Subiektywnie o książkach. I nie tylko.

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo Literackie

sobota, 08 marca 2014

Okładka książki Pawana

  Tytuł: Pawana

  Autor: Stanisław Czycz

  Wydawnictwo: Literackie

  Liczba stron: 182

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka





 

 

 

 

 

Wg Stefanii Skwarczyńskiej, uznanej polskiej teoretyk i historyk literatury, literatura to sensowne twory słowne. Dla mnie osobiście, oczywiście za sprawą znakomitych twórców, literatura to bardzo często magia, która przenika do mojej egzystencji. Czytając dzieła takich wybitnych autorów jak choćby Julio Cortázar, Vladimir Nabokov, czy Philip K. Dick, niezmiennie fascynuje mnie sposób, w jaki dokonują oni destylacji codzienności, transponując z niej zarówno fakty, wydarzenia, jak i postacie, charaktery do swojej literackiej rzeczywistości. Proces powstawania literatury jest dla mnie bardziej interesujący i kompletny, kiedy znam biografię danego autora, która umożliwia mi dostrzeżenie całej palety bodźców, jakie oddziaływały na literackiego kreatora. Przyznaję jednak, że do tej pory dowiadywałem się o danym środowisku poprzez pisarza, który w nim dorastał, żył, obracał się. Ostatnio jednak, nieco z przypadku, czy bardziej za sprawą literackiego czaru dokonałem pewnej inwersji w tej materii – otóż m.in. dzięki Matiemu z blogu Rozkminki Pana Dziejaszka postanowiłem poznać rodzinne miasto mojej dziewczyny, Krzeszowice, przez pryzmat twórczości jej krajana, Stanisława Czycza. Na wstępie zdradzę, że proza Czycza okazała się daleka od zapierających dech w piersiach opisów dzikiej natury, czy relacji z romantycznych nocnych wędrówek w cieniach miejskich uliczek, ale wydaje mi się, że udało mi się dowiedzieć co nie co o klimacie tego niewielkiego miasteczka.

Gwoli ścisłości musze wyjaśnić, że Czycz nie jest rodowitym krzeszowiczaninem, chociaż Krzeszowice, tyle, że pod nazwą Sorrento bądź skrótem K. często i gęsto przewijają się w jego twórczości. Artysta urodził się w 1929 roku w Gwoźdźcu, nie istniejącej już wsi, która została podzielona pomiędzy Krzeszowice oraz Nawojową Górę. Dom rodzinny Czycza znajduje się na samej granicy obu miejscowości. Obecnie zmarły w 1996 roku Stanisław Czycz, poeta oraz prozaik, to pisarz niemal zapomniany, o którym rzadko się słyszy, niewiele się mówi. Przyznać trzeba, że ta aura tajemnicy wokół osoby artysty to poniekąd zasługa samego Czycza. Depresja oraz poważna choroba skóry, która odbiła się na jego wyglądzie sprawiły, że twórca, szczególnie pod koniec ziemskiej bytności, trwał niemal w zupełnej izolacji, dobrowolnie wycofując się z życia literackiego. Cechą charakterystyczną Czycza była niezależność – nie mieszał się on ani w oficjalne układy, ani w działalność opozycyjną. Zawsze pozostawał na uboczu, na marginesie. Posiadał całkiem liczne grono znajomych pisarzy, ale na co dzień wolał obracać się w środowisku zwykłych ludzi, wśród których mniej było zapatrzonych w siebie snobów. Czycz debiutował w Prapremierze pięciu poetów, słynnej publikacji na łamach krakowskiego Życia Literackiego, w ramach której pięciu komentatorów rekomendowało pięciu poetów. Czycz znalazł się w doborowym towarzystwie Bohdana Drozdowskiego (polecał go Julian Przyboś), Jerzego Harasymowicza (pisał o nim Mieczysław Jastrun), Mirona Białoszewskiego (sugestia Artura Sandauera) oraz Zbigniewa Herberta (rekomendowany przez Jana Błońskiego). Wiersze Stanisława Czycza firmował swoim nazwiskiem Ludwik Flaszen. Czycz opublikował dwa zbiory swojej poezji – Tła w 1957 roku oraz Berenais w roku 1960. Co interesujące, pozostałe znaczące dzieła, które ukazały się drukiem to już tylko opowiadania oraz powieści. To właśnie za sprawą tej ostatniej formy literackiej poznałem pióro pana Stanisława Czycza.

Wydana w 1977 roku Pawana to tekst z pewnością nietypowy. Znamienna jest już sama konstrukcja utworu, na którą składają się głównie dialogi, prowadzone przez trzech bohaterów, Mikada, Gandhiego oraz Selaviego. Ponadto w początkowej fazie dzieła w momencie rozpoczęcia kolejnych scen pojawia się pierwszoosobowy narrator, najczęściej za sprawą słowa szliśmy zestawianego z innymi wyrazami w różnych konfiguracjach (Szliśmy i szliśmy (…); Szliśmy, idziemy (…); Szliśmy, a słońce (…), etc.) Czasownik ten stanowi zatem formę swoistej introdukcji, magicznej formuły, która podkreśla powtarzalność całego procesu, albo jego nieskończoność (zmniejszające się nieustannie odcinki, które maleją zgodnie z paradoksami Zenona z Eeli). Najciekawsze jest to, że na bazie dalszej wymiany zdań, niemal niemożliwe jest ustalenie, kim jest właściwie osoba opowiadająca całą historię.

Dzieło mocno przypomina senną wędrówkę – swoiste błąkanie się, błądzenie pośród majaków oraz widziadeł. Droga stanowi cel sam w sobie. Nieważne dokąd, nieważne po co, nieważne skąd właściwie zaczyna się cała eskapada – znaczący jest wyłącznie sam ruch, któremu towarzyszy rozmowa. Bohaterowie niby idą, ale zdają się stać w miejscu, pogrążeni w onirycznej konwencji. Być może to wędrówka wyłącznie metaforyczna – za tym faktem przemawia dziwna sceneria, w której pustynnemu piaskowi towarzyszą rybacy (kłusownicy?). Iluzja, fantasmagoria, urojenie, a może prywatna wizja rzeczywistości, która rządzi się własnymi prawami, pozwalającymi współegzystować ze sobą rzeczom w pewien sposób wykluczającym się, które zestawione razem tworzą oksymorony. Chociaż ten wątek chyba lepiej porzucić – w końcu kto chciałby zostać wyłącznie cudzym mirażem, a więc poniekąd więźniem cudzego umysłu?

Bohaterowie pogrążeni w konwersacji chwytają na wędkę swoich pogawędek kolejne tematy, których orbita przebiega niepokojąco (tylko dla niektórych!) blisko seksu. Pojawiają się zatem dziwy nad dziwami, konie, drezyny, w towarzystwie dziwów bardziej zmysłowych, czyli kobiet, pod których adresem padają jednak dosyć często obraźliwe określenia, począwszy od szmat, na dziwach (ha, a jakby inaczej?!), pardon!, dziwkach skończywszy. Dostrzegalne są pewne elementy charakterystyczne dla twórczości Herny’ego Millera – przynajmniej pod względem przygód Mikada, Gandhiego oraz Selaviego, którzy podobnie jak amerykański autor nie boją się epatowania (kogo jak kogo!) seksem, relacjonowania swoich, najczęściej nieudanych, płciowych podbojów czy pijackich eskapad. W tle rysuje się zatem nieśmiało życie, przywodzące na myśl artystyczną bohemę, w którym nie stroni się od używek, miłości w jej najbardziej fizycznym aspekcie, alkoholu oraz charakterystycznego dla okresu dojrzewania aktu buntu. Czycz może niezbyt subtelnie, ale z pewnością interesująco przedstawia problemy oraz dramaty, rozgrywające się na linii dwóch pokoleń – młodzieńców oraz ich matek, które nie mogą pogodzić się z faktem, że ich pociechy to moczymordy, pijackie świnie, zdegenerowani alkoholicy, posczane ochlaptusy czy okurwieńcy. Jednocześnie Czycz prezentuje niedojrzałość emocjonalną swoich bohaterów, którzy nie potrafią budować trwalszych relacji, przekładając ponad nie krótkotrwałą, acz intensywną fizyczną przyjemność. Zabawny jest również fakt, że dwójka z nich nadal mieszka ze swoimi rodzicielkami, do których nie odczuwają przecież szczególnej sympatii (z wzajemnością!)

Utwór Czycza jest z pewnością oryginalny. Autor często bawi się słowami, zmieniając ich znacznie w zależności od kontekstów, które kolejno po sobie następują. Roi się także od myślowych skrótów, których rozwikłanie przypomina niekiedy zabawę z rebusami. Środkiem, który Czycz stosuje wręcz nagminnie jest zdanie eliptyczne – mało która wypowiedź jest zakończona pojedynczą kropką. Sprawia to, że całość kojarzy się z mocno chaotycznym bełkotem, plątaniną. Komunikacja zdaje się być tylko pustym frazesem, przez co wzajemne zrozumienie staje się absolutnie niemożliwe. Chociaż nie zawsze. Utwór balansuje na granicy pewnych stanów – z morza nieartykułowanych dźwięków, niepowiązanych ze sobą zdań, zagłuszających się dźwięków gwałtownie wyłania się dialog, w którym trzy głosy brzmią w niemal idealnej harmonii, wzajemnie się uzupełniając, dopełniając, dopowiadając. I kiedy czytelnik zyskuje już przeświadczenie, że oto znalazł jakiś punkt zaczepienia, który stanie się zarodkiem tak długo poszukiwanego sensu całej powieści, jej pointy, czy czego tam jeszcze zawsze oczekujemy od pisarza, Czycz serwuje nam niemiłą niespodziankę – cała konstrukcja ponownie zostaje rozbita, tonąc w bagnie zawiłych, niezrozumiałych, niepowiązanych ze sobą zdań.

Nastrój powieści, czy raczej powieściopodobnego tworu nie jest zbyt sielankowy. Uparte, długotrwałe, acz bezowocne krążenie wokół Miasteczka (Sorrento?) przypomina poruszanie się po okręgu o określonej, skończonej średnicy, która tym samym wyznacza granicę świata (chociaż wzór ∙r2 jest niepokojąco podobny do formuły 4/3∙∏∙r3, która przynajmniej na razie stanowi granicę, jakiej zwykły śmiertelnik, którego nie stać na loty w kosmos nie jest w stanie przekroczyć – ośmielę się zresztą rzec, że r tak naprawdę dobieramy sami, wedle własnego uznania). Wydaje mi się, że można w tym miejscu doszukiwać się aluzji do egzystencji samego Czycza, który praktycznie przez całe swoje życie poruszał się w obrębie linii Kraków-Krzeszowice. Odnoszę wrażenie, że takie uparte kołowanie to także symbol naszych codziennych działań – kluczymy, błądzimy, krążymy, ale mimo usilnych prób do sensu naszego ziemskiego bytu nie jesteśmy w stanie dotrzeć ciągle skazując się na utarte schematy, których ciasnota jest jednak nieznośna. Z kolei piasek Pustyni Błędowskiej, na której rozgrywa się akcja utworu przywodzi mi na myśl zwały nijakiej codzienności, w których wielu z nas brnie, będąc w nich unurzanym po kolana, posuwając się mozolnym krokiem (na pięć jest się naprzód o trzy, nie więcej) nie wiadomo właściwie dokąd.

Powieść można rozpatrywać również na płaszczyźnie destrukcyjnej. Znaczący jest przy tym fakt, że postulowana anihilacja zdaje się przebiegać niespiesznie, spokojnie, wręcz dostojnie, niczym dworski taniec pawana, popularny szczególnie we Włoszech oraz Hiszpanii, charakteryzujący się powolnymi, uroczystymi ruchami. Przyglądając się światu, w którym egzystują bohaterowie, nietrudno o myśli, że budowla ta ulega zagładzie. Dematerializują się słowa, coraz bardziej kulawe, koślawe, porwane, poszatkowane. Nietrwałość literackiej rzeczywistości podkreśla zatem składnia oraz sam język, które są niczym piach na wszędobylskiej pustyni, zdającej się podążać za bohaterami. Piach z pewnością nie stanowi dobrego budulca – jego ziarenka zlepiają się tylko krótkotrwale, zatem piaskowe zamki to twory efemeryczne, delikatne, kruche. Od piachu z kolei niedaleko jest już do pyłu (marnego), z którym występuje i kurz, którego wirujące cząsteczki dobrze widać w świetle. Ale co jeśli owe światło jest blade, słabe, mało wyraziste, ledwie rozpraszające ciemności?

Przyznaję, że Czycz zaskoczył mnie formą swojego utworu. Po pierwszy kilku stronach zastanawiałem się nawet nad odłożeniem lektury, ale zwyciężyła tendencja do kończenia rozpoczętych książek. Mimo pewnych trudności (ale któż w życiu ich nie ma?) udało mi się szczęśliwie przebrnąć do końcowych stron powieści, która jawi mi się jako swoisty manifest niewyrażalności, niemożności ekspresji naszych myśli w taki sposób, by były one zupełnie zrozumiałe, w pełni transparentne dla dowolnego człowieka. Obcość zdaje się lęgnąć w każdym z nas, a metafizyczny kontakt, jedność dusz sprawia wrażenie mitu, który nie ma prawa się ziścić w tym pełnym zindywidualizowanych jednostek świecie. Marzy mi się przy tym popołudniowo-wieczorna wędrówka po piaskach Błędowskiej Pustyni z którymś z utworów Czycza w rękach. Mam nadzieję, że nachodzące lato pozwoli mi ziścić moje rojenia.

piątek, 01 lutego 2013

Okładka książki Pornografia

  Tytuł: Pornografia

  Autor: Witold Gombrowicz

  Wydawnictwo: Literackie

  Liczba stron: 152

  Cena: do nabycia w antykwariacie

  Oprawa: miękka

 





 

 

 

 

Pornografia to trzecia z kolei powieść Witolda Gombrowicza. Pracę nad nią, przebywający na emigracji Gombrowicz rozpoczął w roku 1955, tuż po porzuceniu pracy w Banco Polaco w Buenos Aires. W momencie jej wydania, polski twórca, mający na koncie Ferdydurke, Trans-Atlantyk, zbiór opowiadań Bakakaj oraz dramaty Iwona, księżniczka Burgunda i Ślub, cieszył się już sporą estymą w literackim światku. Książka, która ukazała w 1960 roku na łamach emigracyjnego Instytutu Literackiego wywołała niemałe kontrowersje.

Bowiem Pornografia to nie tylko prowokacyjny tytuł. To głównie negacja wartości, tradycji, kultury, utartych wzorców zachowań. Cytując jeden z listów Konstantego Jeleńskiego do Gombrowicza: Jest to – trudno o bardziej entuzjastyczne zdanie – książka najbardziej skandaliczna, jaka kiedykolwiek została napisana w języku polskim. Skandaliczna po prostu dlatego, że odsłania pewne pokłady prawdy i rzeczywistości, które wymykają się najodważniejszym, najbardziej obiektywnym i najgłębszym podejściom „psychologicznym”.

Akcja powieści rozgrywa się w okupowanej przez hitlerowców Polsce w roku 1943. Już w tym momencie należy się zatrzymać i zaznaczyć, że czas oraz miejsce wydarzeń to kwestia bardzo ciekawa i istotna. Rok 1943, Polska w środku zawieruchy wojennej. Tymczasem, od 1939, Gombrowicz przebywa na emigracji, w dalekiej Argentynie, więc wszystkie opisywane wydarzenia, jak również całe tło, to projekcja wyobraźni autora. Jak zaznacza w bardzo krótkim wstępie Gombrowicz przedstawiona Polska to Polska imaginacyjna, czasem pewnie pomylona, a czasem fantastyczna.

Sama fabuła powieści, przynajmniej na pozór, jest dosyć prosta. Pierwszoosobowy narrator, przedstawiający się jako Witold Gombrowicz oraz jego dystyngowany w każdym calu przyjaciel Fryderyk, na co dzień mieszkańcy stolicy, zostają zaproszeni do Pogórnej przez Hipolita S. Ów ziemianin z Sandomierskiego prosi o przybycie do swego majątku celem omówienia pewnych spraw. Dotarcie do Pogórnej po kolejowej włóczędze. Dni wypełnione nudą i nic nie robieniem. Inteligencja na wsi czerstwej. W końcu nadchodzi niedziela, dzień Pański. Wizyta w kościele. Narrator, a później jak się okazuje, również Fryderyk dostrzegają w przybytku Bożym chłopaka, który idealnie pasuje do dziewczyny, Heni, córki Hipolita S. Para wydaje się być stworzona dla siebie. Nie trudno sobie wyobrazić, jakież rozczarowanie przeżywają obaj starsi, poważni panowie, kiedy okazuje się, że Henia jest już zaręczona z Wacławem, właścicielem sąsiedniego majątku, podstarzałym adwokatem, z zaczątkiem łysiny oraz brzuszkiem. Od tego momentu Witold oraz Fryderyk, początkowo na własną rękę, następnie wspólnie, robią wszystko, by połączyć 16-letniego Karola, syna zarządcy majątku Hipolita, byłego partyzanta oraz o rok starszą Henię.

Wiejską sielankę przerywa przyjazd Siemiana, dowódcy Armii Krajowej. Postawny mężczyzna to będący po czterdziestce kresowiak, służący w stopniu oficera. Po kilku dniach wychodzi na jaw, że Siemian postanowił zrezygnować z dalszej działalności w AK. Odważnego oraz pełnego buty żołnierza obleciał strach. Zaskoczony faktem, że do tej pory nie podwinęła mu się jeszcze noga, zaczyna oczekiwać katastrofy, która w jego mniemaniu musi nadejść. Paraliżująca obawa oraz ciągłe wyczekiwanie nie pozwalają mu normalnie funkcjonować. Będąc z natury uczciwym, Siemian przyznaje się swoim przełożonym, że nie nadaje się do dalszej działalności w konspiracji. Jednak człowiek na takim stanowisku, z taką wiedzą, nie może pozwolić sobie na luksus dezercji. Na Siemiana zostaje podpisany wyrok śmierci, którego wykonanie, na skutek pewnych komplikacji, zlecono Hipolitowi.

Wątek Siemiana oraz Karola i Heni zostaje sprytnie spleciony przez Fryderyka. Starszy pan ze zdecydowanymi inklinacjami reżyserskimi, pragnie, by Siemian stał się glistą, którą kilkanaście dni wcześniej zdeptali wspólnie Karol i Henia. W zamyśle Fryderyka, młodzi ludzie, którzy wyraźnie nie garnęli się do siebie (Karol preferował dojrzalsze panie, skupiając się bardziej na fizyczności, natomiast Henia, nie będąca nawet dziewicą wolała związać się z Wacławem, co jak sama to ujęła, pozwoliłoby jej zaprzestać puszczania się) powinni połączyć się brudnym węzłem grzechu, poprzez udział w zamordowaniu oficera AK.

Jęzory Wiktora Sadowskiego [http://www.gombrowicz.net]

Pierwsze skrzypce w Pornografii gra właśnie Fryderyk. Jak mówi o nim sam Gombrowicz w rozmowie z Dominiquem de Roux: Bohater tej powieści, Fryderyk, jest Krzysztofem Kolumbem, wyruszającym na odkrycie lądów nieznanych. Czego szuka? Tej właśnie nowej piękności i nowej poezji, utajonych pomiędzy dorosłym a chłopcem. To poeta o wielkiej, krańcowej świadomości, takim go chciałem mieć w powieści. Ale jak trudno porozumieć się w dzisiejszych czasach! Niektórzy krytycy ujrzeli w nim szatana, ni mniej, ni więcej, a znów inni – Anglosasi przeważnie – zadowolili się naklejką bardziej trywialną, „voyeur”. Mój Fryderyk nie jest ani szatanem, ani „voyeur’em”, natomiast ma w sobie coś z reżysera, czy nawet z chemika, który kombinując ludzi między sobą usiłuje wytworzyć z nich alkohol nowego uroku.

Łatka voyera, czyli podglądacza została przypięta ze względów zrozumiałych. Narrator oraz Fryderyk sycą się widokiem młodych ludzi, których usilnie pragną zespolić w miłosnym uczuciu. Przy każdej nadarzającej się okazji obserwują ich poczynania, nierzadko z ukrycia, w tajemnicy. Ponieważ wielu rzeczy nie mogą uczynić osobiście, nie nadają się do nich ze względu na upływ czasu i przywary starzejącego się ciała, starają się wyręczyć Karolem oraz Henią. Fryderyk oraz narrator, specjalnie dla swoich pragnień oraz zachcianek, przerzucają pomost pomiędzy starością a młodością.

W roli szatana, Fryderyk również spisuje się całkiem nieźle. Już na początku utworu, w czasie wizyty w kościele, Fryderyk, zadeklarowany ateista, desakralizuje mszę świętą swoją postawą. Za parawanem modlitwy, którą rzekomo odmawia, ukrywa on cały bezmiar swojej niemodlitwy. Fryderyk poprzez swoje nieudolne chowanie nie-wiary odbiera nabożeństwu wszelką treść oraz sens. Krytyczna świadomość oraz sceptycyzm doprowadzają do negacji transcendentalnych wartości. Ruchy księdza, odpowiedzi wiernych, słowa pieśni, dźwięk dzwonków – wszystko to staje się pustym i niezrozumiałym rytuałem, grą gestów, celebracją niczego. Fryderyk otwiera na oścież drzwi świątyni, do której chciwie wdziera się pustka, czy raczej przestrzeń. Jest to przestrzeń czarna, bo kosmiczna. Człowiek staje się tym, czym jest w rzeczywistości, tj. niewielką, nic nie znaczącą drobinką zawieszoną gdzieś w bezmiarze Kosmosu.

Bóg, za sprawą nihilisty Fryderyka zostaje zarżnięty niczym ofiarne zwierzę. Ta śmierć Boga pozwala na wysnucie domysłu, że imię bohatera nie jest przypadkowe i w pewnym sensie nawiązuje do Fryderyka Nietzschego. Obaj zdają się trafnie diagnozować kondycję ludzkości, którą postrzegają w kategoriach nihilistycznych. W ich mniemaniu Bóg, czyli symbol wartości najwyższych, najważniejszych, umarł. Pozostała tylko wyzuta z sensu skorupa, gra pozorów, którą w dalszym ciągu podejmuje ludzkość, nie potrafiąca stworzyć w miejscu ziejącej pustki niczego nowego. Za wartość postrzegane jest zatem nic, coś, co swą wartość już dawno i bezpowrotnie utraciło.

Śmierć Boga, przynajmniej w mniemaniu bohatera Pornografii nie jest jednak radosną nowiną (czy też formułując rzecz bardziej adekwatnie: wiedzą radosną). Bezsilność wiary, brak moralnych fundamentów, niemoc ludzkiej godności to przecież konsekwencje ogromnego kryzysu wartości, obejmującego całą ludzkość, którego niepodważalnym dowodem jest toczona wojna.

Fryderyk nie jest również wiernym odwzorowaniem Nietschego. Niemiecki filozof na skutek negacji ukrytego sensu stworzenia, postrzegał świat jako bezładną plątaninę, kocioł pełen chaosu. Tymczasem bohater Pornografii w tego bezliku znaczeń stara się utworzyć wzór, nowy twór, który zająłby miejsce dotychczasowego Absolutu – Boga. I właśnie podczas celebrowanej mszy dochodzi do swoistej transsubstancjacji – katolicki Bóg zostaje zamieniony w ziemskie bóstwo, stąpające pod postacią dwójki młodych ciał, Karola i Heni. Owa niedoskonała istota, pełna zmysłowości, cielesności i erotyzmu (czy raczej pornografii) stanowi w zamyśle demiurga – Fryderyka strukturę zamkniętą, której formę oraz kształt nadaje twórca. Narrator Gombrowicz oraz Fryderyk są jedynie świadkami oraz podglądaczami tego cudownego tworu, w pełni usatysfakcjonowanymi ucieleśnieniem uroku, który wywiera na nich widok młodych ciał, splecionych w miłosnym uścisku.

Pornografia to z pewnością książka, która nie posiada jednej warstwy znaczeniowej. Wydaje się, że dopiero kilkukrotna lektura pozwoliłaby chociaż trochę przybliżyć się do wszystkich możliwych interpretacji tego niezwykłego utworu. Zastanawiający jest już sam tytuł powieści. Wyraz pornografia to zlepek greckich słów: porné (najtańsza i najbardziej poniżana prostytutka, seksualna niewolnica należąca do wszystkich wolnych obywateli Grecji) i gráphō (rysować, pisać). Pornografię można zatem dosłownie tłumaczyć jako pisanie, czy też rysowanie prostytutki. Najbardziej znaną dziwką w kulturze masowej jest Nierządnica z Babilonu, będąca symbolem wszelkiego zła, zepsucia, nierzadko traktowana jako wcielenie samego Antychrysta. Być może właśnie również z tego powodu Fryderyk uważany jest za szatana?

O czym właściwie traktuje Pornografia polecam przekonać się osobiście, bowiem w moim mniemaniu, każdy może wyczytać z niej coś zupełnie innego. Uważam przy tym, że książka to znakomita lektura. Można w niej odnaleźć wszechobecne w przypadku Gombrowicza zmagania z formą (Podano mu herbatę, którą wypił, ale pozostał mu na talerzyku kawałek cukru – i wyciągnął rękę żeby go podnieść do ust – ale może uznał ten ruch za nie dość uzasadniony, więc cofnął rękę – jednakże cofnięcie ręki było właściwie czymś jeszcze bardziej nieuzasadnionym – wyciągnął tedy rękę powtórnie i zjadł cukier – ale zjadł już chyba nie dla przyjemności, a tylko, żeby odpowiednio się zachować... wobec cukru, czy wobec nas?... i pragnąc zatrzeć to wrażenie kaszlnął i, aby uzasadnić kaszlnięcie, wyciągnął chusteczkę, ale już nie odważył się wytrzeć nosa – tylko poruszył nogą.), pojawiają się również niezwykłe perspektywy oraz oryginalne punkty widzenia (i znów jak poprzedniej nocy, byłbym wychylił się z powozu aby zajrzeć w twarz furmanowi, ale nie wypadało... więc pozostaliśmy za jego nieodgadnionym grzbietem i jazda nasza odbywała się jemu za plecami). Wszystko obficie nafaszerowano metafizycznym nadzieniem, przez co fabuła zdaje się lepka i ciężka, płynie jakby od niechcenia, gra tutaj rolę drugorzędną. Niemal każde wydarzenie jest rozkładane na czynniki pierwsze, co prowadzi w rezultacie do fantastycznych obserwacji ludzkiej natury.

Kończąc, rzeknę tylko, że ta niezwykła książka dostarczyła mi wielu, nierzadko perwersyjnych wrażeń. Śmiało rzec można, że niemal każde zdanie ociera się o metafizyczny erotyzm. Polecam!

sobota, 03 listopada 2012

Okładka książki Dom ciszy

  Tytuł: Dom ciszy

  Autor: Orhan Pamuk

  Wydawnictwo: Literackie

  Liczba stron: 408

  Cena: 46,00 zł

  Oprawa: twarda





 

 

 

 

Nazwisko Orhana Pamuka, tureckiego noblisty znane mi jest nie od dziś. Pamiętam nasze pierwsze spotkania jeszcze w Empiku, kiedy to wykładając kolejne książki jego autorstwa i układając je w zgrabne rządki na sklepowych półkach, obiecałem sobie, że w końcu którąś z nich zakupię i przeczytam. Wiadomo jednak, że Nobel troszkę onieśmiela, buduje jakąś niewidzialną barierę pomiędzy autorem a potencjalnym czytelnikiem, stąd też moje obiecanki przemieniały się niepostrzeżenie w nieskończone przekładanie powziętego zamiaru. O, szczęśliwe jest życie ludzi, którzy czytają i znają twórczość danego pisarza czy też poety, zanim ten dostanie słynną nagrodę Szwedzkiej Królewskiej Akademii Nauk. Wydaje się, że po Noblu, zaznajamianie się z dziełami artysty przychodzi znacznie trudniej – często proces ów skażony jest nutką przymusu, przykazu, że płody myślowego tego a tego słynnego jaśnie pana znać po prostu wypada. Sam autor zaś staje się postacią posągową, marmurową, bardziej niż człowieka, zaczynamy postrzegać go, jako instytucję, niedostępną dla zwykłych czytelników. Śmiało mogę zatem rzec, że nie wiem, czy w tym życiu przeczytałbym jakąkolwiek książkę Pamuka, gdyby nie serwis Lubimyczytac.pl, na łamach którego to, udało mi się wygrać podwójne zaproszenie na spotkanie z tureckim literatem właśnie. Był on jednym z gości, odbywającego się w Krakowie Festiwalu Josepha Conrada. Szybka wizyta w księgarni, błąkanie wzrokiem po okładkach (Pamuk za sprawą Wydawnictw Literackiego ma już całkiem pokaźną kolekcję swoich książek w naszym kraju) i wreszcie wybór padł na Dom ciszy, jedną z pierwszych książek pisarza, którą, jak sam stwierdza na okładce, młodzież darzy największą sympatią.

Dom ciszy powstał w roku 1983 i właśnie w latach osiemdziesiątych rozpoczynamy wspólną podróż po ojczyźnie Pamuka, Turcji. Wspólnie z trójką młodych ludzi wyruszamy na letnie wakacje do podstarzałej, chylącej się powoli ku upadkowi rezydencji, znajdującej się pod Stambułem, zamieszkałej przez równie wiekową staruszkę, babcię Fatmę, której usługuje karzeł Recep.

Pamuk zastosował w Domu ciszy bardzo ciekawy zabieg – każdy z rozdziałów pisany jest z perspektywy jednego z bohaterów, w formie pierwszoosobowej narracji. Dzięki temu poznajemy najskrytsze myśli oraz wszelkie sekrety Fatmy, Recepa, Faruka, Nilgün, Metina oraz bratanka karła, Hassana.

Orhan Pamuk

Za sprawą wspomnień Fatmy, wdowy po lekarzu-idealiście Selahattinie, jesteśmy świadkami przemian politycznych zachodzących w Turcji na początku XX wieku. Zmiany u steru władzy, liczne przewroty, doprowadziły wreszcie do tego, że Imperium Osmańskie zrzuciło z tronu swoich sułtanów, próbując wzorem Zachodu przyjąć demokrację i żyć wg jej zasad. Doktor Selahattin to najlepszy przykład zachodzących w Turcji zmian. On sam, powtarzający przy każdej okazji niczym mantrę zdanie, że Boga nie ma, był ateistą, głęboko wierzącym w naukę i postęp, których uosobieniem była dla niego Zachodnia Europa. Selahattin, wypędzony ze Stambułu przez Mehmeda Talata Paszę, działacza młodotureckiego odpowiedzialnego za eksterminację Ormian, za cel swojego życia wyznaczył sobie wydobycie z mroków ciemnoty oraz zabobonu prostego ludu tureckiego. Stąd właśnie pomysł na stworzenie wiekopomnego dzieła, wydanej w języku tureckim Wielkiej Encyklopedii Wschodu, która wzorem Wielkiej Encyklopedii Francuskiej, zawierałaby w sobie wszelkie mądrości, spłodzone przez zachodni świat. Utopijna misja zabiera Selahattinowi całe życie, którego oczywiście nie starcza, by ukończyć naukową wieżę Babel. Schedę po Selahattinie przejmują syn oraz najstarszy wnuk – oboje, na swój własny sposób pragną dokonać głębokich przemian społecznych jak i mentalnych w tureckim społeczeństwie. Wszyscy ponoszą klęskę, a ich marzenia roztrzaskują się z hukiem o mur tureckiej rzeczywistości, wszyscy zamieniają się w wypalonych idealistów, regularnie zaglądających do butelki, aby chociaż przez chwilę zapomnieć o druzgoczącej porażce, którą ponieśli.

Z kolei Fatma to idealne przeciwieństwo swojego męża, którego uważała za wcielenie diabła. Wychowana w duchu tureckiej tradycji, pozostaje jednak posłuszna mężowi, nie buntując się otwarcie wobec jego szarlatańskich praktyk. Z biegiem czasu, Fatma coraz bardziej zamyka się w sobie, tracąc kontakt zarówno z mężem, jak i z otaczającą ją rzeczywistością. We wszystkim dopatruje się podłości, zła, moralnego brudu – sama, pragnąc pozostać czystą, zaczyna prowadzić egzystencję skorupiaka, żyjąc wspomnieniami oraz wewnętrznymi przemyśleniami, które nigdy nie oglądają światła codzienności. W konsekwencji pozostaje zmurszałą, apodyktyczną oraz surową staruszką, postrzegających wszystkich, z wyjątkiem siebie, za istoty grzeszne oraz godne potępienia.

Pozostali bohaterowie to ludzie młodzi, wychowani w coraz bardziej zlaicyzowanej Turcji. Widać to szczególnie na przykładzie wnuków Fatmy. Metin to inteligentny, ambitny, mający żal do starszego rodzeństwa o nieporadność i niegospodarność, licealista, którego marzeniem jest wyjazd na studia do Stanów Zjednoczonych. Zarabiający dzięki korepetycją, obraca się w środowisku bogatych i zepsutych tureckich nastolatków, którzy nie potrafią poradzić sobie z towarzyszącą im bezustannie nudą. Nilgün, pochłaniająca bez przerwy książki, to urokliwa studentka socjologii o lewicowych zapatrywaniach. Łączy ją bardzo zażyła więź ze starszym bratem Farukiem, wypalonym zawodowo historykiem, od którego odeszła żona. Komplet uzupełnia Hassan, o rok młodszy od Nilgün, zagubiony chłopiec, który w poszukiwaniu ideałów trafia w końcu pod skrzydła narodowców, prowadzących regularne starcia z sympatykami komunistów.

Opisując przemyślenia, przeżycia oraz przygody najmłodszych bohaterów powieści, Pamuk znakomicie obrazuje jak bardzo zdeformował się sen doktora Selahattina o zmianie mentalności Turków. Owszem, młodzi ludzie w niczym nie przypominają już Fatmy, nie w głowach im religia oraz szacunek dla starszych. Coraz bardziej przypominają oni Europejczyków, którzy nie mogąc odnaleźć celu swojego życia, bezmyślnie oddają się rozrywkom, cielesnym uciechom oraz używkom.

Ulice Stambułu

W Domu ciszy Pamuk bardzo trafnie odmalował sylwetki młodych ludzi, którzy dojrzewając, pragną zdefiniować własną tożsamość oraz odnaleźć swoje miejsce w świecie. Książka w ogromnej mierze poświęcona jest właśnie owym poszukiwaniom, którym towarzyszą przemyślenia, rozterki, refleksje, problemy.

Motywy postępowania każdego z bohaterów, dzięki zabiegowi pierwszoosobowej narracji, możemy w mniejszym lub większym stopniu zrozumieć, a przez to usprawiedliwiać. Pamuk pokazuje jak na dłoni, że działania każdej istoty ludzkiej są wynikiem pewnych pobudek, mają swoje przyczyny, źródła, z czego na co dzień, chyba jednak nie do końca zdajemy sobie sprawę. Autor obrazowo przekonuje, że każdy odbiera świat oraz płynące z niego bodźce w sposób indywidualny i niepowtarzalny, interpretując zachodzące wokół wydarzenia według własnego klucza. Stąd też wynikają wszelkie nieporozumienia, waśnie, wzajemne żale, niedomówienia oraz pretensje – z jednej strony nie jesteśmy w stanie w pełni wyrazić naszych własnych uczuć, często w sposób wielce niezdarny staramy się przekazać nasze myśli, z drugiej zaś strony nie dokładamy wystarczająco dużo wysiłku, by w pełni uzmysłowić sobie, co też stara się nam powiedzieć druga osoba. Wydaje się, że tak właśnie rodzi się większość ludzkich dramatów – wzajemna niemoc komunikacyjna, która prowadzi w efekcie do nierozumienia wzajemnych działań, stąd też poczucie obcości i alienacji.

Przyznaję szczerze, że Dom ciszy, mimo, że jest to pozycja dość mroczna, momentami przygnębiająca i smutna, przekonał mnie do pióra Orhana Pamuka. Bardzo dobry warsztat pisarski, ciekawa tematyka, obrazująca kompleks niższości Turków wobec potężnej kultury Zachodu, ujęta w karby powieści historia przemian społecznych, zachodzących w kraju nad Bosforem – wszystko to sprawia, że do prozy Pamuka chce się wracać. Jestem zatem głęboko wdzięczny serwisowi Lubimyczytac.pl za możliwość poznania osoby wybitnego noblisty oraz jego dzieł.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Trans-Atlantyk

  Tytuł: Trans-Atlantyk

  Autor: Witold Gombrowicz

  Wydawnictwo: Literackie

  Liczba stron: 144

  Cena: 40,00 zł





 

 

 

 

 

Zabierając się za lekturę Trans-Atlantyku, warto do tego smakowitego dania nieco się przyszykować, tak by nasze czytelnicze podniebienie mogło w pełni docenić wszystkie walory smakowe, jakie dziełu temu nadał autor, tj. Witold Gombrowicz. Rozpocząć należy chyba od krótkiej genezy powstawania powieści i rzec warto, że w roku 1939, a więc w tym samym, w którym to podli i źli Niemcy, w dobie poprawności politycznej zwani faszystami, napadli bezkarnie na II Rzeczpospolitą, uruchomiono pierwszą linię oceaniczną pomiędzy Polską a Ameryką Łacińską. W dziewiczy rejs na przetarcie szlaków wybrany został transatlantyk Chrobry, a jednym z jego znamienitych gości, który został zaproszony do wzięcia udziału w kursie, był nie kto inny, jak właśnie Witold Gombrowicz. Do Buenos-Aires statek przybył 21 sierpnia 1939 roku, a kilka dni później, gdy szykował się do powrotu, trwała już wojenna zawierucha. Polski pisarz odmówił wejścia na pokład i odpłynięcia do Europy, skazując się tym samym na upływające pod znakiem wszelakich niedogodności, samotności a i czasem biedy, trudne życie emigranta. To właśnie emigracyjne niedole, egzystencja tocząca się na obczyźnie w formie zmitologizowanej oraz groteskowej stały się źródłem natchnienia do napisania Trans-Atlantyku, chociaż sam Gombrowicz ostrzega przed zbyt dosłownym odczytywaniem powieści: „Trzeba dodać dla porządku, choć to może niepotrzebne: „Trans-Atlantyk” jest fantazją. Wszystko – wymyślone w bardzo luźnym tylko związku z prawdziwą Argentyną i prawdziwą kolonią polską w Buenos Aires. Moja „dezercja” także inaczej przedstawia się w rzeczywistości (szperaczy odsyłam do mego dziennika)”.

Trans-Atlantyk po raz pierwszy na rynek czytelniczy wypłynął w roku 1953, chociaż już 2 lata wcześniej, tj. w 1951 r. na łamach paryskiej Kultury publikowane były jego fragmenty. Dzieło na pierwszy rzut oka jak najbardziej może przypominać pamiętnik z emigracji polskiego pisarza. Przemawiają za tym pierwszoosobowa forma narracji oraz co istotniejsze fakt, że główny bohater sam przedstawia się jako Witold Gombrowicz. Wydarzenia, których jesteśmy świadkami szyte są grubo nićmi absurdu. Fakty, słowa, znaczenia – wszystko zostaje wyolbrzymione do granic możliwości, przekłuwając formę realizmu i wkraczając na grunt groteski. Wspólnie z narratorem uczestniczymy w szczuciu na siebie Wielkich Pisarzy, sekundujemy w pojedynku do pierwszej krwi, który odbywa się jednak bez kul, bierzemy udział w polowaniu na zająca mimo wyraźnego braku szaraka, śledzimy narodziny Związku Kawalerów Ostrogi, którego założyciel pragnie zgwałcić Naturę, zgwałcić Los, siebie zgwałcić  i zgwałcić Boga Najwyższego!, wreszcie oczom naszym na argentyńskiej pampie ukazuje się kulig.

Sam Gombrowicz przedmowie do Trans-Atlantyku wyjawia, że celem jego była głęboka polemika z Formą – Ojczyzną, czyli mitem Polski jako Chrystusa narodów. Pojawiają się stwierdzenia typu narodowy rachunek sumienia oraz krytyka naszych wad narodowych. Pisarz pragnął rozprawić się z kultywowanym przez rodaków wizerunkiem Polaka, zgodnie z którym powinno się żyć – porywczego szlachcica, trzymającego się twardo maksymy Bóg, honor, Ojczyzna, duchem romantyka, poety, wrażliwego sentymentalisty, uwielbiającego podkreślać, w jakiż to dotkliwy i niesprawiedliwy sposób nasz naród wybrany został potraktowany przez Historię. Trans-Atlantyk przez znawców literatury uważany jest również jako antyteza Pana Tadeusza, dość absurdalna rozprawa z mickiewiczowskim Opus magnum, próba spuszczenia z niego powietrza, walka z zawartymi w nim pompatycznością i narodowym zadufaniem.

W Trans-Atlantyku, dziele wielkim, nie brakuje wszelakich odnośników oraz bogatej symboliki. Spory ładunek treści niosą ze sobą postać Ojca - Tomasza oraz Syna - Ignacego. Pierwszy z nich reprezentuje tradycję, stary, właściwy porządek rzeczy, szacunek dla przodków, a co za tym idzie dla Ojczyzny. Ignaś jest przedstawicielem nowego ładu, walki ze stagnacją, stanowi próbę zerwania toksycznych koneksji z historycznym konwenansem na rzecz nieskrępowanego, ale i obarczonego moralną skazą, postępu. W powieści największym orędownikiem młodości, określanej mianem Synczyzny jest Puto (męska dziwka) Gonzalo, ekscentryczny milioner, który doprowadza do konfrontacji obu idei. Kiedy atmosfera gęstnieje, a czytelnik oczekuje już tylko Synobójstwa bądź Ojcobójstwa, na scenę wchodzi trzeci czynnik, który godzi obie zwaśnione strony.

Trans-Atlantyk

Wydaje się, że w utworze dość ważną postacią jest właśnie homoseksualista Gonzalo. Jest on motorem napędowych fabuły, niczym wir wciąga kolejne postacie do uczestnictwa w akcji utworu. Na co dzień ociekający gotówką milioner udaje własnego lokaja i szlaja się po mieście, podejmując próby uwodzenia młodych i atrakcyjnych chłopców. W końcu zagina parol także na Ignasia, w zdobyciu którego o pomoc prosi samego narratora. To właśnie wtedy wysnuwa teorie na temat postępu, konieczności zerwania z dotychczasowymi przykazami moralnymi i etycznymi.

Najwięcej uśmiechu, chociaż najczęściej jest to uśmiech politowania, wzbudza niewątpliwie przedstawiona w sposób arcykarykaturalny zamieszkująca Buenos Aires polonia. Wystawne przyjęcia, gromadne zakupy, wzajemne podziwianie skarpetek, a wszystko po to, by przekonać o Wielkości naszej Ojczyzny. Na szczególną uwagę zasługuje szczególnie JW Poseł, który co chwila głowi się i troi, pragnąc w jakiś sposób tuszować niepowodzenia niezwyciężonego wojska polskiego na wojennym froncie. Stąd właśnie pomysł na polowanie na szaraka w wielkomiejskiej dżungli, czy efektowny kulig przez tropikalny gąszcz zakończony balem w estancji Gonzala. Całość nasuwa nieodparte skojarzenia z sarmackimi obyczajami – poszczególne sceny przypominają Pana Tadeusza, z tym, że mamy z ich znaczeniową rewersją. Wszystko zostaje wywrócone do góry nogami, szaleństwo galopuje na pstrym koniu-krzyżówce ze stajni zwariowanych zwierzaków Gonazala.

Reasumując Trans-Atlantyk to ogromna i naprawdę zabawna satyra na wszelakie nasze narodowe kompleksy. Można doszukać się w niej aluzji i do przytaczanego już Pana Tadeusza, niektóre fragmenty, jak choćby ten z celą i zamkniętymi w niej Kawalerami Ostrogi, na myśl nasuwają Dziady. Część III. Ale oprócz odwołań do dzieł wybitnych, nietrudno znaleźć pewne koneksje do otaczającej nas rzeczywistości. To trochę smutna konstatacja, ale utwór Witolda Gombrowicza nie stracił nic a nic na wymowie, po mimo upływu tak wielu lat. Okazuje się, że jesteśmy narodem, który w dalszym ciągu pozostaje pod oddziaływaniem przekazu nakazującego nam darzyć bezkrytycznym kultem Ojczyznę a patriotyzm manifestować pod postacią nieustannej czołobitności dla Krwi i Blizny.

niedziela, 22 lipca 2012

Opętani

  Tytuł: Opętani

  Autor: Witold Gombrowicz

  Wydawnictwo: Literackie

  Liczba stron: 420

  Cena: 49,90 zł



 

 

 

 

 

 

Każda książka posiada swoją historię – okoliczności powstania, perypetie, które się jej przydarzyły zanim z szuflady trafiła na rynek wydawniczy czy wreszcie okres, jaki musiał upłynąć od jej napisania do opublikowania – wszystko to składa się na fascynujący obraz tworzenia się dzieła i kolejnych narodzin literatury. Są książki, których historia jest tak interesująca, że sam proces ich powstawania to materiał na kolejną dobrą powieść. Niewątpliwie takim dziełem są „Opętani” Witolda Gombrowicza.

Pozycja jest to o tyle wyjątkowa, że zdecydowanie odbiega od pozostałych dzieł Gombrowicza. Brak tu długich dywagacji na temat roli jednostki w społeczeństwie, trudno jest tutaj doszukać się motywu buntu przeciw Formie, na pozór nigdzie nie widać też groteski i absurdu, które są przecież uważane za sztandarowe wręcz narzędzia warsztatu pisarskiego Gombrowicza, zniknął też gdzieś gombrowiczowski język, kojarzony przez większość z Ferdydurke, w którym roi się od neologizmów. Cóż to zatem za książka?

Twórca Transatlantyku, Kosmosu czy Ferdydurke postanowił puścić się w taniec z pospolitą, do czego na łamach czasopisma Studio nawoływał w 1936 r. Brunona Schulza. W efekcie powstała powieść sensacyjna, rozrywkowa z artystycznych nizin, której potencjalnym odbiorcą miała być pospolita gawiedź. Warto tutaj dodać, że nie była to pierwsza tego typu próba Gombrowicza. Podobno już w roku 1929 pisarz miał zamysł napisania powieści sensacyjnej, do którego próbował również nakłonić swojego przyjaciela Tadeusza Kępińskiego. Powodem stworzenia tego typu utworu, który przedstawił swojemu druhowi była chęć zarobienia fury pieniędzy. Z planu nic jednak nie wyszło – krążą plotki, że Witold spłodził książkę sam, jednak wkrótce ją spalił. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. W 1939 roku na łamach popularnego Kuriera Czerwonego pojawiać zaczęła się powieść w odcinkach, której akcja rozgrywała się wokół nawiedzonego zamku, autorstwa niejakiego Z. Niewieskiego. Ostatni odcinek ukazał się 3 września 1939 roku, dlatego cała książka przeszła raczej bez większego echa – Polacy mieli w tym czasie ważniejsze sprawy na głowie niż dalsza lektura Opętanych W. Gombrowicza, bo to właśnie ta pozycja była publikowana przez Kurier Czerwony.

Kurier Czerwony

Szydło wyszło z worka, jednak Gombrowicz sukcesywnie i uparcie wypierał się swojego enfant terrible, o którym początkowo nikt w ogóle nie wiedział lub nie pamiętał. Do ojcostwa pisarz przyznał się dopiero pod koniec swojego życia, w roku swojej śmierci, tj., w 1969, kiedy to w nocie biograficznej dla francuskiego magazynu L’Herne wspomniał, że Opętani to również jego twór. Powieść na swoje pierwsze wydanie książkowe musiała poczekać jeszcze 4 lata, a i wtedy ukazała się ona zdekompletowana – brakowało w niej zaginionego zakończenia. Całość, łącznie ze zgubą, ukazała się dopiero w roku 1990 i od razu obrosła mitem Szczęśliwie Odnalezionego Dzieła Wielkiego. Reakcja krytyki nie była jednak jednogłośna. Książka wywoływała zarówno „ochy i achy”, spotkało ją również kilka niemiłych epitetów. Na języki wzięto również samego Gombrowicza, próbując wyjaśnić, czy twórca napisał Opętanych celowo, niejako przeciw, na złość Formie, w którą go wtłoczono, czy chciał stworzyć dzieło oryginalne i wyjątkowe, korzystając z zaplecza taniego blichtru, czy też rzeczywiście przez chwilę pragnął popularności, zakosztować sławy autora poczytnego i uwielbianego także przez gmin.

Wspomnieć należy kilka słów o fabule, by pokazać potencjalnemu czytelnikowi, czego mniej więcej może się spodziewać. Warto chyba zacząć od tego, że przez niektórych krytyków, na czele z Marią Janion, Opętani to przedstawiciel powieści gotyckiej, określanej też mianem powieści grozy. Ponoć świadczy o tym upiorna narracja, poczucie tajemnicy oraz dreszczyk strachu, towarzyszący nam podczas lektury. Lwia część akcji rozgrywa się w gospodarstwie ziemskim w Połyce oraz w sąsiadującym, chylącym się ku upadkowi zamku w Mysłoczy. Wspólnie z bohaterami wybierzemy się ponadto do Lwowa, Lublina oraz Warszawy. Poznamy wiele nietuzinkowych postaci - Maję Ochołowską, nieco zmanierowaną i zepsutą pannę, córkę właścicielki majątku w Połyce, Mariana Walczaka, który w trakcie powieści zmieni nazwisko na Leszczuk, trenera tenisa, który okaże się uderzająco podobny pod względem charakteru do Mai, oboje zresztą zapałają do siebie bardzo silnym, momentami wręcz destrukcyjnym uczuciem, zostaną wręcz opętani namiętnością. Przewinie się również profesor Skoliński, pasjonat historii i sztuki, uparcie poszukujący skarbów, które rzekomo skrywa upiorny zamek w Mysłoczy. Pojawi się także właściciel niszczejącej fortecy, książę Holszański, oszalały po stracie ukochanego syna Frania, którym manipuluje sekretarz Cholawicki, prywatnie narzeczony Mai. Wszystko w sosie sensacyjnym, podlane morzem namiętności, okraszone prawdziwą burzą uczuć. Wydarzenia rozgrywają się bardzo dynamicznie, momentami akcja gna na złamanie karku, zmuszając nas do nerwowego przewracania kolejnych kart powieści.

Ciekawie nakreślony zostanie również obraz wyższych sfer stolicy – przekonamy się, że proceder wynajmowania dam do towarzystwa (proszę jednak nie liczyć na wyuzdany seks – autor Pornografii ani raz nie wspomni nawet o kontakcie fizycznym między jakimikolwiek bohaterami, będą to rzeczywiście damy do rzeczywistego towarzystwa, tj. tańców, zabaw i drinków) nieobcy był również dwudziestoleciu międzywojennemu. Gombrowicz w sposób znakomity odmalował postacie płytkich i pustych panien, które towarzyszom znudzonym, równie bezproduktywnym umysłowo przemysłowcom oraz handlowcom, rezydującym chwilowo w Warszawie. Zobaczymy, na czym polegała dobra zabawa takiego zmanierowanego towarzystwa, będziemy to mogli skonfrontować z uciechami proletariatu i na własne oczy przekonamy się, że nawet bywającą na salonach markizę można doprowadzić do szewskiej pasji. Z kolei, gdy znużą nas już uciechy stolicy wrócimy do zamku księcia Holszańskiego, by wspólnie z profesorem, Mają oraz poznanym przez nią jasnowidzem Hińczem, rozwikłać tragiczną zagadkę zaginionego syna Frania.

Gli indemoniati

Uczciwie należy także przyznać, że choć książka ta to ponoć artystyczny niż, to Gombrowiczowi udało się w nią wpleść kilka głębszych kwestii. Pomijam już bogate portrety psychologiczne, które zostały nakreślony w sposób mistrzowski, po których znać, że książki nie pisał żaden wyrobnik, a prawdziwy wirtuoz pióra. W mojej prywatnej opinii na szczególną uwagę zasługuje wypowiedź Krystyna Krzewuskiego, który słusznie zauważa, że pomimo panującej w kraju demokracji, naród wciąż jeszcze jest podzielony na klasy i kasy, które nie umieją ze sobą obcować, a dla kobiet z inteligencji, nędzny cherlak w byle smokingu i skończony łotr z manikiurem jest godniejszy uwagi od wartościowego, zdrowego robociarza.

Bocznymi drzwiami do książki wdarła się również Forma, czy raczej próby prowadzenia z nią batalii. Maja to przecież niepokorna buntowniczka, która co rusz neguje stereotyp porządnej panienki, z kolei zjawiska paranormalne, seanse spirytystyczne to zdarzenia, które zadają kłam logicznej i uporządkowanej codzienności.

Krótko podsumowując, uważam, że Gombrowicz niepotrzebnie przez tyle lat taił swoje ojcostwo, zmuszając Opętanych do balansowania na granicy wiecznego zapomnienia. Wiem, że to egoistyczny sposób myślenia, ale pisarz o mały włos nie pozbawił nas, czytelników, prawdziwej przyjemności, którą niewątpliwie dostarcza lektura książki. Znakomity styl, piękny język, malownicze opisy mysłockiego zamku, do tego intrygująca akcja oraz nieszablonowi bohaterowie – wszystko to przemawia za dalszą egzystencją Opętanych w literackim światku.

 
1 , 2
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ciekawe blogi książkowe
Inne, równie interesujące
Konkursy
Spis recenzji
Tu i tam
Wydawnictwa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Co czytać?

Co czytać?

DużeKa

Lubimy Czytać

Wielka Rzeczpospolita