemnicy, jaką skrywa miniony czas. Ale to obnażanie przeszłości odbywa się powoli, bez wyraźnej eskalacji napięcia. Dlatego przy przewracaniu ostatniej strony towarzyszy nam raczej konstatacja niż zdumienie, czy niedowierzanie. Ot, kolejna historia ludzkiego żywota, momentami dość smutna, miejscami absurdalna dobiegła właśnie końca.

Ale tak jak przy wnikliwszym wpatrywaniu się w taflę wody, w której początkowo widzimy jedynie odbicie otaczającego nas krajobrazu z wolna zaczynamy dostrzegać to, co skrywają głębiny, tak przy uważniejszym przeczytaniu Przezroczystych przedmiotów na prostym obrazku zaczynają pojawiać się zmarszczki, sygnalizujące, że drobne cienie skrywają rzeczy nade istotne, które zostały przez nas przeoczone. Zabawne, że to właśnie sam tytuł (w oryginale brzmiący Transparent Things) staje się bodźcem do poszukiwań i naprowadza nas na pierwszy trop. Słowo transparentny można tłumaczyć jako przeźroczysty, ale może oznaczać ono również przeświecający – podobnie jest z fabułą powieści, spod której zdaje się prześwitywać nieco inna historia.

Zastanawiający jest już pierwszoosobowy, wszechwiedzący narrator, który przejawia zaskakującą tendencję do stosowania apostrofy. Pierwsze zdania powieści rozpoczynają się od słów Oto właściwa persona. Hej tam, persono! Nie słyszy. Zatem już na wstępie czytelnik zostaje niejako przygwożdżony przez dziwacznego narratora, któremu w trakcie przybliżania historii życia Hugo Persona zdarzy się wpleść jeszcze niejedną niezwykłą sentencję (Hej tam, persono! O co chodzi, nie szarp mnie za rękaw. Ja mu się wcale nie narzucam). O ile możemy domyślać się, że tajemniczą personą, do której zwraca się narrator jest nie kto inny jak Hugo Person (nazwisko zobowiązuje), o tyle odgadnięcie adresata bezpośrednich zwrotów jest już nie lada kłopotliwe. Zaskakujące są również przejścia z liczby pojedynczej na liczbę mnogą (gdy my koncentrujemy się; nasz biedny przyjaciel; nasz poczciwy Hugo), które dodatkowo potęgują zamęt. Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że słuchamy opowieści telewidzów, relacjonujących nam reality show, w którym główną rolę odgrywa nieświadomy niczego Hugo Person, niczym Truman Burbank w Truman Show. Ale kim u licha jest ta zgraja cudaków, która próbuje bawić się narratora?

Nicią, która wyprowadzi nas z tego labiryntu zagadek mogą okazać się dzieła rąk ludzkich, jak i dzieła natury, same w sobie bezczynne, lecz ustawicznie używane przez nonszalancki czas. Każdy przedmiot skrywają w sobie długą historię – moment i okoliczności narodzin, warunki użytkowania. W końcu nawet maleńka rzecz, drobnostka i błahostka oprócz materii fizycznej, z której jest stworzona, posiada także otoczkę czasu, który wyciska na niej swoje niezatarte piętno. O jakże pięknym byłoby móc zanurzyć się w opowieściach, które skrywają w sobie owoce naszej pracy. Kto je stworzył, ilu wysiłku to kosztowało, przez kogo były użytkowane, w jakim celu je wykorzystywano? Oczywiście część tych historii możemy wydrzeć naszym milczącym przedmiotom, ale ile pozostaje zakrytych i nigdy nie poznanych?

Przyznaję, że Przezroczyste przedmioty stanowiły dla mnie dość ciężki orzech do zgryzienia i wielce pomocne okazało się posłowie autorstwa niezastąpionego Leszka Engelkinga, który naprostował nieco skomplikowane meandry nabokovskiej prozy. Ale powieść, nawet jeszcze nie w pełni zrozumiała, także przedstawia się nader intrygująco. Relacja Hugo Persona z Personem seniorem oraz zmiany, które zachodzą w bohaterze po zgonie ojca uzmysławiają, że nierzadko stosunki z rodzicami stanowią pęta, zrywane dopiero w momencie ich śmierci, która wywołuje u świeżo osieroconego dziecka szokującą i nieprzyzwoitą wręcz euforię, płynącą z poczucia odzyskania wolności, niezależności, swobody działania, możliwości dokonywania wyborów na własną rękę. Ciekawa jest także kreacja psychologiczna Hugo Persona, niekompletnego geniusza, którego wszystkie wyjątkowe umiejętności skażone są jakimś ale, uniemożliwiającym ich pełne rozwinięcie i wykorzystanie.

Reasumując, Przezroczyste przedmioty to literatura na wskroś nietuzinkowa. Mimo, że bardzo krótka, bowiem moje wydanie liczy raptem 125 stron, jest wręcz przeładowana treścią, która tak gęsto upakowana sprawia, że istotna staje niemal każda kartka. Czytelnik otrzymuje od autora swoistą zagadkę, z którą przyjdzie mu się zmierzyć, jeśli chce poznać maksymalną ilość płaszczyzn, na których można rozpatrywać utwór. Kilka tematów oraz motywów takich jak sen, czy pożar jest nagminnie powtarzanych, ale większość została ledwie muśnięta, tak, że poszukiwania wszystkich smaczków pobudzają do rzeczywistego intelektualnego wysiłku. Nabokov po raz wtóry sprawił nam psikusa, bowiem lektura tej krótkiej książki może okazać się znacznie mniej czasochłonna niż intensywne rozmyślanie na jej temat. Rzecz jasna powieść nie jest wyłącznie szaradą, a o tym, że posiada kilka punktów stycznych z naszą rzeczywistością niech zaświadczy fragment: W dziedzinie sztuki „awangarda” oznacza niewiele więcej niż uległość tej czy owej wyzywającej, filisterskiej modzie (…), który można przytoczyć choćby w odniesieniu do wydarzeń, dla niektórych gorszących, dla innych komicznych, które rozgrywają się ostatnio w Teatrze Starym w Krakowie (i to nie tylko na scenie).

P.S. Nurkując w odmętach wspomnień dotyczących lektury Przezroczystych przedmiotów do bram moich świadomości puka niestrudzenie poniższy wiersz Cypriana Kamila Norwida, który szczególnie polecam w wykonaniu zespołu De Press (utwór Świenty Pokój z albumu Product utrzymany w klimacie new wave jako żywo przypominający najlepsze nagrania Joy Division, którym zespół w tym czasie mocno się inspirował).



Święty spokój

*

Jeszcze tylko kilka ciężkich chmur
Nie-porozpychanych nozdrzem konia;
Jeszcze tylko kilka stromych gór,
A potem już słońce i harmonia!...

— Jeszcze tylko z hełmu kilka piór
W wiatru odrzuconych próżnię;
Jeszcze, tylko jeden pękły grot,
Błyskawica jedna — jeden grzmot —

A potem — już nie!...

*

Tak samo i w życiu: czasów wir
Jezdnego na hipogryfie ima;
Gruby mu rozrywać każe. kir,
Trumny przeskakiwać, których nie ma.

— Za czarnością trumien świta mir,
Wynagradzający słusznie;

I wciąż tylko jeden jeszcze trud,
Wysilenie jedno — jeden cud —
A potem — już nie!...

wtorek, 13 sierpnia 2013

Okładka książki Dar

  Tytuł: Dar

  Autor: Vladimir Nabokov

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 479

  Cena: 39,99 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

 

Są pisarze, których zna absolutnie każdy szanujący się czytelnik. To nazwiska powszechnie kojarzone na całym świecie, otoczone nimbem wielkości. Do grona tego typu twórców z pewnością zaliczyć można Władimira Władimirowicza Nabokowa (Vladimira Nabokova), amerykańskiego artystę rosyjskiego pochodzenia. Urodzony w 1899 roku pisarz sporo podróżował po całym świecie, stając się niejako jego obywatelem. Do 1920 roku żył w rodzimej Rosji, później przyszła pora na Europę Zachodnią – Berlin, Cambridge, Paryż przyjmowały kolejno w gościnę tego wybitnego twórcę. W latach 1940 – 1960 Nabokow mieszkał w USA, by przenieść się stamtąd do Szwajcarii, w której przebywał aż do śmierci w 1977 roku. Obecnie, w szerokim gronie czytelników, twórczość Nabokowa została zredukowana niemal wyłącznie do Lolity – postacie Humberta Humberta oraz jego młodocianej kochanki na stałe wpisały się do kultury masowej skutecznie wypierając bohaterów innych powieści. Pozostałym dziełom rzadko kiedy poświęca się tyle słów oraz opinii, tymczasem są one również dobre, a często lepsze niż sławetna historia opętanego przez nimfetkę pedofila. Lolita należy do amerykańskojęzycznej twórczości autora, spośród której na największą uwagę zasługuje chyba Blady ogień. Z kolei za najdoskonalszą, rosyjskojęzyczną powieść Nabokowa uważa się Dar. Niektórzy literaturoznawcy posuwają się do jeszcze odważniejszych twierdzeń, że Dar to najlepsza XX-wieczna powieść rosyjska w ogóle. Zamiast jednak wdawać się w próżne dywagacje i nierozstrzygalne spory, lepiej przyjrzeć się historii powstania książki, która jest równie ciekawa, co sama lektura.

Są powieści, które autor musi dosłownie wyrzygać – potok myśli zalewa mózg, spływa natychmiast na papier, tak, że świat zewnętrzny odchodzi niejako w niepamięć, chowając się za horyzontem natchnienia, które bezlitośnie każe tworzyć i tworzyć. Dar z pewnością do tego typu twórczości nie należy. Powstanie książki można by prędzej porównać do długiego, mozolnego, niejednokrotnie odkładanego porodu. Pomysł na powieść narodził się po zakończeniu Rozpaczy, w 1932 roku. Dar ze względu na szerokie spektrum poruszanych tematów oraz wplecienie w utwór biografii autentycznych postaci, wymagał wnikliwych studiów i przygotowań. Długie miesiące poświęcone zostały zatem zbieraniu materiałów na temat krytyka i publicysty, lidera rewolucyjnego ruchu lat 60. XIX wieku, Mikołaja Czernyszewskiego oraz podróżnika, przyrodnika i botanika, Konstantina Kiriłłowicza Godunowa-Czerdyncewa, ojca głównego bohatera, Fiodora. W 1934 roku Nabokow przerwał pracę nad Darem by zająć się fascynującą oraz dość tajemniczą książką Zaproszenie na egzekucję, którą swego czasu można było nabyć w ramach kolekcji Polityki – Współczesna literatura rosyjska. Zaproszenie na egzekucję powstało w ciągu dwu tygodni wspaniałej ekscytacji i nieprzerwanego natchnienia i jest to świetny przykład utworu, który autor musi dosłownie wyrzucić z siebie za jednym zamachem. W 1936 pojawił się kolejny przestój, związany z tłumaczeniem na język angielski Rozpaczy. Wreszcie w roku 1938 Nabokow ukończył Dar, ale pojawił się nieoczekiwany problem – wydawnictwo nie chciało opublikować czwartego rozdziału powieści, tj. prześmiewczej biografii Czernyszewskiego autorstwa bohatera Daru Fiodora, jako dzieła zbyt kontrowersyjnego, naruszający dobry ton, w imię którego nie należało w złym świetle przedstawiać cenionego podówczas twórcy. Dar doczekał się kompletnej publikacji dopiero w 1952 roku. Jeszcze później dotarł on do czytelnika polskiego, który mógł się zapoznać z polskim przekładem w 1995 roku za sprawą niezawodnego Państwowego Instytutu Wydawniczego. O czym stanowi zatem książka, której losy są tak pokrętne?

Dar to powieść, która wychodzi poza ramy literatury. To ciąg znaków tak niesłychanie przemyślnie skonstruowany, że sprawiający wrażenie czegoś odrobinę nadludzkiego, igrającego na nosie klasycznej powieści. To znania mi z Bladego ognia, prześmiewcza plątanina fikcji oraz rzeczywistości, w obliczu której wyrażenie fakt autentyczny traci znamiona pleonazmu, bowiem prawda staje się jedynie sformułowaniem umownym, rzeczą, o której postanowiono wspomnieć w oficjalnych kronikach i na mocy tego działania, uznać dane wydarzenia za odbyte, a więc realne (niepewny i rozchwiany umysł chciwy jest zatem pewności a-b-s-o-l-u-t-n-e-j, nawet kosztem językowych bubli). Owa osmoza rzeczywistości i fikcji zachodzi w Darze w sposób trudny do wychwycenia. Z tego powodu, czytelnikowi w trakcie lektury słusznie może towarzyszyć poczucie zwodzenia, czy też naigrywania się. Nabokow robi nas w balona, czyni to jednak tak subtelnie oraz umiejętnie, że aż trudno nie przyklasnąć. Powieść jest swoistą układanką, utworem, w którego skład wchodzi kilka gatunków literackich.

Przede wszystkim jest to historia Fiodora Godunowa-Czerdyncewa, młodego, rosyjskiego, początkującego poety, przebywającego na emigracji w Berlinie. Czytelnik bardzo dokładnie poznaje postać artysty, dowiadując się o jego rytuałach, przyzwyczajeniach, kontaktach towarzyskich. Kolejną warstwę książki stanowi twórczość Fiodora, na którą składają się jego młodzieńcze wiersze oraz biografia Mikołaja Czernyszewskiego i nieukończona biografia ojca, Konstantina Kiriłłowicza Godunowa-Czerdyncewa. Co ciekawe, większość utworów przytaczana jest w całości, tak, że Fiodor za sprawą swoich dzieł, których autorem jest Władimir Nabokow, wkracza niejako do naszej rzeczywistości, zyskując realne kształty. (Podobny zabieg rosyjski artysta zastosował również w Bladym ogniu, będącym analizą literacką poematu, stworzonego przez Nabokowa, na potrzeby powieści.) Ostatni poziom stanowią poglądy literackie Fiodora, które zgodne są z wartościami, wyznawanymi przez Nabokowa. Najniezwyklejszą formę owych literackich dywagacji tworzą fikcyjne rozmowy Fiodora z poetą Konczejewem (nie istniejącym w naszej rzeczywistości, ale egzystującym w fabule powieści) – Fiodor, uważający Konczejewa za głównego rywala w walce o literackie laury, traktuje go równocześnie jako równorzędnego twórcę, któremu z ogromną przyjemnością przedstawiłby swój punkt widzenia na literaturę rosyjską. Ponieważ do spotkań w cztery oczy z Konczejewem nie dochodzi, Fiodor wymyśla fikcyjne dialogi, które prowadziłby ze swoim druhem, gdyby do konfrontacji jednak doszło (dialogi rzecz jasna znajdują się w powieści Dar).

Jakby tego wszystkiego było mało, Nabokow stosuje również inne środki, zaciemniające literacki obraz. Wszechwiedzący narrator trzecioosobowy, który zaczyna całą powieść wykazuje równe często, co zaskakujące tendencje do ewoluowania w narratora pierwszoosobowego, którym jest oczywiście Fiodor Godunow-Czerdyncew (przez wielu uważany za postać wzorowaną na samym Nabokowie). I nadal nie jest to wszystko, co przygotował dla nas pomysłowy pisarz. Umysł Fiodora jest bowiem równie chłonny na otaczające go bodźce, co skory do fantazji. Wobec tego w powieści nie zabraknie dzieł wyobraźni głównego bohatera, które dopiero po pewnym czasie okażą się fikcją, snem na jawie, złudzeniem, czy też projekcją wyobraźni. Przychylna recenzja, rojenia znajomego na temat zmarłego syna, czy wspomniane konwersacje z Konczejewem – czegoż to umysł Fiodora nie weźmie na swój warsztat. Wszystkie te sztuczki Nabokowa sprawiają, że dzieło jest dosyć skomplikowane w odbiorze, a równocześnie piekielnie interesujące i oryginalne. Autor zdaje się skwapliwie ukrywać sens swojego utworu, plącząc go i maskując w gąszczu literackich sztuczek.

Wydaje się, że Dar można traktować jako swoisty manifest Nabokowa – pisarz przedstawia w nim swoje poglądy na literaturę rosyjską. Czyni to jednak zgodnie z konwencją, w której utrzymany jest cały utwór, czyli nie wprost, nieco pokrętnie. Program artystyczny jest prezentowany między wierszami. Idee pisarza wyłożone zostały jako negacja i krytyka działalności literackiej Czernyszewskiego, rosyjskiego filozofa, socjalisty, rewolucjonisty, będącego również redaktorem, publicystą oraz krytykiem literackim. Czernyszewski cieszył się sporą estymą, m.in. u Włodzimierza Lenina. Wydaje się zatem zrozumiałe, że w momencie ukończenia powieści w roku 1938, Nabokow nie miał co liczyć na umieszczenie w niej krytycznej biografii tego wielkiego, z sowieckiego punktu działacza. Sprawa przybiera jednak zupełnie inny obrót, kiedy uświadomimy sobie fakt, że w roku 1938 Nabokow od dawna przebywał na emigracji, a czasopismo Sowriemiennyje zapiski, na łamach którego miał ukazać się Dar, było rosyjskim czasopismem emigracyjnym, mieszczącym się w Paryżu. Cała historia przybrała zatem arcyzabawny obrót, bowiem Władimira Nabokowa spotkało dokładnie to, co dotknęło bohatera książki, Fiodora Godunowa-Czerdyncewa – okazało się, że nawet wśród niechętnych komunistom emigrantom panuje przekonanie, że istnieją tradycje rosyjskiej myśli społecznej, z których uczciwy pisarz nie śmie się naigrywać, w obliczu których niemożliwa jest publikacja przepełnionej kpiną biografii Czernyszewskiego. W owym feralnym tekście, Nabokow podkreśla, że wg Czernyszewskiego sztuka winna być podporządkowana celom społecznym i politycznym. Sztuka zredukowana zostaje zatem do roli służebnicy, której poziom określa się na podstawie wartości, jakie stara się ona zaszczepić u odbiorcy. Na obok zostaje odstawiona forma, na polu bitwy pozostaje jedynie treść, która koncentruje się na opisie i ocenie rzeczywistości. Hołdując takiemu podejściu, Czernyszewski traktował krytykę literacką jako swoiste egzaminowanie artysty z idei, które ten stara się przekazać. Nieważna jest forma artystycznego wyrazu – liczy się wyłącznie wartość merytoryczna dzieła. Jednak, jeśli temat nie jest odpowiedni, jeśli nie jest on rzetelnie potraktowany, jeśli wreszcie stosunek artysty do owego tematu jest w mniemaniu Czernyszewskiego, wierzącego w wartości obiektywne, właściwy, to dzieło w żadnym razie nie może liczyć na pochlebną recenzję i z góry zasługuje na dyskredytację.

Zgoła inaczej do sztuki podchodził Nabokow. Szczegółowo wyłuszczone koncepcje Czernyszewskiego stanowią zatem negatyw idei Nabokowa. Pisarz zaprezentował swoje spojrzenie na literaturę poprzez przedstawienie zupełnie odwrotnego stanowiska i jest to przejaw kolejnej gry, która prowadzona jest nieustannie z czytelnikiem. Zresztą już sam tekst, tj. powieść Dar jako całość, stanowi idealne zaprzeczenie koncepcji Czernyszewskiego – Nabokow niejako dwukrotnie zaszydził z rosyjskiego krytyka, literatura i publicysty. Pełną złośliwości i przytyków biografię użył jako budulca do dzieła, pozornie pozbawionego głębszej treści, będącego na pierwszy rzut oka sztuką samą w sobie.

O miałkości Daru nie może być jednak mowy. Przyglądając się powieści, posiłkując się przy tym wyczerpującym posłowiem autorstwa Leszka Engelkinga, geniusz Nabokowa objawia się w pełnej krasie. Szczególne wrażenie robi metafizyczna głębia, która rozciąga się w Darze. Książka przepełniona jest aluzjami oraz literackimi motywami, świadczącymi, że podmiot liryczny, który można chyba utożsamiać z samym Nabokowem, jest przekonany, że istnieje coś po drugiej stronie lustra. Fiodor Godunow-Czerdyncew, podobnie jak i Nabokow to człowiek o wyostrzonym zmyśle spostrzegania, który przejawia się zarówno w dobrej znajomości natury ludzkiej jak i umiejętności transponowania codziennych przeżyć, zabarwionych magią i niezwykłością do swojego literackiego monumentu. Artysta przypomina zatem Julio Cortázara, oko, które widzi, potrafiące dostrzec rzeczy drobne, pozornie nieuchwytne, małe i pozornie ważkie, ochoczo znikające z orbity zainteresowań poważnych osobników. Nabokow nie obraca się jednak wyłącznie pośród naszej rzeczywistości – wydaje się, że amerykański twórca sięga gdzieś po za nią, bezwstydnie podglądając Absolut (i to TEN znany z Mrożkowego opowiadania Ad acta), patrząc spokojnie na brzeg dla zwykłych śmiertelników niedostępny, niewidoczny oraz nieznany. I choćby z tego powodu warto sięgnąć po to niezwykłe dzieło, jakie niewątpliwie stanowi Dar.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Okładka książki Blady ogień

  Tytuł: Blady ogień

  Autor: Vladimir Nabokov

  Wydawnictwo: MUZA S. A.

  Liczba stron: 357

  Cena: 34,99 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 

Władimir Nabokow, autor znanej powszechnie Lolity, czy nie mniej cenionego Zaproszenia na egzekucję, to pisarz, należący do grona szczęśliwców, których twórczość została doceniona jeszcze za życia. Jego geniusz literacki mieścił się w granicach artystycznego zmysłu współczesnej mu populacji, stąd uznanie i pochwały, płynące pod adresem jego płodów. Oczywiście ten fakt nie dziwi, zważywszy na dzieła, jakie wydał na świat Nabokow. Pośród nich znalazło się m.in. tłumaczenie na język angielski Eugeniusza Oniegina Puszkina, do którego Nabokow dołączył pokaźnych rozmiarów, czterotomową książeczkę z notami oraz komentarzami do poszczególnych wersów. Niejakim nawiązaniem do monumentalnej pracy nad Eugeniuszem Onieginem jest powieść Blady ogień.

Blady ogień to dzieło niezwykłe oraz wyjątkowe. To cudowna kompozycja fikcji, przeplatana motywami nawiązującymi do życia oraz twórczości Nabokowa. Powieść tworzą poemat amerykańskiego poety Johna Shade’a, składający się z 999 wersów, napisany rymowanymi dystychami, podzielony na cztery pieśni oraz obszerny komentarz do tegoż poematu, będący w ogromnej mierze przypisami do wybranych wersów, autorstwa doktora Charles’a Kinbote’a.

Czytając jednak przedmowę Kinbote’a, bystry czytelnik szybko dostrzeże pewien dysonans. W tekście, który przynajmniej początkowo przyjmuje ścisły i naukowy charakter, tj. dokładnie taki, jakiego oczekuje się od literaturoznawcy, zaczynają pojawiać się zgrzyty oraz trzeszczenia. Szokują wtrącenia typu Naprzeciw mojej siedziby znajduje się okropnie hałaśliwe wesołe miasteczko, czy (...) i niech szlag trafi tę muzykę, zupełnie nie związane z przedmiotem literackich badań. Znajdując takie zdania w środku naukowego materiału, mamy prawo być odrobinę skonfundowani. A dalej wcale nie jest lepiej! W miarę posuwania się naprzód, Przedmowa zaczyna przyjmować charakter pamiętnika Kinbote’a, w którym zwierza się on nawet ze swoich nieudanych, homoseksualnych zalotów. Chaotyczna składnia sprawia, że nietrudno wyrobić sobie opinię, że Kinbote, to rasowy wariat, a ostatnia sentencja Przedmowy, w której stwierdza on, że bez moich przypisów poemat Johna Shade’a nie odzwierciedla żadnej ludzkiej rzeczywistości, ponieważ (...) rzeczywistość ta nie ma innego fundamentu prócz rzeczywistości autora, jego otoczenia, przywiązań i tym podobnych, ukazać zaś mogą ją tylko moje przypisy. Mój drogi poeta pewnie by się nie podpisał pod powyższym stwierdzeniem, ale ostatnie słowo tak czy owak należy do komentatora jest poważnym ostrzeżeniem na temat autonomii dzieła Johna Shade’a, a już na pewno sygnalizuje, że wykładnia, jaką zaproponuje nam Kinbote daleko odbiega od pierwotnych zamierzeń poety.

Sam poemat Johna Shade’a jest po prostu przepiękny. Ma on charakter autobiograficzny, poeta spowiada się czytelnikowi praktycznie z całego swojego żywota. Dowiadujemy się z niego m.in, o udanej, samobójczej próbie córki oraz, że przedmiotem zainteresowań Shade’a była śmierć oraz zagadnienie życia po życiu. Przeżywszy poważną zapaść, Shade był przeświadczony, że przez chwilę znajdował się po drugiej stronie. Po intensywnych poszukiwaniach, będących błądzeniem we własnej duszy, Shade doszedł do wniosku, że ten drugi świat musi istnieć, a świadczy o tym delikatna sieć sensu, którą tworzy artysta, bowiem:

Jeśli mój mały wszechświat ma rytm do tej pory

Równy, to i puls boskich galaktyk nie zamęt

Ma u swych podstaw, ale jambiczny pentametr.

Poeta był tak pewny swojego odkrycia o życiu po śmierci jak tego, że obudzi się kolejnego dnia o szóstej rano. Okrutny los zakpił jednak niemiłosiernie ze słów artysty, bowiem John Shade zginął przypadkowo z rąk mordercy wieczorem (wg Kinbote’a, on sam był celem zabójcy), nie dożywszy kolejnego poranka. Czyż humor Nabokowa nie jest makabryczny?

Po kilkudziesięciu stronach Bladego ognia przychodzi kolej na Komentarz Charlesa Kinbote’a, którego objętość kilkukrotnie przewyższa objętość poematu. Pierwsze zdania zacierają niemiłe wrażenie, które pozostało w czytelniku po lekturze Przedmowy. Wariat w duszy Kinbote’a został na pozór poskromiony, i zdaje się, że znów mamy do czynienia z poważnym literaturoznawcą. Ale po kilku stronach zaczynają się nieśmiałe próby, będące czymś na wzór sondy, szukające odpowiedzi na pytanie, na ile autor komentarza może sobie pozwolić wodzić czytelnika za nos. Dalej Kinbote poczyna sobie coraz śmielej. Pojawiają się dygresje niemające niemal zupełnie nic wspólnego z Bladym ogniem Shade’a. Wkrótce analiza literacka, przedzierzga się w opowieść o królu-banicie, ostatnim władcy królestwa Zemblii. Losy zbiegłego króla stają się wątkiem dominującym, a Kinbote stara się przekonać czytelnika, że poemat Shade’a powstał właśnie na kanwie przygód zbiegłego króla Zemblii, którymi to historiami Kinbote faszerował Shade’a w czasie licznych spotkań.

Jak widać, utwór, który zaserwował nam Nabokow jest po prostu unikatowy i jedyny w swoim rodzaju. Chociaż sam pisarz się przed tym wzbraniał, w książce zdają się pobrzmiewać echa jaskini Platona – czytelnik na podstawie cienia dzieła Shade’a musi zorientować się, jakie jest jego oryginalne przesłanie. Nabokow znany był z zamiłowania do szachów oraz szarad, nie dziwi więc, że nazwisko Shade w języku angielskim, w którym powstał utwór, znaczy cień. Zatem John Shade, zgodnie ze swoim nazwiskiem we własnym poemacie zaczyna przyjmować rolę cienia. Ponieważ martwy, nie może w żaden sposób bronić swojego dzieła przed działaniami zuchwałego komentatora – pozostaje ukryty, ale niejako wciąż żywy, pomiędzy strofami swojego monumentalnego wiersza. Obecność jego jest jednak o tyle problematyczna, iż nie jesteśmy w stanie ustalić, w jakim stopniu Kinbote ingerował w oryginalny tekst i jak daleko posunął się w tej ingerencji ów osobnik, zdradzający przecież tendencję do konfabulacji. Bo skoro bajdurzy, taką przynajmniej ścieżką nakazuje podążać logika, to, dlaczego nie miałby zmieniać, mieszać, wycinać, czy też ukrywać? Nasze podejrzenia potwierdza zresztą sam Kinbote, który w jednym z omawianych fragmentów wyznaje ze skruchą, że dopuścił się drobnej korekty bezczeszcząc dzieło Shade’a. Dzieło, które nie jest zastygła masą – na pracy artysty ciągle możliwe są różnorakie operacje, mające na celu uformowanie je tak, by w mniejszym lub większym stopniu odpowiadało ono poświęconym mu przypisom. Być może właśnie krocząc tą dróżką należy tłumaczyć tytuł książki – objaśnienia Kinbote’a do poematu są tylko ułudą i mirażem, bladym odbiciem żarzącego się płomienia. Kinbote jest niczym księżyc, kradnący słońcu jego blask, świecąc dzięki temu bladym ogniem.

Wydanie polskie jest również o tyle wartościowe, że zostało wzbogacone o posłowie autorstwa Leszka Engelkinga, który uważany jest za jednego z czołowych znawców twórczości Władimira Nabokowa. Dzięki profesorowi Engelkingowi poznamy okoliczności powstania utworu, przekonamy się do jak wielu motywów się on odwołuje (ciekawy jest choćby fakt, że ojciec Nabokowa, Władimir Dmitriewicz Nabokow, podobnie jak Shade, zginął od kuli, który była przeznaczona dla kogoś innego). Engelking ukaże również czytelnikowi, jakie poruszenie wywołał w literackim świecie Blady ogień, do którego ilość opracowań śmiało może konkurować choćby z Ulissesem Joyce’a. Zabawne są również przedstawione zmagania znawców literatury, prezentujących klucze, wg których należy odczytywać utwór – Kinbote, ukazywany jest najczęściej jako szaleniec (prawdopodobnie ze Skandynawii), który otaczającą go rzeczywistość przekształca w motyw zemblański. Pojawiają się również bardzo ciekawe głosy, mówiące o tym, że rzeczywistym autorem, zarówno poematu jak i całej analizy jest John Shade, który jedynie wymyślił swój zgon. Oczywiście nie obyło się od sporów, wysnuwania dowodów na poparcie swoich hipotez, etc. Wydaje mi się, jeśli przyjąć tezę Shade’a o życiu po śmierci, że Nabokow musi wręcz pokładać się ze śmiechu, obserwując zmagania literaturoznawców z całego świata, próbujących zgłębić wszystkie sekrety jego prozy. Książka Blady ogień jest wg mnie niezwykle udanym żartem i kpiną amerykańskiego pisarza o rosyjskich korzeniach. Wystarczy popatrzeć na polskie wydanie: mamy tutaj poemat (autentyczny, bardzo piękny zresztą), autora Johna Shade’a (fikcyjnego, bowiem takowy poeta nie istniał), komentarz i przedmowę (obie autentyczne, choć mocno zwariowane), kolejnego autora Kinbote’a (fikcyjnego), do tego posłowie (autentyczne i bardzo wartościowe) oraz ostatniego już autora prof. Engelkinga (postać autentyczną, egzystującą w naszej rzeczywistości) – patrząc na ten cały misz-masz, uwzględniając kłótnie, co do tożsamości autora poematu i komentarza (dziwne, że w całej dyskusji nikt nie zauważył, że autorem jest Nabokow), trudno jest nie spojrzeć na wygłupy badaczy z nutką ironii. Czytając nawet poważnego profesora Engelkinga, mimowolnie zaczynają pojawiać się skojarzenia z Kinbote’m.

Reasumując, lektura Bladego ognia Władimira Nabokowa to piękna przygoda po jednym z wielu literackich światów. Pisarz zaskakuje wyobraźnią oraz pomysłowością, tworząc dzieło niesamowicie oryginalne i mocno zagmatwane, jakby chcąc potwierdzić własne słowa, że coś takiego jak powieść w ogóle nie istnieje. Kontakt z książką zapewnia zarówno doznania estetyczne (uroczy poemat Shade’a) jak i masę śmiechu i dobrej zabawy (przypisy Kinbote’a). Intrygujące jest także posłowie Engelkinga, które w dziele Nabokowa pozwala odnaleźć nawet nutkę spirytyzmu oraz echa zaświatowości. Uważam, że powieść w pełni zasługuje na uznanie, jakim cieszy się na całym świecie.

P.S.

Mój Blady ogień udało nabyć mi się w Empiku w ramach akcji 1+1, czyli dwóch książek w cenie jednej (tej droższej).

czwartek, 20 grudnia 2012

Okładka książki Nikołaj i Bibigul

  Tytuł: Nikołaj i Bibigul

  Autor: Dmitrij Strelnikoff

  Wydawnictwo: W.A.B.

  Liczba stron: 328

  Cena: 39,90 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

 



Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff to rosyjski pisarz oraz poeta, tworzący również w języku polskim. Urodził się w 1969 roku w Ałma-Acie, a więc jeszcze w Kazachskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Jest absolwentem Zaocznej Szkoły Matematycznej na Uniwersytecie Moskiewskim im. Łomonosowa, ponadto ukończył edukację w zakresie biologii środowiskowej na Uniwersytecie Warszawskim. W stolicy Polski mieszka na co dzień. Na koncie ma już kilka powieści, w tym książkę Nikołaj i Bibigul.

Nikołaj i Bibigul, której tytuł na pierwszy rzut oka kojarzy się z Mistrzem i Małgorzatą, to z pewnością lektura nietuzinkowa. To historia o bolesnym i rozczarowującym powrocie do miejsca narodzin, wędrówce do krainy, w której zostawiło się szczęśliwe dzieciństwo oraz wspomnienia. To także opowieść człowieka zagubionego, który próbuje odnaleźć siebie we współczesnym świecie, zdefiniować swoją tożsamość. To także zapis żmudnych starań odszukania miejsca, do którego pragnie się wracać, które można nazwać domem. Całość utrzymana jest w dychotomicznej konwencji, wedle której rzeczywistość przeplata się z marą, złudzeniem, czy też sennymi majakami. Co ciekawe, oba światy zdają się istnieć na tak samo solidnych fundamentach.

Główny bohater powieści to Nikołaj Mienszykow, zamożny, nieco zmęczony życiem, trzydziestopięcioletni rosyjski biznesmen, prowadzący codzienną egzystencję w Moskwie oraz Paryżu. W dniu urodzin otrzymuje od ojca intrygujący prezent – list od swojego dziadka, zawierający wskazówki, co do położenia rodzinnego skarbu. Nikołaj postanawia spełnić ostatnią wolę swojego przodka i odszukać skarb. W tym celu udaje się do Ałma-Aty, stolicy Kazachstanu, miasta, w którym urodził się oraz spędził młodość. Jest to pierwsza wizyta Nikołaja w Kazachstanie od momentu upadku Związku Socjalistycznego Republik Radzieckich. Mienszykow szybko przekonuje się, że Ałma-Ata z jego wspomnień diametralnie różni się od tej obecnej: zmieniły się nazwy ulic, zmieniła się architektura miasta, w którym dominują Kazachowie, działający swoim zachowaniem na nerwy Nikołaja niczym płachta na byka. Mienszykow z trudem może przełknąć gorzką pigułkę świadomości, że oto Ałmaty, dawna twierdza Wierny, stolica Rosyjskiego Siedmiorzecza, założona przez przodka Nikołaja, Piotra Mieszykowa zarządzana jest przez Kazachów, uchodzących w opinii Nikołaja za nieokrzesanych pastuchów oraz prostaków. Gorycz, niedowierzanie oraz przejmujące odczucie zaprzepaszczenia to jedyne wrażenia, które początkowo towarzyszą Nikołajowi w wędrówce po rodzinnym mieście.

Spacery po Ałmatach nie należą do doświadczeń przyjemnych. Problemy z odnalezieniem grobów dziadka oraz babci, okupacja rodzinnej kamienicy przez wariatkę, język kazachski rozlegający się dookoła, nie usposabiają Nikołaja przyjaźnie do stolicy nowego kraju, Kazachstanu, który podobnie jak inne republiki, wyrósł na gruzach Związku Radzieckiego. Nikołaj odczuwa coś na wzór urażonej dumy kolonizatora, stąd świadome lekceważenie Kazachów, pogardliwy stosunek do wszelkich nowości, wprowadzonych po opuszczeniu kraju przez Rosjan. Dominującym uczuciem jest mimo wszystko zagubienie. Nikołaj czuje się obco w mieście, w którym przyszedł na świat oraz spędził swoje dziecięce lata.

Panorama Ałma-Aty

Na szczęście Nikołaj nie przybył do Ałma-Aty, aby w nieskończoność rozpamiętywać swoją młodość. Zresztą już wkrótce szara rzeczywistość wywróci się do góry nogami, a Mienszykow przeżyje niezwykłą przygodę, która zupełnie zmieni jego podejście do życia. Wszystko za sprawą tajemniczej pary młodych Kazachów, pięknej Bibigul oraz jej enigmatycznego towarzysza, Abyza. Oboje zdają się egzystować na własnych, ulegających ciągłej zmianie prawach. Ich byty wymykają się ludzkiej zdolności postrzegania, sprawiają wrażenie zjaw, które okrutnie zabawiają się z Nikołajem oraz jego życiowymi dramatami. Trudno jest określić, czy Bibigul oraz Abyz w ogóle istnieją, czy nie są przypadkiem wynikową ciężkich przeżyć Nikołaja, projekcją jego umęczonego mózgu. Być może wszystkie rozmowy prowadzone z dwójką owych niechcianych towarzyszy to tylko sen? Sprytnie prowadzona narracja nie pozwala jednoznacznie określić, czy obracamy się w kręgu ułudy, czy też realnych wydarzeń.

Ów po części fantastyczny świat, reprezentowany przez Bibigul oraz Abyza zostaje skonfrontowany z doczesnym życiem Nikołaja, w którym dominowała przede wszystkim rutyna oraz przewidywalność. Mienszykow, jak niemal każdy szanujący się biznesmen prowadził całkiem poukładaną egzystencję, z zaplanowanymi wcześniej spotkaniami, umówionymi kolacjami, etc. Nie było tu miejsca dla przypadku, ponieważ kolejne zdarzenia, były wynikiem wcześniejszych działań, tak, że całość zamykała się w ramach logicznego schematu. Szok wywołany przez Bibigul oraz Abyza jest tym większy, że rzeczywistość, którą reprezentują, zdaje się nie mieć sztywnych ram, jest płynna, kapryśna i zmienna, co wywołuje u Nikołaja uczucie zagubienia. Sytuacja, w której Mienszykow nie potrafi jasno potwierdzić zachodzących faktów, w której nie można zaufać percepcji zmysłów, budzi lęk oraz grozę. Wynika to oczywiście ze świadomości utraty kontroli nad biegiem wydarzeń. Nikołaj nie ma wyboru i musi pozostać bierny niczym drewniany konar niesiony nurtem rzeki.

Wydaje się, że Bibigul oraz Abyz, Kazachowie, a więc osoby reprezentujące nacje, z którą Nikołaj nie chce mieć nic wspólnego, są pewnego rodzaju głosem sumienia, czy też moralnym drogowskazem. To dzięki nim młody Mienszykow uświadamia sobie, jak pustą i bezcelową prowadził do tej pory egzystencję. Świat, w którym dominującą wartością jest pieniądz, wyznacznikiem sukcesu oraz powodzenia – udane transakcje, przynoszące krociowe profity, okazuje się zaskakująco kruchy, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z surową oraz dziką przyrodą. Nikołaj przebywając na szorstkim łonie natury przeżywa swoiste katharsis. Krępowane emocje, tłumione myśli, głęboko ukryte troski wreszcie wychodzą na powierzchnię, przynosząc ulgę oraz uczucie świeżości umęczonemu umysłowi. Można odnieść wrażenie, że to jest właśnie owym rodzinnym skarbem, którego początkowo Nikołaj nie potrafi pojąć. Widzi on jedynie materialną rzecz, nie dostrzegając równocześnie duchowej przemiany, która się w nim rozpoczęła.

 Kanion rzeki Temirlik

Ważnym elementem fabuły jest przyroda, w odmętach której znajdzie się Nikołaj. Ma ona również znaczenie symboliczne, a stosunek Mienszykowa do niej zmienia się wraz zachodzącymi w nim przemianami. Tak więc wędrówka po suchej i spieczonej pustyni może być postrzegana jako podróż do przeszłości, żmudna wyprawa poprzez własne życie, które wiódł dotychczas Nikołaj. Dopiero niekończący się bezmiar piasku uzmysławia Mienszykowowi, kim do tej pory był. Podobnie jak pustynia, potocznie kojarzona z pustką, nicością, brakiem, żywot Nikołaja jawi się jako jałowy, próżny.

Nie zagłębiając się już dalej w meandry kolejnych rozdziałów, powiem tylko, że Nikołaj i Bibigul to naprawdę kawał dobrej prozy. Znakomita narracja, bardzo lekki język, malownicze opisy przyrody oraz wciągająca akcja, w którą wpleciony został również wątek miłosny, sprawiają, że książkę chłonie się w błyskawicznym tempie. Bardzo ciekawym zabiegiem, który podnosi atrakcyjność książki jest powrót do wydarzeń, które miały już miejsce i przedstawienie ich z punktu widzenia kolejnego bohatera. Dzięki temu, to naszkicowanego zarysu fabularnego dodawanego są kolejne elementy, które powoli formują się w wielobarwną oraz wielopłaszczyznową całość. Całość, która w odbiorze nie jest jednak najłatwiejsza, ze względu na możliwość wielu interpretacji. Mogę się założyć, że przy kolejnej lekturze książki, poczynimy kolejne spostrzeżenia, zauważymy rzeczy, które przeoczyliśmy za pierwszym razem.

Na koniec, można jeszcze pokusić się o tezę, że Strelnikoff, którego biografia w wielu miejscach jest bardzo podobna do życia Nikołaja, stara się ukazać człowieka współczesnego, przedstawiciela bogatej klasy średniej, kosmopolitę, który wszędzie czuje się jak u siebie, dla którego cały świat jest domem. Strelnikoff udowadnia jednak, że takie podejście jest jedynie mirażem, nabożnym życzeniem. Osoba pozbawiona korzeni, poczucia tożsamości narodowej, żyjąc wszędzie, nigdzie nie możne odnaleźć harmonii oraz spokoju ducha. Goniąc niespokojnie po świecie, pragnie jedynie odnaleźć samego siebie.

P.S. Książka do nabycia w księgarniach Matras za jedyne 9,90 zł. Polecam!

wtorek, 20 listopada 2012

Okładka książki Kochaj rewolucję!

  Tytuł: Kochaj rewolucję!

  Autor: Aleksander Sołżenicyn

  Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

  Liczba stron: 176

  Cena: 32,00 zł

  Oprawa: twarda



 

 

 

 

 

Książka Kochaj rewolucję! to nigdy nie ukończona, młodzieńcza powieść Aleksandra Sołżenicyna, rosyjskiego pisarza, laureata nagrody Nobla z roku 1970. Autora Archipelag Gułag poznałem kilka lat temu zupełnie przypadkiem, kiedy błąkając się między półkami ulubionej biblioteki trafiłem w końcu na Oddział chorych na raka. Co ciekawe następnego dnia, świat obiegła wiadomość, że Sołżenicyn zmarł w wieku 90 lat. Dopiero wtedy dowiedziałem się, kogo książkę zamierzam przeczytać.

Sołżenicyn zaczął pisać Kochaj rewolucję! w wieku 23 lat, w roku 1941, gdy niemiecko-radzieckie porozumienie runęło, a hitlerowska armia coraz śmielej zajmowała kolejne miasta niepokonanego ZSRR. W obliczu zagrożenia Ojczyzny, Sołżenicyn został wcielony do Armii Czerwonej, trafiając do szkoły artylerii. Wojaczka szła mu całkiem nieźle, sypnęły się nawet ordery oraz wyróżnienia, a na uwagę zasługuje szczególnie udany manewr wyprowadzenia okrążonego oddziału w Prusach Wschodnich. W roku 1945, kiedy koniec wojny nabierał coraz bardziej realnych kształtów, na Sołżenicyna spadło nieszczęście. W jednym z listów do przyjaciela ośmielił się skrytykować sposób prowadzenia wojny przez Sowietów, dostało się też samemu Stalinowi. Gdy list wpadł w ręce NKWD, wyrok mógł być tylko jeden – na mocy artykułu 58, punktów 10 (antyradziecka agitacja) oraz 11 (próba utworzenia organizacji antyradzieckiej) radzieckiego kodeksu karnego, Sołżenicyn został skazany na 8 lat wychowawczego obozu pracy. W roku 1946 trafił do szaraczki (specjalny obóz dla specjalistów i naukowców, którzy pracowali zza kratek na chwałę ZSRR) w Marfinio, gdzie wreszcie miał chwilę spokoju, by wrócić do Kochaj rewolucję! Prace nad tekstem zostały ponownie przerwane, gdy Sołżenicyna przeniesiono do łagru dla więźniów politycznych w Kazachstanie. Na wolność Aleksander wyszedł dopiero w 1956 roku, a 2 lata później wrócił do przerwanej powieści, której manuskrypt przechowywała jedna ze współpracownic Sołżenicyna z Marfinio, A. Isajewa. Sołżenicyn dokonał rewizji tekstu, nie zdecydował się na ukończenie powieści, mimo, że miał już rozplanowany cały przebieg akcji, łącznie z zakończeniem książki.

Aleksander Sołżenicyn

Główny bohater, Gleb Nierżin w chwili rozpoczęcia fabuły kończy studia matematycznie w Rostowie. Ciągle jednak w duszy odzywa się nuta humanisty, wobec czego, czując nieodparty pociąg do filozofii oraz historii, Gleb podejmuje studia zaoczne na Moskiewskim Instytucie Filozofii, Literatury i Historii. Do stolicy ZSRR bohater przybywa dokładnie 22 czerwca 1941 roku, a więc w dniu ataku hitlerowskich Niemiec na ZSRR. Na uczelni nie będzie mu dane spędzić ani jednego dnia. Kierowany miłością do Ojczyzny wróci natychmiast do Rostowa, licząc na szybką mobilizację. Komenda uzupełnień spłata mu psikusa, nie widząc w nim odpowiedniego kandydata do przelewania krwi za ZSRR, wobec czego Glebowi nie pozostanie nic innego jak podjąć pracę nauczyciela matematyki w szkole. W tym miejscu warto troszkę przystopować i wyjaśnić jedną rzecz. Gleb Nierżin, wydaje mi się, że można stwierdzić to z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa, to alter ego samego Sołżenicyna. Pisarz również był studentem matematyki w Rostowie nad Donem, także zapisał się na kursy wieczorowe w Moskiewskim Instytucie Filozofii, do którego przybył feralnego 22 dnia czerwca, pracował jako nauczyciel matematyki, a co najważniejsze, Sołżenicyn w wieku swoich 23 lat (Gleb to oczywiście także 23-latek) był gorącym zwolennikiem ustroju komunistycznego, gotowym zginąć w jego obronie.

Jak już zatem wspomniano, Gleb Nierżin to piewca komunizmu, ślepo wierzący w jedynie słuszną ideę władzy dzierżonej przez proletariat. Żyje on w głębokim przekonaniu, że związek Radziecki to najlepszy kraj, jaki kiedykolwiek pojawił się na kartach historii, zbudowany z naukowym pietyzmem, w którym panuje sprawiedliwość społeczna. Wydaje się, że jego mózg wyposażony jest w specjalny filtr, dopuszczający jedynie te informacje, które mogłyby podtrzymać tę tezę. Nie robią na nim żadnego wrażenia plotki, że wichrzyciele, głoszący słabość niepokonanej Armii Czerwonej, za sianie defetyzmu mogą trafić do łagru nawet na 10 lat. Ba, Gleb podziela wręcz ten pogląd, tłumacząc, że w obliczu zagrożenia Ojczyzny takie zachowania zasługują na surowe potępienie. Nawet, gdy sam zostanie zatrzymany i cudem uda mu się wywinąć od 10-letniej resocjalizacji, nie przyjdzie mu do głowy myśl, że pracownicy NKWD, łapiąc kompletnie przypadkowych ludzi z ulicy, wypełniają jedynie dzienne normy, bo skoro Stalin orzekł, że w kraju są burzyciele porządku, to tak rzeczywiście musi być. Trudno się jednak dziwić takiej postawie Nierżina, który dorastał już w kraju socjalistycznym, na co dzień karmiony komunistyczną propagandą i ideologią. Wywodzi się on z pokolenia uważającego donos na NKWD za czyn bohaterski.

Ruiny w Stalingradzie

Nierżin sprawia wrażenie bohatera bardzo miłego, do którego od razu zaczyna się odczuwać naturalną sympatię. Jednocześnie jest osobnikiem tak naiwnym, że wzbudza wręcz strach, a przewracając kolejne karty powieści, co rusz wieszczymy jego zgubę. Co ciekawe, właśnie poprzez tę ślepą miłość do Ojczyzny, Gleb odsłania nam prawdziwe oblicze ZSRR. Wspomniane łapanki przypadkowych ludzi, wysyłanych następnie na resocjalizację do łagru, wywłaszczenie chłopów, przymusowa praca w kołchozach, łapówkarstwo kwitnące na każdym kroku, rozmowy z żołdakami, którzy wcieleni do armii pod groźbą łagru przewidują swoją rychłą zgubę, nepotyzm w wyższych kręgach władzy – wszystkiego tego doświadcza Nierżin, jednak wiara w kraj pozostaje w nim niezmącona.

Książka kończy się w bardzo ciekawym momencie i niestety prawdopodobnie już nie dowiemy się jak Sołżenicyn chciał dalej poprowadzić akcję. Być może Gleb, podobnie jak i autor, w końcu przejrzałby na oczy i przekonał się, że przez większość swojej dotychczasowej egzystencji, przyszło mu żyć w ułudzie. Mielibyśmy wówczas do czynienia z klasycznym Bildungsromanem, czyli z powieścią o dojrzewaniu, kształtowaniu się ideologii oraz filozofii życiowej młodego człowieka. Ale możliwe jest też inne rozwiązanie – może Sołżenicyn, będąc już w więzieniu i odsiadując swój 10-letni wyrok, chciał przeprowadzić swoisty eksperyment myślowy i przewidzieć, jak potoczyłyby się jego żywot, gdyby nie zwątpił w ZSRR oraz jego przywódcę i pozostał wiernym wyznawcą komunizmu?

Mimo, że powieść jest niekompletna, uważam, że czas poświęcony na jej lekturę nie był absolutnie czasem straconym. Oczywiście, jak w przypadku każdej niedokończonej historii (od razu przypomina mi się Sknocony kryminał mojego ulubionego Staszka Lema), po przeczytaniu ostatniej strony pozostaje ogromny niedosyt oraz nieodparte wrażenie, że straciliśmy na zawsze coś nieuchwytnego i jednocześnie bardzo cennego. Prezentowana proza może nie jest jeszcze tak dojrzała jak choćby Oddział chorych na raka, ale widać już było wyraźnie, że 23-letni wówczas Sołżenicyn zostanie naprawdę wielkim pisarzem.

P.S.

W jednym z krakowskich składów taniej książki na ul. Grodzkiej, udało mi się nabyć opisywaną pozycję za 12,70 zł.

 
1 , 2
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita